sobota, 31 marca 2018

Huda Beauty Mauve Obsessions Palette

     Huda Beauty to marka względnie nowa na polskim rynku kosmetycznym. Stacjonarnie dostępna w zasadzie tylko w sieci Sephora, choć i tak w dość ograniczonym zakresie. Dowiedziałam się o niej, a jakże, z youtuba, a dzięki Kindze :* miałam okazję wypróbować kilka jej kosmetyków. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoją opinią na temat paletki cieni Mauve Obsessions.




Dostępność:
Stacjonarnie tylko w Sephorze (choć ta konkretna, mimo że jest na stronie, to praktycznie od zawsze oznaczona jest jako niedostępna). Sklepy internetowe.

Cena:
Na stronie Sephory 129zł

Pojemność:
10 g / 0.35 oz

Trwałość:
12 miesięcy




Opakowanie:
Paletka jest niewielka, 7,5 x 7,5 cm, co jest bardzo praktyczne z wielu powodów. Opakowanie jest tekturowe, magnetyczne, zaś sam wkład z cieniami wykonano z plastiku. Wewnątrz znajduje się bardzo dobrej jakości lusterko i (co osobiście doceniam) nie bawiono się w dodawanie wątpliwej jakości pędzelków, czy aplikatorów. Grafika na paletce jest dość minimalistyczna i estetyczna. Ogólnie prezentuje się bardzo przyzwoicie.




Wykończenie:
     Paleta zawiera miks matów i metalików, przy czym maty są ultra-matowe, a metaliki przypominają drobno pokruszony, sprasowany brokat. O ile wiem, kolory nie mają indywidualnych nazw. 
     Maty mają niezwykle miłą, masełkową konsystencję, przy czym nieco gorzej wypada ciemny bordowy-brąz (lewy górny róg) i ciemne wino (prawy dolny róg). Mam wrażenie, że może być to związane z samym kolorem, ponieważ w przeszłości miałam cienie innej firmy o podobnej kolorystyce i zachowywały się w zbliżony sposób. 
     Cienie metaliczne również mają bardzo przyjemną konsystencję, przy czym jasny i średni wypadają nieco lepiej i mają "gładszą" formułę, niż bardziej brokatowy ciemno-czerwony kolor. Najlepiej zachowują się nanoszone palcem. Pędzelek nie zawsze dobrze sobie z nimi radzi.




Aplikacja i działanie:
     Kiedy chcę przekonać się o możliwościach danej palety, biorę ją w obroty na kilka kolejnych tygodni i używam dzień po dniu, starając się skorzystać z każdego spośród cieni przynajmniej raz.  Wymusza to na mnie kreatywność, bo staram się wymyślać inne połączenia kolorystyczne i sposoby nanoszenia cieni. 
     Kolorystyka Mauve Obsessions bardzo wpisuje się w mój gust, stąd też zasadniczo nie mam w odniesieniu do niej większych uwag. 




     To, czego mi brakuje, to jaśniejszy i cieplejszy brąz, który mógłby służyć za cień przejściowy. Brąz znajdujący się w środku palety jest bardzo dobry, ale dla mnie osobiście nieco za ciemny i za chłodny. Z kolei beż na mojej i tak jasnej skórze wydaje się praktycznie biały. Radzę sobie z tym sięgając po bronzer (Milk Chocolate Soleil marki To Faced) i rozcierając nim zbyt ostre granice cieni w załamaniu powieki.

     Ciemne kolory, zwłaszcza czerwony brokat, wykazują pewną tendencję do osypywania się, jednak osypany pigment daje się łatwo zmieść z twarzy puchatym pędzlem bez uszczerbku dla makijażu. Cienie są bardzo napigmentowane, łatwe w aplikacji i dobrze się ze sobą łączą na powiece. Maty są niezwykle trwałe i utrzymują się na powiekach bez większych zmian praktycznie cały dzień. Z cieni metalicznych w miarę upływu czasu osypują się na policzki srebrzyste drobinki brokatu, co jak sądzę jest względnie normalne.
     

Skład:


Czy polecam:
     Z jakościowego punktu widzenia, tak. Jest to niewątpliwie bardzo udana paletka i miałam jak dotąd całkiem sporo frajdy z jej używania. Uważam jednak, że bardziej sprawdzi się do makijażu wieczorowego i wyjściowego, niż dziennego w tradycyjnym ujęciu. Kolory skomponowane są w taki sposób, że bez większych trudności da się nimi wyczarować przepiękny makijaż na specjalną okazję. Makijaż dzienny paradoksalnie jest tutaj większym wyzwaniem, bo wysoka pigmentacja ma bezpośrednie przełożenie na intensywność koloru na powiece. 
     Nie zrozumcie mnie źle, jak najbardziej da się to zrobić, bo z powodzeniem maluję się do pracy niemal wyłącznie tą paletką od ponad miesiąca. Po prostu trzeba się przy tym nagłówkować nieco bardziej niż normalnie. Jeśli Wam to niestraszne, będziecie mieli z Mauve Obsessions wiele radości.






Znacie markę Huda Beauty? Używaliście jakiegoś kosmetyku z jej oferty?

Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 25 marca 2018

Smashbox Photo Finish Foundation Primer Light

    Rzadko sięgam po bazy pod makijaż. Jest to o tyle ciekawe, że baza pod cienie jest dla mnie nieodzowna. Co więcej, mimo mojego wieku i dość żywego zainteresowania kosmetykami, jak dotąd używałam tylko 5-10 różnych baz, z czego polubiłam może dwie. O firmie Smashbox i produkowanych przez nią primerach słyszałam już lata temu, więc ostatnio postanowiłam wykorzystać jedną z promocji i kupiłam Photo Finish Foundation Primer Light (wersja oil-free). Miałam nadzieję, że przedłuży trwałość mojego makijażu, wyrówna fakturę skóry i w jakimś stopniu ograniczy wydzielanie sebum. 




Co mówi producent:
Beztłuszczowa baza (...) jest idealna dla skóry tłustej, trądzikowej i wrażliwej. 
Ujednolica i wygładza teksturę skóry wchłaniając przy tym nadmiar sebum. Formuła na bazie wody odświeża skórę i pozostawia gładkie i matowe wykończenie. Aplikowana pod podkład lub puder, wypełnia płytkie zmarszczki i pory, przedłuża trwałość makijażu.




Dostępność:
Sieć Sephora, drogerie internetowe

Cena:
Uzależniona od pojemności. W moim przypadku to 65,00 zł bez promocji

Pojemność:
Baza dostępna jest w trzech wariantach pojemności: 12, 15 i 30 ml. 
Moja ma 15 ml.





Trwałość:
24 miesiące

Opakowanie:
Praktyczna, tworzywowa tubka. Czarno - przejrzysta, dzięki czemu łatwo kontrolować ile produktu nam pozostało. Plus za praktyczny dozownik.

Konsystencja:
Baza ma postać mleczno-białej, silikonowej w dotyku emulsji.




Aplikacja i działanie:
     Każdy ma swój ulubiony sposób nakładania tego typu kosmetyków. Ja robię to po prostu palcami, bo tak jest dla mnie najszybciej i najwygodniej. Baza rozprowadza się bez najmniejszego problemu, momentalnie wygładza skórę, czyniąc ją satynową w dotyku, delikatną. W pewnym stopniu ułatwia aplikację podkładu, choć nie jest to jakaś kluczowa różnica. 

     Co do wyglądu makijażu na bazie i ewentualnego przedłużenia jego trwałości, to zazwyczaj robię w takich przypadkach test, polegający na tym, że na pół twarzy nakładam bazę, a pół pozostawiam "czystą". Zauważyłam lekkie wygładzenie skóry i pewne wyrównanie jej faktury tam, gdzie nałożyłam bazę, jednak różnica była subtelna i zauważalna dopiero po dość wnikliwej analizie z mojej strony. Nie zauważyłam natomiast jakiegokolwiek wydłużenia trwałości makijażu, co mnie rozczarowało, bo na tym aspekcie zależało mi najbardziej. Obie połowy twarzy zaczynały świecić w tym samym czasie i z porównywalnym natężeniem.

Skład:


Czy polecam:
Z mojej perspektywy jest to produkt nie wart swojej ceny. Owszem, wygładza i matowi skórę tuż po nałożeniu, jednak gotowy makijaż wygląda niemal tak samo niezależnie od tego czy użyję bazy, czy nie. Nie zaobserwowałam również wydłużenia jego trwałości ani długotrwałego matowienia, dlatego nie mogę z czystym sumieniem polecić Wam tej bazy.


Pozdrawiam,
Kat :*

piątek, 16 marca 2018

Czekoladowy herbatnik: Milk Chocolate Soleil

     Bronzery przez długi czas były dla mnie kosmetykami kompletnie zbędnymi. Z początku nie widziałam sensu w używaniu jakiegokolwiek, potem jak już zaczęłam bardzo trudno było mi znaleźć taki, z którego byłabym w 100% zadowolona. Na dłuższą metę każdy czymś mnie zrażał, albo nużył, aż tu nagle trafiłam na Milk Chocolate Soleil od Too Faced i wszystko się zmieniło. 

     Ma kolor, który lubię określać mianem "herbatnikowego", daje bardzo subtelny efekt na twarzy, a przy tym pachnie obłędnie czekoladą! 




Dostępność:
Sephora i sklepy internetowe 

Cena:
139,00 zł

Pojemność:
10 g / 0,35 oz.

Trwałość:
12 miesięcy





Opakowanie:
Klasyczny kompakt / puderniczka. Opakowanie jest okrągłe, plastikowe, w kolorze starego złota, ozdobione delikatnymi ornamentami oraz wytłoczoną nazwą firmy. Wewnątrz znajduje się dobrej jakości i wielkości, praktyczne lusterko. Puderniczkę łatwo otworzyć i zamknąć, także nie grozi nam połamanie paznokci, co bardzo doceniam.



Jeśli zdjęcia wydają się Wam dziwne, to prawdopodobnie dlatego, że prezentują bronzer na kilka dni przed zaliczeniem denka... Wcześniej jakoś nie przyszło mi do głowy, by o to zadbać.


Konsystencja:
Delikatny, gładki prasowany puder o matowym wykończeniu.

Zapach:
Czekoladowy ❤




Aplikacja i działanie:
     Nie ukrywam, że to mój ulubieniec. W chwili, gdy to piszę mam już w nim spory ubytek i całkiem widoczne denko. Używam go praktycznie każdego dnia i czerpię z tego niekłamaną przyjemność! Miałam okazję używać obu wersji czekoladowych bronzerów Too Faced, ale to Milk Chocolate okazał się zwycięzcą. 
     Jest jasny i ciepły w tonacji, co zestawieniu z moją jasną i ciepłą karnacją jest idealnym rozwiązaniem. Przede wszystkim nie muszę się martwić, że zrobię nim sobie krzywdę, bo jest arcyłatwy w aplikacji! Nakłada się równo, jego intensywność można stopniować, jednak generalnie to raczej delikatny kosmetyk. Przepięknie pachnie czekoladą, co dodatkowo pogłębia przyjemność z jego używania. To mój jedyny produkt tego typu i zdecydowanie nie jestem nim znużona, mimo wielu miesięcy jego używania. 

Skład:




Czy polecam:
Jak najbardziej! Jeśli Wasza karnacja jest jasna, w kierunku średniej i lubicie delikatne, ciepłe kosmetyki brązujące, jestem przekonana, że Milk Chocolate się Wam spodoba. Dodatkowo czekoladowy zapach świetnie poprawi Wam samopoczucie!



Pozdrawiam,
Katalina :*


poniedziałek, 1 stycznia 2018

MakeUp ForeverUltra HD

     Internety kuszą. Nie jestem w stanie policzyć ile to już razy zostałam zachęcona do wypróbowania tego, czy innego kosmetyku po obejrzeniu czyjejś recenzji w sieci. I zasadniczo szeroki dostęp do tego typu opinii jest fajny, jednak należy pamiętać, że czasami jest to po prostu kolejna moda, czy "hype" (jakże popularne w anglojęzycznych internetach słowo!). 
     Aby nie uciekać za bardzo na boki w swoich wywodach (a musicie wiedzieć, że bardzo mnie kusi!), przejdę od razu do sedna: naoglądałam się filmików recenzujących podkład MakeUp ForeverUltra HD i po dość długim czasie zastanawiania się, postanowiłam sama go wypróbować.




Dostępność:
Sieć Sephora, wiele innych drogerii stacjonarnych i internetowych

Cena:
Około 199zł




Pojemność:
30ml

Trwałość:
12 miesięcy

Opakowanie:
Solidne, tworzywowe, z pompką. Wygląda estetycznie i zapewnia wysoki komfort używania. Całość jest dość wysoka, co może przysparzać pewnych kłopotów, jeśli np chcielibyście postawić podkład w szufladzie, jednak to drugorzędna sprawa. Pompka jest funkcjonalna, nie zapycha się. Napisy nie ścierają się z opakowania, nic się nie wylewa. Ogólnie patrząc nie ma się do czego przyczepić.



Konsystencja:
Płynna. Ani zbyt kremowa, ani lejąca się, jednak zdecydowanie skłania się w stronę rzadszych formuł. Dobrze współgra z pompką.




Aplikacja i działanie:
Po tylu pozytywnych opiniach, jakie miałam okazję przeczytać, lub obejrzeć w sieci, spodziewałam się naprawdę bardzo dobrego produktu... Mam jednak wrażenie, że wszystkie one były nakierowane na inny typ cery niż mój własny. Dla niewtajemniczonych, mam mieszaną cerę, ze skłonnością do naprawdę konkretnego przetłuszczania się w strefie T, za to nad wyraz przesuszonej na policzkach. Z moich spostrzeżeń wynika, że po około 3-4 godzinach od aplikacji, moje czoło i broda zaczynały się świecić i wymagały ingerencji bibułek matujących. Podkład stosunkowo dobrze znosił poprawki makijażu, jednak bez nich nie utrzymałby się zbyt długo na takiej cerze jak moja. W porównaniu z podkładami przeznaczonymi dla cer tłustych, czy mieszanych, ten konkretny nie sprawdził się na tyle dobrze, jak sugerowałaby to cena. Nie udało mu się przebić mojego ulubieńca (Revlon ColorStay) pod względem trwałości. Muszę jednak wspomnieć, że prezentuje się wyjątkowo ładnie na twarzy! Wygląda naturalnie, nie daje efektu maski, a przy tym zapewnia naprawdę przyzwoite krycie! Także o ile nie macie problemów z nadmiernie przetłuszczającymi się strefami twarzy, mogę Wam śmiało polecić ów podkład.

Skład:




Czy polecam:
To naprawdę dobry i przyzwoity podkład, pod warunkiem, że nie macie problemów z przetłuszczającą, lub mieszaną cerą. Niestety sama nie mieszczę się w wyżej wymienionej kategorii, jednak widzę, że dla dziewczyn, które mają cerę normalną, lub suchą, ów podkład może okazać się naprawdę dobrą alternatywą! 

Pozdrawiam,
Katalina



niedziela, 17 grudnia 2017

Nabla "Dreamy"

     Po paletę "Dreamy" marki Nabla sięgnęłam spontanicznie, skuszona pięknymi zdjęciami i kolorystyką cieni. Udało mi się capnąć ją tuż po tym, jak pojawiła się w sklepach, w promocyjnej cenie. Moje zdanie na jej temat przypominało sinusoidę i dopiero po wielu testach i rozmaitych kombinacjach doszłam do ostatecznego wniosku, którym chciałabym się dzisiaj z Wami podzielić.




Dostępność:
Mocno ograniczona. Najłatwiej dostać ją za pośrednictwem sklepu internetowego Minti, choć przeważnie jest wyprzedana.

Cena:
159,90zł

Pojemność:
12 cieni o łącznej masie 11g / 0,39oz

Trwałość:
18 miesięcy





Opakowanie:
Tekturowe, z magnetycznym zamknięciem, zapakowane dodatkowo w tekturowy "rękaw". Zawiera bardzo dobrej jakości lustro rozmiaru palety. Wizualnie nie ma się do czego przyczepić, jest estetycznie, ładnie i schludnie. Dominuje czerń urozmaicona metalicznymi gwiazdkami i konstelacjami. Z tyłu palety mamy szczegółowe informacje co do składu cieni, możemy także przeczytać, że jest wegańska i nie testowana na zwierzętach.




Cienie:
* 5 matów:
- Illusion - jasny, ciepły brąz
- Sistina - ciepły, brzoskwiniowo-różany
- Senorita - chłodny, głęboki róż
- Lullaby - chłodny, złamany różem brąz; mauve
- Dogma - czekoladowy brąz
* 6 perłowych metalików z duochromowym zacięciem:
- Immaculate - biało-złoty
- Vanitas - złoto-różowy
- Byzantine - stare złoto z brzoskwiniowym podbiciem
- Metal Cupid - rdzawo-czerwony
- Inception - średni, ciepły fiolet
- Rose Gold - różowo-złoty z rdzawym podbiciem
* 1 metaliczny brokat:
- Delirium - ciemny fiolet z iskierkami




Aplikacja i działanie:
     Wcześniej wspomniałam o tym, że do palety przyciągnęła mnie jej kolorystyka. Kiedy ją w końcu dostałam, moją uwagę w pierwszej kolejności przykuły fiolety i to z ich powodu moją początkową euforię zastąpiło rozczarowanie.
      Delirium, czyli jedyny brokat w palecie i obiektywnie patrząc piękny kolor, jest koszmarny w aplikacji. Zeswatchowany wypada pięknie, podobnie z resztą jak i pozostałe kolory, jednak przy normalnej aplikacji przysparza mnóstwo problemów. Nakłada się nierówno, trzeba go dokładać aby osiągnąć optymalne krycie, ale najgorsze ze wszystkiego jest osypywanie. Osypuje się wprost tragicznie! Jeśli zdecydujecie się użyć go w makijażu przygotujcie się na poprawki, ewentualnie zacznijcie makijaż od oczu, a twarz zostawcie na koniec.
     Drugi z fioletów, Inception, nakłada się już dużo lepiej, równiej i jest bardziej napigmentowany, jednak i tu nie unikniemy osypywania, na szczęście dużo mniejszego niż w przypadku poprzednika. Podobnie zachowuje się najjaśniejszy w zestawieniu Immaculate, jednak tu z racji koloru nie jest to aż tak uciążliwe, czy zauważalne.
     Pozostałe cienie wypadają już o niebo lepiej. Maty są niemal kremowe w dotyku, ciut słabiej wypada jedynie czekoladowa Dogma. Wszystkie są bardzo intensywnie napigmentowane i ładnie współgrają ze sobą na powiekach. Perły / metaliki / duochromy (jak zwał tak zwał) zachowują się jeszcze lepiej - są intensywne, gładko się nakładają, pięknie beldują ze sobą nawzajem.
     To, co mi przeszkadza, to to jak sprawują się w zestawieniu perła + mat. Zauważyłam, że perły wykazują tendencję do "wycierania" się, gdy w ich sąsiedztwie nałożymy odcień matowy. Konieczna jest wówczas ponowna aplikacja cienia. 
     W mojej ocenie cienie zawarte w "Dreamy" wypadają przyzwoicie, chociaż są dość nierówne jakościowo i nieco kłopotliwe w użyciu. Wymagają dodatkowej pracy i czasu, aby zaprezentować się w pełnej krasie.

Czy polecam:
     To zależy od tego, czy jesteście gotowi pójść na pewne ustępstwa. Ogólnie patrząc, paletka zawiera naprawdę pięknie skomponowany zestaw kolorów, jednak jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć, polecam Wam zacząć od makijażu oczu, aby uniknąć późniejszych poprawek.
     Jeśli zamierzacie mieszać tekstury, lepiej zacznijcie od matów, a perły zostawcie na koniec. Poza tymi uwagami Nabla "Dreamy" wypada pozytywnie.


     Ciekawa jestem, czy mieliście okazję używać cieni z Nabli, a jeśli tak, jakie są Wasze odczucia na ich temat?


Pozdrawiam,
Katalina

niedziela, 25 września 2016

Anastasia Beverly Hills "Modern Renaissance"

☙  ❦  ❧

     Okres jesienny rozpoczyna zazwyczaj bardzo atrakcyjny kosmetycznie czas. Przeważnie o tej porze roku zaczynają się pojawiać nowości wypuszczane na rynek w kontekście nadchodzących świąt (na zachodzie cała zabawa zaczyna się jeszcze przed świętem dziękczynienia, więc dużo szybciej niż po naszej stronie wielkiej wody). Jednak zanim zaczną nas zalewać świąteczne nowości, chciałabym wrócić na moment do palety, która miała swoją premierę kilka miesięcy temu, mianowicie "Modern Renaissance" marki ABH.





     Jak tylko zobaczyłam ją po raz pierwszy, wiedziałam że będzie moja. Skusiła mnie gamą kolorystyczną, która - jak głosi youtubowa legenda - jest dziełem córki założycielki ABH, zainspirowanej barwami przewodnimi epoki renesansu.

Dostępność:
Sklepy internetowe





Cena:
Około 249zł

Pojemność:
14 cieni po 0,7g / 0,02oz każdy

Trwałość:
6 miesięcy




Opakowanie:
Z mojej perspektywy wysoce niepraktyczne. Paletę wykonano z obitego różowym welurem kartonu. Samo opakowanie jest solidne, wykonane z dbałością o detale takie jak choćby dobre, magnetyczne zamknięcie, przyzwoitej jakości lusterko, efektowne wytłoczenia itd. Problem stanowi ten różowy welur, który prędzej czy później pobrudzi się i/lub powyciera. 
Do palety dołączony jest dwustronny pędzelek. Na odwrocie mamy także dokładną i bardzo szczegółową rozpiskę składników.




Wykończenia:
Tempera - beż, satynowy mat, gładka konsystencja, dobra pigmentacja
Golden Ochre - ciemny, żółtawy beż, mat, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Vermeer - blady róż, perła, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Buon Fresco - chłodny szarawy brąz, mat, dobra pigmentacja, niezły jako kolor przejściowy
Antique Bronze - rdzawy brąz, satyna, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Love Letter - chłodny burgund, mat, nieco sucha konsystencja z tendencją do pylenia, świetna pigmentacja
Cyprus Umber - ciemna gorzka czekolada, mat, niesamowicie masełkowata konsystencja, fantastyczna pigmentacja




Raw Sienna - ciemny beż / jasny brąz, mat, niezła pigmentacja, dobry jako kolor przejściowy
Burnt Orange - beż złamany pomarańczą, mat, niezła pigmentacja, dobry jako kolor przejściowy
Primavera - kolor szampana, perła, gładka konsystencja, dobra pigmentacja
Red Ochre - czerwony brąz, mat, świetna pigmentacja, odrobinę pyli
Venetian Red - ciepła, winna czerwień, satynowy mat, dobra pigmentacja, pyli
Warm Taupe - jak sugeruje nazwa, ciepły szarawy brąz, mat, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
✵  Realgar - ceglasty, mat, bardzo dobra pigmentacja



☙  ❦  ❧



Aplikacja i działanie:
Jak widać, jest to wyraźnie ciepła w tonacji paleta, skierowana raczej do wielbicieli kolorów jesiennych. Jest na tyle neutralna, by z powodzeniem nosić ją na co dzień, jednak zawiera dodatkowo kilka akcentów kolorystycznych, które pięknie podkreślą każdą tęczówkę (choć moim zdaniem najładniej będzie się prezentowała na zielonych i błękitnych oczach).




Cienie w przeważającej większości są matowe i są to raczej suche maty, które mają tendencję do osypywania się. Noszą się bardzo dobrze, nie gubią koloru, nie zbierają się w załamaniach powiek, dobrze się rozcierają i łączą z innymi cieniami. Odcienie perłowe najlepiej nakładać palcem lub gąbeczką, w ten sposób uzyskamy najlepsze krycie i pigmentację.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z palety "Modern Renaissance". Idealnie wkomponowuje się w moje preferencje kolorystyczne i tryb życia. Z tego co słyszałam, nie jest to limitka, także jeśli tylko się Wam podoba, macie szansę ją upolować :)


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


☙  ❦  ❧


sobota, 4 kwietnia 2015

Klasyk na tapecie: Estēe Lauder Double Wear

Witajcie raz jeszcze!

     Długo zastanawiałam się czy napisać tą recenzję, czy nie. Możecie mi wierzyć, że już parę razy chciałam się do tego zabrać, ale zawsze kończyło się na tym, że uznawałam, iż zwyczajnie nie ma sensu. A jednak ostatecznie postanowiłam wspomnianą recenzję popełnić.

     Po raz kolejny zabrałam się za produkt kultowy, który doczekał się wielu, naprawdę wielu bardzo pozytywnych recenzji na całym świecie. Mowa o podkładzie Estēe Lauder Double Wear. Tyle się o nim nasłuchałam, że w końcu postanowiłam sprawdzić go na własnej skórze.






Dostępność: 
Produkt łatwo dostępny - stacjonarnie w  drogeriach Sephora i Douglas oraz internetowo.

Cena: 
Wygląda to bardzo różnie z miejsca na miejsce, ale średnia cena to 120zł

Pojemność: 
30ml

Trwałość:
24 miesiące




Opakowanie:
Eleganckie, ale niepraktyczne. Oryginalnie podkład zapakowany jest w ładną, prostą buteleczkę z lekko mrożonego szkła ze złotą nakrętką. Brak pompki przy podkładzie z tej półki cenowej jest moim zdaniem dużym minusem. Jeśli już firma każe wykosztować się klientom na swój produkt, powinna uczynić go możliwie przystępnym i łatwym w obsłudze. We własnym zakresie zadbałam po rzeczoną pompkę, kupując ją w sklepie MAC. Pasuje, trzeba jedynie przyciąć odrobinę rurkę.




Konsystencja:
Półpłynna, lejąca. Zdecydowanie przydaje się posiadanie pompki!

Zapach:
Lekki, typowo podkładowy.

Aplikacja i działanie:
     Przy braku pompki aplikacja jest mówiąc krótko słaba. Podkład jest dość lejący, a z racji przeogromnej pigmentacji łatwo z nim przesadzić, jeśli nie mamy jakiegokolwiek dozownika. Za to również przyznaję ze swojej strony minusa. Podkład tak drogi jak Double Wear powinien trafiać do konsumenta jako kompletny zestaw - wymuskany i idealny. Brak pompki jest z mojego punktu widzenia dużym niedopatrzeniem. 
     Podkład ten pod wieloma względami przypomina mi Revlon ColorStay, przy czym z zaskoczeniem muszę powiedzieć, że Revlon w tym zestawieniu zdecydowanie wygrywa. 
     Double Wear jest szaleńczo wprost napigmentowany, co jest genialną sprawą, jednak jednocześnie wymaga od użytkownika wypracowania odpowiedniej techniki nakładania i noszenia. 
     Z racji pigmentacji potrzeba go zaledwie odrobinę. Jeśli przesadzi się z ilością, będzie widoczny na twarzy. Zastyga dość szybko, podobnie jak ColorStay,  przez co wymaga zdecydowania przy aplikacji. Również z tego powodu uważam, że początkujący nie do końca dadzą sobie z tym podkładem radę. Po zastygnięciu dają hiper matowe wykończenie, które w skrajnych przypadkach może podkreślać wszelkie suche partie twarzy, stąd też odradzałabym go osobom o suchej cerze. Sama mam mieszaną cerę i całkiem niezłe umiejętności jeśli chodzi o nakładanie makijażu, a mimo to muszę się przyłożyć i skupić w trakcie aplikacji DW. 
     Z moich obserwacji wynika, że aby podkład wyglądał na skórze dobrze, należy nanieść jego minimalną ilość, najlepiej na skórę ze świeżo zaaplikowanym kremem nawilżającym. Można też wymieszać go z jakimś nawilżaczem, w każdym razie stosowany solo daje dość suchy efekt. Plus jaki z tego wynika jest taki, że w przypadku pewnych typów cery podkład nie będzie wymagał ugruntowania pudrem - to zawsze jedna warstwa tapety mniej.
     Gdybym miała podsumować go jednym zdaniem, stwierdziłabym, że jest kłopotliwy, wymagający i... nie wart swojej ceny.




Czy polecam:
     To jak zwykle najtrudniejsza część recenzji, ponieważ każdy kosmetyk będzie zachowywał się różnie z twarzy na twarz. Mogę jedynie podzielić się własnymi refleksjami, a niestety nie są one tak różowe jak można by przypuszczać.
     Szczerze mówiąc czuję się rozczarowana tym podkładem. Za taką cenę spodziewałam się DUŻO więcej! Owszem, umiem i mogę zrobić tak, by Double Wear wyglądam na mnie bardzo dobrze, jednak wymaga to ode mnie dodatkowych zabiegów, na które nie zawsze mam ochotę. Jak dla mnie podkład kosztujący 120zł powinien być bliski ideałowi, niestety nie mogę tego powiedzieć o Double Wear. Zwłaszcza, że jestem w stanie podać na poczekaniu dwa inne podkłady, które wyglądają u mnie o niebo lepiej a kosztują 30zł...
     Moja odpowiedź brzmi zatem: polecam, ale tylko jeśli możecie wypróbować go za mniejsze pieniądze. Sprawdzić go zawsze warto, bo a nóż okaże się tym, czego potrzebujecie. Tak czy inaczej wiem na pewno, że jak już go zużyję, to do niego nie wrócę.


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*