niedziela, 17 sierpnia 2014

Ultramaryna

Hej Misiaki!

     W zasadzie jestem dość mocno ukierunkowana kolorystycznie. Wiem, która paleta barw mnie przyciąga i niezmiernie rzadko się zdarza, abym ją zdradziła. Tymczasem jakiś czas temu zapałałam nagłym zainteresowaniem do ultramaryny, koloru tyleż pięknego, co ostrego w swoim bezkompromisowym chłodzie. Na szczęście dobrze się czuję (i wyglądam) w odcieniach chłodnych, stąd też kilka miesięcy temu popełniłam pewien zakup.

     Moim łupem padła kredka Rimmel Scandaleyes w kolorze #014 Bright Blue. Czysty, lodowy prąd. Wspaniały odcień! Żeby było śmieszniej, dokładnie w takim samym kolorze była pierwsza kredka do oczu, jakiej kiedykolwiek użyłam (ech, wspomnienia). Wtedy nakładałam ją na linię wodną oczu i obok tuszu do rzęs i topornego korektora był to cały mój makijaż.

     Od tamtej pory świat poszedł solidnie do przodu, więc kosmetyki są dużo lepszej jakości niż te - o zgrozo! - sprzed 17 lat. Na szczęście również moje umiejętności odrobinę się od tamtej pory poprawiły i w efekcie spod mojej ręki wyszło coś takiego:




     Jest to świetny przykład tego, jak jeden element jest w stanie kompletnie odmienić makijaż. Gdyby nie kreska, byłby to po prostu neutralny, dzienniak z delikatnie zaznaczonym czarną kreską kocim okiem. Mocny, niebieski akcent dodał naszemu kotu pazura, a że to kot dość cywilizowany, to daje się wypuścić między ludzi w biały dzień.




     Oczywiście zamiast ultramaryny można użyć dowolnego koloru, jednak moim zdaniem im bardziej jadowity akcent tym ciekawszy rezultat. 

     Jak się zapatrujecie na kolorowe kreski na oczach? Lubicie się malować w podobny sposób, czy może trzymacie się bezpiecznych neutralnych odcieni? A może zamiast kredek stawiacie na intensywne cienie do powiek? Dajcie znać :)

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*


wtorek, 12 sierpnia 2014

Kraina mlekiem i miodem płynąca

Hej Misiaki!

     Jak już Wam wspominałam, miesiąc temu otrzymałam przesyłkę ze sklepu Mydlany Kredens, a w niej dwa mleczno-miodowe kosmetyki pielęgnacyjne: mydło i masło do ciała. Tak się składa, że zazwyczaj, gdy w moje ręce trafia jakiś produkt z mlekiem i miodem chłonę go ze zdwojoną siłą wszystkimi zmysłami. Jak było w tym przypadku?



Kozie mydło

Dostępność:
Sklep internetowy Mydlany Kredens

Cena:
Brak danych

Pojemność:
Około 100 gram per sztuka

Opakowanie:
Mydło otrzymałam zapakowane w przezroczystą folię, zawinięte jak cukierek – obwiązany uroczymi fioletowymi wstążeczkami. Minimalistycznie, ale w sam raz.




Zapach:
Na zapach składają się mleko, miód i lawenda. Producent opisuje go jako mleczno-lawendowy. Nie wiem czy przychyliłabym się do tej opinii, choć przyznam, że mydło nie pachnie jak typowy mleczno-miodowy kosmetyk, chociaż z drugiej strony próżno szukać tam lawendy jako takiej. Prawda leży jak zwykle gdzieś pośrodku, jednak niezależnie od wszystkiego, zapach jest baaaardzo przyjemny i relaksujący.




Aplikacja i działanie:
      Wśród obietnic producenta doczytałam, że wspomniane mydło poza mlekiem i miodem zawiera również masło shea. Ma zapewniać ukojenie i regenerację skóry, natłuszczać i chronić skórę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB. Nie jestem przekonana co do sensowności umieszczania w mydle filtrów, nie mniej jestem skłonna uwierzyć w jego kondycjonujące właściwości.
     Cóż mogę napisać? Mydło powinno myć nie podrażniając. Miło by było, gdyby nie powodowało uczucia ściągnięcia na skórze, ani nie wytrącało osadu na wannie po kąpieli. No i żeby przyjemnie pachniało. Mogę spokojnie powiedzieć, że moje oczekiwania zostały spełnione i to z nawiązką.
     Mydło doskonale wywiązało się ze swojej podstawowej roli, nie podrażniło mnie, nie napięło skóry, w dodatku pięknie pachniało czyniąc kąpiel wyjątkowo przyjemną! Zapach był tutaj zdecydowanie jednym z głównych atutów i działał na mnie niezwykle relaksująco.


Luksusowe masło do ciała "Mleko i miód"






Dostępność:
Sklep internetowy Mydlany Kredens

Cena:
40zł

Pojemność:
150ml

Trwałość:
Data na opakowaniu.




Opakowanie:
Wygodne, zakręcane pudełeczko z matowego plastiku. Poręczne – mieści się w dłoni. Praktyczne, z uwagi na dodatkową plastikową nakładkę zabezpieczającą kosmetyk np. przed zamoczeniem pod prysznicem. Pudełeczko opakowane jest w prosty, acz pomysłowy kartonik. Znajdziemy na nim wszystkie niezbędne informacje, to znaczy opis kosmetyku, jego skład, datę produkcji, datę ważności i gramaturę.




Konsystencja:
Bardzo ciekawa i niestandardowa. Z jednej strony gęsta, niemal stała, lecz jednocześnie przyrównałabym ją do pianki połączonej ze śmietanką. Łatwo się nabiera i rozprowadza. Szybko wchłania się w skórę, jednak pozostawia na niej przyjemną, otulającą warstewkę pielęgnującą.




Zapach:
Z duetu mleko i miód to mleko zdecydowanie gra pierwsze skrzypce w kompozycji zapachowej. Miodu nie wyczuwam, ale nie przeszkadza mi to. Zapach jest delikatny i bardzo przyjemny. Kojarzy mi się z ekskluzywnym SPA. Nie pozostaje długo na skórze.

Aplikacja i działanie:
     Jak wspomniałam, masło łatwo się nabiera i rozprowadza na skórze. Jest to kosmetyk szalenie wydajny – potrzeba naprawdę niewielkiej ilości, aby odżywić skórę i o ile nie przeholujemy z jednorazowo aplikowaną „dawką”, wchłonie się szybko. Wysoka wydajność przekłada się na tempo zużycia. Zaryzykuję stwierdzenie, że wystarczy nam na tyle samo albo i więcej czasu niż dowolne drogeryjne masło o dwukrotnie większej pojemności – ten produkt jest niesamowicie skoncentrowany!
     Masło pozostawia na ciele wyczuwalną warstwę otulającą i łagodzącą. Koi, odżywia – nakładając je na nieco przesuszoną skórę udało mi się w ciągu 2-3 dni przywrócić jej zadowalający poziom nawilżenia i zniwelować uczucie ściągnięcia będące efektem opalania.
     Stosuję je po wieczornym prysznicu, a pozytywne efekty czuję jeszcze przez cały kolejny dzień – moja skóra jest miękka, gładka i odżywiona. Nie zaobserwowałam żadnych skutków ubocznych, żadnego zapchania, czy podrażnień.
     Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie czynniki, to znaczy przyjemny mleczny zapach, łatwość aplikacji, oraz to jak wspaniale masło odżywia skórę, mogę je z czystym sumieniem polecić każdemu. Myślę, że szczególnie docenią je osoby cierpiące na wiecznie przesuszoną, ściągniętą skórę. Trzeba jedynie pamiętać, by nie przesadzić z nakładaną ilością. Zdecydowanie lepiej jest nanosić kosmetyk oszczędnymi porcjami, dokładając więcej w zależności od potrzeb.




Skład:
Może nie perfekcyjny, jednak moim zdaniem całkiem przyzwoity.

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Coconut Oil (Cocos Nucifera Oil) - olej kokosowy, ma działanie łagodzące, chłodzące i odżywcze. Działa również odkażająco i bakteriobójczo. Często stosowany jako olej bazowy, szczególnie w kosmetykach do pielęgnacji włosów oraz tzw. masłach do ciała, także jako środek poprawiający konsystencję.

Butyrospermum Parkii Butter Extract - masło shea (karite, masłosz), ma działanie łagodzące (zawiera alantoinę), przyspiesza procesy gojenia, zmiękcza
i natłuszcza skórę, działa ochronnie, posiada naturalny filtr ochronny (SPF 3-4). Polecane dla skóry suchej, atopowej, nadwrażliwej. Masło shea stosowane jest zarówno jako składnik aktywny, jak i tłuszcz bazowy.

Parafinum Liquidum - emolient.
Olej pochodzący z przerobu ropy naftowej. Płynna parafina jest składnikiem bardzo często używanym w kosmetyce, jest lżejsza od swojej siostry wazeliny, mniej nabłyszcza skórę i się nie klei. Parafina pozostawia skórę miękką i jedwabistą. Jest obojętna chemicznie i nie wywołuje podrażnień ani alergii. Sama w sobie nie ma żadnych wartości odżywczych, za to świetne natłuszczające i ochronne.

Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Beeswax - woski/emolienty/emulgatory/substancje ochronne. Wosk pszczeli, wygładza, natłuszcza, tworzy stabilny film ochronny.

Perfume - substancja zapachowa.

Allantoin - alantoina, stosowana od dawna jako czynnik gojący i kojący, likwiduje podrażnienia i stany zapalne, przyspiesza odnowę tkankową, przyspiesza ziarninowanie uszkodzonej tkanki i ułatwia bliznowacenie, zmiękcza i plastyfikuje warstwę rogową naskórka, pomaga w usuwaniu zrogowaceń.

PEG-8 Beeswax - Glikol polietylenowy oksyetylenowany 8 molami tlenku etylenu; Polimer niejonowy. Substancja higroskopijna, łatwo wiążąca wodę. Substancja nawilżająca odpowiedzialna za prawidłowe nawilżenie, co zapewnia dobre funkcjonowanie skóry. Humektant - zapobiega krystalizacji (wysychaniu) masy kosmetycznej przy ujściu butelki, tuby itp. Ponadto jest rozpuszczalnikiem dla innych substancji hydrofilowy zawartych w kosmetykach.

Benzyl Alcohol - alkohol benzylowy - substancja zapachowa posiadającą właściwości antybakteryjne. Jego naturalnym źródłem są olejki eteryczne, jaśminu, róży i bzu. Właściwości konserwujące.

Methylchloroisothiazolinone - Substancja rozpuszczalna w wodzie. Bezpieczna dla środowiska - biodegradowalna. Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed zakażeniem mikroorganizmami, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem). Składnik dozwolony do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu. Znajduje się na liście substancji konserwujących dozwolonych do stosowania z ograniczeniami w produktach kosmetycznych. Jego dopuszczalne maksymalne stężenie w gotowym produkcie to 0,0015%. Ma działanie alergizujące i oddziałuje na układ nerwowy.
 

Czy polecam:
Zdecydowanie tak. To jedno z lepszych maseł, jakich miałam przyjemność używać.


 


     Na zakończenie pozostaje mi jedynie polecić Wam sprawdzenie oferty Mydlanego Kredensu. Nawet jeśli kosmetyki mleczno-miodowe to nie do końca Wasza bajka, z pewnością znajdziecie tam coś, co Was zainteresuje.

Pozdrawiam serdecznie!
Katalina :*


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wake Me Up before you GO! GO!

Hej Misiaki!

     Krótko i węzłowato: podkład Rimmel Wake Me Up nie jest dla mnie. Kupiłam go dość dawno, chcąc przerzucić się w okresie wiosenno-letnim na coś lżejszego. Okazało się jednak, że produkt ten kompletnie się z moją skórą nie dogaduje.

     Główna obietnica, jaką składa producent dotyczy efektu promiennej, wypoczętej skóry. Ma ona zyskać gładkość i wewnętrzny, zdrowy blask. Kolejną obietnicą jest zwiększenie elastyczności, nawilżenie, wzbogacenie witaminami, co w konsekwencji ma prowadzić do eliminacji oznak zmęczenia oraz wizualnego "odmłodzenia". W dodatku efekt ten ma utrzymywać się przez 10h od nałożenia.
     Brzmi fajnie, prawda? Dodajmy do tego masę pozytywnych opinii, jaką zebrał w internecie wspomniany podkład, a otrzymamy kosmetyk, który teoretycznie nie powinien rozczarować. A jednak.




Dostępność: 
Jest to produkt ogólnodostępny.
 
Cena: 
Stacjonarnie kosztuje około 39zł, ale w sieci można dostać go dużo taniej.

Pojemność: 
30ml

Trwałość:
24 miesiące

Opakowanie:
Moim zdaniem to jego główna zaleta. Potem jest już tylko gorzej. Opakowanie jest zarówno estetyczne jak i energetyzujące. Mamy tu szklany flakon z pompką i skuwką w żywym, pomarańczowym odcieniu. Wygodny i funkcjonalny.




Konsystencja:
Półpłynna emulsja.

Zapach:
Delikatny, niedrażniący.

Aplikacja i działanie:
Podkład nakłada się jak marzenie - szybko, łatwo, sprawnie i bez problemów. Mało tego, daje przyzwoite krycie, naturalne wykończenie, efektem którego jest piękna, zdrowo wyglądająca skóra. I byłoby cudownie, gdyby taki efekt utrzymywał się na twarzy, niestety...
Początkowy zachwyt bardzo szybko, bo już po jakichś 2h zmienia się diametralnie. Moja mieszana cera wygląda po tych 2+ godzinach jak plac boju i obraz nędzy i rozpaczy w jednym. Podkład jest niemiłosiernie sciastkowany, rozwarstwia się, ściera nierównomiernie, podkreśla wszelkie niedoskonałości. Słowem jest źle. Ilekroć nakładałam go i wychodziłam do ludzi, kończyło się to nerwem i irytacją. 
Druga rzecz to rozpiętość kolorystyczna. Mój numer: 100 - Ivory, przypominał mi wiele odcieni, lecz bynajmniej nie kość słoniową. Pod względem intensywności plasował się gdzieś pośrodku klasycznej palety dostępnej na polskim rynku. Jak dla mnie - zdecydowanie ciemniejszy niż powinien być.
Ostatecznie rozstałam się z tym paskudztwem, ponieważ kompletnie mi nie służyło. Miłości z tego nie będzie.

Czy polecam:
W życiu!



Pozdrawiam,
Kat :*

 

niedziela, 3 sierpnia 2014

Gdańsk Latem

Hej Misiaki!

     Pokazywałam Wam kiedyś mój kochany Gdańsk? Nie przypominam sobie. W każdym razie dzisiaj Wam pokażę. Potraktujcie to jako odskocznię od wszelakiej chemii kosmetycznej i nie tylko.

     Gdańsk to specyficzne miasto - od zawsze wielokulturowe i wiecznie tętniące życiem. Tutaj zawsze coś się dzieje i uwielbiam to! Lato jest o tyle wyjątkowe, że przy okazji Jarmarku Dominikańskiego miasto przeżywa powódź turystów. Sama nawiedzam jarmark w zasadzie rokrocznie, chociaż każdego roku można tam znaleźć niemal dokładnie to samo. Ale nie chodzi tu o to co kto sprzedaje, a o klimat jaki towarzyszy całej tej imprezie.
     

Diabelski Młyn - póki co nie jechałam, ale może, może... się zobaczy.
Galeon wycieczkowy
Ciut inny widok na Zieloną Bramę
Widok na Żurawia z nowo otwartego deptaka na Wyspie Spichrzów
Tłumy na nabrzeżu, a w tle hotel Hilton
Gdańska Marina
Miniaturka Żurawia. Analogiczną widziałam jeszcze przed Ratuszem Głównym na Długiej
Na deser prawdziwa perełka ;) I te głowy za kratami... Poezja!


     Tak właśnie prezentują się okolice rzeki Motławy na gdańskiej Starówce w środku sezonu. Uwielbiam to moje miasto!!!

Pozdrawiam wakacyjnie,
Kat :*


sobota, 2 sierpnia 2014

Zmysły szaleją!

Hej Misiaki!

     Postanowiłam pochwalić się Wam dzisiaj moim golasem w mydle chwały! ㋡ 

     Nie, nie będzie żadnych nieprzyzwoitych zdjęć - wybaczcie, nie tym razem. Będzie kosmetycznie (szokujące, wiem), będzie zachciankowo i dziękczynnie.
     Niedawno, Simply podzieliła się na swoim blogu paletami, które bardzo jej się podobają i które chciałaby kupić. Mi samej odkąd mam paletę Naked 3 chodził po głowie plan zakupu Naked 2, niestety mieszkanki Polski mają w tym zakresie dość mocno ograniczone pole manewru. Krótka wymiana zdań pod wpisem i Kinga (która z resztą pośredniczyła w poprzednim zakupie) raz jeszcze zaproponowała mi pomoc.

     Efekt?




     Kindze znowu udało się mnie zaskoczyć, ponieważ poza paletą, której się spodziewałam, w paczce znalazłam jeszcze wszystkie te wspaniałości zaprezentowane powyżej.
     Brązowego linera w formie flamastra z Collection jestem bardzo ciekawa! Podobnie produktów pielęgnacyjnych z Soap&Glory - nigdy nie miałam niczego tej marki. Puder również wygląda świetnie i zachęcająco. Zapach jaki roztaczają te kosmetyki (zwłaszcza peeling) jest nie do opisania - po prostu rewelacja! 
     Martwi mnie natomiast coś innego... Próbka zapachu Jean Paul Gaultier Classique Intense, autorstwa Francisa Kurkdjiana. Ten zapach jest tak bardzo "mój" jak tylko można to sobie wyobrazić! Jest po prostu IDEALNY! Jaki z tego wniosek? - będzie polowanie na pełnowymiarowy flakon! Problem w tym, że szybki rajd po internetach pokazał, że perfumy te są stosunkowo nowym dziełem, więc będę musiała uzbroić się w cierpliwość. Nie mniej poczekam, bo zapach ten jest po prostu boski

     Kinga, zbankrutuję przez Ciebie, ale i tak Cię uwielbiam! :* :* :*


Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego weekendu!
Katalina


niedziela, 27 lipca 2014

Arabski Opal

Hej Misiaki!

     Jeśli jest coś, za co lubię makijaże wschodnie, to jest to ich niejednoznaczność. Wariacji na temat tego stylu jest tak wiele, jak osób, które się za niego zabierają. Sama również nabrałam ochoty na drobne odświeżenie typowego sposobu postrzegania arabica




     Inspiracją do stworzenia tego makijażu była masa perłowa, stąd nałożone warstwowo, przenikające się wzajemnie kolory. Z tego samego powodu zdecydowałam się na urozmaicenie typowej dla arabiców kreski opalizującym pyłkiem. Dzięki temu makijaż zachowuje swój wschodni charakter, a jednocześnie nie jest dosłowną interpretacją stylu. Kohl użyty wewnątrz oka dodatkowo podkreśla jego kształt i zagęszcza optycznie rzęsy.




     Jak wspomniałam na początku, jest to moja próba odświeżenia klasycznego wyobrażenia makijażu arabic. Dajcie znać co sądzicie na temat podobnych eksperymentów? Wolicie klasykę, czy jesteście otwarci na pewne odstępstwa od utartych zwyczajów?








Użyte produkty:
Twarz
- Revlon Colorstay cera mieszana #180 Sand Beige
- Make Up Store Cover All Mix
- Sephora 10hr fix & correct concealer
- Sephora 8hr wear mattifying compact foundation #10 light ivory
- Bourjois blusher #33 Golden Lilac
Oczy
- Lorac Behind the scenes eye primer
- Sephora Contour eye pencil 12hr wear waterproof #32 Tango Night
- Sephora Contour eye pencil 12hr wear waterproof #28 Baby blues
- Urban Decay eyeshadows: Strange, Dust
- L’Oreal Color Riche Shocking Eyes #S3 Disco Smoking
- Maybelline EyeStudio Lasting Drama Gel Eyeliner 24h #10 Ultra Violet
- Inglot Duraline
- Inglot Ozdoby do ciała #71
- MAC In Extreme Dimension mascara #Black Extreme
- Hasami Kajal
Usta
- Sephora Rouge Infusion #06 Coral


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*

 


niedziela, 20 lipca 2014

Co było, gdy mnie nie było...

No hej, Misiaki!

     Jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa ;) Owszem, w czerwcu prawie mnie tu nie było, a i lipiec jak dotąd wygląda mizernie jeśli chodzi o moją blogerską aktywność. Wytłumaczenie, jak zwykle mogłabym sprowadzić w 90% do jednego słowa: praca.
     Daje mi masę satysfakcji, ale jest absorbująca. Przykładowo, ostatnie dwa tygodnie spędziłam kursując między Trójmiastem a Warszawą. Podróż ta wisiała mi nad głową od kilku miesięcy i bynajmniej nie cieszyła, ponieważ wiązała się ze sporym stresem, ale teraz kiedy jestem już "po", czuję się dumna i szczęśliwa.


Taki miałam widok z okna warszawskiego mieszkania:

Zacny był to widok :)


     Mieszkanie w centrum miało swoje plusy i minusy, choć i to zależało od konkretnej osoby. Moi współlokatorzy narzekali na hałas i bliskość cudzych okien, ale dla mieszczucha z krwi i kości jakim jestem, to norma. Mimo hałasu spałam jak suseł, kiedy już się kładłam o tej 01:00-02:00 nad ranem.

     90% czasu spędzałam w firmie u klienta, jednak trafiło się kilka luźniejszych chwil, kiedy to mogliśmy pokręcić się grupą po mieście.


Ogród Saski

Grób Nieznanego Żołnierza, czyli to co pozostało z imponującego Pałacu Saskiego.




Pałac prezydencki z obowiązkową ekipą rozmodlonych, cierpiących na nadmiar wolnego czasu.



Wieszcz

Zamek królewski



Serce Starówki

Jedna z malowniczych bocznych uliczek głównego rynku.



A ponieważ jestem również blogerką, po prostu nie mogłam nie wykorzystać takiej okazji!...


Dziewczyńsko do granic możliwości: kosmetyki i bielizna ;)


     Zostawiłam w MACu dużo ciężko zarobionych pieniędzy, ale jadąc do Wawy wiedziałam, że tak to się skończy. Zrobiłam zawczasu listę rzeczy, które chcę kupić, zatem byłam świadoma kwoty. Moim głównym założeniem było nie odczuwanie choćby grama wyrzutów sumienia i jak dotąd udaje mi się idealnie ㋡

     Co kupiłam? Dokładna lista prezentuje się tak:
- Paint Pot w kolorze Soft Ochre, który za mną chodził od bardzo, bardzo dawna;
- korektor Studio Finish, o którym słyszałam masę pozytywnych opinii;
- pięć cieni do powiek: Trax, Antiqued, Satin Taupe, Shale i Star Violet;
- paletkę typu quad;
- róż Well Dressed - kupiony zamiast Pink Swoon, którego niestety nie było.
     Postanowiłam również skorzystać z programu Back 2 MAC, zgodnie z którym za 6 opakowań (szklanych lub plastikowych) po kosmetykach MAC, można sobie wybrać dowolną pomadkę zupełnie za darmo. Zdecydowałam się na Syrup (wykończenie lustre), ponieważ z zasady niemal nie noszę ciemnych kolorów na ustach. W 9 na 10 przypadków wybieram odcienie z neutralnej gamy, a Syrup idealnie wpisuje się w moje preferencje.





     Tak to się pokrótce przedstawia. Wyjazd ten uświadomił mi, że bez względu na to jak bardzo mamy napięty harmonogram dnia, zawsze można znaleźć chwilkę na drobne przyjemności. Było zacnie! ... Co widać na załączonym obrazku ㋡




      Warszawa da się lubić, jak głosi stara piosenka. Ja Warszawę bardzo polubiłam, czego przyznam szczerze kompletnie się nie spodziewałam, tym bardziej, że jechałam tam dość uprzedzona. 

* * * * *

     A po Warszawie przyszła pora na inne ciekawostki - kosmetyczne i nie tylko. Muszę wspomnieć o dwóch przesyłkach, które dostałam około-wyjazdów. 





     Pierwsza przywędrowała do mnie z perfumerii Yasmeen i zawierała zestaw 15 próbek oraz dwa flakony po perfumach (perfumeria wprowadziła do swojej oferty również możliwość zakupu pustych flakonów). Wyobraźcie sobie moją minę. Jako wielbicielka orientalnych wspaniałości, poczułam się niemal jak wschodnia księżniczka. Serdecznie dziękuję pani Justynie za niesamowite źródło inspiracji do tworzenia! 
     O co chodzi? spytacie. Otóż pani Justyna wyszła z niesamowitą inicjatywą i zaproponowała mi stworzenie cyklu makijaży inspirowanych orientalnymi perfumami. 
     Wiecie co to oznacza ㋡




     Drugą przesyłkę otrzymałam ze sklepu Mydlany Kredens, który z tego miejsca serdecznie Wam polecam, ponieważ oferuje naprawdę warte uwagi kosmetyki. 
     Jak widzicie, trafiło do mnie masło do ciała z mlekiem i miodem oraz kapitalne kozie mydełko, które jako zodiakalny koziorożec  doceniam w dwójnasób. Na pełną recenzję będziecie musieli trochę poczekać, jednak pierwsze testy wypadły nader pozytywnie! ㋡ A ten zapach... coś wspaniałego!


* * * * *


     Kupiłam sobie również dwa albumy o modzie. Tak, o modzie. Mimo, że nie należę do osób, które przywiązują przesadną uwagę do trendów. Kiedyś buszując w Empiku trafiłam na "100 idei, które zmieniły modę", jednak po przekartkowaniu, odłożyłam go na półkę. Później gdy sobie o nim przypomniałam, okazało się, że jest nieosiągalny stacjonarnie, postanowiłam zatem upolować go w sieci. A przy okazji znalazłam również "100 idei, które zmieniły modę uliczną", więc niewiele myśląc kliknęłam oba.




     Pojawiło się też u mnie kilka nowych lakierów do paznokci oraz kosmetyków do włosów, ale... o tym napiszę kiedy indziej. Póki co kończę, serdecznie Was pozdrawiając.

Katalina :*