niedziela, 17 grudnia 2017

Nabla "Dreamy"

     Po paletę "Dreamy" marki Nabla sięgnęłam spontanicznie, skuszona pięknymi zdjęciami i kolorystyką cieni. Udało mi się capnąć ją tuż po tym, jak pojawiła się w sklepach, w promocyjnej cenie. Moje zdanie na jej temat przypominało sinusoidę i dopiero po wielu testach i rozmaitych kombinacjach doszłam do ostatecznego wniosku, którym chciałabym się dzisiaj z Wami podzielić.




Dostępność:
Mocno ograniczona. Najłatwiej dostać ją za pośrednictwem sklepu internetowego Minti, choć przeważnie jest wyprzedana.

Cena:
159,90zł

Pojemność:
12 cieni o łącznej masie 11g / 0,39oz

Trwałość:
18 miesięcy





Opakowanie:
Tekturowe, z magnetycznym zamknięciem, zapakowane dodatkowo w tekturowy "rękaw". Zawiera bardzo dobrej jakości lustro rozmiaru palety. Wizualnie nie ma się do czego przyczepić, jest estetycznie, ładnie i schludnie. Dominuje czerń urozmaicona metalicznymi gwiazdkami i konstelacjami. Z tyłu palety mamy szczegółowe informacje co do składu cieni, możemy także przeczytać, że jest wegańska i nie testowana na zwierzętach.




Cienie:
* 5 matów:
- Illusion - jasny, ciepły brąz
- Sistina - ciepły, brzoskwiniowo-różany
- Senorita - chłodny, głęboki róż
- Lullaby - chłodny, złamany różem brąz; mauve
- Dogma - czekoladowy brąz
* 6 perłowych metalików z duochromowym zacięciem:
- Immaculate - biało-złoty
- Vanitas - złoto-różowy
- Byzantine - stare złoto z brzoskwiniowym podbiciem
- Metal Cupid - rdzawo-czerwony
- Inception - średni, ciepły fiolet
- Rose Gold - różowo-złoty z rdzawym podbiciem
* 1 metaliczny brokat:
- Delirium - ciemny fiolet z iskierkami




Aplikacja i działanie:
     Wcześniej wspomniałam o tym, że do palety przyciągnęła mnie jej kolorystyka. Kiedy ją w końcu dostałam, moją uwagę w pierwszej kolejności przykuły fiolety i to z ich powodu moją początkową euforię zastąpiło rozczarowanie.
      Delirium, czyli jedyny brokat w palecie i obiektywnie patrząc piękny kolor, jest koszmarny w aplikacji. Zeswatchowany wypada pięknie, podobnie z resztą jak i pozostałe kolory, jednak przy normalnej aplikacji przysparza mnóstwo problemów. Nakłada się nierówno, trzeba go dokładać aby osiągnąć optymalne krycie, ale najgorsze ze wszystkiego jest osypywanie. Osypuje się wprost tragicznie! Jeśli zdecydujecie się użyć go w makijażu przygotujcie się na poprawki, ewentualnie zacznijcie makijaż od oczu, a twarz zostawcie na koniec.
     Drugi z fioletów, Inception, nakłada się już dużo lepiej, równiej i jest bardziej napigmentowany, jednak i tu nie unikniemy osypywania, na szczęście dużo mniejszego niż w przypadku poprzednika. Podobnie zachowuje się najjaśniejszy w zestawieniu Immaculate, jednak tu z racji koloru nie jest to aż tak uciążliwe, czy zauważalne.
     Pozostałe cienie wypadają już o niebo lepiej. Maty są niemal kremowe w dotyku, ciut słabiej wypada jedynie czekoladowa Dogma. Wszystkie są bardzo intensywnie napigmentowane i ładnie współgrają ze sobą na powiekach. Perły / metaliki / duochromy (jak zwał tak zwał) zachowują się jeszcze lepiej - są intensywne, gładko się nakładają, pięknie beldują ze sobą nawzajem.
     To, co mi przeszkadza, to to jak sprawują się w zestawieniu perła + mat. Zauważyłam, że perły wykazują tendencję do "wycierania" się, gdy w ich sąsiedztwie nałożymy odcień matowy. Konieczna jest wówczas ponowna aplikacja cienia. 
     W mojej ocenie cienie zawarte w "Dreamy" wypadają przyzwoicie, chociaż są dość nierówne jakościowo i nieco kłopotliwe w użyciu. Wymagają dodatkowej pracy i czasu, aby zaprezentować się w pełnej krasie.

Czy polecam:
     To zależy od tego, czy jesteście gotowi pójść na pewne ustępstwa. Ogólnie patrząc, paletka zawiera naprawdę pięknie skomponowany zestaw kolorów, jednak jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć, polecam Wam zacząć od makijażu oczu, aby uniknąć późniejszych poprawek.
     Jeśli zamierzacie mieszać tekstury, lepiej zacznijcie od matów, a perły zostawcie na koniec. Poza tymi uwagami Nabla "Dreamy" wypada pozytywnie.


     Ciekawa jestem, czy mieliście okazję używać cieni z Nabli, a jeśli tak, jakie są Wasze odczucia na ich temat?


Pozdrawiam,
Katalina

niedziela, 26 listopada 2017

Nowe nabytki w mojej szufladzie...

     Mam mieszane uczucia patrząc na tytuł. W przeszłości miałam absurdalną jak na minione czasy ilość kosmetyków i uważałam to za coś zupełnie normalnego. Pamiętam nawet, że zarzekałam się, że ostatnie co mi grozi to kosmetyczny minimalizm. Jak dotąd wspomniana teza się sprawdza, jednak na przestrzeni ostatnich 2-3 lat częściej pozbywałam się kolorówki, niż ją nabywałam. 

     Stąd właśnie moja konsternacja, bo dla mnie prezentowane rzeczy zbliżają się ilościowo do kategorii "sporo", natomiast z perspektywy typowego wychowanego na blogach i youtubie zjadacza chleba, nie zrobi to prawdopodobnie jakiegokolwiek wrażenia.

     Palety...




     Palety zawsze były moją słabością, choć wiele z nich na dłuższą metę mnie rozczarowywało. Powyższe kupiłam dość szybko po tym, jak znalazły się w moim zasięgu. 
     Nad Naked Heat zastanawiałam się dłużej, ponieważ miałam w pamięci rozczarowanie Naked 2 i 3, jednak kolorystyka prześladowała mnie do tego stopnia, że się złamałam i jak dotąd nie żałuję. Więcej w temacie napiszę pewnie za jakiś czas, gdy pobawię się nią dłużej.
     Natomiast paleta Nabla Dreamy była kompletnym spontanem. Jak tylko zobaczyłam kolory w niej zawarte pomyślałam, że naprawdę niewiele brak jej do ideału. Kupiłam, użyłam jej parokrotnie i... jestem w kropce, bo moje odczucia są mocno mieszane. O tym również dowiecie się więcej w przyszłości, aczkolwiek szczerze powiem, że spodziewałam się czego innego.


     Cała reszta...




     W kategorii "wszystko inne" wystąpi dziś:

- Pędzel do pudru Inglot 15BJF - kupiony na fali frustracji pędzlem ZOEVA 126 Luxe Cheek Finish, którego fatalnej jakości nienawidzę z pasją! A że kupiłam dwa takie pędzle (bo miałam nadzieję, że pierwszy był po prostu pechowy) i oba są równie tragiczne, toteż piszę to z przekonaniem i pewnością.

- Róż do policzków Inglot #123 z regularnej kolekcji - zwyklaczek o koralowej tonacji, który z założenia ma pasować do wszystkiego.

- Cień Wet n Wild w kolorze Brulee - kolejny zwyklaczek, o którym słyszałam wiele pozytywów. Postanowiłam wypróbować go korzystając z ostatnich zniżek (-50% w Naturze).

- Lakier udający żelowy Wet n Wild w kolorze Lavender Out Loud - chciałam porównać go z Sally Hansen, po cichu licząc, że okaże się lepszy. Lepszej okazji na testy raczej nie będę miała, zatem raz jeszcze skorzystałam z promocji -50% na kosmetyki Wet n Wild.


     Jest jeszcze kilka innych produktów, o których chętnie Wam opowiem, a których nie wymieniłam w powyższym zestawieniu, jednak na wszystko przyjdzie odpowiedni moment. Póki co interesuje mnie czy mieliście do czynienia z którymkolwiek z kosmetyków pokazanych na zdjęciach i jakie są Wasze z nimi doświadczenia?


Pozdrawiam serdecznie i do następnego!
Katalina


niedziela, 12 listopada 2017

Urban Decay "Naked Ultimate Basics"

     Wierzcie lub nie, ale przerwy wybijają z rytmu bardziej niż można by przypuszczać. Nawet jeśli czujecie się w czymś pewnie, im dłuższą przerwę sobie zrobicie, tym trudniej przyjdzie Wam zebrać się w sobie i wejść w swoje dawne buty. Moja przerwa od blogowania trwała ponad rok i mimo że parokrotnie zastanawiałam się nad powrotem, ostatecznie zawsze rezygnowałam. Dzisiaj przerywam milczenie, jednak nie znaczy to, że zamierzam wrócić na stałe. Postanowiłam nie przywiązywać się do żadnej decyzji i po prostu płynąć z prądem tam, dokąd mnie zaniesie. 

     Także teraz, po tym przydługim wstępie, zapraszam Was na część właściwą wpisu, czyli recenzję palety, która jest obecna na rynku kosmetycznym od dawna i zdążyła pozyskać sobie spore grono wielbicielek. Mowa o Urban Decay Naked Ultimate Basics. Swoją dostałam w prezencie od kochanej Kingi niemal rok temu i prezent ów wywołał u mnie niemałą euforię ;)




Dostępność:
Paleta na szczęście jest produktem ogólnodostępnym, nielimitowanym. Można ją nabyć w wielu sklepach internetowych, jak również w sieci drogerii Sephora.

Cena:
Kiedy sprawdzałam ostatnio, aktualna cena palety w Sephorze wynosiła 249 zł.




Pojemność:
Naked Ultimate Basics to 12 cieni po 1,2 g każdy. Mają klasyczny kształt i rozmiar, do którego przyzwyczaiły nas jego siostry z pozostałych wersji Naked.

Trwałość:
24 miesiące





Opakowanie:
Kwadratowe, plastikowe, w kolorze różowego złota, z efektowną strukturą przywodzącą na myśl ni to rozbłysk, ni to pęd powietrza. Wygląda pięknie i wizualnie do złudzenia przypomina metal. Wewnątrz znajduje się świetnej jakości lustro, zajmujące całą powierzchnię klapki. Jest też niesamowicie funkcjonalny i uniwersalny dwustronny pędzelek, który ku mojemu zaskoczeniu stał się jednym z moich ulubieńców. Ogólnie patrząc, opakowanie jest estetyczne i jest bardzo dobrej jakości. Plus za coś, co mam nadzieję, stanie się standardem, czyli trwale wygrawerowane nazwy poszczególnych cieni na opakowaniu.
Jeśli miałabym się czepiać, to trochę żałuję, że firma Urban Decay nie zdecydowała się na takie same wymiary opakowania, co w przypadku pozostałych Naked. Byłoby wówczas dużo łatwiej przechowywać paletę z innymi.




Konsystencja i wykończenie:
Podstawowym założeniem Naked Ultimate Basics było zebranie w jednym miejscu spektrum uniwersalnych dla możliwie największego grona osób neutralnych, matowych cieni. Jedynym niezupełnie matowym cieniem w zestawie jest najjaśniejszy Blow. Reszta jest już zupełnie matowa. 

Aplikacja i działanie:
Wszystkie kolory są niezwykle gładkie i przyjemne w dotyku. Pigmentację mają zazwyczaj bardzo przyzwoitą, przy czym muszę wspomnieć o Lethal (ciemna, brązowawa śliwka), który nakłada się dość nierówno i wymaga od użytkownika większego nakładu pracy. Podobnie jest z teoretycznie czarnym Blackjackiem, któremu bliżej do ciemnej szarości niż prawdziwej głębokiej czerni. Moje generalne spostrzeżenie odnośnie tej palety jest takie, że im ciemniejszy kolor, tym należy się bardziej przyłożyć do równego nakładania i cieniowania. 

Cienie trochę się osypują przy aplikacji, jednak nie jest to bardzo uciążliwe.




Czy polecam:
Patrząc globalnie, jest to bardzo dobra opcja dla kogoś, kto z różnych przyczyn preferuje cienie neutralne, lub też cierpi na ich deficyt ;) 
Znajdziemy tu odcienie cieplejsze i chłodniejsze, więc każdy trafi na coś odpowiedniego dla siebie. Z drugiej strony, prawdopodobnie nie każdy z umieszczonych w palecie cieni znajdzie zastosowanie w Waszym makijażu, wszystko zależy - jak zawsze - od Waszego kolorytu i preferencji. Osobiście rzadko używam bardzo ciemnych kolorów cieni, zatem szarości i czernie zazwyczaj omijam. Przeważnie wybieram sobie jeden, dwa intensywniejsze kolory, których używam do cieniowania zagłębienia, a resztą dopełniam makijaż wedle mojego nastroju danego dnia. 

Neutralność kolorystyki wiąże się z tym, że Naked Ultimate Basics stosowana solo może się szybko znudzić. Można sobie z tym radzić na różne sposoby, jak choćby stosując kolorowe / opalizujące bazy pod cienie, kolorowe eyelinery, lub po prostu sięgać dodatkowo po kolorowe cienie z innych źródeł. 
Pomijając wszystko inne, jest to naprawdę wszechstronna paleta cieni, która niesamowicie ułatwia życie podczas szybkich poranków. Na dowód mogę Wam pokazać jak wygląda u mnie po niemal roku używania:




Od razu widać jakie odcienie idą u mnie w ruch najczęściej ;). Tempted i Commando mają tę zaletę, że nieźle się sprawdzają do... konturowania twarzy i w tym celu zazwyczaj je stosuję.

     Jak widzicie, nie próżnowałam. Z perspektywy czasu mogę zatem powiedzieć, że był to bardzo udany i praktyczny prezent, także pięknie dziękuję, Kingo :*
     Mam świadomość, że opisywana dziś przeze mnie paleta jest już od dawna w obiegu, stąd też podejrzewam, że wiele z Was miało okazję ją wypróbować. Jakie macie z nią doświadczenia?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina


niedziela, 25 września 2016

Anastasia Beverly Hills "Modern Renaissance"

☙  ❦  ❧

     Okres jesienny rozpoczyna zazwyczaj bardzo atrakcyjny kosmetycznie czas. Przeważnie o tej porze roku zaczynają się pojawiać nowości wypuszczane na rynek w kontekście nadchodzących świąt (na zachodzie cała zabawa zaczyna się jeszcze przed świętem dziękczynienia, więc dużo szybciej niż po naszej stronie wielkiej wody). Jednak zanim zaczną nas zalewać świąteczne nowości, chciałabym wrócić na moment do palety, która miała swoją premierę kilka miesięcy temu, mianowicie "Modern Renaissance" marki ABH.





     Jak tylko zobaczyłam ją po raz pierwszy, wiedziałam że będzie moja. Skusiła mnie gamą kolorystyczną, która - jak głosi youtubowa legenda - jest dziełem córki założycielki ABH, zainspirowanej barwami przewodnimi epoki renesansu.

Dostępność:
Sklepy internetowe





Cena:
Około 249zł

Pojemność:
14 cieni po 0,7g / 0,02oz każdy

Trwałość:
6 miesięcy




Opakowanie:
Z mojej perspektywy wysoce niepraktyczne. Paletę wykonano z obitego różowym welurem kartonu. Samo opakowanie jest solidne, wykonane z dbałością o detale takie jak choćby dobre, magnetyczne zamknięcie, przyzwoitej jakości lusterko, efektowne wytłoczenia itd. Problem stanowi ten różowy welur, który prędzej czy później pobrudzi się i/lub powyciera. 
Do palety dołączony jest dwustronny pędzelek. Na odwrocie mamy także dokładną i bardzo szczegółową rozpiskę składników.




Wykończenia:
Tempera - beż, satynowy mat, gładka konsystencja, dobra pigmentacja
Golden Ochre - ciemny, żółtawy beż, mat, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Vermeer - blady róż, perła, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Buon Fresco - chłodny szarawy brąz, mat, dobra pigmentacja, niezły jako kolor przejściowy
Antique Bronze - rdzawy brąz, satyna, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Love Letter - chłodny burgund, mat, nieco sucha konsystencja z tendencją do pylenia, świetna pigmentacja
Cyprus Umber - ciemna gorzka czekolada, mat, niesamowicie masełkowata konsystencja, fantastyczna pigmentacja




Raw Sienna - ciemny beż / jasny brąz, mat, niezła pigmentacja, dobry jako kolor przejściowy
Burnt Orange - beż złamany pomarańczą, mat, niezła pigmentacja, dobry jako kolor przejściowy
Primavera - kolor szampana, perła, gładka konsystencja, dobra pigmentacja
Red Ochre - czerwony brąz, mat, świetna pigmentacja, odrobinę pyli
Venetian Red - ciepła, winna czerwień, satynowy mat, dobra pigmentacja, pyli
Warm Taupe - jak sugeruje nazwa, ciepły szarawy brąz, mat, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
✵  Realgar - ceglasty, mat, bardzo dobra pigmentacja



☙  ❦  ❧



Aplikacja i działanie:
Jak widać, jest to wyraźnie ciepła w tonacji paleta, skierowana raczej do wielbicieli kolorów jesiennych. Jest na tyle neutralna, by z powodzeniem nosić ją na co dzień, jednak zawiera dodatkowo kilka akcentów kolorystycznych, które pięknie podkreślą każdą tęczówkę (choć moim zdaniem najładniej będzie się prezentowała na zielonych i błękitnych oczach).




Cienie w przeważającej większości są matowe i są to raczej suche maty, które mają tendencję do osypywania się. Noszą się bardzo dobrze, nie gubią koloru, nie zbierają się w załamaniach powiek, dobrze się rozcierają i łączą z innymi cieniami. Odcienie perłowe najlepiej nakładać palcem lub gąbeczką, w ten sposób uzyskamy najlepsze krycie i pigmentację.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z palety "Modern Renaissance". Idealnie wkomponowuje się w moje preferencje kolorystyczne i tryb życia. Z tego co słyszałam, nie jest to limitka, także jeśli tylko się Wam podoba, macie szansę ją upolować :)


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


☙  ❦  ❧


niedziela, 26 czerwca 2016

Zoya Chantal

     Tym razem mam do powiedzenia kilka słów na temat lakieru-pomyłki, bo tym pierwotnie była dla mnie Chantal marki Zoya. Szukałam kryjącego kremowego beżu, ale nie byłam pewna odcienia. Szczerze mówiąc liczyłam na to, że będzie jaśniejszy, dlatego jak go dostałam poczułam rozczarowanie, jednak...




Dostępność
Sklep internetowy marki

Cena
43 zł

Pojemność
15 ml




Trwałość
24 miesiące

Wykończenie i krycie
Wykończenie kremowe, kryje po nałożeniu dwóch warstw. 




Wysychanie
Około 10 minut per warstwa.

Aplikacja i zmywanie
Aplikacja jest stosunkowo prosta, chociaż pierwsza warstwa ma tendencje do smużenia. Na szczęście druga wszystko ratuje i wyrównuje. Osiągnęłam niechcący efekt porównywalny do "manequin hands", czyli kolorystyczne dopasowanie skóry i koloru na paznokciach. Zmywanie lakieru jest banalnie proste, zatem patrząc ogólnie jestem za.





Czy polecam
     Do tej pory zapewne większość z Was już wie, że zostałam fanką marki Zoya. Nie jestem bezkrytyczna, jednak muszę przyznać, że są to lakiery, które nie tylko świetnie wyglądają, ale niesamowicie długo trzymają się na paznokciach bez jakichkolwiek odprysków i przetarć. W moim przypadku Chantal wytrzymała 7-8 dni bez poprawek. Zmyłam ją nie z potrzeby, a z chęci zmiany - po prostu mam takie przyzwyczajenie, że każdej niedzieli zmieniam manicure.
     Jedno, co mnie zdziwiło, to fakt że za pierwszym razem gdy nałożyłam ten lakier, jego odcień zmienił się w ciągu tygodnia - ściemniał o jakieś dwa tony. Sytuacja nigdy się nie powtórzyła, więc prawdopodobnie winowajcą był inny środek, którego użyłam w tym czasie, nie mniej chciałam wspomnieć o tym na wszelki wypadek.
     Zasadniczo jestem zadowolona z Chantal i mogę ją polecić tym z Was, które szukają średniego  kryjącego beżu o kremowym wykończeniu.


Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 19 czerwca 2016

Zoeva #116 Teardrop Cover Face Brush

     W dobie niesłabnącej popularności Beauty Blendera i tym podobnych gąbek do nakładania makijażu, ja z uporem maniaka dochowuję wierności pędzlom. Próbowałam gąbeczek, nie mniej wolę pędzle właśnie. Przez długi czas używałam flat topów, by ostatecznie przyznać, że są dla mnie za duże, zbyt trudno je doczyścić i ogólnie wymagają więcej zachodu niż bym chciała. 
     Mniej-więcej wtedy w moich zbiorach pojawiła się Expert Face Brush z Real Techniques. Jej kształt był idealny, jednak do szału doprowadzało mnie to, że co chwila traci włosie. Nie znoszę tego w pędzlach i jak tylko to zaobserwuję - idą w odstawkę. Szukałam czegoś o podobnym kształcie i lepszej jakości i tak trafiłam na 116 teardrop cover marki Zoeva.




Dostępność
Sklepy internetowe oferujące produkty marki Zoeva

Cena
62,90zł




Kształt
Jak nazwa wskazuje, pędzel ma kształt kropli. Podoba mi się to, bo w ten sposób mamy dwie różne krawędzi, dzięki którym zyskujemy więcej sposobów na nałożenie i fachowe rozprowadzenie podkładu. 
Pędzel jest mniejszy i bardziej zbity niż jego poprzednik z Real Techniques. Jest też bardzo miękki i delikatny. Nie drapie twarzy, ani nie gubi włosia.




Czy polecam
Jest to jeden z tych zakupów, z których jestem naprawdę bardzo zadowolona! Nie jest to w żadnym razie kopia pędzla z RT, nie mniej kształt i wielkość są dla mnie idealne. Bardzo podoba mi się to, że nie ma równej powierzchni, że jest lekko zaokrąglony, bo dzięki temu dobrze rozprowadza podkład na twarzy. Doskonale mieści się we wszelkich zagłębieniach i nierównościach. Dzięki temu, że włosie jest zbite i gęste, podkład nakłada się równo, bez smug. Łatwiej też utrzymać sam pędzel w czystości.
Używam mojego "teardropa" zarówno do podkładu, jak i korektora - w obu przypadkach sprawdza się bez zarzutu. 

Jeśli nie miałyście okazji wypróbować go w akcji, serdecznie polecam :)


A jakie są Wasze ulubione pędzle do nakładania podkładu? A może mimo wszystko wolicie gąbki?


Pozdrawiam,
Kat :*


sobota, 11 czerwca 2016

Zoya Bela

     Jak już wcześniej pisałam, od pewnego czasu jestem coraz większą fanką lakierów marki Zoya. Mam obecnie siedem różnych kolorów. Dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam najdelikatniejszy z nich - bladoróżowy, lekko kryjący lakier o nazwie Bela.




Dostępność
Sklep internetowy marki

Cena
43,00 zł

Pojemność
15ml




Trwałość
24 miesiące

Wykończenie i krycie
Lakier daje kremowe wykończenie. Jest półprzejrzysty. Nawet nałożony trzema warstwami nie daje pełnego krycia. I w tym konkretnym przypadku jest to dla mnie plus, bo takiego właśnie lakieru szukałam. Z mojej perspektywy tego typu odcień o nie do końca kryjącej formule sprawdza się idealnie w rozmaitych sytuacjach.




Wysychanie
Około 10 minut per warstwa.

Aplikacja i zmywanie
W obu przypadkach jest łatwo i szybko. Niewielkich rozmiarów pędzelek ułatwia aplikację. Formuła jest łatwa we współpracy, nie grożą nam smugi. Zmywanie jest bezproblemowe.




Czy polecam
Jeśli szukacie średnio-kryjącej formuły i delikatnego odcienia, mogę Wam śmiało polecić Belę. Kupując ją kierowałam się myślą o lakierze delikatnym, eleganckim, pasującym do wszystkiego, nie rzucającym się w oczy. To mój bezpieczny pewniak na każdą sytuację, gdy krzykliwe, odważne kolory są nie na miejscu, lub kiedy po prostu chcę by moje dłonie wyglądały czysto i schludnie. Tego typu kolor ma tę zaletę, że nadaje dłoniom bardzo eleganckiego charakteru. A że to Zoya, to i trwałość jest imponująca - lakier wytrzymuje na moich paznokciach cały tydzień. Nie odpryskuje, nie ściera się. Jestem z niego naprawdę bardzo zadowolona!


Pozdrawiam,
Katalina :*


sobota, 4 czerwca 2016

MannyMUA x Makeup Geek Palette

     W makijażu uwielbiam podkreślać oczy. Jestem wielbicielką cieni do powiek, zwłaszcza jeśli pojawiają się w moim życiu w postaci palety. Z tego powodu co jakiś czas moja silna wola zostaje wystawiona na dużą próbę. Oglądam również Youtuba, jak zapewne większość z Was, co dodatkowo komplikuje sprawę, bo mnogość pokazywanych tam kosmetyków przyprawia niekiedy o zawrót głowy.





     Kilka miesięcy temu gruchnęła wiadomość o palecie będącej efektem współpracy dwojga youtuberów: Makeup Geek i Manny MUA. Wystarczył rzut oka na rzeczoną paletę, bym przepadła. Nie z powodu twórców, bo Manny'ego nie lubię i nie oglądam, Marlenę natomiast przestałam oglądać stosunkowo niedawno znudzona powtarzalnością zamieszczanej przez nią treści i poirytowana jej cukierkowym świergotem. Zainteresowała mnie sama paleta. Słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat cieni Makeup Geek, ale od ich zakupu zawsze odstraszały mnie absurdalne koszty wysyłki. Jednak tym razem, gdy zobaczyłam ten konkretny zestaw kolorów, skomponowany niemal idealnie "pode mnie", uznałam że to idealna okazja, by przekonać się osobiście czy całe to halo jest uzasadnione.





Dostępność
Sklep internetowy Makeup Geek

Cena
$45,00 + koszty wysyłki (nie pamiętam ile dokładnie mnie to wyniosło, ale łączna kwota przekroczyła 270 zł)

Pojemność
9 x 1,8 g / 0,064 oz




Opakowanie
Starają się, ale to jeszcze nie to. Paleta wygląda trochę... tanio. Owszem, podoba mi się kartonik, w który jest opakowana i znajdujące się na nim holograficzne detale. Podoba mi się również to, że podano na nim skład. Sama paletka jest zaskakująco ciężka jak na ilość cieni i ogólną jakość opakowania. Wykonana jest z tektury, do wieczka przytwierdzono odrobinę powiększające lusterko. Z przodu mamy niebrzydką grafikę o logo firmy, z tyłu naklejkę z rozpiską cieni. 

Na pierwszy rzut oka widać niestety taniość wykonania, bo paleta bardzo szybko wyciera się na kantach. Naklejka jest krzywo przyklejona. Lusterko może nie jest tragiczne, ale wpatrując się w nie dłuższą chwilę można dostać oczopląsu - wzrok się męczy. Dla porównania palety Zoevy są nie tylko dużo lepiej wykonane, ale również połowę lżejsze. Patrząc globalnie, rzuca mi się w oczy wiele drobiazgów, które zasadniczo dałoby się zignorować, ale płacąc za coś prawie 300 zł niestety będę się czepiała każdej drobnostki. Jestem czepialska - taka już moja natura nietoperza.




Wykończenie
Artemis - bladożółta perła o masełkowatej konsystencji i dużej pigmentacji
Beaches & Cream - średni beż o matowym wykończeniu, bardzo przyjemna konsystencja i pigmentacja
Luna - przybrudzony, morelowy róż o metalicznym, intensywnie perłowym wykończeniu, konsystencja niemal kremowa, niesamowita pigmentacja
Cosmopolitan - klasyczny "rosegold" o gładkiej, przyjemnej konsystencji i perłowym wykończeniu, piękny świetnie napigmentowany cień
Sora - herbatnikowy mat, gładka konsystencja, dobra pigmentacja, mocny kandydat na cień "przejściowy" do rozcierania w zagłębieniu powieki
Frappe - średni brązowy mat, nieco ciemniejszy i chłodniejszy niż Sora, odrobinę bardziej pudrowy, dobra pigmentacja
Insomnia - prawdziwy killer! Brązowo-zielony duochrome o zabójczej pigmentacji, idealnie masełkowej konsystencji... nie można powiedzieć o nim złego słowa.
Mars - przepiękna matowa czerwień wina, niestety konsystencję ma fatalną, niesamowicie suchą i kredową. Mimo to jest zaskakująco dobrze napigmentowany (duże niedomówienie) i świetnie trzyma się powieki.
Aphrodite - ciemny, chłodny brąz z nutką fioletu. Mat o przyjemnej, gładkiej konsystencji i świetnej pigmentacji.






Aplikacja i działanie
Powiedziałam już, że podoba mi się zestawienie kolorów. Jedyne co bym zmieniła, to zastąpiła Sorę lub Frappe matowym jasnym beżem. Generalnie jednak bardzo podoba mi się dobór odcieni i wykończeń. Nawet Mars, który mimo fatalnej tekstury zachowuje się na powiece zaskakująco wspaniale. Jakość cieni jest bez zarzutu. Jestem pod ogromnym wrażeniem cieni metalicznych, maty są OK - zdarzają się lepsze i gorsze sztuki i szczerze mówiąc mogłabym spokojnie zastąpić je innymi.
Poniżej możecie zobaczyć trzy przykładowe makijaże wykonane za pomocą tej palety:
















Czy polecam
Swoją opinię streściłabym zdaniem: "Paleta jest bardzo dobra, ale nie jest niezbędna". Zawiera kilka przepięknych cieni: Luna, Cosmopolitan, Insomnia i Mars - nawet mimo swojej kredowej faktury. Pozostałe kolory są przyjemne, ale bardzo łatwo zastąpić je innymi. Maty nie zaimponowały mi jakością aż tak, by przekonać mnie do powiększenia kolekcji o kolejne sztuki, zwłaszcza biorąc pod uwagę koszty przesyłki. Myślę, że to paleta głównie dla wielbicieli makijażu i fanatycznych oglądaczy youtuba, chcących pozostać na czasie z ofertą rynku.
Zakupu nie żałuję, ale nie sądzę, bym miała zaopatrywać się w kolejne cienie Makeup Geek. Ewentualnie mogłabym się zdecydować na kilka z serii Foiled, jednak generalnie mogę spokojnie żyć bez nich ;)


     Próbowaliście cieni Makup Geek? A może macie tę konkretną paletę? Jakie są Wasze wrażenia?

Pozdrawiam,
Katalina :*