niedziela, 7 lutego 2016

Too Faced Semi Sweet Chocolate Bar

Hej Misiaki!

     Bohaterką dzisiejszego wpisu jest druga w kolejności czekoladowa paleta marki Too Faced, Semi Sweet. Obiektywnie patrząc, to nie nowość, ponieważ jest dostępna na rynku od dawna (choć oczywiście w Polsce pojawiła się później). Z początku nie chciałam jej kupować. Uznałam, że wygląda pospolicie, że kolory nie są odkrywcze, przez co automatycznie nie warte mojej uwagi i pieniędzy. Moje nastawienie zmieniło się kiedy na horyzoncie pojawiła się trzecia z czekoladowych palet. Mniej-więcej wtedy podjęłam decyzję o zakupie.




Dostępność
Perfumerie Sephora

Cena
179,00zł

Pojemność
Paleta zawiera 16 cieni, przy czym dwa rozświetlające są znacznie większe od reszty. Dobre posunięcie, zważywszy na to, że sięgamy po nie każdorazowo wykonując makijaż, tym czasem reszta kolorów zazwyczaj pozostaje w rotacji.

Trwałość
Teoretycznie 12 miesięcy od otwarcia, ale... ile z nas wyrzuca pudrowe produkty po upływie roku? ;)





Opakowanie
     Paleta zapakowana jest w uroczy kartonik zawierający wszystkie niezbędne informacje, takie jak skład, właściwości, gramatura. Mamy tam również rozpiskę kolorów wraz z ich nazwami. Do zestawu dołączona jest mini ulotka z trzema przykładowymi makijażami, jakie można wykonać przy użyciu palety.





     Samo opakowanie jest metalowe, magnetyczne, z wytłoczeniami przywodzącymi na myśl tabliczkę czekolady. Ten design stał się w ostatnich latach jednym z najlepiej rozpoznawalnych projektów w świecie kosmetycznym. Jest nie tylko pomysłowy i estetyczny, ale wprost genialny w swej prostocie, ponadto spójny z ogólnym pomysłem na produkt.
     Opakowanie jest jaśniejsze niż w poprzedniej wersji, co jest o tyle ciekawe, że paleta reklamowana jako "półsłodka" przypomina bardziej mleczną czekoladę. Wewnątrz znajdziemy lusterko oraz - co stanowi duże ułatwienie w porównaniu z poprzednią paletą - nazwy każdego z cieni wypisane bezpośrednio powyżej niego. 



   
   Generalnie, widać że producent wziął pod uwagę niedopatrzenia, jakie popełnił przy okazji oryginalnej palety (folia z nazwami cieni oraz ciut lepszy kąt nachylenia lustra gdy paleta jest otwarta), warto jednak zwrócić uwagę na to, że oba rozświetlacze są mniejsze niż w pierwszej czekoladzie.    

Zapach
Czekoladoooowy! Dla wielu źródło wielkiej radości, dla mnie raczej miły dodatek do fajnego produktu. Zasługa pudru kakaowego w składzie.





Aplikacja i działanie
     Zacznę od tego, że ze zdziwieniem słucham opinii, wedle których Semi Sweet jest chłodniejsza od poprzedniczki. Z mojej perspektywy jest dokładnie odwrotnie! Większość cieni znajdujących się w palecie określiłabym jako zdecydowanie ciepłe, choć znajdziemy tu również kolory o chłodnej tonacji. Ogólnie całość jest ozłocona i zbrązowiała, nawet niebieski Blueberry Swirl łapie jakby "przybrudzone" brązem tony. Z mojej perspektywy, znajdziemy tutaj więcej cieni typowo dziennych, przez co jest to bardzo wygodna opcja w makijażu do pracy czy szkoły.
     Warto w tym miejscu wspomnieć o kilku kwestiach. Po pierwsze, czerń nie jest najgłębsza z głębokich, ale za to w pełni matowa i idealnie nadaje się do pogłębiania pozostałych kolorów. Po drugie, Pink Sugar to w zasadzie zbiór drobniutkich iskierek, nie daje jakiegokolwiek koloru i ma tendencję do kruszenia się. Za to Butter Pecan jest doskonałym rozświetlaczem nie tylko do oczu, ale i do twarzy. Jest pięknie perłowy, masełkowy w konsystencji i daje bardzo ładną, równą taflę. 
     Generalizując, Semi Sweet jest bardzo wygodna i bezproblemowa we współpracy.






Czy polecam
     Obiektywnie patrząc, Semi Sweet jest najmniej ekscytującą paletą ze wszystkich trzech czekolad. Czy jest niezbędna do życia? Nie jest. 
Czy jest odkrywcza? Nie.
Czy znajdziecie w niej coś, czego nie ma nigdzie indziej? W zasadzie nie.




     Mimo to, jest to bardzo poprawna, przyjemna w użytkowaniu paleta neutralnych cieni, która mimo braku ogólnego efektu WOW, jest w moich oczach i tak lepszą opcją niż Naked 2, 3, a nawet 1. Przede wszystkim jest niesamowicie łatwa w użytkowaniu. Kolory nie rozmywają się na powiece w jedną plamę (jak to miało często miejsce w przypadku Urban Decay). Mamy w niej drobne urozmaicenie kolorystyczne oraz "zgapę" dla tych, którym brak inspiracji. 
     To solidna podstawa dla tych, którzy dopiero zaczynają zabawę z makijażem, jak również dla tych, którzy zazwyczaj lubią szaleć a w ich kolekcji brakuje czegoś, co ugruntowałoby inne, bardziej zwariowane palety.


Pozdrawiam,
Katalina :*



niedziela, 24 stycznia 2016

Nowości nowsze, nowości starsze, ulubieńcy i ciekawostki...

Hej Misiaki!

     Obserwując wysyp "ulubieńców" na kolejnych blogach i kanałach YT, zaczęłam się zastanawiać, czy również nie przygotować czegoś podobnego u siebie. Wahałam się jednak, ponieważ nie jestem osobą, która co rusz odkrywa coś nowego. Zazwyczaj jeśli trafię na coś, co wyjątkowo polubię, trzymam się tego niekiedy latami. I tak większość moich potencjalnych ulubieńców stanowią produkty, które poznałam daaawno temu. Wspomnę o nich mimochodem, jednak chciałabym skupić się głównie na względnie nowych rzeczach, które wpadły mi w ręce na przestrzeni ostatnich dwóch-trzech miesięcy.


1. Ogarnianie przestrzeni



     Zacznę od książki, po którą sięgnęłam nie tyle z potrzeby, co z ciekawości. Już jakieś dwa lata temu zaczęłam odczuwać konieczność oczyszczenia przestrzeni dookoła siebie. Największy kłopot stanowiły dla mnie ubrania, ponieważ byłam jedną z tych kobiet, które stając przed wypchaną po brzegi szafą nigdy nie mają co na siebie włożyć. Pamiętam jakim było dla mnie wówczas zaskoczeniem to, że pozbywszy się pięciu worków ubrań, miałam wrażenie że w mojej szafie nic się nie zmieniło i panuje w niej taki sam ścisk jak wcześniej. Zaczęłam wtedy organizować cykliczne czystki, w trakcie których pozbywałam się kolejnych rzeczy. Wciąż jednak miałam sporo ubrań, o których wiedziałam, że chociaż są w świetnym stanie i obiektywnie patrząc ładne, nie będę w nich chodziła. 

     Skracając opowieść, postawiłam sobie kilka kryteriów, o oparciu o które dokonałam wyboru co chcę zostawić, a z czym ostatecznie się rozstanę. Przeniosłam te same zasady na wszystkie posiadane przeze mnie rzeczy i w ten sposób pozbyłam się mnóstwa ubrań, dodatków, biżuterii,  kosmetyków i innych otaczających mnie przedmiotów. Gdzieś po drodze tej czystki natrafiłam na wzmianki o książce Marie Kondo "Magia Sprzątania". Byłam zaciekawiona, ale nie na tyle, by kupić wspomnianą książkę. Ostatecznie, jak widać zdecydowałam się jednak na zakup, przeczytałam i... niestety nie mogę powiedzieć, bym dostąpiła po tej lekturze jakiegoś dogłębnego oświecenia. 

     Jak dla mnie, jest to jedna z tym pozycji, które ciężko "kupić" w całości, ponieważ spory procent porad będzie dla wielu osób dość dyskusyjny. Owszem, było tam poruszonych kilka ciekawych kwestii, jednak w moim przypadku stanowiły raczej ostateczne potwierdzenie zasad i sposobów, o których słyszałam wcześniej z innych źródeł. 

     Dajcie znać, czy ciekawi Was sama książka i czy chcielibyście usłyszeć coś więcej na jej temat.


2. Wypuść stare, wpuść nowe

     Kontynuując niejako poprzednią myśl, przejdę płynnie na makijażowe podwórko. Nie tak dawno dzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami na temat palet Naked od Urban Decay (KLIK). Wspomniałam tam jak oceniam z perspektywy czasu obie zakupione palety. Jeśli zapoznaliście się z tamtym wpisem wiecie dlaczego nie byłam zadowolona. W tej sytuacji raczej nie będzie dla Was zaskoczeniem to, że... nie mam już obu tych palet. 

     Zamiast kolekcjonować coś, co się u mnie nie sprawdziło, postawiłam zrobić miejsce dla ekscytujących i upragnionych nowości, a są nimi dwie czekoladowe palety Too Faced: Semi Sweet i Chocolate Bon Bons.




     W ten sposób mam wszystkie trzy czekolady. Jeśli dwie powyższe okażą się równie dobre co oryginalna, będę bardzo zadowolona! Pierwsza Chocolate Bar do tej pory stanowi jedną z moich ulubionych palet, ale o tym później.





3. Sprawdzone i ulubione

     Wróćmy do kosmetyków, które sprawdziły się u mnie i zagościły na stałe w mojej toaletce. Część z nich z pewnością jest Wam dobrze znana. 





Ulubieńcy:

❤ Paleta Too Faced Chocolate Bar - pierwsza czekolada, którą polubiło wiele osób na całym świecie. Świetna jakość, różnorodność kolorów i wykończeń, kuszący zapach - to tylko kilka zalet, jakimi się odznacza.

❤ Paleta Zoeva Cocoa Blend - choć mam ją dopiero od grudnia, zdążyłam bardzo ją polubić w tym czasie. Świetnie przemyślana pod względem kolorów i wykończeń cieni. Praktyczna, wszechstronna i w rozsądnej cenie.

❤ Tusz do rzęs Maybelline Lash Sensational - produkt znany i lubiany, posiadający rzeszę wielbicielek na całym świecie. Nadaje rzęsom objętości, wydłuża, ale i bardzo ładnie je rozdziela. Jedna z lepszych maskar, jakich używałam.

MAC Pro Longwear Paint Pot #Soft Ochre - moja baza idealna. Mam dwa paint poty, ale to Soft Ochre jest tym, po którego sięgam najczęściej. Wyrównuje delikatnie koloryt powieki, a makijaż oczu trzyma się na nim w niezmienionym stanie praktycznie przez cały dzień. Nie mam mu nic do zarzucenia.

Wodoodporny eyeliner 24HR Sephora #11 Dying for Shoes - płynny liner o pięknym, bordowym kolorze i imponującej trwałości. Ciężko mnie zadowolić jeśli chodzi o linery. Muszą być ekstremalnie trwałe inaczej ścierają się u mnie, lub odbijają nad okiem. Ten konkretny jest jednym z najlepszych, z jakimi miałam do czynienia i z pewnością będę do niego wracać.

❤ Ołówek do brwi Yves Rocher - używam go z przerwami już od kilku lat. Ma idealną konsystencję, odznacza się wysoką trwałością i dostępny jest w wielu odcieniach - chłodnych i ciepłych. Wcześniej używałam kredki popielatej, teraz odkąd jestem ruda sięgam po kasztanową. Jak dotąd nie znalazłam lepszej, a próbowałam już wielu.

❤ Puder wypiekany Sephora MicroSmooth - pudry marki Sephora są moimi ulubieńcami od lat! Innym, po którego lubię sięgać jest kompaktowy podkład matujący 8HR wear. Używam ich obu zamiennie oba lubię w równym stopniu. Ponieważ kosztują prawie 60zł kupuję po kilka sztuk przy okazji promocji.

❤  Korektor Collection Lasting Perfection - Nie wiem ile ich już zużyłam, ale będzie tego przynajmniej z 5 tubek. Produkt osiągalny u nas tylko drogą internetową, ale zdecydowanie wart wypróbowania!

❤ Róż Sleek Rose Gold - kosmetyk, którego używałam w minionym roku pasjami. Bardzo przypadł mi do gustu jego różowo-brzoskwiniowy kolor przetykany złotymi iskierkami. Z powodzeniem zastępuje rozświetlacz. Jeśli lubicie róże zachowujące się na twarzy podobnie do Orgasm marki Nars, polecam serdecznie wypróbowanie propozycji Sleeka.

❤ Sztyft ochronny Blistex - mam trzy sztuki, to najlepszy dowód na to jak bardzo przypadł mi do gustu. Uratował moje usta, gdy były w totalnej rozsypce po jakimś paskudnym uczuleniu. Wspaniale koi i nawilża, a przy tym ma cudowny słodkawy zapach i smak. Zdetronizował mojego dotychczasowego ulubieńca - Neutrogenę.


4. Jak na dłoni

     O lakierach w zasadzie nie wspominam już od dawna, a to dlatego, że po raz kolejny staram się drastycznie ograniczyć ilość posiadanych przeze mnie buteleczek. Nie jestem wielbicielką lakierowych trendów, nie odczuwam potrzeby ich śledzenia. Mam swoje ulubione kolory i wykończenia, mam też dość konkretne wymagania. Na tej podstawie decyduję co ze mną zostanie, a co przekazuję dalej. 

     Jakiś czas temu natrafiłam na informację o nowej serii limitowanej lakierów Color Club Oil Slick. Jako wielbicielka wszystkiego co opalizuje i mieni się milionem barw, nie mogłam przejść obojętnie obok tej serii. W sumie kupiłam dwa lakiery z kolekcji Oil Slick: We'll Never Be Royals i Burnt Out oraz jeden z kolekcji Halo Hues: Miss Bliss. Każdy z nich jest zachwycający na swój sposób.




     Ostatnio postanowiłam również wypróbować lakiery Zoya. Nigdy nie miałam żadnego, a ciekawiły mnie od dłuższego czasu. Zdecydowałam się na dwa nudziaki: kremową Chantal i piaskową Godivę




     Jestem ciekawa jak się u mnie sprawdzą. Jeśli mi się spodobają... będę w kropce, ponieważ wypatrzyłam już kilka innych, które bardzo mnie zainteresowały.


5. Aromaterapia

     Lubię świece zapachowe, jednak niekoniecznie mam ochotę płacić za nie 60-80zł. Ostatnio znalazłam przepiękne świece Inspiration marki Bispol. Proste, szklane, z pojedynczym ozdobnym ornamentem, wyglądają niezwykle elegancko i luksusowo. Również opakowania mają bardzo pomysłowe. Dostępne są w trzech wariantach zapachowych: Soft, Intensive i Love - mam dwie ostatnie. Palą się całkiem dobrze, nie kopcą, wypełniają pomieszczenie wyczuwalnym ale subtelnym aromatem. Bardzo przypadły mi do gustu!





     Ufff! Dobrnęliście do końca? Jeśli tak, zasługujecie na medal ;)
Tak przedstawia się lista moich nowości i ulubieńców z ostatnich tygodni i miesięcy. Ciekawi mnie, czy coś z zaprezentowanych przedmiotów wpadło Wam w oko?


Pozdrawiam ciepło,
Katalina :*


niedziela, 17 stycznia 2016

Pigmenty

Hej Misiaki!

     Nie zwykłam dzielić się "pierwszymi wrażeniami", ani zamieszczać regularnie wpisów ze zdobyczami, nie mniej jednak tym razem nabyłam coś, co podekscytowało mnie jak tylko to ujrzałam.

     Zacznę od tego, że nie przepadam za pigmentami, ani kosmetykami sypkimi jako takimi. Kojarzą mi się niemal wyłącznie z bałaganem, osypywaniem i kłopotliwą aplikacją. Kiedy jednak trafiam na coś, co mnie zaczaruje, opęta i nie chce wyjść z głowy tygodniami, jestem w stanie pójść na ustępstwa.

     Pewnego dnia obejrzawszy jakiś filmik, czy zdjęcie - przyznam, że już nie pamiętam - naszła mnie myśl, że wszelkie duochromy wypuszczane na rynek są w gruncie rzeczy podobne do siebie, przynajmniej pod względem kolorystycznym. Większość to brązo-zielenie, złoto-oliwki i złoto-róże, rzadziej wariacje na temat wyżej wymienionych. Zaczęłam się wtedy zastanawiać jakie kolory musiałby łączyć w sobie duochrome abym obwołała go swoim ulubionym i wymarzonym. Niewiele myśląc, zaczęłam wpisywać w przeglądarce rozmaite hasła uwzględniające moją "kombinację idealną" i tak natrafiłam na zdjęcie, które zmiotło mnie z nóg. Tak właśnie odnalazłam stronę Firennae.




     Jednakże, ponieważ Firennae znajduje się w Stanach, a ja do niedawna byłam kompletnym beztalenciem jeśli chodzi o zakupy międzynarodowe, spisałam sprawę na straty i zaczęłam rozglądać się za czymś podobnym na naszym podwórku. Wtedy z kolei, trafiłam na APC Cosmetics.




     Jak widzicie na zdjęciach, ostatecznie nabyłam przedstawicieli obu gatunków ;). 
Pierwsze w kolejności były dwa cienie sypkie z APC: 
25, czyli nieco chłodniejszą wersję pigmentu Blue Brown z MACa
16, czyli coś, co opisano jako głęboką czerwień złamaną fioletem

     Kupiłam skuszona opisem, ponieważ moja kombinacja idealna, to właśnie czerwień z fioletem. Takąż czerwień z fioletem znalazłam wcześniej na stronie Firennae pod postacią pigmentu Mephisto i miałam ogromną nadzieję, że #16 okaże się do niego podobny. Nie był.


#25

#16


     O ile #25 był taki jakim się go spodziewałam, o tyle #16 okazał się zwyczajnym, połyskującym bordo. Ładnym, ale podobnym do wielu innych które mam. Bardzo miłym gestem było za to dołączenie przez firmę do zamówienia czarnego płynnego linera w prezencie!

     Wróciłam zatem na stronę Firennae i przewertowałam dokładnie całą politykę sprzedaży i wysyłki. Upewniwszy się, że zasady mnie nie zjedzą, złożyłam zamówienie na dwa pigmenty:
Mephisto - obłędny fiolet opalizujący na czerwono
Fireside Interlude - ognisty rudo-złoty

     Po otrzymaniu przesyłki okazało się, że jako gratis dołączono mi próbkę pigmentu It Beautifies! 



Mephisto

Fireside Interlude

It Beautifies!


     Różnica między pigmentami obu marek jest przeogromna. APC mają lżejszą, formułę, są mniej kryjące i bardziej przypominają opalizujące pyłki, niż tradycyjne pigmenty, czy sypkie cienie. Firennae są napakowane pigmentem, niesamowicie kryjące, a ich konsystencja jest dużo bardziej zwarta i treściwa.





     Czuję się niemal nie fair umieszczając produkty obu marek w jednym wpisie, ponieważ mam wrażenie, że każdy pigment zestawiony z Firennae wypadnie blado, ale może zajrzą tu osoby zainteresowane podobnym porównaniem, także oto dodatkowe swatche prezentujące zachowanie wszystkich pigmentów na cielistej i czarnej bazie, w świetle sztucznym i dziennym:







Na zakończenie jeszcze małe porównanie:
❋ Pigmenty Firennae dostępne są w dwóch pojemnościach: regularnej (3 gramy) i mini (około 1/4 regularnej wielkości) i kosztują odpowiednio $6,75 i $2,75.
❋ Cienie sypkie APC Cosmetics również dostępne są w dwóch pojemnościach: 5ml za 15,50zł oraz 3ml za 8,50zł


     Podobają mi się wszystkie, każdy na swój sposób. Różnią się od siebie, jednak sypańce obu firm umożliwiają stworzenie pięknego makijażu oczu. Moim ulubieńcem jest jednak Mephisto, bo jest tym jedynym, wyczekanym, upragnionym :)


A jakie są Wasze ulubione połączenia kolorystyczne? Jak wyglądałby Wasz wymarzony duochrome?

Pozdrawiam,
Kat :*




poniedziałek, 11 stycznia 2016

Wet n Wild "Comfort Zone"

Hej Misiaki!

     Przed miesiącem pisałam Wam o tym, że w pobliskiej Drogerii Natura natrafiłam na szafę Wet n Wild oraz że korzystając z nadarzającej się okazji zakupiłam paletkę Comfort Zone. Byłam jej bardzo ciekawa, biorąc pod uwagę to ile pozytywnych opinii o niej krąży. Poza tym miała jeden atut, który przesądził już na wstępie o zakupie. Teraz, kiedy zdążyłam się nią pobawić i wyrobić sobie zdanie na jej temat, chciałabym podzielić się nim z Wami.




Dostępność
Wybrane Drogerie Natura

Cena
22,99zł

Trwałość
24m




Opakowanie
Jak widać, nie zachwyca. Mówiąc wprost, wygląda tanio i tandetnie. Naklejki nie dodają mu uroku. Mnie osobiście kojarzy się z kosmetykami dostępnymi w drogeriach za czasów gdy byłam nastolatką, kiedy wybór był mocno ograniczony, a o Wielkich Markach przeciętny zjadacz chleba nawet nie marzył. Dopełnieniem mało atrakcyjnego opakowania jest dwustronny aplikator, z którego jak sądzę niewiele osób skorzysta.




Aplikacja i działanie
Na szczęście, w odróżnieniu od mało atrakcyjnego opakowania, wnętrze ma sporo do zaoferowania. Na wstępie wspomniałam o atucie, który przesądził o zakupie, był nim jeden konkretny cień: znajdujący się w prawym dolnym rogu duochrome. To dla niego kupiłam paletkę Comfort Zone. Cień ten, łączący w sobie brąz i zieleń, przywodzi na myśl pigment Blue-Brown MACa, pigment  naszego rodzimego Inglota. Nie jest identyczny, jednak zachowuje się na powiece bardzo podobnie. Uważam, że choćby dla tego jednego cienia warto nabyć paletkę, jednak jak się okazuje nie on jeden wart jest uwagi. Na potwierdzenie załączam zdjęcia przedstawiające makijaż wykonany beżowo-brązową częścią Comfort Zone.






Cienie są miękkie i jedwabiste w dotyku, a także wyjątkowo dobrze napigmentowane, jak na markę typowo drogeryjną. Owszem, nie jest to jakość górno-półkowych marek, nie mniej jednak makijaż wykonany tymi cieniami prezentuje się ładnie i jest całkiem trwały. Kolory dobrze się ze sobą łączą, nie tworzą plam, nie zlewają się ze sobą, nie znikają przy rozcieraniu. Minusem może być fakt, iż wszystkie cienie mają perłowo-satynowe wykończenie, zatem wykonując makijaż trzeba wspomagać się matami z innego źródła. Warto wspomnieć również o tym, że w przypadku Wet n Wild paleta palecie nierówna, zatem o ile to możliwe radzę przetestować jakość przed zakupem konkretnej sztuki.




Czy polecam
Zdecydowanie tak. W cenie 22,90 zł otrzymujemy osiem bardzo przyzwoitych cieni, które można spokojnie stosować zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym. Dodatkowo beż może służyć również jako delikatny rozświetlacz do twarzy. Comfort Zone nie jest może paletką, która wstrząśnie Waszym światem, jednak z pewnością sprawdzi się jako dopełnienie niejednej kosmetyczki / toaletki. 


Pozdrawiam,
Katalina :*


środa, 6 stycznia 2016

Kto nie lubi prezentów?

Hej Misiaki!

     Na początek spytam przewrotnie, czy są wśród Was osoby, które nie lubią prezentów? Hmmm? Nie wydaje mi się. A jakie prezenty są najfajniejsze? Takie, których się nie spodziewamy! Takimi właśnie zostałam ostatnio obdarowana. 

     Zeszłej niedzieli miałam okazję ponownie spotkać się z kochanymi Kingą, jej śliczną Córcią i Justyną :* Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej miałam urodziny i dziewczyny obdarowały mnie z tej okazji. 

     Od Kingi dostałam coś, co krążyło mi w myślach bardzo intensywnie od jakiegoś czasu:




     Książka "Face Paint" autorstwa jednej z moich idolek wizażowych, Lisy Eldridge. Nie jest to typowa książka o makijażu, a raczej przewodnik po zwyczajach urodowych od czasów najdawniejszych do współczesności. Póki co zdążyłam ją jedynie przejrzeć, jednak zapowiada się fantastyczna lektura na długie chłodne wieczory.




     Justyna sprezentowała mi balsam "Amber Blush" z BBW, który pachnie tak obłędnie, że aż żałuję że to nie perfumy. Dostałam też cień / pigment L'Oreal Color Infaillible w odcieniu #039 Magnetic Coral, który podziałał na mnie energetyzująco od pierwszego wejrzenia ;)





     Dziewczyny, jeszcze raz bardzo Wam dziękuję!


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


piątek, 25 grudnia 2015

Zoeva Cocoa Blend

Hej Misiaki!

     Ostatnio podzieliłam się z Wami swoją opinią na temat palet Naked od Urban Decay. Pozostając w temacie palet, tym razem chciałbym opisać wrażenia z używania Cocoa Blend marki Zoeva. Mam ją od kilku tygodni i w tym czasie zdążyłam całkiem nieźle poznać jej możliwości. Zapewne wielu z Was jest ona dobrze znana, jednak być może są tu i tacy, którzy nie mieli styczności z paletami Zoevy. Jakkolwiek by nie było, zapraszam dalej :)





Dostępność:
Sklepy internetowe

Cena:
73,90zł

Pojemność:
10 x 1,5gr / 10 x 0,05 oz

Trwałość:
36M




Opakowanie:
Kartonowe, magnetyczne, bez lusterka. Smukłe i estetyczne. Praktyczne w podróży, ponieważ nie zajmuje dużo miejsca i dobrze chroni cienie przed zniszczeniem.




Konsystencja i wykończenie:
Tutaj zatrzymam się na dłużej, ponieważ Cocoa Blend zawiera cienie o różnych wykończeniach i pigmentacji. 
Idąc po kolei:
Bitter Start - jasny, matowy beż. Nieco jaśniejszy od mojej karnacji, co czyni go idealnym kolorem do cieniowania łuku brwiowego. Odrobinę pyli.
Sweeter End - średni, szarawy beż o satynowym wykończeniu. Dość sucha konsystencja. Idealny do makijażu dziennego.
Warm Notes - perłowo-metaliczny burgund o nieco kremowej formule i obłędnej pigmentacji. Jeden z moich ulubionych kolorów w palecie. 
Subtle Blend - perłowo-metaliczny cień o rdzawo-brązowym kolorze. Formuła i pigmentacja równie dobra jak w przypadku Warm Notes.
Beans Are White - matowy, ciemny brąz o odcieniu gorzkiej czekolady. Całkiem nieźle napigemntowany. Nieco odbarwia skórę - wymaga dokładnego demakijażu.
Pure Ganache - perłowo-metaliczne ciepłe, rudawe złoto. Konsystencja jakby kremowa, obłędna pigmentacja.
Substitute For Love - matowy jasny brąz o słabiutkiej pigmentacji. Najsłabsze ogniwo palety. 
Freshly Toasted - matowy, czerwonawy brąz o średniej pigmentacji. Dość suchy i tępy cień.
Infusion - ciemny, szaro-śliwkowy mat ze złotymi drobinkami. Przyzwoita pigmentacja dość sucha i tępa konsystencja. Podobnie jak Beans Are White nieco odbarwia skórę.
Delicate Acidity - perłowy, przydymiony fiolet o bardzo dobrej pigmentacji. Nieco kremowa konsystencja.

Moim zdaniem perełkami w tej palecie są cienie metaliczne. Mają cudowną, jakby kremową konsystencję i wprost obłędną pigmentację. Maty są dość suche, nieco pylą, a ich pigmentacja bywa różna. Największym rozczarowaniem jest bez wątpienia Substitute For Love. Trzeba go solidnie napakować, aby był widoczny. Cienie mają tendencję do znikania w trakcie rozcierania - warto mieć to na uwadze i zainwestować w bazę pod cienie. 





Zapach:
Bezzapachowe

Aplikacja i działanie:
Jak wspomniałam, cienie te lepiej sprawują się z bazą. Aplikacja jest w dużym stopniu uzależniona od konkretnego cienia i jego wykończenia. Maty są dość kapryśne, raczej tępe w konsystencji, nieco pylą i różnią się między sobą pod względem pigmentacji. Perły za to nakładają się jak marzenie, są piękne, głębokie i błyszczące. Tym, co może denerwować niektóre osoby jest fakt, że podczas rozcierania w dużym stopniu gubi się intensywność kolorów. Może się zatem okazać, że trzeba będzie wklepać kolejną warstwę cieni aby uzupełnić ich natężenie.





Czy polecam:
Sumując wszystkie "zady i walety" Cocoa Blend, uważam, że warto przyjrzeć się jej bliżej i poeksperymentować z nią. Jest świetnie skomponowana kolorystycznie. Widać również, że przemyślano dokładnie to, które cienie powinny być matowe, a które nie. Owszem, zawiera kilka bardzo intensywnych kolorów, jednak paradoksalnie uważam, że jest to idealna paleta do makijażu dziennego z dużym potencjałem do tworzenia również malunków wieczorowych.


Miałyście okazję używać którejś z palet Zoevy? Jakie macie przemyślenia na ich temat? Które z nich poleciłybyście innym, a które lepiej Waszym zdaniem pominąć?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina