niedziela, 1 kwietnia 2018

Jak zniszczyć dobre pierwsze wrażenie: Nabla Creme Shadow "Underpainting"

     Jakiś czas temu pisałam o kremowym cieniu z Nabli o nazwie Dusk (klik). Aby się nie powtarzać, napiszę tylko, że byłam z niego bardzo zadowolona i szczerze go polecałam. Był to jeden z powodów, dla których kiedy zaczęłam rozglądać się za cielistą bazą pod cienie, zdecydowałam się sięgnąć po Underpainting Nabli.




Dostępność:
Sklep internetowy Minti

Cena:
49,90 zł

Pojemność:
5 ml / 0,17 fl oz




Trwałość:
6 miesięcy

Opakowanie:
Plastikowy pojemniczek z bordową nakrętką. Proste i estetyczne rozwiązanie. Napisy nie ścierają się z upływem czasu, zaś kartonowe opakowanie zawiera wszystkie niezbędne informacje.




Konsystencja:
Kremowa, suchawa.




Aplikacja i działanie:
Jak wspomniałam, miałam wcześniej bardzo pozytywne wrażenia z używania bazy Dusk, dlatego po Underpainting spodziewałam się "wszystkiego najlepszego". Okazało się jednak, że Nabla zaprzepaściła dobre pierwsze wrażenie, jakie na mnie zrobiła. Underpainting nie tylko śmierdzi zjełczałą farbą, ale rozczarowuje konsystencją. Spodziewałam się nie wiedzieć czemu, że będzie gładko, równo i kryjąco, przy minimalnym wysiłku z mojej strony. Jest kryjąco, owszem, ale nierówno. Baza zasycha bardzo szybko, a przy tym źle znosi ewentualne budowanie koloru. W efekcie moja powieka nie przypomina dobrze zagruntowanego płótna. Zamiast tego powierzchnia jest poprzecierana, sucha, nierówna, plackowata...


Skład:


Czy polecam:
Niestety nie.



Pozdrawiam,
Katalina

sobota, 31 marca 2018

Huda Beauty Mauve Obsessions Palette

     Huda Beauty to marka względnie nowa na polskim rynku kosmetycznym. Stacjonarnie dostępna w zasadzie tylko w sieci Sephora, choć i tak w dość ograniczonym zakresie. Dowiedziałam się o niej, a jakże, z youtuba, a dzięki Kindze :* miałam okazję wypróbować kilka jej kosmetyków. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoją opinią na temat paletki cieni Mauve Obsessions.




Dostępność:
Stacjonarnie tylko w Sephorze (choć ta konkretna, mimo że jest na stronie, to praktycznie od zawsze oznaczona jest jako niedostępna). Sklepy internetowe.

Cena:
Na stronie Sephory 129zł

Pojemność:
10 g / 0.35 oz

Trwałość:
12 miesięcy




Opakowanie:
Paletka jest niewielka, 7,5 x 7,5 cm, co jest bardzo praktyczne z wielu powodów. Opakowanie jest tekturowe, magnetyczne, zaś sam wkład z cieniami wykonano z plastiku. Wewnątrz znajduje się bardzo dobrej jakości lusterko i (co osobiście doceniam) nie bawiono się w dodawanie wątpliwej jakości pędzelków, czy aplikatorów. Grafika na paletce jest dość minimalistyczna i estetyczna. Ogólnie prezentuje się bardzo przyzwoicie.




Wykończenie:
     Paleta zawiera miks matów i metalików, przy czym maty są ultra-matowe, a metaliki przypominają drobno pokruszony, sprasowany brokat. O ile wiem, kolory nie mają indywidualnych nazw. 
     Maty mają niezwykle miłą, masełkową konsystencję, przy czym nieco gorzej wypada ciemny bordowy-brąz (lewy górny róg) i ciemne wino (prawy dolny róg). Mam wrażenie, że może być to związane z samym kolorem, ponieważ w przeszłości miałam cienie innej firmy o podobnej kolorystyce i zachowywały się w zbliżony sposób. 
     Cienie metaliczne również mają bardzo przyjemną konsystencję, przy czym jasny i średni wypadają nieco lepiej i mają "gładszą" formułę, niż bardziej brokatowy ciemno-czerwony kolor. Najlepiej zachowują się nanoszone palcem. Pędzelek nie zawsze dobrze sobie z nimi radzi.




Aplikacja i działanie:
     Kiedy chcę przekonać się o możliwościach danej palety, biorę ją w obroty na kilka kolejnych tygodni i używam dzień po dniu, starając się skorzystać z każdego spośród cieni przynajmniej raz.  Wymusza to na mnie kreatywność, bo staram się wymyślać inne połączenia kolorystyczne i sposoby nanoszenia cieni. 
     Kolorystyka Mauve Obsessions bardzo wpisuje się w mój gust, stąd też zasadniczo nie mam w odniesieniu do niej większych uwag. 




     To, czego mi brakuje, to jaśniejszy i cieplejszy brąz, który mógłby służyć za cień przejściowy. Brąz znajdujący się w środku palety jest bardzo dobry, ale dla mnie osobiście nieco za ciemny i za chłodny. Z kolei beż na mojej i tak jasnej skórze wydaje się praktycznie biały. Radzę sobie z tym sięgając po bronzer (Milk Chocolate Soleil marki To Faced) i rozcierając nim zbyt ostre granice cieni w załamaniu powieki.

     Ciemne kolory, zwłaszcza czerwony brokat, wykazują pewną tendencję do osypywania się, jednak osypany pigment daje się łatwo zmieść z twarzy puchatym pędzlem bez uszczerbku dla makijażu. Cienie są bardzo napigmentowane, łatwe w aplikacji i dobrze się ze sobą łączą na powiece. Maty są niezwykle trwałe i utrzymują się na powiekach bez większych zmian praktycznie cały dzień. Z cieni metalicznych w miarę upływu czasu osypują się na policzki srebrzyste drobinki brokatu, co jak sądzę jest względnie normalne.
     

Skład:


Czy polecam:
     Z jakościowego punktu widzenia, tak. Jest to niewątpliwie bardzo udana paletka i miałam jak dotąd całkiem sporo frajdy z jej używania. Uważam jednak, że bardziej sprawdzi się do makijażu wieczorowego i wyjściowego, niż dziennego w tradycyjnym ujęciu. Kolory skomponowane są w taki sposób, że bez większych trudności da się nimi wyczarować przepiękny makijaż na specjalną okazję. Makijaż dzienny paradoksalnie jest tutaj większym wyzwaniem, bo wysoka pigmentacja ma bezpośrednie przełożenie na intensywność koloru na powiece. 
     Nie zrozumcie mnie źle, jak najbardziej da się to zrobić, bo z powodzeniem maluję się do pracy niemal wyłącznie tą paletką od ponad miesiąca. Po prostu trzeba się przy tym nagłówkować nieco bardziej niż normalnie. Jeśli Wam to niestraszne, będziecie mieli z Mauve Obsessions wiele radości.






Znacie markę Huda Beauty? Używaliście jakiegoś kosmetyku z jej oferty?

Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 25 marca 2018

Smashbox Photo Finish Foundation Primer Light

    Rzadko sięgam po bazy pod makijaż. Jest to o tyle ciekawe, że baza pod cienie jest dla mnie nieodzowna. Co więcej, mimo mojego wieku i dość żywego zainteresowania kosmetykami, jak dotąd używałam tylko 5-10 różnych baz, z czego polubiłam może dwie. O firmie Smashbox i produkowanych przez nią primerach słyszałam już lata temu, więc ostatnio postanowiłam wykorzystać jedną z promocji i kupiłam Photo Finish Foundation Primer Light (wersja oil-free). Miałam nadzieję, że przedłuży trwałość mojego makijażu, wyrówna fakturę skóry i w jakimś stopniu ograniczy wydzielanie sebum. 




Co mówi producent:
Beztłuszczowa baza (...) jest idealna dla skóry tłustej, trądzikowej i wrażliwej. 
Ujednolica i wygładza teksturę skóry wchłaniając przy tym nadmiar sebum. Formuła na bazie wody odświeża skórę i pozostawia gładkie i matowe wykończenie. Aplikowana pod podkład lub puder, wypełnia płytkie zmarszczki i pory, przedłuża trwałość makijażu.




Dostępność:
Sieć Sephora, drogerie internetowe

Cena:
Uzależniona od pojemności. W moim przypadku to 65,00 zł bez promocji

Pojemność:
Baza dostępna jest w trzech wariantach pojemności: 12, 15 i 30 ml. 
Moja ma 15 ml.





Trwałość:
24 miesiące

Opakowanie:
Praktyczna, tworzywowa tubka. Czarno - przejrzysta, dzięki czemu łatwo kontrolować ile produktu nam pozostało. Plus za praktyczny dozownik.

Konsystencja:
Baza ma postać mleczno-białej, silikonowej w dotyku emulsji.




Aplikacja i działanie:
     Każdy ma swój ulubiony sposób nakładania tego typu kosmetyków. Ja robię to po prostu palcami, bo tak jest dla mnie najszybciej i najwygodniej. Baza rozprowadza się bez najmniejszego problemu, momentalnie wygładza skórę, czyniąc ją satynową w dotyku, delikatną. W pewnym stopniu ułatwia aplikację podkładu, choć nie jest to jakaś kluczowa różnica. 

     Co do wyglądu makijażu na bazie i ewentualnego przedłużenia jego trwałości, to zazwyczaj robię w takich przypadkach test, polegający na tym, że na pół twarzy nakładam bazę, a pół pozostawiam "czystą". Zauważyłam lekkie wygładzenie skóry i pewne wyrównanie jej faktury tam, gdzie nałożyłam bazę, jednak różnica była subtelna i zauważalna dopiero po dość wnikliwej analizie z mojej strony. Nie zauważyłam natomiast jakiegokolwiek wydłużenia trwałości makijażu, co mnie rozczarowało, bo na tym aspekcie zależało mi najbardziej. Obie połowy twarzy zaczynały świecić w tym samym czasie i z porównywalnym natężeniem.

Skład:


Czy polecam:
Z mojej perspektywy jest to produkt nie wart swojej ceny. Owszem, wygładza i matowi skórę tuż po nałożeniu, jednak gotowy makijaż wygląda niemal tak samo niezależnie od tego czy użyję bazy, czy nie. Nie zaobserwowałam również wydłużenia jego trwałości ani długotrwałego matowienia, dlatego nie mogę z czystym sumieniem polecić Wam tej bazy.


Pozdrawiam,
Kat :*

piątek, 16 marca 2018

Czekoladowy herbatnik: Milk Chocolate Soleil

     Bronzery przez długi czas były dla mnie kosmetykami kompletnie zbędnymi. Z początku nie widziałam sensu w używaniu jakiegokolwiek, potem jak już zaczęłam bardzo trudno było mi znaleźć taki, z którego byłabym w 100% zadowolona. Na dłuższą metę każdy czymś mnie zrażał, albo nużył, aż tu nagle trafiłam na Milk Chocolate Soleil od Too Faced i wszystko się zmieniło. 

     Ma kolor, który lubię określać mianem "herbatnikowego", daje bardzo subtelny efekt na twarzy, a przy tym pachnie obłędnie czekoladą! 




Dostępność:
Sephora i sklepy internetowe 

Cena:
139,00 zł

Pojemność:
10 g / 0,35 oz.

Trwałość:
12 miesięcy





Opakowanie:
Klasyczny kompakt / puderniczka. Opakowanie jest okrągłe, plastikowe, w kolorze starego złota, ozdobione delikatnymi ornamentami oraz wytłoczoną nazwą firmy. Wewnątrz znajduje się dobrej jakości i wielkości, praktyczne lusterko. Puderniczkę łatwo otworzyć i zamknąć, także nie grozi nam połamanie paznokci, co bardzo doceniam.



Jeśli zdjęcia wydają się Wam dziwne, to prawdopodobnie dlatego, że prezentują bronzer na kilka dni przed zaliczeniem denka... Wcześniej jakoś nie przyszło mi do głowy, by o to zadbać.


Konsystencja:
Delikatny, gładki prasowany puder o matowym wykończeniu.

Zapach:
Czekoladowy ❤




Aplikacja i działanie:
     Nie ukrywam, że to mój ulubieniec. W chwili, gdy to piszę mam już w nim spory ubytek i całkiem widoczne denko. Używam go praktycznie każdego dnia i czerpię z tego niekłamaną przyjemność! Miałam okazję używać obu wersji czekoladowych bronzerów Too Faced, ale to Milk Chocolate okazał się zwycięzcą. 
     Jest jasny i ciepły w tonacji, co zestawieniu z moją jasną i ciepłą karnacją jest idealnym rozwiązaniem. Przede wszystkim nie muszę się martwić, że zrobię nim sobie krzywdę, bo jest arcyłatwy w aplikacji! Nakłada się równo, jego intensywność można stopniować, jednak generalnie to raczej delikatny kosmetyk. Przepięknie pachnie czekoladą, co dodatkowo pogłębia przyjemność z jego używania. To mój jedyny produkt tego typu i zdecydowanie nie jestem nim znużona, mimo wielu miesięcy jego używania. 

Skład:




Czy polecam:
Jak najbardziej! Jeśli Wasza karnacja jest jasna, w kierunku średniej i lubicie delikatne, ciepłe kosmetyki brązujące, jestem przekonana, że Milk Chocolate się Wam spodoba. Dodatkowo czekoladowy zapach świetnie poprawi Wam samopoczucie!



Pozdrawiam,
Katalina :*


sobota, 10 marca 2018

Rajska ekstaza lepsza niż seks, czyli jak sprzedać kosmetyk...

     Długo się zastanawiałam, czy popełnić dzisiejszy wpis, czy go sobie odpuścić. Po raz kolejny biorę na tapetę klasyki, o których napisano / nakręcono / powiedziano już wiele. Czy ktokolwiek potrzebuje jeszcze mojej recenzji do kompletu? Wątpię. Nie mniej postanowiłam dodać coś od siebie, choćby na wypadek, gdyby kiedyś w przyszłości dopadła mnie amnezja i gdybym zapragnęła wrócić do któregoś z dzisiejszych bohaterów.

     Będzie o tuszach, które w swoim czasie wzbudziły sensację. Pierwszy był drogi i obiecywał, że jest "lepszy niż seks". Drugi był drogeryjnym odpowiednikiem pierwszego i zapowiadał rajską ekstazę. Może jestem dziwna, ale już mi bokiem wychodzą seksualne nawiązania w nazwach kosmetyków. Wolałabym normalnie nazwany produkt, który w 100% spełniłby moje oczekiwania, zamiast tabunu połowicznie skutecznych "seksów, orgazmów i głębokich gardeł".




     No dobrze, przejdźmy do sedna. Bohaterami dzisiejszego wpisu są dwie maskary:
- Better Than Sex marki Too Faced
- Paradise Extatic marki L'Oreal


Na pierwszy ogień oryginał, czyli Better Than Sex od Too Faced





Dostępność:
Sieć Sephora oraz sklepy internetowe i stacjonarne mające w ofercie produkty Too Faced.

Cena:
Pełnowymiarowe opakowanie kosztuje 105 zł. Miniaturka 49zł

Pojemność:
Pełnowymiarowe opakowanie: 8ml / 0,27 fl oz
Miniaturka: 3,9g / 0,13 fl oz

Trwałość:
6 miesięcy

Opakowanie:
Perłowo-różowe, o nieco metalicznym wykończeniu. Czarne napisy. Dość klasyczne, dziewczyńskie. Przywodzi mi na myśl opakowanie perfum Agent Provocateur. Ktoś pamięta jeszcze te oldschoolowe różowe jajka?




Szczoteczka:
Typowa, jak u produkowanych dawniej maksar, dość pierzasta, w kształcie klepsydry. Świetnie rozprowadza tusz na rzęsach, rozczesuje je i z mojej perspektywy bardzo usprawnia aplikację - przydatne zwłaszcza gdy zależy nam na czasie.

Aplikacja i działanie:
     I tu zaczynają się schody, skargi i uwagi. Bo jakkolwiek efekt na rzęsach jest zachwycający i niesamowicie mi się podoba to, co ów tusz robi z moimi oczami, to nad dwiema rzeczami nie jestem w stanie przejść do porządku dziennego. 
     Pierwszy problem zaczyna się już na etapie aplikacji, a jest nim osypywanie się drobinek tuszu przy nakładaniu go na rzęsy. Która z nas ma ochotę na ogarnianie czarnych ciapek pod oczami śpiesząc się rano do pracy czy szkoły? Z pewnością nie ja. Denerwuje mnie też to, że w miarę upływu czasu tusz dalej kruszy się i osypuje. Nie jest to jakaś hardcorowa panda, ale jak płacę za coś tyle ile życzy sobie producent, to mam prawo oczekiwać trwałości!
     Druga rzecz idzie w parze z pierwszą - rozmazywanie. Nie mogę polegać na tej maskarze, bo wystarczy odrobina deszczu, czy łzawiące oko i zaciek gotowy. To z mojej perspektywy dyskwalifikuje maskarę, bo tak się składa, że nie tylko mam problem ze łzawiącymi oczami, ale i noszę soczewki, więc potrzebuję czegoś, na czym mogę polegać. Rozumiem, że wersja, którą posiadam nie jest wodoodporna, nie mniej drogeryjne tusze z Maybelline biją ją na głowę pod względem trwałości, a są trzy razy tańsze.




Czy polecam:
Nie. Owszem, daje piękny efekt tuż po nałożeniu na rzęsy. Mało który tusz zapewnił mi tak gęste i długie "firanki", jednak osypywanie się i rozmazywanie przesądzają o tym, że nie będę do niego wracać. Nasuwa mi się też taka refleksja, że jeśli zdaniem twórcy, ta maskara jest lepsza od seksu, to prawdopodobnie należą mu się bardzo gorące i serdeczne wyrazy współczucia.



Drugi w kolejności jest drogeryjny zamiennik: L'Oreal Paradise Extatic





Dostępność:
Produkt ogólnodostępny (drogerie stacjonarne i internetowe)


Cena:
W internecie ceny zaczynają się od 34 zł, przy czym trzeba doliczyć koszty wysyłki. Po zsumowaniu daje to około 40-50 zł

Pojemność:
6,4 ml




Trwałość:
Brak danych, jednak jest to jeden z tych tuszy, który bardzo szybko wysycha, więc trzeba go wymieniać średnio co miesiąc-dwa.

Opakowanie:
Bardzo mi się podoba! Kolorystycznie na pograniczu brzoskwini i rose-gold. Tuba dość minimalistyczna, zakrętka metaliczna, białe delikatne napisy. Nie mam się do czego przyczepić.




Szczoteczka:
Sporej wielkości, klasyczna, pierzasta, minimalnie zwężona w środkowej części. Bardzo dobrze nakłada tusz i rozdziela rzęsy.

Aplikacja i działanie:
     Mogłabym w tym miejscu powtórzyć mniej-więcej to co napisałam w przypadku nieudanego seksu. Mamy tu rajską ekstazę w nazwie i ok, efekt tuż po nałożeniu jest wart grzechu - tutaj nie będę się spierać. Niestety mam ten sam, a nawet większy problem z trwałością, jak w przypadku pierwowzoru. Nie było chyba takiego dnia, żebym nie musiała poprawiać makijażu po wejściu do biura. Jest to jeden z najmniej trwałych tuszy, jakie miałam. 
     Dodatkowo wysycha w tubie w ekspresowym tempie. Trzeba go wymieniać średnio co miesiąc, bo niestety po kilku tygodniach jest tak suchy, że ledwo daje się nałożyć na rzęsy...




Czy polecam:
Nie, nie, nie. Nietrwały w dwójnasób. Nie mogę na nim polegać, nie mogę go również polecić. Niestety.


     Ciekawa jestem jak wiele z Was miało okazję używać któregokolwiek (lub obu) z dzisiejszych gagatków. Jak wrażenia? Być może miałyście z nimi lepsze doświadczenia niż ja?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


sobota, 3 marca 2018

M Brush by Maxineczka Burgundy Collection

     Ten wpis prawdopodobnie by nie powstał, gdyby nie Słomka. To właśnie ona podarowała mi w prezencie dwa z trzech pędzli, o których dzisiaj napiszę. Wcześniej przez myśl by mi nie przeszło, żeby kupić któryś z nich, także dziękuję za poszerzenie moich horyzontów, Słomi :*

     O tym, że poszukuję dobrego pędzla do pudru pisałam już wcześniej. Miałam pecha, bo mimo wielu prób żaden z tych, które kupiłam nie spełnił moich oczekiwań. O M Brush wiedziałam, ale cena skutecznie odwodziła mnie od zakupu. Bałam się tak drogich eksperymentów. 





Dostępność:
Sklep Minti

Cena:
W zależności od pędzla, od 69,90 do 174,90 zł. 

Ilość w zastawie:
Pełny zestaw z kolekcji Burgundy liczy siedem pędzli. Regularna, czarna kolekcja jest jeszcze bardziej rozbudowana.




Opakowanie:
Pojedyncze pędzle pakowane są w bordowe, trójkątne w przekroju kartonowe pudełka ze złotymi detalami. Na opakowaniu możemy przeczytać, że skuwki pokryte są 24 karatowym złotem oraz że pędzle wykonano ręcznie w Japonii. 


Wymiary i przeznaczenie:

Jak wspomniałam, posiadam trzy pędzle z kolekcji: dwa do twarzy i jeden do oczu. Wszystkie wykonano z naturalnego włosia kozy. Eleganckie bordowe rączki zwieńczone są skuwkami z różowego złota. Bardzo podoba mi się ta estetyka!

Wymiary w zależności od pędzla przedstawiają się następująco:





 02
     Pędzel "jajeczko". Zaprojektowany do nakładania i rozcierania produktu na policzkach. Polecany do aplikacji bronzera, kosmetyków konturujących, pudru i różu. Obiecuje mocniejsze krycie i możliwość nieskazitelnego rozprowadzenia kosmetyków na skórze.
     Nadaje się jakoby również do aplikacji produktów płynnych i kremowych, jednak nie zamierzam używać go w tym celu.

Długość włosia: 30 mm 
Wymiary skuwki przy włosiu: 16 mm 
Długość pędzla: 180 mm








06
     Polecany do rozcierania, jak również do bezpośredniej aplikacji cienia na powieki.

Długość włosia: 16 mm 
Wymiary skuwki przy włosiu: 8 mm x 4,5 mm 
Długość pędzla: 172 mm







23
     Średniej wielkości, puszysty, płaski pędzel wielozadaniowy. Polecany do omiatania pudrem, nakładania bronzera, konturu czy różu.

Długość włosia: 32 mm 
Wymiary skuwki przy włosiu: 22x12 mm 
Długość pędzla: 180 mm


Czy polecam:
     Jestem wybredna jeśli chodzi o pędzle. Mam ich dużo mniej niż kiedyś i oczekuję od nich wielozadaniowości i wytrzymałości. Ważne jest dla mnie, by były solidne i wygodne w użyciu. Nie toleruję wypadającego, czy drapiącego włosia. Jeśli dany pędzel nie spełnia moich oczekiwań, pozbywam się go bez sentymentu. 
     Biorąc to wszystko pod uwagę mogę Was zapewnić, że pędzle M Brush zostaną ze mną na długo! Odznaczają się nie tylko wysoką jakością, ale również bardzo usprawniają poranne wykonywanie makijażu. Każdy z nich stracił co prawda kilka włosków odkąd je mam, jednak było to jak najbardziej normalne i w niczym nie przypominało moich frustrujących doświadczeń z wieloma "liniejącymi" pędzlami.
     Włosie jest miękkie i bardzo przyjemne w dotyku. Dobrze się domywa, co również ma dla mnie spore znaczenie. Kształt pędzli bardzo się sprawdza we wszystkich zalecanych przypadkach użycia. Generalnie są to naprawdę solidne i godne polecenia "narzędzia", także jeśli tylko macie fundusze i rozglądacie się za czymś ekstra, jestem pewna, że M Brush Was nie rozczarują.


Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 25 lutego 2018

Urban Decay Naked Heat

     Paleta Naked Heat od Urban Decay nie jest już nowością. Pojawiła się wiele miesięcy temu i na pewien czas zmonopolizowała tematykę rozmów i publikacji blogerów / youtuberów. Trochę to trwało, ale i ja dałam się skusić machinie marketingowej, w efekcie czego kupiłam rzeczoną paletę.





Dostępność:
Sklepy internetowe, sieć Sephora

Cena:
249,00 zł

Pojemność:
12 cieni po 1,3 g każdy

Trwałość:
24 miesiące





Opakowanie:
     Gabarytowo odpowiada pozostałym klasycznym wariantom palet Naked. Jest wykonana z plastiku podobnie jak Naked Smoky, a jej wieczko wygląda niemal trójwymiarowo i bardzo efektownie. Wewnątrz znajdziemy tradycyjnie duże, bardzo dobrej jakości lusterko i dwustronny, całkiem przyzwoity pędzel. Na uwagę zasługuje również zewnętrzny kartonik - bardzo atrakcyjny wizualnie i dopracowany w najmniejszych detalach.





Wykończenie:

OUNCE - połyskująca kość słoniowa 
CHASER - jasny matowy beż 
SAUCED - delikatna matowa terrakota 
LOW BLOW - matowy brąz
LUMBRE - połyskująca miedź ze złoto-perłowym odcieniem 
HE DEVIL - matowa palona czerwień 
DIRTY TALK - metaliczna palona czerwień 
SCORCHED - metaliczna głęboka czerwień ze złotym mikrobrokatem 
CAYENNE - głęboka, matowa terrakota 
EN FUEGO - matowy burgund 
ASHES - głęboki, matowy czerwono-brązowy 
EMBER - głęboki, metaliczny miedziany burgund 




Aplikacja i działanie:
     Od pierwszego użycia byłam bardzo pozytywnie zaskoczona zarówno pigmentacją, jak i formułą cieni. 
     Maty w większości mają niesamowicie przyjemną, gładką konsystencję - wyjątek stanowią kolory En Fuego i Ashes, które okazały się niestety niesamowicie suche i kredowe, co niestety przekłada się na ich aplikację. 
     Najjaśniejszy Ounce daje piękny, subtelny połysk na skórze, Lumbre zaś oferuje delikatny efekt duochrome. Dirty Talk i Scorched są bardzo gładkie i przyjemne w aplikacji jak na cienie metaliczne. Ember również, choć odrobinę się osypuje, a na powiece wypada ciemniej niż na swatchach, stając się bardziej bury niż "burgundowy". 
     Odrobinę rozczarowuje fakt, że He Devil jest niemal identyczny jak Cayenne, podobnie różnica między Dirty Talk i Scorched jest minimalna. 





     Jak wspomniałam, cienie charakteryzują się wysoką pigmentacją, a praca z nimi to w większości przyjemność. Dobrze się ze sobą łączą i rozcierają (nie przecierając się, ani nie gubiąc koloru). Niechlubnymi wyjątkami są En Fuego i Ashes, które niestety nie nanoszą się zbyt równo z uwagi na suchą konsystencję.




Czy polecam:
     Najogólniej mówiąc: "tak, ale..." ;)

     Oczywiście wszystko zależy od tego czy lubicie taką kolorystykę, jak wiele macie w swoich zbiorach podobnych kolorów, jak bardzo zależy Wam na skompletowaniu Naked-Kolekcji (z tym bywa jak z Pokemonami - musisz złapać je wszystkie ;) ). 
     Obiektywnie patrząc, pod względem kolorystyki Naked Heat nie proponuje nam niczego nowego. Z dużym prawdopodobieństwem macie już przynajmniej jedną łudząco podobną paletę, co patrząc przez pryzmat ceny jest dobrym argumentem, dla którego warto rezygnować z zakupu...
     Z mojej perspektywy jest to paleta dobrej jakości, jednak za mało wszechstronna i skomponowana ze zbyt ciemnych jak na moje preferencje kolorów. Przyznaję, złowiono mnie na marketingowy haczyk, a rzeczywistość zweryfikowała moją fascynację, dlatego zdecydowałam się odstąpić paletę znajomej, która zrobi z niej lepszy użytek niż ja.



Ciekawa jestem jak wiele z Was również dało się przekonać do zakupu internetowym zachwytom.
Co sądzicie o Naked Heat z perspektywy użytkownika?

Pozdrawiam,
Kat :*