niedziela, 19 maja 2013

Rozłożone na czynniki pierwsze

Hej Misiaki!

     Tym razem chciałam tylko poinformować Was o nowej zakładce, która pojawiła się na moim blogu. Mówię o INCI, w której znajdziecie może nie wszystkie, jednak z pewnością zdecydowaną większość najczęściej spotykanych w kosmetykach składników. Będzie oczywiście aktualizowana na bieżąco ilekroć w moje ręce trafi kosmetyk zawierający składnik spoza listy. 
     W zakładce znajdziecie również linki do trzech najczęściej odwiedzanych przeze mnie w poszukiwaniu opisów składu stron internetowych.

     Pomysł stworzenia takiej listy chodził mi po głowie od dawna, jednak posegregowanie tego wszystkiego i pozbycie się ewentualnych dubli trochę mi zajęło. 
     Pod niemal każdą moją recenzją  pojawiały się głosy mówiące o tym, że dana osoba nie zna się na składach, albo że chciałaby wiedzieć skąd czerpać wiedzę. Oczywiście nie jestem ani chemikiem, ani kosmetologiem, a to co wiem zaczerpnęłam z różnych "mądrych" stron, jednak jestem zdania, że warto wiedzieć, bo wiedza ta przydaje się w życiu i procentuje :)

     Mam zatem nadzieję, że przygotowane przeze mnie zestawienie choć w niewielkim stopniu ułatwi Wam odszyfrowanie składów.

Pozdrawiam,
Katalina


niedziela, 12 maja 2013

Złota Żurawina

Hej Misiaki!

     Przygotowałam dla Was kolejny makijaż :) Zabierając się za niego powiedziałam sobie: "nie myśl, nie kombinuj, po prostu zrób coś co będzie dokładnie takie jak lubisz". I to właśnie zrobiłam. 




     Znajdziecie tutaj często stosowaną i lubianą przeze mnie technikę ołówkową, polegającą na tworzeniu za pomocą kredek do oczu bazy, która niesamowicie ułatwia "rzeźbienie" kształtu oka, a nawet umożliwia jego optyczną zmianę. Kolory również nie są przypadkowe. Połączenie złota i odcieni bordo podoba mi się chyba od zawsze i mieści się w czołówce moich ulubieńców.



     Zapraszam Was zatem na obejrzenie makijażu, który powstał od początku do końca z samolubnej potrzeby zrobienia czegoś jak najbardziej "po mojemu". Mam nadzieję, że się Wam spodoba.




Użyte produkty:
Twarz:
- Revlon ColorStay #150 Buff
- Puder Sephora Mattifying foundation #light D20
- ziemia egipska Ikos
- Róż ELF Bush #fuchsia fusion
Oczy:
- Brwi: Yves Rocher Couleurs Nature #01 Blond
- Kredka PUPA Multiplay 09
- Cienie KIKO #02 Color Fever Luxurious Gold and Plum
- Cienie Inglot: #354, 450, 55,
- Cień KOBO 109
- Czarny eyeliner GOSH #008 Carbon Black
- Tusz Max Factor 2000 Calorie
Usta:
- Szminka Sephora Maniac #14



sobota, 4 maja 2013

Lirene Dermoprogram peeling gruboziarnisty z wyciągiem z czarnej borówki

Hej Misiaki!

     Ostatnimi czasy coraz częściej dochodzę do wniosku, że bardzo wiele spośród spotykających nas fajnych sytuacji jest dziełem przypadku, lub też ciekawych zbiegów okoliczności. Jeden z nich spowodował, że weszłam w posiadanie peelingu do twarzy od Lirene, o którym chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Tak się złożyło, że mój dotychczasowy peeling się skończył, a bardzo potrzebowałam innego. W moim osiedlowym sklepiku był jeden jedyny ostatni - Lirene Dermoprogram z wyciągiem  z czarnej borówki.
     Mam świadomość tego, że wśród moich czytelników są tacy, którzy na dźwięk słowa "Lirene" reagują niemal alergicznie, jednak w moim przypadku produkty tej firmy w dużej mierze sprawdzają się bardzo dobrze. Wiele z nich polubiłam do tego stopnia, ze weszły na stałe do moich pielęgnacyjnych nawyków. A jak się sprawy mają w przypadku peelingu?




Dostępność:
Drogerie, sklepy mniejsze i większe.

Cena:
Za swoją tubkę zapłaciłam 15,90zł.

Pojemność:
75ml / 2,5 fl.oz.

Trwałość:
12 miesięcy od otwarcia

Opakowanie:
Zakręcana tubka. Dość wygodna, jednak osobiście wolałabym, żeby zakręcane zamknięcie zastąpiono jakimś zatrzaskiem, wówczas byłoby bardziej poręczne. Podoba mi się natomiast półprzejrzysta tuba, która umożliwia podejrzenie ile produktu pozostało jeszcze w środku – bardzo praktyczne! 



 
Konsystencja:
Kremowa, jednak zawiera w sobie dwa typy granulek: większe niebieskie, które się rozpuszczają oraz mniejsze białe, które rozproszone w kremie dają na skórze efekt „piaskowania”. To właśnie te mniejsze drobinki w większym stopniu ścierają martwy naskórek.

Zapach:
Bardzo lekki, kosmetyczny, przyjemny.

Aplikacja i działanie:
Peeling można stosować w dwojaki sposób.

Wersja łagodna:
     Producent zaleca stosowanie peelingu dwa razy w tygodniu i masowanie nim twarzy przez 2-3 minuty, następnie przemycie ciepłą wodą. Początkowo tak właśnie go używałam i uważam że taka metoda sprawdzi się u tych z Was, którzy lubią średnio inwazyjne peelingi, lub z różnych przyczyn nie mogą używać mocnych zdzieraków.

Wersja mocniejsza:
     W miarę użytkowania wypracowałam sobie alternatywną metodę, która z kolei przypadnie do gustu wielbicielom mocniej działających peelingów mechanicznych. Nanoszę kosmetyk albo bezpośrednio na twarz, albo na płatek kosmetyczny, następnie wykonuję masaż właśnie płatkiem. W ten sposób ścieranie jest intensywniejsze, bardziej odczuwalne, a skóra po takim masażu pozostaje odczuwalnie gładsza.

     Każdorazowo po wykonaniu peelingu – niezależnie od wariantu na który się decyduję – zmywam pozostałości kosmetyku hydrolatem, albo płynem micelarnym. Skóra po takiej sesji jest oczyszczona, zmatowiona, gładsza. Nie odnotowałam jakichkolwiek podrażnień w trakcie używania tego produktu, a stosuję go jakieś 2-3 miesiące.
     W tym czasie zużyłam mniej niż połowę opakowania, zatem przyznaję dodatkowy plus za ekonomiczność.
     Jedna rzecz do której mogłabym się przyczepić to obietnica oczyszczenia porów skóry. Borykam się z zaskórnikami w okolicy nosa, a pory w centralnej strefie mojej twarzy są jako takie rozszerzone. Nie zauważyłam jakiegoś zasadniczego pozytywnego wpływu używania tego peelingu na ich stan. Natomiast istotnie dobrze sobie radzi z nadprodukcją sebum.





Skład:
Z premedytacją nie analizowałam składu aż do momentu popełnienia tej recenzji, żeby się w razie czego nie uprzedzać, ale kiedy już przyszło co do czego,  z zaskoczeniem odkryłam, że jak na kosmetyk drogeryjny skład prezentuje się więcej niż przyzwoicie!

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Glyceryl Stearate - stosowany w kosmetykach jako zmiękczacz. Nie działa szkodliwie, ale u osób wrażliwych może wywołać podrażnienie.

Polyethylene - polietylen, substancja ścierająca, moc ścierająca zależy od wielkości cząsteczki.

Glycerin – humektanty/środki rozpuszczające. Pochodzenie różne (także petrochemiczne), zatrzymuje wodę w skórze, nawilża, daje wrażenie miękkiej skóry.

Cetyl Alcohol - alkohol cetylowy, emolient. Należy do alkoholi tłuszczowych i jest zupełnie niedrażniącym środkiem zmiękczającym, natłuszczającym i wygładzającym skórę, jak również stabilizującym emulsje.

Glyceryl Stearate – emolient, działa jak smar na powierzchni skóry, nadaje jej gładkość i miękkość, łatwo się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.

Petrolatum, Paraffinum liquidum - Produkty destylacji ropy naftowej. Nie wchłaniają się z jelit i skóry. Zatykają pory, absorbują kurz i bakterie. Hamują wymianę gazową i metaboliczną w skórze. Uniemożliwiają swobodne wypływanie łoju na powierzchnię skóry.  Stwarzają beztlenowe warunki w skórze sprzyjające rozwojowi bakterii beztlenowych wywołujących trądzik. Inicjują tworzenie zaskórników, utrudnia regenerację skóry. Przyśpieszają procesy starzenia. Powodują kumulację toksycznych metabolitów w skórze. Są powszechnie stosowane przy produkcji kosmetyków, bowiem są tanie i łatwo dostępne. Parafiny rozpuszczają większość składników kosmetycznych, stanowią też typowy wypełniacz zwiększający objętość kosmetyku w opakowaniu. Nawet najcudowniejsze składniki rozpuszczone w parafinach nie przenikają do skóry pozostając na jej powierzchni.

Isopropyl Palmitate -  palmitynian izopropylu, ciekły wosk, emolient, nawilża, może powodować powstawanie zaskórników. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (zapobiega odparowywaniu wody).

Mannitol – Naturalny alkohol cukrowy. Wykazuje dziłanie bakteriostatyczne, reguluje pracę gruczołów łojowych, nawilża. Aprobowany do stosowania w kosmetykach naturalnych.

Cellulose (celuloza) – Polisacharyd wykorzystywany w pastach do zębów, pudrach, maseczkach. W kosmetyce swoje miejsce znalazły także pochodne celulozy, między innymi karboksymetyloceluloza (CMC), hydroksyetyloceluloza (HEC) oraz metyloceluloza (MC) i etyloceluloza (EC). W kosmetyce najczęściej  wykorzystuje się tzw. celulozę mikrokrystaliczną, otrzymywaną w wyniku  częściowej hydrolizy celulozy naturalnej, która ma zdolność tworzenia żeli. Znajduje ona zastosowanie jako stabilizator emulsji,  a także efektywny czynnik wiążący, który zapobiega rozdzielaniu się stałych i ciekłych składników receptury.

Xanthan Gum -  guma ksantanowa – stabilizuje emulsje, zagęszcza kosmetyk, posiada właściwości żelujące. Otrzymywana metodami biotechnologicznymi przy udziale bakterii. Jest dobrze tolerowana przez skórę.

Allantoin - alantoina, stosowana od dawna jako czynnik gojący i kojący, likwiduje podrażnienia i stany zapalne, przyspiesza odnowę tkankową, przyspiesza ziarninowanie uszkodzonej tkanki i ułatwia bliznowacenie, zmiękcza i plastyfikuje warstwę rogową naskórka, pomaga w usuwaniu zrogowaceń.

Vaccinium myrtillus fruit/Lear extract – wyciąg z liści i owoców czarnej borówki.

Butylene Glycol - Glikol butylenowy - Butanodiol należy do alkoholi zawierających dwie grupy hydroksylowe. Hydrofilowa substancja, odpowiedzialna za prawidłowe nawilżenie skóry i włosów, dzięki czemu kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza, skórę i włosy. Pełni rolę promotora przenikania, dzięki czemu ułatwia penetrację innych substancji w głąb skóry. Humektant - zapobiega wysychaniu kosmetyku i krystalizacji przy ujściu z butelki. Rozpuszczalnik dla innych substancji zawartych w kosmetykach, np. wyciągów roślinnych dodawanych do toników. Ponadto pełni rolę modyfikatora reologii, czyli wpływa na konsystencję kosmetyków, powodując spadek lepkości preparatów.

Saccharum Officinarum Extract (Wyciąg z trzciny cukrowej) - naturalny składnik pozyskiwany z trzciny cukrowej. Tradycyjnie używany w starożytnej Grecji i Rzymu przede wszystkim jako lek. Bogaty w żelazo, witaminy i wapń. Zawiera naturalnie występujące alfa hydroksykwasy, które poprawiają regenerację komórek. Posiada również właściwości antybakteryjne i naturalne złuszcza.

Tamarindus Indica (Tamarind) Extract - Wyciąg z Tamaryndowca (Tamaryndy). W kosmetyce wykorzystywane są owoce i nasiona tego drzewa. Owoce zawierają duże ilości kwasów AHA (głównie kwasu hydroksycytrynowego), przez co ich miaższ jest często stosowany jako eksfoliant i nawilżacz. W Tajlandii tradycyjnie łączy go się go z miodem itp i używa w złuszczających peelingach czy przy masażu.

Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, dodatkowo jest humektantem (działa nawilżająco).

Tocopheryl Acetate – substancja aktywna, antyoksydant. Syntetyczna witamina E. Zwalcza wolne rodniki, wygładza zmarszczki, sprawia, że skóra jest elastyczna i dobrze nawilżona. Dla każdego typu skóry, ze wskazaniem dla cer dojrzałych i uszkodzonych słońcem. Działa hamująco na zapalenia i leczniczo, ale nieco mniej, niż czysta witamina E.

Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil - olejek ze skórki słodkiej pomarańczy.  Jest to bogate źródłem witaminy C, A i B a także wielu substancji odżywczych pochodzenia roślinnego, flawonoidów i enzymów. Delikatnie zwęża pory. Zapobiega powstawaniu zaskórników. Enzymy nadają skórze promienny wygląd, wyciąg stymuluje też produkcję kolagenu.

Citrus Medica Limonum Extract (Lemon) - zawiera spore ilości kwasu askorbinowego (witaminy C), witaminy A, B i PP, kwasy organiczne (m.in. kwas cytrynowy należący do hydroksykwasów), flawonoidy, pektyny i gorycze. Sok z cytryny nadaje kosmetykom własności wygładzajace, zmiękczające, wybielające i delikatnie dezynfekujące.

Acer Saccharinum Extract (klon srebrzysty, Sugar maple) - Substancja czynna, otrzymywana z kory klonu srebrzystego. Garbniki i saponiny (silnie pieniące się glikozydy sterydowe) używane są m.in. jako środki emulgujace. Cukier klonowy ma działanie nawilżające. Oddziaływanie na skórę korzystne.

Hydroxypropyl Methylcellulose - hypromeloza; hydroksypropylometyloceluloza. Pochodna celulozy, czyli związku należącego do węglowodanów, któe nie są trawione przez enzymy amylolityczne wytwarzane przez organizm ludzki. Hypromeloza używana jest w przemyśle spożywczym i farmaceutycznym między innymi jako substancja pomocnicza i wypełniająca w kapsułkach i tabletkach, gdzie w zależności od rodzaju, opóźniać może zwolnienie substancji czynnej do przewodu pokarmowego i opóźnić w czasie wchłanianie. Hypromeloza wchodzi w skład wielu suplementów diety, przyjmowana w skrajnie wysokich dawkach może mieć właściwości przeczyszczające. Nie ulega trawieniu w jelicie cienkim, dalej rozkładana jest przez mikroflorę jelitową.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów (nie mniej jednak badania wykazały,
że ma szkodliwe oddziaływanie na mózg i układ nerwowy u zwierząt).

Methylparaben - najlepiej przebadany konserwant, najbezpieczniejszy. Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem).
W produkcie może go być maksymalnie 0,4 %. Stosowany w kosmetyce, żywności i lekach.
Składnik zaburzający GOSPODARKĘ HORMONALNĄ.

Benzoic Acid - konserwant pochodzenia chemicznego. Może wywołać reakcję alergiczną.

Dehydroacetic Acid - konserwant pochodzenia chemicznego. Może wywołać reakcję alergiczną.

Polyaminopropyl Biguanide - konserwant, powoduje zahamowanie rozwoju mikroorganizmów, nie tylko podczas procesu powstawania kosmetyku ale także
w momencie jego stosowania.

Parfum – substancja zapachowa

Butylphenyl - składnik kompozycji zapachowej. Może wywoływać alergię.

Cl 77007, Cl 60730, Cl 166035 – barwniki.


Czy kupię ponownie:
Myślę, że tak. Polubiłam ten kosmetyk, dobrze się u mnie sprawdza, jest dość tani, więc nie widzę powodu by nie kupić go ponownie. 


Pozdrawiam,
Katalina :*

czwartek, 2 maja 2013

Kredka kredce nierówna - ołówek do brwi Inglot #515

Hej wszystkim!

     Postanowiłam podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat pewnej kredki do brwi, którą kupiłam jakiś czas temu. Jest to wysuwany ołówek od Inglota, o numerze 515.

     Zacznę od tego, że natura okazała się dla mnie nad wyraz łaskawa, ponieważ obdarzyła mnie ciemną oprawą oczu i niemal idealnymi łukami brwi, przy których nie muszę prawie nic robić. Są dość wąskie, ładnie ukształtowane i wymagają co najwyżej okazjonalnego usunięcia zabłąkanego włoska oraz delikatnego podkreślenia ot tak, żebym czuła się bardziej komfortowo.

     Metodą prób i błędów wynalazłam dwie kredki, które najlepiej się u mnie sprawdzają: jasnobrązową z Essence oraz przeznaczoną dla blondynek kredkę z Yves Rocher. Niestety mojej ulubienicy z Essence nie widziałam już tak długo, że obawiam się, czy przypadkiem nie zaprzestano jej produkcji, tymczasem ta z YR ma swoje "plusy dodatnie i plusy ujemne", co sprowokowało mnie do poszukiwań analogicznych produktów innych firm. Tak właśnie trafiłam do sklepu Inglota i weszłam w posiadanie dzisiejszej bohaterki:





Dostępność: 
Sklepy i stoiska Inglot

Cena: 
40zł, lecz zdarzają się "promocje", podczas których możecie po wydaniu określonej sumy nabyć tę kredkę za 30zł. Byłabym zapomniała. Otrzymujemy temperówkę w gratisie... Bez komentarza.




Pojemność: 
0,20g / 0,007 US oz
Co w przełożeniu na mowę ludzką oznacza, że otrzymujemy mniej-więcej 2,5 w porywach do 3 cm wysuwanego grafitu, co w moim odczuciu jest jak kradzież w biały dzień.

Trwałość:
24 miesiące

Opakowanie:
To w zasadzie największa zaleta tej kredki. Opakowanie jest szalenie estetyczne, niemalże luksusowe. Otrzymujemy bowiem  srebrzysto-metaliczne cacko z wysuwaną kredką po jednej stronie, oraz wygodnym grzebyczkiem po drugiej. Ładny, estetyczny, funkcjonalny gadżet.




 
Konsystencja:
Na mój gust zbyt woskowata. Pigmentu w niej niewiele, co wespół z miękką, woskowatą teksturą powoduje, że zużywa się w ekspresowym tempie. Nieumiejętnie użyta może sprawić, że włoski brwi skleją się w kępki co u osób z rzadkimi brwiami może zaowocować nieestetycznymi prześwitami.

Aplikacja i działanie:
Kredka sama w sobie jest dość wygodna w użyciu, lecz zarazem bardzo irytująca. Sam fakt, że w cenie 40zł otrzymujemy marne 2,5-3cm produktu wywołuje we mnie złość. Konsystencja dodatkowo przyśpiesza zużycie kredki. Wszystko razem powoduje, że jest ona potwornie nieekonomiczna, a w dodatku niewielka zawartość pigmentu w graficie tak czy inaczej wymusza zastosowanie dodatkowego kosmetyku - najlepiej pudrowego - którym można by było utrwalić makijaż brwi. Innymi słowy, cholerstwo jest drogie, nieekonomiczne, niesamodzielne (jeśli można tak powiedzieć o kosmetyku), co zebrane do kupy sprawia, że jestem do Inglotowej kredki nastawiona zdecydowanie negatywnie. I piszę to z przykrością, ponieważ doskonale wiecie, jak bardzo lubię firmę Inglot. Niestety owo srebrne cacko okazało się w moim przypadku bublem.

Skład:



Czy kupię ponownie:
Nie, ponieważ uważam, że w takiej cenie mogę kupić coś znacznie lepszego i bardziej ekonomicznego w użyciu. Mimo że zasadniczo wygląda znośnie na brwiach... Innymi kosmetykami (tańszymi, bardziej praktycznymi i ekonomicznymi) jestem w stanie uzyskać lepszy efekt.

Dla zainteresowanych mała prezentacja kredki w akcji:

Brew bez jakichkolwiek wspomagaczy

Brew podkreślona kredką Inglot

Brew podkreślona kredką i wyczesana dołączonym grzebyczkiem

Tyle w temacie...

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*

środa, 1 maja 2013

Papierowe Róże

Witajcie!

     Majówka trwa w najlepsze i choć moja jest w tym roku dość niestandardowa, korzystam z lekkiej nadwyżki wolnego czasu w takim stopniu, w jakim mogę. Jednym ze sposobów na wykorzystanie takiej nadwyżki jest oczywiście testowanie nowości, a następnie dzielenie się z Wami efektami testów.

     Jak wiecie od dłuższego czasu współpracuję z KKcenterHK. Jakiś czas temu zaproponowali mi przetestowanie kolejnej ciekawej nowości z ich oferty. Mój wybór padł na papierowe rzęsy, ponieważ widziałam je u kilku youtubowiczek i nie ukrywam, że bardzo mnie zaintrygowały. 




     Model który spodobał mi się  najbardziej przedstawia róże, pochodzi z edycji walentynkowej i ma numer ES-PAPER-6




     Dlaczego akurat te rzęsy? Jak wspomniałam, głównym powodem była ciekawość, chęć sprawdzenia na samej sobie jak sprawuje się tak niecodzienna ozdoba, bo to oczywiste, że produkt tego rodzaju nie nadaje się do noszenia ot tak.


Dostępność: 
Sklep KKcenterHK

Cena:
USD$21.50

Pojemność:
Rzęsy sprzedawane są po jednej parzę w opakowaniu - tak jak widzicie na załączonych zdjęciach.

Trwałość:
Tutaj sytuacja może przedstawiać się bardzo różnie z osoby na osobę. Wszystko zależy od tego jak obchodzicie się z rzęsami, jaki jest Wasz stopień zaawansowania w stosowaniu tego typu rzeczy. Obstawiam, że przy "średniej ręce" ich żywotność wyniesie przeciętnie 3 użycia, jednak powtarzam - to produkt tak specyficzny, że może zachowywać się rozmaicie. 




Opakowanie:
Większość artystycznych rzęs oferowanych w sklepie pakowana jest w podobne pudełeczka - plastikowe, względnie trwałe, z przejrzystym wieczkiem i dość bezpiecznym zapięciem. Niestety opakowanie nie zawiera kleju do rzęs, zatem o ten musicie postarać się we własnym zakresie.

Aplikacja i komfort noszenia:
Nie będę czarować - te rzęsy wymagają wprawnej ręki. Są trudniejsze w aplikacji od zwykłych rzęs, choć patrząc przekrojowo przez inne artystyczne modele, których miałam okazję używać, są dość przyjazne.

Jest to jedna z par, w przypadku których bardziej niż kiedykolwiek warto, a nawet trzeba zacząć od przymiarki. Cała reszta wygląda mniej-więcej tak samo jak w przypadku każdych innych rzęs, przy czym należy pamiętać, że pracujemy z papierem zatem wskazana jest ostrożność w aplikacji i umiar w nakładaniu kleju ;)





     Przytwierdzone do powieki są nieco wyczuwalne, jednak nie odczuwałam żadnego dyskomfortu w trakcie ich noszenia. Trzymają się pewnie, choć oczywiście wszystko zależy od kleju jakiego użyjecie. Ich kształt jest nietypowy, przez co oczy mogą wyglądać dość specyficznie. Nie każdemu będzie to odpowiadać, jednak raz jeszcze - są to rzęsy, których nie będziecie używać w typowych sytuacjach dnia codziennego. Myślę, że warto jest dać im szansę czy to przy okazji sesji zdjęciowych, czy też jakiejś imprezy tematycznej. Są nietuzinkowe, oryginalne i mogą stanowić ciekawe uzupełnienie prostego makijażu. 




     Otwarta pozostaje kwestia relacji ceny do możliwej ilości użyć. Wiadomo, nie jest to najtańsza rzecz, a jej przeznaczenie jest dość mocno sprecyzowane. Z tego względu poleciłabym ten produkt raczej osobom zawodowo związanym z wizażem, ewentualnie tym z Was, którzy lubią wykorzystywać w swoich malunkach nietypowe akcesoria.
     W temacie ilości użyć i/lub efektu końcowego na oczach ciekawą alternatywą może się okazać rozcięcie rzęs na mniejsze elementy, a następnie rozmieszczenie ich w bardziej autorski sposób. Z pewnością ta metoda okaże się również łatwiejsza dla użytkowników, którzy nie mają dużego doświadczenia w stosowaniu bardziej wymyślnych modeli rzęs.

     Co sądzicie o papierowych wykrajankach w charakterze sztucznych rzęs? Zastosowalibyście na sobie taką ozdobę, a może jest kompletnie nie w Waszym stylu?

Pozdrawiam ciepło,
Katalina



piątek, 26 kwietnia 2013

Respect!

Hej Misiaki!

     Jak być może część z Was zauważyła, zrobiłam sobie niemal dwutygodniową przerwę od pisania. Czasami trzeba. Przerwa jako taka przydaje się w odniesieniu do wielu różnych sytuacji... Ale oto jestem ponownie i mam dla Was makijaż. Tym razem dość spokojny - przynajmniej jak na standardy mojego bloga ;). 
     Cofnijmy się do początku listopada ubiegłego roku... To właśnie wtedy powstał makijaż który dzisiaj Wam zaprezentuję... Tak, tak, wiem - znowu serwuję Wam archiwum, ale cóż poradzić? Malunek powstał z inspiracji paletką Sleek Respect z serii Shangri-La, którą sprezentowała mi Kinga :* I właśnie Jej go dedykuję :)




     Pomysł powstał dość spontanicznie, bez konkretnego planu, co nieczęsto mi się zdarza - lubię mieć jakiś pomysł w głowie zabierając się za malowanie. Tak czy inaczej efekt jak widzicie jest dość spokojny. Wyrazisty, jednak zdecydowanie możliwy do zastosowania w praktyce. Sama poszłam tak na miasto, zatem nie ma tragedii ;)



     Produkty, których użyłam, to stały pakiet z wcześniejszych propozycji - niewiele się tu zmienia. Makijaż oczu wykonany wspomnianą paletą Sleek Respect.





 Pozdrawiam Was serdecznie i przy okazji życzę miłej majówki :)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Grumpy Kat

Witam serdecznie w to słoneczne i ciepłe niedzielne popołudnie!


     Słonko świeci, błękitne niebo cieszy oczy, perspektywa zbliżającego się poniedziałku bynajmniej nie psuje mi humoru. Ale równowaga w naturze musi być, zatem opowiem Wam dzisiaj o kilku produktach, które mówiąc oględnie nie zaimponowały mi. Pierwotnie chciałam poświęcić osobny wpis każdemu z nich, ale uznałam, że nie warto. Będzie krótko, treściwie, co by nie demotywować pogody za oknem ;)

Grumpy Cat - źródło

     Zacznę od podkładu MaxFactor PAN STIK, do recenzji którego robiłam kilka podejść. Chęć jego opisania sygnalizowałam już dość dawno, przy okazji recenzji innego podkładu w sztyfcie. 



     Jest to produkt, który zainteresował mnie jak tylko zauważyłam go w drogerii. Przywołał natychmiastowe skojarzenia ze sztyftem marki L'Oreal, którego używałam lata temu, jeszcze w liceum. Tamten bardzo lubiłam i zapamiętałam go jako dobrze kryjący, nie dający efektu maski podkład. Być może stąd mój sentyment do sztyftów... Jak się jednak okazało, czas nie stoi w miejscu i pewne rozwiązania nie zdają już u mnie egzaminu. 
     W dużym uogólnieniu:
☹ Jest ciężki - czuć go po nałożeniu
☹ Naniesiony na całą twarz jak tradycyjny podkład daje efekt maski
☹ "Ciastkuje" się
     Nie polubiłam go, rozczarował mnie. Początkowo chciałam dać mu szansę i stosowałam w dni gdy nie zależało mi na "przesadnie fantastycznym" wyglądzie, lub też używałam jako korektora, ale to po prostu nie to. Pozbędę się go jak tylko skończę pisać tę notkę.


     Orzeł numer 2: pomadka Flormar z serii Selection #24. Produkt który wpadł mi w oko z uwagi na kolor. Wydawał się idealnym odcieniem w stylu "moje usta tylko lepsze". 



     Zapowiadała się fajnie. Świetny odcień, ciekawy szlif sztyftu, dobra trwałość... Początkowo sama zastanawiałam się dlaczego mimo tych cech nie jestem w tanie polubić się z tą szminką. Przecież miała być taka idealna. A jednak:
☹ Ma sztuczny, gumowaty zapach
☹ Nałożona grubszą warstwą wygląda na ustach nieco plastelinowo
☹ Nałożona cienką warstwą wydaje się sucha
☹ Nieco tandetne opakowanie
     Próbowałam się do niej przekonać, a jednak nie lubię jej stosować. W przeszłości pewnie używałabym jej mimo to, jednak od pewnego czasu wychodzę z założenia, że jeśli czegoś nie lubię i zmuszam się by tego używać, jedyne co osiągam to rozdrażnienie, a po co mam sama się denerwować. Rozstaniemy się.


     Trzeci zonk: szampon Timotei Pure, który mógłby być ideałem. Przede wszystkim z powodu absolutnie fantastycznego zamknięcia, które uwielbiam w kosmetykach, fenomenalnego herbacianego zapachu, nienachalnego designu, przystępnej ceny...




I byłby hitem gdyby nie to, ze wywołał u mnie masakryczny łupież. Nie wrócę do niego.


     Ostatni produkt w zasadzie nie jest zły. W zasadzie działa dobrze. W zasadzie nie mam mu wiele do zarzucenia. Mowa o dwufazowym płynie do demakijażu oczu Bourjois.



     To co mi się w nim nie podoba to:
☹ Cena - 17zł za taką butlę to sporo, patrząc przekrojowo na ceny innych dwufazówek...
☹ Jak widać na zdjęciu, kulka z wieczka się "wykulała"
☹ Mimo obietnic zmywania również produktów wodoodpornych, często okazywało się, że nie domywa ich  w zupełności
     Moim głównym zarzutem jest to, że zapłaciłam za to to parę groszy więcej niż przeciętnie, a mimo to nie miałam wrażenia, że produkt wart jest tych groszy. To taki średniak - ani dobry ani zły.

Ok, na dzisiaj koniec zrzędzenia. Wracam do delektowania się pogodą :D

Pozdrawiam, 
Wasza "Grumpy Kat" :*

sobota, 13 kwietnia 2013

Bitwa o włosy :D

Hej Misiaki!

     Weekend przywitał mnie niespodzianką - 17 stopni na termometrze! Udało mi się poogarniać wszystko to co wymagało ogarnięcia (weekendy służą mi w tym właśnie celu :P), a teraz mam chwilę by naskrobać do Was kilka słów.

     Ponieważ ostatnio wspomniałam o zmianie koloru włosów, pomyślałam że dobrze byłoby pójść tym tropem, tym bardziej, że sporo się na mojej głowie zadziało. 
     Po ośmiu miesiącach ciągłego rozjaśniania, u progu nowego roku zdecydowałam się raz jeszcze przejść na ciemną stronę mocy. Decyzji tej nie żałuję mimo że od zmiany minęły już cztery miesiące. Jasne, myślę czasem co by było, gdybym nie przerywała siedmiomiesięcznej abstynencji od farbowania, ale teraz to i tak mało istotne.
     Jasne włosy mają to do siebie, że łatwo na nich ukryć pewne niedoskonałości, przykładowo rozdwojone końcówki nie rzucają się w oczy nawet w połowie tak bardzo jak przy ciemnych włosach. Krótko po przyciemnieniu mojej rozczochranej musiałam zejść nieco z długości, bo dopiero wtedy ujrzałam w całej okazałości co 8 miesięcy rozjaśniania z nią zrobiło. Minęła chwila, a okazało się że wymaga ona kolejnego cięcia - zwłaszcza pasma bezpośrednio okalające twarz. Nie byłam zadowolona, bo staram się zapuścić czuprynę, jednak ostatecznie jaki jest pożytek z długich kłaków w marnym stanie?

Cięcie miało miejsce tydzień temu, a efekty prezentują się następująco:

Frontalne straszenie...


     Ogólnie jestem zadowolona z efektu, bo mam świadomość, że cięcie było konieczne. A teraz będę miała motywację do testowania wszelkiego rodzaju przyśpieszaczy porostu :D Ale o tym za chwilę.

     Obiecywałam sobie setki razy, że więcej nie zgodzę się na cieniowanie, a jednak mam teraz na głowie masę warstw rozmaitej długości, czego na zdjęciach jakoś specjalnie nie widać. W ogóle jak tak patrzę czy to na zdjęcia czy na siebie w lustrze, to mam wrażenie że nie widać jakiejkolwiek zmiany. Zauważam ją jednak kiedy przychodzi do układania włosów - okazuje się, że muszę na nowo nauczyć się pracy z moimi kłakami, bo ogarniane tradycyjną metodą nie chcą ze mną współpracować... Za to wyglądają sto razy ciekawiej przy wszelkiego rodzaju upięciach. Tylko że ja niezmiernie rzadko je upinam...  Ale OK, nieważne.

Co się okazało po cięciu? Ano okazało się, że wbrew temu co myślałam, moje włosy wcale nie są w tak tragicznym stanie, po prostu końcówki wołały o pomstę do nieba. Reszta ma się dobrze.

     Przede wszystkim zaliczyłam mały sukces, mianowicie udało mi się zapanować nad nadmiernym wypadaniem włosów! Zawsze miałam z tym wielki kłopot, a teraz mogę spokojnie powiedzieć, że nad nim panuję. Oczywiście nie oznacza to, że włosy trzymają się głowy jak przyklejone, nie! Po prostu mam to teraz pod kontrolą. Nowe baby hair rosną na potęgę i widzę to gdy unoszę wierzchnie warstwy włosów - świeże maluchy, jak i te kilkumiesięczne.

Co stosuję?

     Sięgnęłam po znane Wam i jak sądzę dość lubiane olejki łopianowe z Green Pharmacy. Póki co przetestowałam dwa z nich: z papryką i  ze skrzypem. 




     Paprykowy chyba lubię bardziej. Olejek sam w sobie jest fajny, jednak bardzo nie lubię butelki, w której jest sprzedawany, a konkretniej jej wylotu. Fajnie, że ma fabryczne zamknięcie, po którym od razu widać czy ktoś gmerał przy butli, ale nie podoba mi się gigantyczny otwór uniemożliwiający precyzyjne dozowanie oleju. Wylewanie na dłoń mnie nie urządza.




     Olśnienie przyszło na fotelu u mojej fryzjerki. Z racji bycia blogerką zdarza się, że mam opakowania po różnych testowanych wcześniej duperelach. Niektóre z nich są mega funkcjonalne, czemu zatem nie miałabym ich wykorzystać w tym przypadku?
     I tak oto moje oleje włosowe dobrodziejstwa zostały przeprowadzone do nowych "domków".




✄ Migdałowa Vatika zamieszkała w opakowaniu po olejku z Alverde
✄ Olej łopianowy przelałam do opakowania po... recenzowanym niedawno płynie dwufazowym NIVEA
✄ wcierka Radical natomiast leżakuje w butelce po mgiełce do ciała z Avonu

     Tak używa mi się ich wygodniej, a przy tym mam wrażenie że wyglądają jakoś tak "fajniej" poustawiane jeden obok drugiego na półce w łazience.

     Oprócz wspomnianych specyfików używam także oleju arganowego. Miałam go od dość długiego czasu ale z niewiadomych przyczyn leżał i się kurzył. Sięgnęłam po niego wówczas gdy po przyciemnieniu włosów z przestrachem dostrzegłam ich marną kondycję. I chcąc - nie chcąc muszę podpisać się pod wszystkimi ochami i achami związanymi z olejem arganowym - na włosy działa fenomenalnie. Niesamowicie je pielęgnuje, wygładza, zmiękcza i uelastycznia. Moja wersja niestety nie ma jakiegoś fantastycznego zapachu, ale potestuję inne wersje, może trafię na taki który poza działaniem także pięknie pachnie ;)




     Do tego wszystkiego, używam oczywiście jedwabiu do włosów (nie wyobrażam już sobie nie stosowania jedwabiu). Aktualnie jest to Delia Hair Fashion, którą raz lubię, raz jestem do niej nastawiona sceptycznie... Używam jej długo a wciąż nie umiem wyrobić sobie jasnego zdania na jej temat.



     Wciąż piję napar z wierzbownicy, choć dużo mniej niż kiedyś. Wynika to głównie ze zmiany moich nawyków żywieniowych. Wierzbownicy nie wolno pić na pusty żołądek, a ja ostatnio jem mniej i rzadziej, więc najczęściej sięgam po zwykłą herbatę... Tak, herbatę. Wyobraźcie sobie, że taki zapalony kawosz jak ja pija teraz ze trzy filiżanki dziennie! A kiedyś pijałam 6 albo i więcej.

     Na zakończenie wspomnę tylko, że w ramach testów preparatów odżywiających włosy i przyśpieszających ich porost, zamówiłam coś o czym dowiedziałam się niedawno, a co szalenie mnie zaciekawiło. Olej musztardowy! Jestem go bardzo ciekawa i zacznę go stosować jak tylko zużyję swój olej łopianowy. TUTAJ możecie o nim poczytać.

     To by było na tyle jeśli chodzi o moją aktualną walkę z czupryną. Jest zaskakująco dobrze :) A jak tam u Was?

Pozdrawiam ciepło, Katalina :*

niedziela, 7 kwietnia 2013

Magia Orientu pod Prysznicem

Hej Misiaki!

     Niedawno pisałam Wam o mojej ulubionej masce do twarzy i włosów z glinką marokańską z Yves Rocher. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ :) Tak się składa, że mam w swoich zbiorach niemal całą linię kosmetyków Tradition de Hammam i dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat Orientalnego Olejku pod Prysznic wchodzącego w jej skład.

Co mówi producent:
     Wzbogacony w olejek arganowy z upraw ekologicznych, olejek pod prysznic o aksamitnej konsystencji zamienia się na skórze w delikatne musujące mleczko. Odżywia skórę podczas kąpieli. Skóra jest doskonale odżywiona, aksamitna w dotyku.
     Drogocenne właściwości olejku arganowego sprawiły, że został nazwany „Złotem Maroko”. Olejek arganowy zastosowany w serii Tradition de Hammam jest w 100 % biologiczny, bez pestycydów i niemodyfikowany genetycznie. Jest uzyskiwany tradycyjną metodą w procesie tłoczenia owoców tuż po ich zbiorze.


Dostępność: 
Sklepy Yves Rocher, internet.

Cena: 
Ceny, po których nabyłam swoje olejki są już  nieaktualne, ale wedle informacji na stronie internetowej YR butelka o pojemności 100ml kosztuje 10,95zł, zaś 200ml to wydatek rzędu 32zł.

Pojemność: 
Jak wspomniałam wyżej, macie do wyboru 100 lub 200ml butelkę.

Trwałość:
Data na opakowaniu.

Opakowanie:
Bardzo proste i dość funkcjonalne. Nie jest to może jakaś fizyka kwantowa, ale  wygląda fajnie. Mamy tu zwykłą, plastikową butelkę z brązową nakrętką. Mamy krótki opis produktu, jego skład, oczywiście jest i logo serii, z dość subtelną grafiką nawiązująca do orientu. Proste, nieprzegadane opakowanie.




Konsystencja:
Wbrew nazwie nie jest to olejek, a gęsty żel. Rozrobiony z wodą zamienia się w kremową emulsję. Nie pieni się jakoś ponad przeciętność, jednak wystarczająco by dokładnie umyć ciało dostarczając przy okazji co nieco zmysłowej przyjemności :)

Zapach:
Jeśli wąchałyście którykolwiek z kosmetyków z serii TDH, będziecie wiedziały jak pachnie. Jest to jak dla mnie bardzo przyjemny, nieco orientalny, acz delikatny zapach, przywodzący mi na myśl "słodkawą" glinkę. Ciężko jest opisać ten zapach, jednak jest tam i pewna ziemistość i słodycz, jak również odrobina typowej orientalnej "gęstości" zapachowej, jeśli wiecie co mam na myśli. Bardzo go lubię! Jest dla mnie szalenie przyjemny, bardzo zmysłowy i niesamowicie uprzyjemnia mi kąpiel!

Aplikacja i działanie:
     Możecie stosować olejek w typowy sposób, czyli wylać odrobinę na dłoń i rozprowadzić na ciele, jednak lepsze efekty przynosi stosowanie go z myjką, bo w ten sposób uzyskujemy lepszą pianę, jak również zużywamy jednorazowo mniej kosmetyku.
     Olejek dobrze myje, a jego konsystencja sprawia że jest jak pieszczota dla skóry. Co do innych ewentualnych właściwości olejku (nawilżanie, wysuszenie etc.) się nie wypowiem, ponieważ każdorazowo po prysznicu czy kąpieli stosuję balsam do ciała. Żeli i tym podobnych kosmetyków używam stricte do mycia.

Skład:
Imponujący.


Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną
do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Brassica campestris (rapeseed) seed oil – olej z nasion rzepaku.

Isopropyl Palmitate -  palmitynian izopropylu, ciekły wosk, emolient, nawilża, może powodować powstawanie zaskórników. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (zapobiega odparowywaniu wody).

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Ammonium lauryl sulfate – (Sól amonowa siarczanu alkoholu laurylowego) Anionowa substancja powierzchniowo czynna należąca do grupy siarczanów alkilowych. Substancja rozpuszczalna w wodzie. Może wywoływać ewentualne działnie drażniące na skórę i błony śluzowe, dlatego w preparatach kosmetycznych jest stosowana z substancjami łagodzącymi drażniące działanie. W kosmetykach stosowana w preparatach myjących do ciała i w płynach do kąpieli oraz w szamponach do włosów. Substancja pianotwórcza, poprawia jakość piany. Substancja jest wrażliwa na twardą wodę, zawierającą głównie jony wapnia i magnezu, dlatego w twardej wodzie następuje gaszenie piany.

Sodium cocoamphoacetate – Mieszanina soli sodowych glicynianów kwasów tłuszczowych oleju kokosowego. Bardzo łagodna dla skóry substancja myjąca. Usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów. Wygładza włosy, nadaje połysk. Dodatek amfoterycznych substancji powierzchniowo czynnych w kosmetykach myjących powoduje łagodzenie ewentualnego działania drażniącego wywołanego przez anionowe substancje powierzchniowo czynne jak np. Sodium Laureth Sulfate. Substancja pianotwórcza i stabilizująca pianę w kosmetykach myjących. Stosowana z anionowymi substancjami powierzchniowo czynnymi powoduje wzrost ilości i stabilności tworzącej się piany.

Parfum – substancja zapachowa.

Argania Spinosa Oil - olej arganowy, nazywany jest "płynnym złotem" i zaliczany do jednych z droższych olejów na świecie, głównie ze względu na jego ograniczoną dostępność (wyłącznie niewielkie tereny Maroko) oraz pracochłonny proces pozyskiwania.

Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie ochronne antyoksydantów, używany jako zmiękczacz, środek konserwujący, przeciwutleniacz.

Xanthan Gum -  guma ksantanowa – stabilizuje emulsje, zagęszcza kosmetyk, posiada właściwości żelujące. Otrzymywana metodami biotechnologicznymi przy udziale bakterii. Jest dobrze tolerowana przez skórę.

Methylpropanediol - metylopropanodiol, składnik nawilżający, rozpuszczalnik, może zwiększać przenikanie przez skórę składników aktywnych

CI 15510 – pomarańczowy barwnik

CI 19140 – żółty barwnik
 


Czy kupię ponownie:
Póki co miałam dwie butelki olejku. W zapasie mam kilka innych kosmetyków myjących, które zamierzam zużyć zanim zaopatrzę się w kolejne, jednak bardzo prawdopodobne, że kiedy już przez nie wszystkie przebrnę wrócę do tego. Polubiliśmy się :)


 Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*