niedziela, 13 kwietnia 2014

Makijaż dzienny inspirowany latami 60-tymi

Hej Misiaki!

     Ostatnio moje życie przypomina tekst starego hitu Alanis Morissette "Ironic" - kiedy już myślę, że jest OK, dzieje się coś co wywraca mój świat do góry nogami. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że z tego co się dzieje wyłoni się ostatecznie coś dobrego. A póki co, mam mocne postanowienie zajmowania myśli czym popadnie. W efekcie przygotowałam dla Was kolejny wpis, a w nim makijaż, o którym niedawno wspomniałam. Ostatni, który uchował się na moim dysku. W taki oto sposób wyczyściłam swoje prywatne archiwum.




     Dzisiejsza propozycja jest bardzo spokojna. Jedynym elementem spornym mogą być dość "winylowo" wyglądające usta, ale i tu można sobie poradzić, chociażby rezygnując z błyszczyka. 


Coś dla zwolenników zdjęć z uśmiechem...

     Główny zamysł jaki mi towarzyszył w trakcie malowania, był taki, aby stworzyć makijaż dzienny inspirowany w jakimś zakresie latami 60-tymi. Stąd wyrazista kreska, zaakcentowane załamanie powieki i sztuczne rzęsy.







Użyte produkty:
Twarz
- Bourjois Healthy Mix
- Bourjois Healthy Mix Correcting Concealer #51
- Sephora Compact Powder Foundation #D20
- Brwi: Rimmel Professional eyebrow pencil #002 Hazel
- Ziemia egipska Ikos
- Róż: Bourjois #41 Healthy Mix
- Rozświetlacz: cień Bourjois #08
Oczy
- Maybelline Color Tattoo #40 Permanent Taupe
- Pigment Everyday Minerals #Christmas Carol
- Sephora Contour eye pencil Waterproof #28 Baby blues
- Sleek „Au Naturel”: Nougat, Cappuccino, Honeycomb, Toast, Taupe, Moss, Regal
- GOSH long lasting eye liner pen #008 Carbon Black
- Bourjois Volume Glamour MAX Waterproof Mascara #51 Noir
- Rzęsy: KkcenterHK ES A500 + klej DUO
Usta
- Inglot, żelowa szminka #40
- Pierre Rene, gloss Sweet Berry (cielisty)


Dajcie znać jak się Wam podoba taka propozycja. Pozdrawiam serdecznie!

Katalina

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Co kto lubi: L'Oreal Lumi Magique

Hej Misiaki!

     Ileż to razy zdarzało mi się w przeszłości dokonywać zakupu w oparciu o zasłyszane w sieci opinie! Blogi i kanały na Youtube każdego dnia zasypują nas informacjami na temat produktów, które "absolutnie i bezwarunkowo musimy mieć, bo są świetne!"...
     Tak samo było z bohaterem dzisiejszego wpisu, korektorem pod oczy z L'Oreal, Lumi Magique. Produkt ten zaskarbił sobie rzeszę fanek na całym świecie, a w konsekwencji zaczął pojawiać się w dziesiątkach 'ulubieńców miesiąca'. Nic dziwnego zatem, że kiedy nadarzyła się okazja, by kupić go w cenie promocyjnej, postanowiłam przetestować go na własnej skórze.




Dostępność: 
Drogerie większe i mniejsze, sklepy internetowe.

Cena: 
Tutaj panuje duża rozpiętość. Od 28zł w sieci, do 46zł w cenie regularnej w Rossmannie. Swoją sztukę kupiłam w trakcie trwania promocji -40% w Rossmannie właśnie.




Pojemność: 
5ml

Trwałość:
6 miesięcy




Opakowanie:
    Twórcy należą się brawa, bowiem spisał się na medal. Opakowanie wygląda szalenie ekskluzywnie i niewątpliwie stało się ono jednym z głównych czynników ceno-twórczych korektora. Mamy tu powiem powlekane metalizowaną emalią plastikowe pióro, w kolorze różowego złota. Piękne, estetyczne, trwałe.
     Z jednej strony mamy aplikator w formie pędzelka, z drugiej strony pokrętło, za pomocą którego wydobywamy kosmetyk na pędzelek. Mało higieniczne rozwiązanie, jednak do użytku osobistego powinno wystarczyć.




Konsystencja:
Ni to krem, ni to wodnista emulsja.

Zapach:
Nieco kremowy, kosmetyczny, lekki, przyjemny. Słabo wyczuwalny.

Aplikacja i działanie:
     Produkt nanosimy pędzelkiem. Najpierw musimy wykręcić nieco kosmetyku z tuby bezpośrednio na pędzelek i stamtąd to już my decydujemy - możemy albo aplikować korektor bezpośrednio na skórę, albo rozprowadzić go palcami, lub jakkolwiek inaczej nam się zamarzy.
       Korektor ten z zasady ma mieć działanie rozświetlające. Może dlatego początkowo byłam do niego negatywnie nastawiona. Przyznam, że pierwsze testy były pasmem rozczarowań. I nie będę Was czarować - jeszcze teraz, zabierając się do pisania tej recenzji, miałam ochotę pojechać po Lumi Magique jak po łysej kobyle. A jednak zmieniłam decyzję. Dlaczego?
     Zacznę od tego, że według mnie Lumi Magique jest fatalnym korektorem. Fatalnym. Po mojemu, korektor pod oczy powinien zapewniać jakieś krycie, tymczasem tutaj lwia część działania to rozświetlenie, zaś krycia jest jak na lekarstwo. Gdybym zatem chciała koniecznie stosować LM jako typowy korektor pod oczy, miałabym do wyboru:
a) pokochać swoje sine podkówki i pogodzić się z tym, że ze mną pozostaną
b) stosować pod LM inny korektor, który ukryłby to, z czym rozświetlający następca by sobie nie poradził.
     Obie opcje są jak dla mnie totalnie bez sensu. Poza tym mam wrażenie, że z racji lekko perłowego wykończenia produkt ten wykazuje tendencję do podkreślania zmarszczek mimicznych wokół oczu, a na to w żadnym razie nie mam ochoty.


Bez makijażu

Sam korektor LM

Korektor użyty na podkład

     Przyjęłam zatem inną strategię - odpuścić sobie bajki o korektorach i zacząć stosować LM jako rozświetlacz. I powiem tak: tyłka nie urywa, ale jest całkiem przyzwoicie. Zwłaszcza jeśli dążycie do subtelnego, lecz zauważalnego rozświetlenia i podkreślenia rysów twarzy.
     Lekka formuła sprawia, że w miarę bezkolizyjnie i bez efektu maski możemy nałożyć produkt na kości policzkowe, grzbiet nosa i wszędzie tam, gdzie jeszcze najdzie nas ochota.

Czy kupię ponownie:
      Nie. Zużyję to co mam i więcej nie wrócę do Lumi Magique. Jako korektor nie znajdzie u mnie zastosowania. W roli rozświetlacza też zbyt długo nie pociągnie, bo przebić Mary-Lou Manizer nie jest łatwo.


Są wśród Was osoby, które używały Lumi Magique?  Jakie są Wasze odczucia na jego temat?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina



sobota, 5 kwietnia 2014

Rimmel Scandaleyes Eyeshadow Paints

Hej Misiaki!

    Chcę Wam dziś opowiedzieć o dwóch kremówkach marki Rimmel: Scandaleyes Eyeshadow Paint w odcieniach 014 Manganese Purple i 006 Rich Russet. Obie przywędrowały do mnie od kochanej Kingi aka Simply a Woman (KLIK). Mam je od kilku miesięcy i w tym czasie zdążyłam przetestować je w prawo, w lewo i na wspak ;)




Dostępność: 
Produkt ogólnodostępny.

Cena:
Kiedy patrzyłam ostatnio oscylowała wokół 20,99zł

Pojemność: 
0,23 fl.oz / 7ml

Trwałość:
24 miesięcy

Opakowanie:
Zakręcana tuba, która przypomina klasyczny...błyszczyk. Produkt nakładamy "kopytkiem" które również kojarzy się zazwyczaj z błyszczykiem.

Konsystencja:
Kremowo-piankowa


Od lewej: kolor bez roztarcia, jedna roztarta warstwa, dwie roztarte warstwy.


Aplikacja i działanie:
     Aplikator umożliwia precyzyjne i równe nałożenie cienia (farbki?) na powiekę. Produkt odznacza się bardzo wysoką pigmentacją i krótkim czasem "stygnięcia", co przekłada się na tempo, w jakim trzeba z nim pracować. Wymaga zdecydowanej ręki i pewności w działaniu. 
     Powiem Wam, że mam mieszane uczucia w odniesieniu do tych farbek. Z jednej strony niesamowicie przypadły mi do gustu z uwagi na wspomnianą pigmentację. To taki typ produktu, który odpowiednio użyty "zrobi" nam cały makijaż oczu. Z drugiej strony cienie te są bardzo wymagające i nie poleciłabym ich laikowi. 
     Jeśli myślicie o zakupie i zastanawiacie się nad kolorem, zdecydowanie polecam Wam na początek wypróbować Rich Russet, czyli piękny, bogaty miedziany brąz. Kolorystycznie jest bardzo zbliżony do "On and on Bronze" z Maybelline. Na oku wygląda podobnie i jest stosunkowo łatwy w obsłudze, ponieważ z uwagi na odcień wybacza więcej ewentualnych popełnianych przy aplikacji błędów.
     Manganese Purple jest dużo bardziej kapryśny i niestety nie wybacza pomyłek. Jak wspomniałam, farbki zastygają bardzo szybko, przez co nanosząc je na powieki musimy dokładnie wiedzieć co chcemy osiągnąć, gdzie i ile nałożyć, jak rozetrzeć etc. Problem w ich przypadku stanowi też ewentualna możliwość budowania intensywności. Nie mogę wypowiadać się na temat wszystkich kolorów, jednak na przykładzie dwóch które mam mogę stwierdzić, że nie są sobie równe.


Od lewej: kolor bez roztarcia, jedna roztarta warstwa, dwie roztarte warstwy.


     Z Rich Russet pracuje się dość łatwo. Budowanie koloru jest w miarę bezproblemowe. Piszę "w miarę", ponieważ w przeciwieństwie do np. Color Tattoo, farbki Scandaleyes najlepiej jest wklepać - rozcieranie może okazać się brzemienne w skutkach. Najczęściej kończy się całkowitym starciem produktu z oczu. To samo dzieje się kiedy próbujemy majstrować przy oczach po zastygnięciu cienia. W dodatku budowanie koloru w przypadku fioletu jest niestety niemożliwe, ponieważ niechybnie prowadzi do powstania przetarć i prześwitów. Z tego powodu jeśli już używam fioletu, to tylko w charakterze bazy, nigdy solo. Samodzielnie nie wygląda niestety najlepiej.
     Rich Russet natomiast świetnie się sprawdza bez dodatkowych wspomagaczy. Obstawiam że złota wersja również okazałaby się mniej kłopotliwa z uwagi na dość neutralny odcień.
      Cień nie zbiera się w załamaniach powieki i trzyma się skóry długie godziny, ale oczywiście wiadomo, że trwałość może się różnić z osoby na osobę.


     Testowaliście już Scandaleyes Eyeshadow Paints od Rimmla? Chętnie poznam Wasze opinie na ich temat.

Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*



poniedziałek, 31 marca 2014

Sephorowe łupy

Hej Misiaki!

     Byłam ostatnimi czasy bardzo grzeczna jeśli chodzi o kosmetyczne zakupy. Pomijając wspomnianą paletę Naked 3, nie kupowałam w zasadzie niczego, bo i niewiele było mi w danym momencie potrzebne w zakresie kosmetycznym. Zamiast tego z powodzeniem zużywałam zapasy. Bez obaw, nie będzie wpisów denkowych - opakowania dawno temu wylądowały w śmietniku ;)

     Było jednak kilka rzeczy, które zwyczajnie zalegały tu i tam kompletnie nie dając się zużyć, a wiedziałam, że marne są szanse na to by wykończyć je do cna. Wiadomo, ze nie każda rzecz w 100% nam przypasuje. I tutaj z pomocą przyszła mi Sephora i jej promocja - 40% przy wymianie starego na nowe. A tak się składało, że tym razem nawet miałam kilka rzeczy na oku. W zasadzie poza korektorem / kamuflażem ustrzeliłam wszystko to, co chodziło mi po głowie. 




Oto co kupiłam:
✓ Atrament do ust Rouge Infusion, ale wbrew temu co zakładałam zdecydowałam się na odcień 01 Beige zamiast planowanego Rosewood. Ten odcień bardziej mi się spodobał.
Cena regularna: 55,00zł
Po przecenie: 33,00zł
✓ Dwie kredki do ust z serii Glossy lip pencil w kolorach: 01 Glossy Pink i 02 Glossy Raspberry
Cena regularna: 39,00zł
Po przecenie:  23,40zł
Dwustronny korektor obiecujący 10h trwałość - zobaczymy... ;)
Cena regularna: 59,00zł
Po przecenie: 35,40zł
Puder brązujący w odcieniu 1 Light - po niego wracałam do Sephory drugi raz, bo początkowo zraziły mnie drobinki... Ostatecznie jednak ciekawość zwyciężyła.
Cena regularna: 55,00zł
Po przecenie: 33,00zł
Baza pod cienie - są dwa warianty i zmacawszy oba z nich, sięgnęłam po wersję do brokatu. Dlaczego, skoro nie używam brokatu na oczach? Konsystencja! Zwykła baza jest silikonowa, a tego moje powieki mogłyby nie ścierpieć... Wersja brokatowa jest lekko klejąca, co czyni ją idealnym "łapaczem". Opakowanie jak na kosmetyk tego rodzaju jest gigantyczne i zapewne wystarczy mi do emerytury ;)
Cena regularna: 49,00zł
Po przecenie: 29,40zł
Lakiery do paznokci. Bo przecież mam mało. Pastelowe. W końcu mamy wiosnę no i tak mnie jakoś na te pastele bierze, jak nigdy wcześniej.
Cena regularna: 19,00zł
Po przecenie: 11,40zł

Ale tutaj jest pewna nowość. Słyszeliście o wykończeniu typu "wata cukrowa"? Ja nie słyszałam. Zastanawiałam się cóż to takiego. Poniżej możecie zobaczyć (polecam powiększyć zdjęcie).


Cotton Candy Effect


     Lakiery niestety nie mają ani numerku ani nazwy... Przynajmniej te, które mam. Co ciekawe, mają w sobie zatopione... włoski. Po wyschnięciu dają minimalną fakturę, ale nie jest to jakieś mega skosmacenie. Wygląda to dość subtelnie i nawet ciekawie, choć krycie tych lakierów jest słabe. Na zdjęciu mam trzy warstwy a mimo to wciąż gdzieniegdzie są prześwity. Następnym razem najpierw nałożę jakiś lakier bazowy.

     A Wy skorzystaliście z ostatniej promocji w Sephorze? Kupiliście coś ciekawego?

Pozdrawiam ciepło,
Katalina :*



niedziela, 30 marca 2014

Kolorowy Smok

Hej Misiaki!

     Mamy wiosnę! Kalendarzowo, astronomicznie, zegarkowo... Co z tego, że za chwilę znów ma się ochłodzić, jest wiosna i koniec! A jak wiecie, wiosnę uwielbiam, więc co by się nie działo, staram się zachować pozytywne podejście do życia.
     Ostatnio przeglądając odmęty mojego leciwego komputera, odgrzebałam pewien makijaż, który czekał na publikację od bodajże sierpnia zeszłego roku? I w taki oto sposób uświadomiłam sobie, że od tamtej pory nie zmalowałam niczego innego z zamysłem opublikowania w formie tutorialu. Mam jeszcze jeden makijaż w zapasie i to tyle ;)




     Wracając do spraw bieżących, pomyślałam, że najwyższa pora opublikować to, co jak widzicie po tytule, będzie z braku lepszego określenia "kolorowym smokiem", czyli po prostu makijażem smoky eye.








Użyte produkty:
Twarz
- Bourjois Healthy Mix
- Sephora Compact Powder Foundation #D20
- Brwi: Rimmel Professional eyebrow pencil #002 Hazel
- Ziemia egipska Ikos
- Róż: Bourjois #33 Lilas D’or
- Rozświetlacz: cień Bourjois #08
Oczy
- Maybelline Master Drama khol liner #Ultra Black
- Maybelline Master Drama khol liner #Deep Purple-Ultra Violet
- Maybelline Color Tattoo #10 Fierce & Tangy
- Maybelline Color Tattoo #30 Pomegranate Punk
- Make Up Store Crazy Lazy Metallic eye pencil
- Cienie Inglot: #450P, #131AMC SHINE, #379M
- Sleek „Monaco”: Midnight Garden, Humming Bird, Magenta Madness
- Cień KOBO #102
- GOSH long lasting eye liner pen #008 Carbon Black
- Bourjois Volume Glamour MAX Waterproof Mascara #51 Noir
- Rzęsy: KkcenterHK ES A500 + klej DUO
Usta
- MAC lipglass #Magnetique



Pozdrawiam serdecznie!
Kat :*


sobota, 29 marca 2014

Follow me?

Hej Misiaki!

     Tym razem bardzo szybki wpis, aby dać Wam znać, że nareszcie dojrzałam do tego, by skorzystać z innego sposobu śledzenia blogów. Zawodny i jakże frustrujący interfejs bloggera zaczął doprowadzać mnie do szału. Ponieważ okazało się, że w miarę upływu czasu mam prawo / możliwość decydować w coraz mniejszym stopniu o tym kogo subskrybować a kogo nie, zdecydowałam się przerzucić na Bloglovin, co pewnie nikogo nie dziwi. 

     Jednocześnie, jeśli macie ochotę, zachęcam także do zaobserwowania mojej nieskromnej osoby ;)


     Trzymajcie się ciepło!

Katalina :*

niedziela, 23 marca 2014

Kolejna kompilacja...

Hej Misiaki!

     Tym razem pomyślałam, że podzielę się z Wami klasycznym wpisem grupującym różne skrawki ostatnich tygodni mojego życia - przynajmniej jego "dziewczyńskiej" części. To wygodna forma umożliwiająca mi pokazanie Wam różnych na pierwszy rzut oka nie połączonych ze sobą tematów.

     Zacznę od tego, że  jak większość kobiet lubię zakupy. Moje metody być może odbiegają odrobinę od ogólnych standardów, ale generalnie lubię polować i zdobywać. Najczęściej miewam nagłe przebłyski w rodzaju "chcę tego!", albo "potrzebne mi tamto", ewentualnie "wcale tego nie potrzebuję, ale jak tego nie kupię, będzie mnie to prześladowało diabli wiedzą jak długo". Najczęściej takie przemyślenia dotyczą ubrań. Wcześniej dotykały kosmetyków, jednak od długiego czasu, ku mojej ogromnej radości stopniowo coraz bardziej uodparniam się na wszelkie super-promocje w drogeriach.

☘☘☘

     Obecnie z przerażeniem zauważam, że zaczynam podchodzić w ten sposób do perfum. Przerażenie bierze się stąd, że perfumy to droga przyjemność. Z pewnością droższa niż kolejny tusz do rzęs, czy szminka, ale prawda jest taka, że mało co działa na mnie tak intensywnie jak zapach. Przykładam do niego sporo uwagi tak u siebie, jak i u innych - zwłaszcza u mężczyzn. Dobrze pachnący mężczyzna zawsze spotka się z moim uznaniem.
     Perfumy, których używam zazwyczaj ograniczały się ilościowo do 3-4. Stosowałam je zamiennie w zależności od nastroju i w zupełności mi to wystarczało. Aż tu nagle zjawiła się Sabbath i postawiła wszystko na głowie. To dzięki Niej poznałam wiele nowych zapachów, a trzy z nich postanowiłam kupić  w wersji pełnowymiarowej. 

     Mój ostatni nabytek to:



    Sabbath pisała o nim TUTAJ. Pewnego razu podzieliła się ze mną odlewką Un Bois Vanille i cynamonowej Rousse. Polubiłam oba zapachy, ale Vanille zdecydowanie bardziej.

☘☘☘

     Kolejna rzecz była moją obsesją przez dobrych kilka miesięcy. Jeszcze w zeszłym roku uparcie szukałam botek utrzymanych w moim ukochanym rockowym stylu. I zdawałoby się, że to nic prostszego, w końcu w sklepach aż się od nich roiło. A jednak żadna z par mi się nie podobała. 

Bo miały być rockowe, ale nie grunge'owe. 
Miały mieć ćwieki, albo łańcuchy, albo sprzączki, ale przy tym wszystkim miały wyglądać jak buty kobiety, a nie bezdomnego menela, albo fana subkultury emo. 

Przebierałam i wybrzydzałam tracąc powoli nadzieję na to, że cokolwiek mi się spodoba, aż tu nagle... 




     Tylko utwierdzam się w przekonaniu, że warto regularnie zaglądać do Venezii, bo chociaż ich ceny często przyprawiają o zawał, to jednak pod względem fasonów i jakości rzadko zawodzą.

☘☘☘

     Kolejna rzecz, na punkcie której miałam ostatnio obsesję to... bielizna. Tutaj z przyczyn oczywistych nie będę wdawała się w zbyt daleko idące szczegóły, jednak muszę wspomnieć o fajnej promocji w salonach Esotiq - kupując komplet bielizny z nowej kolekcji klient(ka) dostaje 100zł do wydania na dowolną rzecz z poprzedniej kolekcji. Z promocji tej korzystałam ostatnio parę razy. W efekcie moja bieliźniana szuflada przeszła odczuwalny lifting.




     Na zdjęciu widzicie część moich skromnych zasobów ;). Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony. Bielizna to jedna z moich dziewczyńskich słabości. Obok perfum, to właśnie ona niezawodnie poprawia mi nastrój. Jeśli nie wierzycie w jej "magiczną moc", zróbcie taki eksperyment:
     Ubierzcie się w prosty, niczym niewyróżniający się strój, ale wcześniej zapakujcie się w jakąś wystrzałową bieliznę. Ot tak, dla siebie. Gwarantuję Wam, że poczujecie się jak milion dolców!

☘☘☘

     A żeby nie było, że tylko kupuję i gromadzę, chcę Wam pokazać to:




     Nie bardzo to widać, ale wierzcie mi na słowo - torba jest spora i ledwo zmieściła się w szafce. Zawiera wszystkie rzeczy, których nie noszę z różnych powodów. Od pewnego czasu stopniowo wietrzę szafę, w efekcie czego pozbywam się masy ubrań. 
     Robiłam już kilka podobnych czystek, zadając sobie kilka pytań pomocniczych:
☘ Czy to na mnie pasuje i leży jak powinno?
☘ Czy to wciąż nadaje się do noszenia? - czasem coś kompletnie "nie wygląda" a mimo to nie chcemy się z tym rozstawać, bo ma dla nas wartość sentymentalną... (tu dopuszczam pewne ustępstwa ㋡ )
☘ Kiedy ostatni raz to nosiłam?
☘ Czy jeszcze kiedyś będę w tym chodziła? Ale tak serio, serio.
☘ Czy dobrze się w tym czuję?
☘ Czy to pasuje do mnie, mojego stylu i osobowości?

     Kiedyś nie robiłam podobnych czystek, przez co po pewnym czasie ilość ciuchów, których nie lubiłam i nie nosiłam zaczęła mnie przytłaczać. Wolę oddać te rzeczy komuś, kto ich potrzebuje i kogo ucieszą, a sama dzięki temu zyskam więcej przestrzeni. Same plusy.


☘☘☘

     Pora na poletko kosmetyczne. Jakiś czas temu odwiedziłam Yves Rocher i kupiłam tam kilka produktów. Wielu osobom są doskonale znane, bo i niejednokrotnie widziałam je na różnych blogach, jednak dla mnie do tej pory pozostawały nowością.

     Są to:




     Póki co w ruch poszedł kawowy żel, który pachnie jak słodkie frappe (bosko!). Wersja miodowa czeka na swoją kolej, ale zapach ten znam (mam krem do rąk z tej samej serii) i bardzo lubię. Używam też toniku - pierwszy raz od kilku lat (!), to jest odkąd odkryłam płyny micelarne. Jest całkiem fajny, choć hydrolatu oczarowego nie pobił.


☘☘☘

     Udało mi się spełnić jedno z moich ogromnych chciejstw! Weszłam w posiadanie czegoś, o czym długo marzyłam, a co było poza moim zasięgiem - Naked 3 od Urban Decay. Chciałam ją mieć, odkąd zobaczyłam ją po raz pierwszy. Dzięki kochanym Simply i Słomce, mogę się teraz do woli miziać tymi wspaniałymi cieniami, co z resztą czynię każdego dnia.



     Oto przykładowy makijaż zmalowany cieniami z palety Naked 3. Jeden z częściej wykorzystywanych przeze mnie wzorców makijażu dziennego.



     Simply dodatkowo postanowiła obdarować mnie lakierem i balsamem koloryzującym w kredce. Dziękuję pięknie! Jestem oczarowana stopniem pigmentacji kredki! Z pewnością będę jeszcze o niej pisać, ale na tą chwilę mogę Wam powiedzieć, że pod względem nasycenia rzuca na kolana niejedną klasyczną pomadkę.





     A co do lakieru, to zebrałam za niego kilka komplementów. Raz jeszcze uzmysłowiono mi, że nawet jeśli wydaje nam się, że ktoś czegoś nie zauważa, czasem okazuje się, że jest dokładnie na odwrót. Na powyższym zdjęciu użyłam Urban Vibe od Maybelline jako dopełnienie transparentnego beżowego "zwyklaczka".

☘☘☘

     Następne kosmetyczne smakołyki kupiłam już sama, w dodatku jakiś czas temu, ale jak dotąd nie było okazji o nich napisać. 




     Róż ma numer 18 i nosi nazwę Rose Pop / Pop Pink. Chłodny i intensywny odcień. Bardzo odświeża cerę. Jeden z moich ulubionych. Kupiłam też dwa atramenty do ust z nowej kolekcji Rouge Infusion. Na ich korzyść przemawia całkiem spora gama kolorystyczna zarówno odcieni neutralnych i bezpiecznych - co nie często się zdarza - jak i tych bardzo odważnych i rzucających się w oczy. Planuję zakup jeszcze jednego odcienia, Rosewood. Tak na szybko mogę powiedzieć, że są dość trwałe, choć tych obiecanych 10h nie wytrzymują. Są za to niesamowicie nawilżające! Zapewniają bardzo wysoki komfort noszenia.

☘☘☘

     Na zakończenie - moje pierwsze świece YC. Teraz jak o tym myślę dochodzę do wniosku że mogłam kupić największe wersje, bo zapłaciłabym tylko 20zł więcej, a ilościowo wyszłabym BARDZO na plus. No cóż... trudno. Jeszcze żadnej nie zapaliłam, ale oceniając zapach ze słoika, mogę powiedzieć, że jest bosko.




     Pozwolę sobie w tym miejscu na małą prywatę. 
Słomcia, ten zapach, który mi kiedyś sprezentowałaś, a którego nazwy żadna z nas nie mogła sobie przypomnieć to Sugared Apple ㋡ Odnalazłam etykietkę.


OK, to tyle jeśli chodzi o mój miks różności. Mam nadzieję, że nie przynudziłam za bardzo. Pozdrawiam serdecznie i do następnego!

Kat :*


niedziela, 16 marca 2014

Cyrkonie w lżejszej wersji

Hej Misiaki!

     Gdy w grę wchodzą paznokcie, rzadko sięgam po cyrkonie. Większych ozdób unikam z zasady, bo przede wszystkim są nieporęczne i lubią haczyć się o wszystko, poza tym często odrywają się tym samym niszcząc całą pracę jaką włożyłyśmy w manicure. Czasem jednak nawet ja nabieram ochoty na paznokciowe świecidełka.





Dostępność: 
Sklep KKCenterHk

Cena: 
USD$4.50

Pojemność:
Opakowanie zawiera około 100 cyrkonii.




Trwałość:
Wszystko zależy od lakieru bazowego i wierzchniego. Cyrkonie trzymają się całkiem nieźle pod warunkiem że zostaną mocno osadzone w "bazie". 

Opakowanie:
Zakręcane pudełeczko. Niebrzydkie, trwałe, dobrze się zakręca i odkręca, zatem nic nie ma prawa się zeń wysypać.
 
Aplikacja:
Wybrałam kolor "Baby Pink", ale dostępne są rozmaite warianty kolorystyczne. Mnie akurat zależało na czymś delikatnym i nie za bardzo rzucającym się w oczy. Cyrkonie nakładałam przy pomocy zwilżonej końcówki wykałaczki - w ten sposób łatwiej "schwytać" diamencik i nanieść go gdzie trzeba. Potem wystarczy przycisnąć, aby dobrze osadzić ozdobę w lakierze, pokryć gotowy wzór lakierem wierzchnim i gotowe. Cała zabawa jest naprawdę dziecinnie prosta, a efekt - jeśli lubicie takie ozdoby - bardzo fajny. Nic się nie haczy ani nie czepia ubrań, czy przedmiotów, ładnie błyszczy i cieszy oczy.

Z pomocą wspomnianych cyrkonii przygotowałam dwa zdobienia. Proste i niewyszukane, a jednak spodobał mi się taki efekt, zwłaszcza w drugim przypadku.


Wariant 1.
     Tutaj ozdobiłam tylko kciuk i palec serdeczny, dodając jeszcze kreskę dla urozmaicenia. 




Wariant 2.
W tym przypadku ozdobiłam już wszystkie paznokcie. O dziwo efekt bardzo mi się spodobał, wbrew moim początkowym przypuszczeniom, więc z pewnością powtórzę go jeszcze w przyszłości. 
Uwaga, dużo zdjęć...





     Mam w głowie jeszcze kilka pomysłów na to jak wykorzystać te cyrkonie, więc być może dorzucę coś jeszcze do powyższej puli.

Co sądzicie o takich ozdobach? Zdarza się Wam ich używać?

Przypominam, że kupując w sklepie KKcenterHK otrzymacie zniżkę 10% na Wasze zakupy, korzystając z kodu katalina-sugarspice. Kod ważny jest do 31. stycznia 2015r.



Pozdrawiam,
Katalina

piątek, 14 marca 2014

Klasyk na tapecie: Benefit Porefessional

Cześć Misiaki!

     Są takie kosmetyki, o których słyszał każdy, lub niemal każdy. Produkty, które po wypuszczeniu na rynek w krótkim czasie zdobyły status kultowych. Powstała na ich temat masa recenzji. Multum ludzi opisało w samych superlatywach ich nieomal magiczne właściwości. 

     Zapoznawszy się z kilkoma, kilkunastoma, kilkudziesięcioma recenzjami takiego produktu, człowiek nabiera ochoty na to, by samemu go przetestować. I zazwyczaj pragnieniu temu towarzyszą wielkie oczekiwania. Rzekłabym gigantyczne. W końcu to kosmetyczna legenda, często kosztowna.




     Baza pod makijaż Porefessional z Benefitu jest sztandarowym przykładem takiego kosmetyku. Nie jestem w stanie zliczyć ile jej recenzji czytałam, bądź oglądałam i dobre 90% z nich (jak nie więcej) przypominało bardziej pieśń pochwalną niż recenzję jako taką. Każda kolejna tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że również chcę ją mieć i samodzielnie przekonać się na co ją stać. Tak się szczęśliwie złożyło, że... wygrałam ją w konkursie/rozdaniu i tym samym mogłam wprowadzić mój plan w życie. A oto co z tego wyszło:

Dostępność: 
Drogerie typu Sephora, sklepy internetowe.

Cena: 
W Sephorze cena regularna wynosi 149zł.

Pojemność: 
22ml

Trwałość:
12 miesięcy




Opakowanie:
Wykonana z dość plastycznego tworzywa, zakręcana tubka. Jak na produkt w niewątpliwie luksusowej cenie, szatą graficzną nie powala na kolana.

Konsystencja:
Baza ta, jak wiele innych, jest silikonowa i śliska w dotyku.

Zapach:
Delikatny, perfumeryjny, bardzo przyjemny.




Aplikacja i działanie:
Jak wspomniałam na początku, miałam wielkie oczekiwania w stosunku do tej bazy. Po wszystkich ochach i achach, jakie usłyszałam, spodziewałam się czegoś fantastycznego. W praktyce okazało się, że to po prostu kolejna silikonowa baza pod makijaż. 

W recenzjach czytałam/słyszałam, że Porefessional kompletnie wyrównuje fakturę skóry, sprawiając że pory stają się niewidoczne. W moim przypadku nic takiego nie miało miejsca. Stosuję tą bazę od kilku miesięcy, miałam zatem okazję obserwować jej działanie w cieple, chłodzie i okresie przejściowym. Stosowałam ją na całą twarz, jak i na wybrane jej partie. Nakładałam rozmaitymi technikami... Efekt zawsze był ten sam, czyli wizualnie żaden - wyglądałam identycznie jak wtedy gdy nie nakładałam pod podkład żadnej bazy. Pokusiłam się nawet o eksperyment, to znaczy nałożyłam bazę tylko na połowę twarzy, po czym sięgnęłam po podkład i wykonałam swój typowy makijaż. Rezultat był taki, że obie połowy mojej twarzy wyglądały dokładnie tak samo. Pory skóry były jednakowo widoczne. Baza nie miała większego wpływu na trwałość makijażu. Jedyna różnica jaką zaobserwowałam to to, że po jej nałożeniu skóra nabierała poślizgu i stawała się gładsza w dotyku, jednak to normalne w przypadku silikonowych baz. W pewnym minimalnym zakresie wyrównuje też koloryt cery, ponieważ ma delikatnie beżowy odcień, aczkolwiek jest to bardzo subtelna, trudna do wychwycenia gołym okiem różnica.

Mówiąc krótko i na temat, na pierwszy rzut oka nie zaobserwowałam u siebie żadnych różnic w wyglądzie i trwałości makijażu niezależnie od tego czy użyłam danego dnia Porefessional czy nie. Mam natomiast wrażenie że wykazuje tendencję do wysuszania cery, jak również do jej zapychania.



 
Czy żałuję swojej przygody z Porefessional?
Bynajmniej. Cieszę się, że miałam okazję sobie poużywać, bo dzięki temu zakosztowałam jednego ze swoich "chciejstw" i przekonałam się, że to nie produkt dla mnie.

Czy wrócę do niego w przyszłości?
Nie, ponieważ wyznaję zasadę, że im mniej warstw kosmetyków nakładam na twarz, tym skóra jest mi bardziej wdzięczna. Tym bardziej, że nie widzę wymiernych efektów stosowania tej bazy.


      Patrząc przekrojowo na reakcję mojej skóry na rozmaite produkty, nabieram przekonania, że albo potrzeba mi naprawdę ciężkiej kosmetycznej artylerii, albo zwyczajnie mam pecha, bo niestety sporo kosmetyków kompletnie nie zdaje u mnie egzaminu... Cóż, peszek.

Mimo wszystko pozdrawiam Was serdecznie i do usłyszenia niebawem!