niedziela, 19 czerwca 2016

Zoeva #116 Teardrop Cover Face Brush

     W dobie niesłabnącej popularności Beauty Blendera i tym podobnych gąbek do nakładania makijażu, ja z uporem maniaka dochowuję wierności pędzlom. Próbowałam gąbeczek, nie mniej wolę pędzle właśnie. Przez długi czas używałam flat topów, by ostatecznie przyznać, że są dla mnie za duże, zbyt trudno je doczyścić i ogólnie wymagają więcej zachodu niż bym chciała. 
     Mniej-więcej wtedy w moich zbiorach pojawiła się Expert Face Brush z Real Techniques. Jej kształt był idealny, jednak do szału doprowadzało mnie to, że co chwila traci włosie. Nie znoszę tego w pędzlach i jak tylko to zaobserwuję - idą w odstawkę. Szukałam czegoś o podobnym kształcie i lepszej jakości i tak trafiłam na 116 teardrop cover marki Zoeva.




Dostępność
Sklepy internetowe oferujące produkty marki Zoeva

Cena
62,90zł




Kształt
Jak nazwa wskazuje, pędzel ma kształt kropli. Podoba mi się to, bo w ten sposób mamy dwie różne krawędzi, dzięki którym zyskujemy więcej sposobów na nałożenie i fachowe rozprowadzenie podkładu. 
Pędzel jest mniejszy i bardziej zbity niż jego poprzednik z Real Techniques. Jest też bardzo miękki i delikatny. Nie drapie twarzy, ani nie gubi włosia.




Czy polecam
Jest to jeden z tych zakupów, z których jestem naprawdę bardzo zadowolona! Nie jest to w żadnym razie kopia pędzla z RT, nie mniej kształt i wielkość są dla mnie idealne. Bardzo podoba mi się to, że nie ma równej powierzchni, że jest lekko zaokrąglony, bo dzięki temu dobrze rozprowadza podkład na twarzy. Doskonale mieści się we wszelkich zagłębieniach i nierównościach. Dzięki temu, że włosie jest zbite i gęste, podkład nakłada się równo, bez smug. Łatwiej też utrzymać sam pędzel w czystości.
Używam mojego "teardropa" zarówno do podkładu, jak i korektora - w obu przypadkach sprawdza się bez zarzutu. 

Jeśli nie miałyście okazji wypróbować go w akcji, serdecznie polecam :)


A jakie są Wasze ulubione pędzle do nakładania podkładu? A może mimo wszystko wolicie gąbki?


Pozdrawiam,
Kat :*


sobota, 11 czerwca 2016

Zoya Bela

     Jak już wcześniej pisałam, od pewnego czasu jestem coraz większą fanką lakierów marki Zoya. Mam obecnie siedem różnych kolorów. Dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam najdelikatniejszy z nich - bladoróżowy, lekko kryjący lakier o nazwie Bela.




Dostępność
Sklep internetowy marki

Cena
43,00 zł

Pojemność
15ml




Trwałość
24 miesiące

Wykończenie i krycie
Lakier daje kremowe wykończenie. Jest półprzejrzysty. Nawet nałożony trzema warstwami nie daje pełnego krycia. I w tym konkretnym przypadku jest to dla mnie plus, bo takiego właśnie lakieru szukałam. Z mojej perspektywy tego typu odcień o nie do końca kryjącej formule sprawdza się idealnie w rozmaitych sytuacjach.




Wysychanie
Około 10 minut per warstwa.

Aplikacja i zmywanie
W obu przypadkach jest łatwo i szybko. Niewielkich rozmiarów pędzelek ułatwia aplikację. Formuła jest łatwa we współpracy, nie grożą nam smugi. Zmywanie jest bezproblemowe.




Czy polecam
Jeśli szukacie średnio-kryjącej formuły i delikatnego odcienia, mogę Wam śmiało polecić Belę. Kupując ją kierowałam się myślą o lakierze delikatnym, eleganckim, pasującym do wszystkiego, nie rzucającym się w oczy. To mój bezpieczny pewniak na każdą sytuację, gdy krzykliwe, odważne kolory są nie na miejscu, lub kiedy po prostu chcę by moje dłonie wyglądały czysto i schludnie. Tego typu kolor ma tę zaletę, że nadaje dłoniom bardzo eleganckiego charakteru. A że to Zoya, to i trwałość jest imponująca - lakier wytrzymuje na moich paznokciach cały tydzień. Nie odpryskuje, nie ściera się. Jestem z niego naprawdę bardzo zadowolona!


Pozdrawiam,
Katalina :*


sobota, 4 czerwca 2016

MannyMUA x Makeup Geek Palette

     W makijażu uwielbiam podkreślać oczy. Jestem wielbicielką cieni do powiek, zwłaszcza jeśli pojawiają się w moim życiu w postaci palety. Z tego powodu co jakiś czas moja silna wola zostaje wystawiona na dużą próbę. Oglądam również Youtuba, jak zapewne większość z Was, co dodatkowo komplikuje sprawę, bo mnogość pokazywanych tam kosmetyków przyprawia niekiedy o zawrót głowy.





     Kilka miesięcy temu gruchnęła wiadomość o palecie będącej efektem współpracy dwojga youtuberów: Makeup Geek i Manny MUA. Wystarczył rzut oka na rzeczoną paletę, bym przepadła. Nie z powodu twórców, bo Manny'ego nie lubię i nie oglądam, Marlenę natomiast przestałam oglądać stosunkowo niedawno znudzona powtarzalnością zamieszczanej przez nią treści i poirytowana jej cukierkowym świergotem. Zainteresowała mnie sama paleta. Słyszałam wiele pochlebnych opinii na temat cieni Makeup Geek, ale od ich zakupu zawsze odstraszały mnie absurdalne koszty wysyłki. Jednak tym razem, gdy zobaczyłam ten konkretny zestaw kolorów, skomponowany niemal idealnie "pode mnie", uznałam że to idealna okazja, by przekonać się osobiście czy całe to halo jest uzasadnione.





Dostępność
Sklep internetowy Makeup Geek

Cena
$45,00 + koszty wysyłki (nie pamiętam ile dokładnie mnie to wyniosło, ale łączna kwota przekroczyła 270 zł)

Pojemność
9 x 1,8 g / 0,064 oz




Opakowanie
Starają się, ale to jeszcze nie to. Paleta wygląda trochę... tanio. Owszem, podoba mi się kartonik, w który jest opakowana i znajdujące się na nim holograficzne detale. Podoba mi się również to, że podano na nim skład. Sama paletka jest zaskakująco ciężka jak na ilość cieni i ogólną jakość opakowania. Wykonana jest z tektury, do wieczka przytwierdzono odrobinę powiększające lusterko. Z przodu mamy niebrzydką grafikę o logo firmy, z tyłu naklejkę z rozpiską cieni. 

Na pierwszy rzut oka widać niestety taniość wykonania, bo paleta bardzo szybko wyciera się na kantach. Naklejka jest krzywo przyklejona. Lusterko może nie jest tragiczne, ale wpatrując się w nie dłuższą chwilę można dostać oczopląsu - wzrok się męczy. Dla porównania palety Zoevy są nie tylko dużo lepiej wykonane, ale również połowę lżejsze. Patrząc globalnie, rzuca mi się w oczy wiele drobiazgów, które zasadniczo dałoby się zignorować, ale płacąc za coś prawie 300 zł niestety będę się czepiała każdej drobnostki. Jestem czepialska - taka już moja natura nietoperza.




Wykończenie
Artemis - bladożółta perła o masełkowatej konsystencji i dużej pigmentacji
Beaches & Cream - średni beż o matowym wykończeniu, bardzo przyjemna konsystencja i pigmentacja
Luna - przybrudzony, morelowy róż o metalicznym, intensywnie perłowym wykończeniu, konsystencja niemal kremowa, niesamowita pigmentacja
Cosmopolitan - klasyczny "rosegold" o gładkiej, przyjemnej konsystencji i perłowym wykończeniu, piękny świetnie napigmentowany cień
Sora - herbatnikowy mat, gładka konsystencja, dobra pigmentacja, mocny kandydat na cień "przejściowy" do rozcierania w zagłębieniu powieki
Frappe - średni brązowy mat, nieco ciemniejszy i chłodniejszy niż Sora, odrobinę bardziej pudrowy, dobra pigmentacja
Insomnia - prawdziwy killer! Brązowo-zielony duochrome o zabójczej pigmentacji, idealnie masełkowej konsystencji... nie można powiedzieć o nim złego słowa.
Mars - przepiękna matowa czerwień wina, niestety konsystencję ma fatalną, niesamowicie suchą i kredową. Mimo to jest zaskakująco dobrze napigmentowany (duże niedomówienie) i świetnie trzyma się powieki.
Aphrodite - ciemny, chłodny brąz z nutką fioletu. Mat o przyjemnej, gładkiej konsystencji i świetnej pigmentacji.






Aplikacja i działanie
Powiedziałam już, że podoba mi się zestawienie kolorów. Jedyne co bym zmieniła, to zastąpiła Sorę lub Frappe matowym jasnym beżem. Generalnie jednak bardzo podoba mi się dobór odcieni i wykończeń. Nawet Mars, który mimo fatalnej tekstury zachowuje się na powiece zaskakująco wspaniale. Jakość cieni jest bez zarzutu. Jestem pod ogromnym wrażeniem cieni metalicznych, maty są OK - zdarzają się lepsze i gorsze sztuki i szczerze mówiąc mogłabym spokojnie zastąpić je innymi.
Poniżej możecie zobaczyć trzy przykładowe makijaże wykonane za pomocą tej palety:
















Czy polecam
Swoją opinię streściłabym zdaniem: "Paleta jest bardzo dobra, ale nie jest niezbędna". Zawiera kilka przepięknych cieni: Luna, Cosmopolitan, Insomnia i Mars - nawet mimo swojej kredowej faktury. Pozostałe kolory są przyjemne, ale bardzo łatwo zastąpić je innymi. Maty nie zaimponowały mi jakością aż tak, by przekonać mnie do powiększenia kolekcji o kolejne sztuki, zwłaszcza biorąc pod uwagę koszty przesyłki. Myślę, że to paleta głównie dla wielbicieli makijażu i fanatycznych oglądaczy youtuba, chcących pozostać na czasie z ofertą rynku.
Zakupu nie żałuję, ale nie sądzę, bym miała zaopatrywać się w kolejne cienie Makeup Geek. Ewentualnie mogłabym się zdecydować na kilka z serii Foiled, jednak generalnie mogę spokojnie żyć bez nich ;)


     Próbowaliście cieni Makup Geek? A może macie tę konkretną paletę? Jakie są Wasze wrażenia?

Pozdrawiam,
Katalina :*


sobota, 28 maja 2016

Żelowe kredki z Sephory

     Gdybyście mogli zajrzeć do szuflad mojej toaletki, od razu zauważylibyście, który element twarzy lubię podkreślać najbardziej. W makijażu zawsze stawiałam na oczy, stąd też cieni, kredek i linerów zawsze miałam więcej niż potrzebowałam. Jeśli zaglądacie do mnie od dłuższego czasu, wiecie, że jestem wyjątkowo wybredna przy ich wyborze. Wspominałam również nie raz, że jednymi z moich ulubionych kredek są te z Sephory. 

     Podczas kwietniowej promocji -40% zaopatrzyłam się w kilka nowych kosmetyków, w tym trzy kredki żelowe. Dwie pochodziły z zupełnie nowej linii, trzecią znałam już wcześniej. Pozwólcie, że podzielę się dzisiaj z Wami swoimi spostrzeżeniami na ich temat.


Intense Gel Pencil Waterproof





Kolory
Dostępne są w sześciu odcieniach. Wybrałam dwa z nich:
06 Rich Copper
04 Dark Purple

Cena regularna
39,00 zł




Opakowanie
To była jedna z pierwszych rzeczy, na które zwróciłam uwagę. Wyglądają normalnie, prawda? A jednak mają ukryte pewne udogodnienie, które osobiście niesamowicie doceniam, mianowicie można je wykręcać bez konieczności temperowania. Jest to dla mnie ważne, bo nie lubię temperować kredek - przez to tracę część produktu. 




Konsystencja i trwałość
Mięciutka i kremowa. Zastyga na powiece stosunkowo szybko, a kiedy już zastygnie trzyma się jej aż do demakijażu. Zrobiłam test: narysowałam na dłoni kreski, dałam im zastygnąć, po czym włożyłam dłoń pod strumień wody i zaczęłam trzeć kreski. Musiałam się sporo natrzeć, by doczyścić rękę... Jestem pod wrażeniem! Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedne z najlepszych kredek wypuszczonych przez Sephorę na rynek. Są nie tylko trwałe, ale i bardzo dobrze napigmentowane. Dają głęboki, równy kolor. Nie zawierają również żadnych drobinek.


06 Rich Copper





04 Dark Purple (górna kreska)




     Contour eye pencil 12HR wear Waterproof


     Ta linia dostępna jest w Sephorze od długiego czasu. Dostępnych jest 39 kolorów. Ja wybrałam fioletowy #42 Ice Breaker.

Cena regularna
29,00 zł

Opakowanie
Tutaj nie ma już żadnych udziwnień. Mamy zwykłą, wymagającą temperowania kredkę, w eleganckim lakierowanym "ubranku" i zakończeniu w kolorze grafitu. Fajne rozwiązanie zwłaszcza dla osób, które mają wiele kredek i chcą szybko zlokalizować tę jedną, konkretną.





Konsystencja i trwałość
Konsystencja jest miękka i dość gładka biorąc pod uwagę to, że kredka zawiera brokat. Na szczęście nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek "ciągnięciu" czy drapaniu powieki. Kredka sunie gładko po skórze i daje równy kolor. Ice Breaker jest też dużo jaśniejszy i bardziej wyrazisty niż wcześniej pokazywany Dark Purple. Odznacza się nieco mniejszą trwałością od kredek z wyżej opisanej nowej serii, zmył się szybciej w kontakcie z wodą. Tak czy inaczej uważam, że jest warty uwagi.




42 Ice Breaker




     Jeśli szukacie dobrych i trwałych kredek żelowych, sprawdźcie te z Sephory. Są przystępne cenowo, trwałe i dostępne w wielu kolorach, zarówno zachowawczych, jak i kompletnie szalonych. Jestem pewna, że znajdziecie wśród nich tę najodpowiedniejszą dla siebie.


Pozdrawiam,
Kat :*



czwartek, 26 maja 2016

Arabian Oud Kalemat i Kalemat Wood - Orient w najlepszym wydaniu

     Orientalne perfumy mogą kojarzyć się dość stereotypowo - jako intensywna mieszanka woni dość odległych "zachodniemu" nosowi, atakująca nozdrza świdrującymi przyprawowymi akordami. Jednak w swoim czasie miałam okazję sprawdzić sporo orientalnych kompozycji i wiem już, że ów stereotyp daleki jest od rzeczywistości. Ostatnimi czasy, dzięki Sabbath poznałam kolejne pachnidła i jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu.




Arabian Oud Kalemat:
Górne nuty: jagody, anyż
Środkowe nuty: rozmaryn, drzewo kaszmirowe, nuty kwiatowe
Dolne nuty: piżmo, ambra, miód

     Kalemat nazwałabym eleganckim i bardzo komfortowym. To perfumy typu unisex i chociaż w pierwszym odruchu kojarzą mi się z męską wodą kolońską, to jednak obecna w nich słodycz równoważy pierwsze wrażenie.
     W górnych nutach wyczuwam głównie ambrę, z lekkim  anyżowym podbiciem. Jest to zapach ciepły, bliski ciału, otulający, ale w żadnym razie nie przytłaczający. W miarę upływu czasu ociepla się coraz bardziej, nabierając miodowej słodyczy, osiadając na piżmowej bazie.
     Daje wrażenie, które można by przyrównać do chwili, gdy po ciężkim dniu, zaszywamy się w zaciszu własnego domu. Wieczór spędzamy na wygodnej kanapie, przed kominkiem, w towarzystwie równie zabieganego mężczyzny odzianego w miękki, kaszmirowy sweter. Szalone tempo dnia zostawiamy za sobą, by cieszyć się chwilą relaksu i bliskości, ciepłem i intymnością.


Arabian Oud Kalemat Wood:
Nuty: bazylia, wanilia, oud (agar), piżmo

     Kalemat Wood podejmuje opowieść w miejscu, w którym przerwał ją Kalemat. Jest głębszy, bliższy ciału i bardziej miękki. Momentalnie otula i daje poczucie ciepła. Jest słodkawy, ale nie przytłacza słodyczą, dzięki wyraźnej dominującej nucie agarowej. Słodycz wanilii jest jakby wpleciona w agarowo-piżmowe serce, zmiękcza je.
     I tak jak Kalemat rozpoczyna wieczorny relaks, tak Kalemat Wood wprowadza nas w dużo bardziej zmysłowy i intymny nastrój.
     Półmrok i ogień w kominku są jedynie tłem. Pod palcami czuć miękkość ciepłej skóry, w uszach rozbrzmiewają rozgrzane oddechy. Wdychając ten zapach zamyka się oczy, nabiera się powietrza głęboko. Chłonie się go i upaja nim.


     Jeszcze zanim osobiście poznałam oba wyżej wymienione zapachy, czułam że będzie mi się je wyjątkowo dobrze nosiło i nie pomyliłam się. Takie wydanie orientu lubię najbardziej!


     Oba zapachy można nabyć za pośrednictwem perfumerii La Selection.


Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 8 maja 2016

Revlon Ultimate All-In-One Mascara

     Mam sentyment do marki Revlon. Wziął się stąd, że od wielu lat wracam do ichniego podkładu ColorStay, który mimo podejść do mnóstwa innych produktów wciąż pozostaje w ścisłej czołówce mojej listy ulubieńców. Kiedy w sklepach pojawiła się nowa linia tuszy do rzęs obiecująca wszystko co tylko tusz może obiecać, oczywiście zapragnęłam przekonać się osobiście ile w tym wszystkim prawdy.
     Sięgnęłam po tusz Revlon Ultimate All-In-One w kolorze 503 Blackened Brown.




Dostępność
Produkt ogólnodostępny w większości drogerii

Cena
59,99 zł

Pojemność
0,28 fl.oz. / 8,5 ml




Trwałość
6 miesięcy

Opakowanie
Jak dla mnie, jeden z głównych atutów. Opakowanie ma wyjątkowo ergonomiczny kształt, przez co fajnie leży w dłoni, a dodatkowo ułatwia otwieranie i zamykanie tuszu. Ponadto jest, jak to się mówi, dość atrakcyjne wizualnie. Nakrętka jest czerwona i lakierowana, zaś reszta tuby jest czarna i matowa. Wygląda nowocześnie, ale i klasycznie. Także design opakowania oceniam jak najbardziej na plus!





Szczoteczka
Interesująca. Wykonana jest z dość elastycznego tworzywa, jest malutka i ma kształt migdałka. W trzech miejscach ma coś w rodzaju "kieszeni" na tusz. Same wypustki szczoteczki są dość krótkie.

Zapach
Ledwie wyczuwalny, nie drażni

Aplikacja i działanie
I w tym miejscu się zawieszam... Mam z tym tuszem problem, ponieważ są dni gdy daje mi naprawdę bardzo przyzwoity efekt, jednak kiedy indziej kończę z mocno podkreślonymi, ale niestety posklejanymi nieciekawie rzęsami. Jestem w stanie poradzić z tym sobie w jakimś zakresie używając grzebyczka do rzęs, ale biorąc pod uwagę to jak wielki mamy wybór i jak wiele dużo tańszych tuszy daje lepszy efekt...
Od maskary, która kosztuje 60zł i obiecuje nam efekt "full wypas", tego właśnie oczekuję! Nie ukrywam, jestem nieco rozczarowana. Efekt końcowy odpowiada raczej przyzwoitej wersji dziennej, niż wielkiemu WOW, jakie sugeruje nazwa. 
Podsumowując mój wywód jednym zdaniem: jest OK, ale bywało dużo lepiej.




Czy polecam
Z mojej perspektywy, zawsze warto próbować. Jeśli lubicie testować maskary, są szanse że już wcześniej sprawdziłyście możliwości Revlona. Jeśli dążycie do względnie naturalnego efektu, myślę że będziecie zadowolone. Jeśli jednak jesteście fankami spektakularnego podkreślenia, to niestety tutaj go nie znajdziecie.


Pozdrawiam,
Kat :*

wtorek, 3 maja 2016

Sigma Brilliant & Spellbinding

     Nie dalej niż dwa miesiące temu pisałam o palecie Warm Neutrals marki Sigma KLIK. Powtórzę raz jeszcze, że jest to jedna z najlepszych palet cieni, jakie przeszły mi przez ręce. Był to jeden z powodów, dla których zaczęłam przyglądać się uważnie pozostałym paletom. W oko wpadła mi kolejna i dzisiaj to ona będzie bohaterką wpisu: Brilliant & Spellbinding.





     Urzekła mnie ciepłą kolorystyką i jasną tonacją. Mój gust w odniesieniu do cieni uległ dość drastycznej zmianie i tak jak kiedyś optowałam za ciemnymi makijażami, tak teraz skłaniam się ku jaśniejszym i dużo delikatniejszym niż wcześniej.

Dostępność
Sklepy internetowe

Cena
Około 158 zł

Pojemność
0.43 oz. / 12 g.





Trwałość
Brak danych

Opakowanie
Palety Sigmy z tej konkretnej linii mają identyczne opakowania: smukłe, czarne, kartonowe pudełeczko zamykane na magnes. W wieczku znajduje się lusterko. Opakowanie jest porządne, proste i nieprzegadane. Zawiera rozpiskę cieni, wraz z ich nazwami. Rozprowadzane jest w kartonowym "rękawie", jednak zazwyczaj pozbywam się opakowań krótko po zakupie. Wspominam o tym pod kątem osób, które chciałyby podróżować z paletą - taki rękaw zdecydowanie przydaje się w podróży.




Wykończenie
✯ 3 maty: Hiatus, Balmy, Sensational
✯ 2 maty z drobinakmi: Radiant, Bloom
✯ 7 pereł: Solstice, Healthy, Languid, 10, Spellbinding, Fey, IG2




Aplikacja i działanie
Poprzednio zachwycałam się niesamowitą pigmentacją. Tutaj również jest się czym zachwycać, chociaż nie ukrywam, że mój zachwyt jest mniejszy niż w przypadku Warm Neutrals. Ma to związek z zestawieniem kolorów: WN to mój ideał, który skomponowano tak, że sama nie zmieniłabym w nim niczego. B&S traktuję jak uzupełnienie kolekcji. Nie jest to paletka, którą samodzielnie, bez wspomagania się innymi cieniami dałoby się wykonać kompletny makijaż oczu. 

Tutaj dominują cienie "główne", które można aplikować na ruchomą część powieki, mamy też kilka kolorów akcentujących, 1 - 2 odcienie, którymi można wycieniować zagłębienie powieki, jednak brakuje mi matowego rozświetlacza. Cień o nazwie "10" rozczarowuje słabą w porównaniu z pozostałymi cieniami w palecie pigmentacją, jednak cała reszta zdecydowanie trzyma poziom! Patrząc globalnie, jest to solidny, względnie łatwy w obsłudze zestaw ciepłych, słonecznych kolorów idealny do makijażu dziennego. 





Czy polecam
Owszem, zwłaszcza tym z Was które szukają palety do makijażu dziennego. Wystarczy że dobierzecie do niej matowy beż, a otworzy się przed Wami masa możliwości.


Pozdrawiam ciepło!
Kat :*