sobota, 31 marca 2018

Huda Beauty Mauve Obsessions Palette

     Huda Beauty to marka względnie nowa na polskim rynku kosmetycznym. Stacjonarnie dostępna w zasadzie tylko w sieci Sephora, choć i tak w dość ograniczonym zakresie. Dowiedziałam się o niej, a jakże, z youtuba, a dzięki Kindze :* miałam okazję wypróbować kilka jej kosmetyków. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoją opinią na temat paletki cieni Mauve Obsessions.




Dostępność:
Stacjonarnie tylko w Sephorze (choć ta konkretna, mimo że jest na stronie, to praktycznie od zawsze oznaczona jest jako niedostępna). Sklepy internetowe.

Cena:
Na stronie Sephory 129zł

Pojemność:
10 g / 0.35 oz

Trwałość:
12 miesięcy




Opakowanie:
Paletka jest niewielka, 7,5 x 7,5 cm, co jest bardzo praktyczne z wielu powodów. Opakowanie jest tekturowe, magnetyczne, zaś sam wkład z cieniami wykonano z plastiku. Wewnątrz znajduje się bardzo dobrej jakości lusterko i (co osobiście doceniam) nie bawiono się w dodawanie wątpliwej jakości pędzelków, czy aplikatorów. Grafika na paletce jest dość minimalistyczna i estetyczna. Ogólnie prezentuje się bardzo przyzwoicie.




Wykończenie:
     Paleta zawiera miks matów i metalików, przy czym maty są ultra-matowe, a metaliki przypominają drobno pokruszony, sprasowany brokat. O ile wiem, kolory nie mają indywidualnych nazw. 
     Maty mają niezwykle miłą, masełkową konsystencję, przy czym nieco gorzej wypada ciemny bordowy-brąz (lewy górny róg) i ciemne wino (prawy dolny róg). Mam wrażenie, że może być to związane z samym kolorem, ponieważ w przeszłości miałam cienie innej firmy o podobnej kolorystyce i zachowywały się w zbliżony sposób. 
     Cienie metaliczne również mają bardzo przyjemną konsystencję, przy czym jasny i średni wypadają nieco lepiej i mają "gładszą" formułę, niż bardziej brokatowy ciemno-czerwony kolor. Najlepiej zachowują się nanoszone palcem. Pędzelek nie zawsze dobrze sobie z nimi radzi.




Aplikacja i działanie:
     Kiedy chcę przekonać się o możliwościach danej palety, biorę ją w obroty na kilka kolejnych tygodni i używam dzień po dniu, starając się skorzystać z każdego spośród cieni przynajmniej raz.  Wymusza to na mnie kreatywność, bo staram się wymyślać inne połączenia kolorystyczne i sposoby nanoszenia cieni. 
     Kolorystyka Mauve Obsessions bardzo wpisuje się w mój gust, stąd też zasadniczo nie mam w odniesieniu do niej większych uwag. 




     To, czego mi brakuje, to jaśniejszy i cieplejszy brąz, który mógłby służyć za cień przejściowy. Brąz znajdujący się w środku palety jest bardzo dobry, ale dla mnie osobiście nieco za ciemny i za chłodny. Z kolei beż na mojej i tak jasnej skórze wydaje się praktycznie biały. Radzę sobie z tym sięgając po bronzer (Milk Chocolate Soleil marki To Faced) i rozcierając nim zbyt ostre granice cieni w załamaniu powieki.

     Ciemne kolory, zwłaszcza czerwony brokat, wykazują pewną tendencję do osypywania się, jednak osypany pigment daje się łatwo zmieść z twarzy puchatym pędzlem bez uszczerbku dla makijażu. Cienie są bardzo napigmentowane, łatwe w aplikacji i dobrze się ze sobą łączą na powiece. Maty są niezwykle trwałe i utrzymują się na powiekach bez większych zmian praktycznie cały dzień. Z cieni metalicznych w miarę upływu czasu osypują się na policzki srebrzyste drobinki brokatu, co jak sądzę jest względnie normalne.
     

Skład:


Czy polecam:
     Z jakościowego punktu widzenia, tak. Jest to niewątpliwie bardzo udana paletka i miałam jak dotąd całkiem sporo frajdy z jej używania. Uważam jednak, że bardziej sprawdzi się do makijażu wieczorowego i wyjściowego, niż dziennego w tradycyjnym ujęciu. Kolory skomponowane są w taki sposób, że bez większych trudności da się nimi wyczarować przepiękny makijaż na specjalną okazję. Makijaż dzienny paradoksalnie jest tutaj większym wyzwaniem, bo wysoka pigmentacja ma bezpośrednie przełożenie na intensywność koloru na powiece. 
     Nie zrozumcie mnie źle, jak najbardziej da się to zrobić, bo z powodzeniem maluję się do pracy niemal wyłącznie tą paletką od ponad miesiąca. Po prostu trzeba się przy tym nagłówkować nieco bardziej niż normalnie. Jeśli Wam to niestraszne, będziecie mieli z Mauve Obsessions wiele radości.






Znacie markę Huda Beauty? Używaliście jakiegoś kosmetyku z jej oferty?

Pozdrawiam,
Katalina :*


piątek, 16 marca 2018

Czekoladowy herbatnik: Milk Chocolate Soleil

     Bronzery przez długi czas były dla mnie kosmetykami kompletnie zbędnymi. Z początku nie widziałam sensu w używaniu jakiegokolwiek, potem jak już zaczęłam bardzo trudno było mi znaleźć taki, z którego byłabym w 100% zadowolona. Na dłuższą metę każdy czymś mnie zrażał, albo nużył, aż tu nagle trafiłam na Milk Chocolate Soleil od Too Faced i wszystko się zmieniło. 

     Ma kolor, który lubię określać mianem "herbatnikowego", daje bardzo subtelny efekt na twarzy, a przy tym pachnie obłędnie czekoladą! 




Dostępność:
Sephora i sklepy internetowe 

Cena:
139,00 zł

Pojemność:
10 g / 0,35 oz.

Trwałość:
12 miesięcy





Opakowanie:
Klasyczny kompakt / puderniczka. Opakowanie jest okrągłe, plastikowe, w kolorze starego złota, ozdobione delikatnymi ornamentami oraz wytłoczoną nazwą firmy. Wewnątrz znajduje się dobrej jakości i wielkości, praktyczne lusterko. Puderniczkę łatwo otworzyć i zamknąć, także nie grozi nam połamanie paznokci, co bardzo doceniam.



Jeśli zdjęcia wydają się Wam dziwne, to prawdopodobnie dlatego, że prezentują bronzer na kilka dni przed zaliczeniem denka... Wcześniej jakoś nie przyszło mi do głowy, by o to zadbać.


Konsystencja:
Delikatny, gładki prasowany puder o matowym wykończeniu.

Zapach:
Czekoladowy ❤




Aplikacja i działanie:
     Nie ukrywam, że to mój ulubieniec. W chwili, gdy to piszę mam już w nim spory ubytek i całkiem widoczne denko. Używam go praktycznie każdego dnia i czerpię z tego niekłamaną przyjemność! Miałam okazję używać obu wersji czekoladowych bronzerów Too Faced, ale to Milk Chocolate okazał się zwycięzcą. 
     Jest jasny i ciepły w tonacji, co zestawieniu z moją jasną i ciepłą karnacją jest idealnym rozwiązaniem. Przede wszystkim nie muszę się martwić, że zrobię nim sobie krzywdę, bo jest arcyłatwy w aplikacji! Nakłada się równo, jego intensywność można stopniować, jednak generalnie to raczej delikatny kosmetyk. Przepięknie pachnie czekoladą, co dodatkowo pogłębia przyjemność z jego używania. To mój jedyny produkt tego typu i zdecydowanie nie jestem nim znużona, mimo wielu miesięcy jego używania. 

Skład:




Czy polecam:
Jak najbardziej! Jeśli Wasza karnacja jest jasna, w kierunku średniej i lubicie delikatne, ciepłe kosmetyki brązujące, jestem przekonana, że Milk Chocolate się Wam spodoba. Dodatkowo czekoladowy zapach świetnie poprawi Wam samopoczucie!



Pozdrawiam,
Katalina :*


sobota, 22 czerwca 2013

❣I've had the time of my life❣

Hej Misiaki❣

     Zeszłej środy odbył się w moim rodzinnym Gdańsku koncert Bon Jovi. Zespołu, na którym się wychowałam. Jednego z pierwszych, które kiedykolwiek poznałam (ich utwory to jedno z moich pierwszych świadomych muzycznych wspomnień). Jednego z najukochańszych. I zagrali właśnie tutaj. Powiedzcie mi jak tu nie wierzyć w cuda. Zeszłej środy spełniło się jedno z moich marzeń - poszłam na koncert aby obejrzeć i posłuchać ich na żywo.




     Do stadionu dojechałam około 18:00. Zewsząd nadciągały tłumy. Przyznaję, że miałam obawy, czy przy tak licznej publice uda mi się zająć w miarę przyzwoite miejsce. Miałam bilet na płytę, więc mogłam równie dobrze znaleźć się względnie blisko sceny, tuż przy strefie Golden Circle, jak i na szarym końcu płyty, przy jednym z wyjść...
    



     Na szczęście okazało się, że los mi sprzyjał. Do tego stopnia, że praktycznie stałam na podeście barierki oddzielającej strefę płyty od Golden Circle. Tak blisko sceny❣ 
     Tak wyglądał stadion krótko po tym jak weszłam:




     W tle scena w kształcie cadillaca - robiła niesamowite wrażenie nawet bez efektów specjalnych, które pojawiły się później w trakcie koncertu.

     Tak na marginesie dodam, że na trybunach wypatrzyliśmy zespół Kombii (albo kogoś bardzo do nich podobnych). Natomiast kilka metrów od nas bawił się Radzio Majdani ze swoją ekipą. Nie, żebym była jakoś specjalnie przejęta tym faktem - gdyby nie koleżanka, pewnie w ogóle bym go nie zauważyła.





     Około 18:30 pojawili się chłopaki z zespołu IRA. Zagrali kilka swoich hitów i całkiem nieźle udźwignęli ciężar gatunkowy bycia supportem muzycznej legendy. Bardzo mi się podobało. Artur Gadowski nie zawiódł wokalnie, a przy okazji wpadł mi w oko gitarzysta, Piotr Konca ;)






A punktualnie o 20:00 na scenę wyszli i ekstazę wywołali...









     Prawie w komplecie, bo bez Richiego Sambory. Początkowo informacja ta była dla mnie negatywnym zaskoczeniem, jednak Phil X, kanadyjski gitarzysta, który zastępował Samborę podczas koncertu okazał się prawdziwym zjawiskiem❣ Fantastycznie gra, ma świetny głos, a przy okazji niezłe z niego ciacho❣
     Na tym etapie zapewne większość z Was zdążyła się zorientować, że mam słabość do gitarzystów ;) Ale wróćmy do tematu❣


Raise your hands!



     Koncert od początku przebiegał z niesamowitej atmosferze! Zespół miał na twarzach szerokie uśmiechy - przy czym perkusista Tico Torres robił przy okazji masę genialnych min :D Jon zagadywał publiczność, która reagowała na niego ultra żywo i mega głośno. W pewnym momencie na trybunie pojawiła się flaga. Jon śpiewając wskazał ją ręką i roześmiał się. 
     Nie pamiętam już ile piosenek wykonali, ale pojawiły się stare i nowe hity - wszystkie których osobiście pragnęłam wysłuchać, zatem jako fanka czułam się dopieszczona i zaspokojona ;) W ogóle to co rzuciło mi się w oczy i uszy to fakt, że gwiazdy takiego kalibru jak Bon Jovi przyjechały do nas i... nie gwiazdorzyły❣ Potraktowali polskich fanów jakby tego konkretnego wieczoru byli najważniejszą publiką na świecie. A my odwdzięczyliśmy się śpiewając z nimi, klaszcząc, machając rękami, piszcząc jak opętani. Aż dziwne że nie zdarłam sobie tamtego wieczoru gardła.



Phil X mrrrr ^__^


Jon daje czadu.

Cała ekipa na scenie

Keep the Faith

Phil wydobywał z gitary muzyczną magię...

Moja nowa tapeta... :D



     Z ciekawostek, w jednej z piosenek pierwszą zwrotkę zaśpiewał... Dave Bryan - klawiszowiec. I co ciekawe, ma naprawdę fajny głos❣
     
     Kiedy skończyła się główna część koncertu, zgasły światła i zespół zszedł ze sceny. Tłum fanów zebrany na stadionie zapalił białe światełka na trybunach i czerwone na płycie - to był znak że CHCEMY BISÓW❣ Skandowaliśmy: "BON-JO-VI❣ BON-JO-VI❣" tak długo, aż do nas wrócili. A gdy wrócili, Jon przebrany był w koszulkę polskiej reprezentacji :D Tłum oszalał.




     W pewnym momencie kamera zrobiła najazd na pierwsze rzędy i chłopaka z kartką rozciągniętą nad głową. Na kartce było napisane, że jest tu z dziewczyną, ma w kieszeni pierścionek zaręczynowy i jeśli Jon zaśpiewa "Never say goodbye", oświadczy jej się. Co zrobił Jon? Powiedział "Widzę cię, stary", roześmiał się, wziął gitarę akustyczną i zaśpiewał :) Chłopak padł na kolana, dziewczyna była wniebowzięta, a do i tak magicznego koncertu dołożono kolejną magiczną cegiełkę.
     Po koncercie Jon rzucał ze sceny przedmiotami, które przyfrunęły tam od początku występu: kwiatami, piłką, nawet stanikiem (haha, wiedziałam, że pofrunie czyjś stanik, po prostu wiedziałam).

     A kiedy z bolącymi, poodgniatanymi stopami, trzeszczącym krzyżem, zgrzana jak mysz i półgłucha opuszczałam stadion, czułam się niesamowicie szczęśliwa. Koncert był fenomenalny❣ Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek nadarzy się okazja by to powtórzyć, ale nawet jeśli nie, to i tak wspomnienia z 19. czerwca 2013 pozostaną na zawsze w mojej pamięci.



Ściskam,
Kat :*


środa, 15 sierpnia 2012

Czarujące Świętokrzyskie

Hej Misiaki!

    Obiecałam wytłumaczyć się ze spadku aktywności na blogu. Otóż, jak już wspomniałam urlopowałam się. Wyjechałam do przyjaciół mieszkających w Kielcach, gdzie spędziłam kilka absolutnie fantastycznych i niezapomnianych dni! Droga była długa i męcząca, ale nie żałuję ani minuty! Wiecie jak to jest, kiedy po nieznośnie długim czasie możecie spotkać się z bliskimi osobami, pogadać, pożartować i totalnie się odstresować :). A przy okazji okazało się że okolica ma do zaoferowania całe mnóstwo atrakcji! Świętokrzyskie jest doprawdy czarujące!
     Gdzie byliśmy? Co zwiedziliśmy?

     Na pierwszy ogień poszedł jeden z najpiękniejszych obiektów jakie kiedykolwiek widziałam - ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe.




     Marzyłam żeby go zobaczyć, odkąd dowiedziałam się o jego istnieniu kilka lat temu. I powiem Wam, że na żywo wygląda o wiele bardziej majestatycznie niż na zdjęciach, chociaż smutno się robi na duszy widząc jak bardzo zniszczony jest cały obiekt. Mam cichą nadzieję, że ktoś zadba o niego póki jest jeszcze czas, bo zbrodnią byłoby pozostawić go na pastwę losu.


Ciekawa prawidłowość - ciągnie mnie wszędzie tam gdzie widzę "zabronione" :P

     W sumie, na zamku spędziliśmy ładnych kilka godzin! Wchodziliśmy wszędzie tam, gdzie tylko byliśmy w stanie... A czasem nawet i tam, gdzie nie byliśmy w stanie - w myśl zasady "JA NIE DAM RADY?!"


     ... nie zawsze w 100% na serio ;)



     Wchodziliśmy do niewielkich pomieszczeń...


... jak i wielkich sal.


Tropiliśmy dawnych właścicieli zamku na tablicach wmurowanych dookoła dziedzińca...


Przemykaliśmy korytarzami większymi...


... i mniejszymi.



     Nawet piwnicom nie daliśmy spokoju. Czy aby na pewno zamek nie jest nawiedzony? Słowem, weszliśmy wszędzie tam, gdzie tylko znaleźliśmy wejście. Nie obyło się bez atrakcji, mianowicie tak się złożyło, że trafiliśmy na... plan filmowy. Akurat kręcono kilka scen do "Gabriela" (trafi do kin w 2013r.). 
     A propos planów filmowych. Wiedzieliście, że na zamku Krzyżtopór jeden z teledysków kręciła Justyna Steczkowska? :)

     Kiedy już opuściliśmy Ujazd, okazało się, że w okolicy Kielc znajdują się jeszcze jedne piękne i warte zwiedzenia ruiny. I tak trafiliśmy na Podzamcze Piekoszowskie, gdzie stoją pozostałości po pałacu magnackim Jana Aleksandra Tarły. Miejsce doprawdy magiczne, jednak zdewastowane do granic możliwości. Krążą na jego temat legendy, jakoby gdzieś w podziemiach był ukryty skarb. Być może, jednak jedynymi skarbami jakie udało nam się znaleźć były "XX wieczne freski naścienne" i góry śmieci. A jednak mimo tego wszystkiego obiekt mnie zachwycił. 

Widok od frontu

Tył posiadłości

Widok z boku

      Również i tutaj musieliśmy liczyć się z nadprogramowymi gośćmi, przy czym tym razem nie była to ekipa filmowa, a grupa nastolatek cykająca sobie "słit focie"... Niezależnie od wszystkiego, wrażenia ze zwiedzania - niesamowite!

Tam dalej kiedyś była podłoga... Do dzisiaj pozostał niestety tylko portal wejściowy wieńczący klatkę schodową z rozpadającymi się schodami.


Tak wygląda główne wejście do pałacu. Niesamowicie malownicze!


A tak prezentuje się jedna z czterech wież.

     Bardzo chcieliśmy wejść na wyższe kondygnacje, jednak schody, które niegdyś były zlokalizowane w dwóch z czterech wież rozpadły się. Nigdzie nie znaleźliśmy w miarę bezpiecznej drogi, którą moglibyśmy dostać się na górę, jednak jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, żeby tam wrócić zdecydowanie coś wymyślimy!
     Kiedy tak chodziliśmy, nie sposób było uciec od myśli w stylu "ciekawe jak ten pałac wyglądał zanim popadł w ruinę". I wiecie co? Nie musieliśmy się domyślać! Tak się bowiem składa, że pałac magnatów w Podzamczu Piekoszowskim jest zminiaturyzowaną kopią Pałacu Biskupów Krakowskich znajdującego się w samym centrum Kielc!

     Jest z tym związana pewna zabawna historia. Otóż pewna anegdota głosi, że podczas jednej z imprez zorganizowanych przez biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika ów odrzucił zaproszenie Jana Aleksandra Tarły, mówiąc pogardliwie, że "po chałupach nie jeździ". Urażony magnat miał jakoby wynająć tego samego architekta, który projektował pałac biskupa i powierzyć mu budowę swojej posiadłości. Ciężko stwierdzić ile prawdy jest w tej historii, nie mniej jednak podobieństwo obu obiektów jest bezdyskusyjne!

     Kolejnym miejscem, które zwiedziliśmy była Karczówka czyli wzniesienie znajdujące się na południowy zachód od centrum Kielc. Mieści się tam klasztor pobenedyktyński, którym aktualnie opiekują się księża pallotyni. Ze wzniesienia roztacza się malowniczy, zapierający dech w piersiach widok.


     Na koniec trafiliśmy do Kadzielni. Byłam zszokowana tym, że można znaleźć takie miejsce praktycznie w samym centrum miasta! Najbardziej wpadła nam w oko tzw. Skałka Geologów, niestety nie mogliśmy wdrapać się na samą górę, bo jakaś para postanowiła się tam "zagnieździć".

Skałka Geologów w Kadzielni

Nie-do-końca-lokalna czarownica...
     Trochę mi szkoda, że nie trafiliśmy na Łysą Górę. Coś czuję, że poczułabym się tam jak w domu ;) Tak pokrótce prezentują się moje świętokrzyskie wojaże. Fantastyczna podróż! Najlepsze towarzystwo, jakie mogłabym sobie wymarzyć! Niezapomniane wrażenia! To zdecydowanie jeden z moich najlepszych urlopów i ogólnie wyjazdów wakacyjnych od lat!

A Wy jak spędzacie lato?