niedziela, 18 lutego 2018

Uriage Eau Thermale - zestaw dermokosmetyków na bazie wody termalnej

     Z dermokosmetykami mam problem, ponieważ rzadko po nie sięgam... Mogłoby się wydawać, że na tym etapie, mając te 18 lat + vat na karku oraz prowadząc od kilku lat bloga około-kosmetycznego, będę miała dość duże pojęcie na ten temat. 
     W praktyce zazwyczaj wyglądało to tak, że kupowałam sobie konkretny produkt, zużywałam go i nigdy nie odczuwałam potrzeby by do niego wracać, ponieważ nie byłam w stanie zaobserwować na tyle widocznej pozytywnej różnicy w działaniu dermokosmetyku, w porównaniu z jego drogeryjnym odpowiednikiem. Zdarzało się też, że dany kosmetyk kompletnie się u mnie nie sprawdził. 




     M.in. z tego powodu rzadko podejmuję na blogu temat dermokosmetyków. Tym razem prowodyrką wpisu okazała się moja matka chrzestna, która w prezencie gwiazdkowym podarowała mi fantastyczny zestaw kosmetyków marki Uriage. Wybór, którego dokonała był o tyle trafny i idealny dla mnie, że nie zawierał kosmetyków nakierowanych na konkretny typ cery, czy też problemy / potrzeby skórne.




     Nie będzie to tradycyjna recenzja, a raczej krótka prezentacja i omówienie moich spostrzeżeń po niemal dwumiesięcznym używaniu produktów z pudełka, a są to:
1) Woda Termalna
2) Chusteczki do demakijażu
3) Emulsja do mycia twarzy i ciała
4) Pomadka ochronna do ust






WODA TERMALNA

    Kosmetyk z założenia ma łagodzić podrażnienia, a także przywracać odpowiedni poziom nawilżenia naskórka. Zawarty w wodzie mangan dodatkowo ma wykazywać działanie antyrodnikowe, hamując procesy starzenia. W efekcie skóra powinna stać się bardziej miękka, elastyczna, pełna blasku oraz witalności.
     Ciężko mi się odnieść do powyższych obietnic, ponieważ nie sięgam po kosmetyki tego typu każdego dnia. Traktuję je bardziej jako wspomagacze, lub też doraźną pomoc w nagłych wypadkach. Zgadzam się jednak, że przyjemnie orzeźwia, koi podrażnienia i pomaga regulować poziom nawilżenia skóry. Dobrze się sprawdza w połączeniu z innymi zabiegami pielęgnacyjnymi, jak choćby peeling, czy maseczki. Używam jej też w połączeniu z innym produktem z zestawu, którym są...





CHUSTECZKI DO DEMAKIJAŻU

     Z mojej perspektywy to najsłabsze ogniwo zestawu... I trochę mi szkoda, bo po chusteczki do demakijażu sięgam często i regularnie, więc wiązałam z nimi duże nadzieje. Podstawowy zarzut jaki względem nich mam sprowadza się do tego, że są po prostu strasznie suche. Zdecydowanie zbyt suche, by używać ich do demakijażu. Stąd też używam z nimi wody termalnej.
     Generalnie jednak stosuję je w innym celu niż demakijaż. Usuwam swatche, czyszczę wstępnie pędzle, albo opakowania kosmetyków, usuwam pozostałości masek i peelingu z twarzy. Zużyję je z pewnością, jednak nie sądzę bym miała do nich kiedykolwiek wrócić.






EMULSJA DO MYCIA TWARZY I CIAŁA

     Ciekawy produkt, który bardzo polubiłam! Używałam go do ciała, ponieważ mam już sprawdzony i bardzo przeze mnie lubiany "system demakijażowy". 
     Emulsja jest biała i lejąca - wygląda jak nieco gęściejsza wersja mleka. Ma przyjemny, nienachalny ale charakterystyczny kosmetyczny zapach. Bardzo dobrze się pieni. Stosowana jako żel / emulsja pod prysznic fantastycznie oczyszcza ciało, nie pozbawiając skóry jej "płaszczyka ochronnego". Mam na myśli to, że po wyjściu spod prysznica ani razu nie miałam wrażenia, że moja skóra jest ściągnięta, wysuszona, czy też desperacko woła o balsam. 
     Również samo opakowanie jest całkiem praktyczne i estetyczne, także z mojego punktu widzenia - zdecydowanie udany kosmetyk!









POMADKA OCHRONNA DO UST

     Kilka lat temu, po tym jak dostałam okropnego uczulenia od pomadki ochronnej Avene, konsekwentnie omijałam sztyfty innych marek podobnego formatu... Trochę na wyrost, ale wierzcie mi, to było naprawdę nieprzyjemne i bolesne doświadczenie. Z tego powodu miałam duże obawy sięgając po pomadkę Uriage - zwyczajnie nie wiedziałam czego się spodziewać i bałam się powtórki z rozrywki. 
     Ku mojej ogromnej radości, wszelkie obawy okazały się niepotrzebne. Jest to bardzo przyzwoity sztyft ochronny, którego używam po wielokroć każdego dnia (stanowi obecnie podstawę mojej pielęgnacji ust). Nie jest to może nic szczególnie odkrywczego, ot wazelinowa pomadka z dużą zawartością parafiny w składzie, jednak jeśli tak jak ja macie niekończące się problemy ze spierzchniętymi ustami, będziecie w stanie docenić jej kojące właściwości.




     Słowem podsumowania, pomijając nieszczęsne chusteczki do demakijażu, jestem z zestawu Uriage bardzo zadowolona. Moim ulubieńcem okazała się zwłaszcza emulsja do mycia, a zaraz po niej pomadka ochronna. Po wodę sięgam rzadziej, ale przewiduję, że im cieplej będzie za oknem, tym więcej zastosowań dla niej znajdę.

     Jaka jest Wasza opinia na temat dermokosmetyków? Sięgacie po nie częściej niż po ich drogeryjne odpowiedniki? A może kompletnie nie trafiają w Wasze gusta / potrzeby?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


niedziela, 11 lutego 2018

Maybelline The Eraser Eye Instant Anti-Age

Witajcie ponownie!

     Bohater dzisiejszego wpisu ma absurdalnie długą nazwę, której nijak nie umiem powtórzyć z pamięci, za to wszyscy go kojarzą - wystarczy powiedzieć "ten korektor z gąbeczką"... To tak tytułem wstępu ;)

     W swoim czasie był to jeden z kosmetyków, na temat którego powstawało mnóstwo wpisów i filmików i w zasadzie każdy miał pozytywny wydźwięk. Pech chciał, że korektor ten nie był wówczas dostępny w Polsce, więc o jakichkolwiek testach nie było mowy. Kupiłam go na jednym z wyjazdów, długo po tym jak szaleństwo na jego punkcie opadło. Nie ukrywam, że miałam wysokie oczekiwania, biorąc pod uwagę wszystkie pozytywne opinie, z jakimi się zapoznałam.




Dostępność:
Aktualnie jest to produkt ogólnodostępny, zarówno stacjonarnie jak i w sieci.

Cena:
W zależności od miejsca cena waha się od około 25 do 47 zł

Pojemność:
6,8 ml

Trwałość:
6 miesięcy




Opakowanie:
     Jego najbardziej charakterystycznym elementem jest oczywiście gąbkowy aplikator, który w zamyśle pewnie miał ułatwiać nanoszenie i jednocześnie rozcieranie kosmetyku na twarzy. Wiele osób narzekało, że na dłuższą metę takie rozwiązanie jest niehigieniczne i usuwało gąbkę we własnym zakresie. Sama tego nie zrobiłam, choć przyznaję, że czasami brałam to pod uwagę. 
     Aby wydobyć korektor ze środka "ukręcamy" gagatkowi szyjkę, dzięki czemu aktywujemy próżniową pompkę w środku (pewnie jest na to jakieś fikuśniejsze, lub bardziej "akuratne" określenie, jednak dla potrzeb tej recenzji poprzestańmy przy pompce).
     Wracając do gąbki, muszę wspomnieć, że na dłuższą metę zarówno ona, jak i zakrywająca ją skuwka stają się coraz bardziej ufajdane, co niestety nie wygląda najpiękniej na świecie...




Konsystencja:
Lekka i dość nawilżająca. Nie zastyga pod oczami, co niestety ma ujemny wpływ na trwałość korektora i jego tendencje do migrowania w załamania skóry.

Aplikacja i działanie:
     Kwestię aplikacji poruszyłam już wyżej, przy okazji kontrowersyjnej gąbki. Działanie obiecane przez producenta w skrócie sprowadza się do kamuflowania cieni pod oczami i drobnych zmarszczek. 
     W recenzjach, na jakie trafiałam zanim sama wypróbowałam ów korektor, nieodmiennie słyszałam jaki to jest wspaniały i jak cudownie kryje wszystko co się rusza... Nie wiem w jakim stopniu odnosi się to do innych dostępnych odcieni, jednak kolor Light, który miałam był w najlepszym razie średnio kryjący. Mam umiarkowanie widoczne cienie pod oczami, co wynika po części z mojego wieku, po części z chronicznego niewyspania. Korektor Maybelline niestety nie podołał w moim przypadku. Byłam naprawdę rozczarowana efektem biorąc pod uwagę zachwyty na jego temat. 
     Domyślam się, że skoro u osoby takiej jak ja, która nie ma ponadprzeciętnych problemów z podkrążonymi oczyma Eye Eraser się nie sprawdził, dla kogoś poszukującego konkretniejszego kamuflażu okaże się bublem.




Czy polecam:
     To kosmetyk o lekkim, ewentualnie średnim stopniu krycia. Jeśli borykacie się z jakimikolwiek problematycznymi strefami, które chcielibyście skorygować, obawiam się że Eye Eraser sobie z tym nie poradzi. U mnie się nie sprawdził i nie zamierzam do niego wracać.


     W ten oto sposób rozprawiłam się z kolejnym "kultowym" kosmetykiem i raz jeszcze stwierdzam, że "nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy chłop z widłami to Posejdon" ;)

Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 4 lutego 2018

Od zmierzchu do świtu... Nabla Dusk

     Kosmetyki Nabla są raczej niszowe na polskim rynku. Podejrzewam, że jeśli ktoś nie zagląda do blogosfery prawdopodobnie nigdy nie słyszał o tej firmie, a szkoda, bo ofertę mają całkiem interesującą! Wcześniej wspominałam Wam już o ich palecie cieni "Dreamy", którą miałam okazję się pobawić, natomiast dzisiaj chciałabym dodać kilka słów odnośnie wodoodpornego cienia w kremie w kolorze "Dusk".




Dostępność:
Sklep internetowy Minti

Cena:
49,90 zł




Pojemność:
5 ml / 0,17 fl oz

Trwałość:
6 miesięcy





Opakowanie:
Proste, ale bardzo "atrakcyjne wizualnie", jeśli mogę tak to ująć. Ma postać plastikowego zakręcanego pojemniczka. Bordowa nakrętka wyjątkowo wpasowuje się w moje preferencje. Napisy nie ścierają się z upływem czasu, zaś kartonowe opakowanie zawiera wszystkie niezbędne informacje. Producent pomyślał o wszystkim.

Konsystencja:
Ciekawa, bo niby kremowa ale jednak piankowo-kremowa. Formuła jest lekka i przyjemna.




Aplikacja i działanie:
     Mimo że na opakowaniu jest informacja o tym, że produkt jest długotrwały i wodoodporny, zawsze mam podświadomą obawę, że na powiece będzie się zachowywać w niewłaściwy sposób, toteż początkowe testy były z mojej strony podszyte nieufnością. Niesłusznie! 
     Zupełnie szczerze muszę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych kremowych cieni, jakich miałam okazję używać. Nie tylko bardzo łatwo się nanosi i rozciera, ale również trzyma się powieki przez cały dzień bez żadnych niespodzianek typu rolowanie, przecieranie, czy osadzanie w załamaniach. 
     Używałam go solo, jak również w charakterze kremowej bazy i w obu przypadkach sprawdził się genialnie. Kolor "Dusk" to złoto-różowy duochrome, więc jest idealny gdy chcemy zrobić szybki makijaż, ale sprawiać wrażenie, że starałyśmy się bardziej niż można by przypuszczać ;)

Skład:




Czy polecam:
Tym razem bez żadnych "ale" i z pełnym przekonaniem mogę napisać, że tak!

środa, 10 stycznia 2018

Orgazmatycznie

     Kolejny wpis i kolejny produkt o statusie kultowego... Chyba każda z nas mniej lub bardziej otwarcie zastanawia się nad możliwością sprawdzenia kosmetyku, o którym słyszy raz po raz z każdej możliwej strony. Jednym z takich kosmetyków był dla mnie róż marki Nars o jakże chwytliwej nazwie Orgasm. Nawiasem mówiąc podejrzewam, że wspomniana nazwa miała niemały wpływ na sukces komercyjny tego różu.





Dostępność:
Perfumerie Sephora, drogerie internetowe.

Cena:
Rozpiętość cenowa jest spora, ale uśrednię ją do 150zł. Niemało jak a jeden róż, nieprawdaż?

Pojemność:
0,16 Oz. / 4,8 g

Trwałość:
24 miesiące




Opakowanie:
Określiłabym je mianem minimalistycznego, eleganckiego i funkcjonalnego. Jest wykonane z czarnego, jakby gumowanego plastiku, przy czym nie brudzi się jak inne mu podobne, a wszelkie napisy mimo upływu czasu pozostają nienaruszone. Swoją sztukę mam od wielu, wielu miesięcy i opakowanie wciąż wygląda niemal jak nowe. Zapięcie działa sprawnie, nie zacina się, nie odpina samo, nie łamie paznokci (jak sporo innych ma w zwyczaju). Wewnątrz znajdziemy także funkcjonalne lusterko. 




Formuła:
Jest to oczywiście puder prasowany o dość suchej konsystencji i jeśli mam być szczera, średniej pigmentacji. Jest to klasyczny duochrome w odcieniu rose-gold przetykany złotymi drobinkami. 




Aplikacja i wykończenie:
Aplikacja jest bezproblemowa. Jak wspomniałam, róż nie powala pigmentacją, zatem nawet początkująca osoba sobie z nim poradzi. Warto jednak trzymać rękę na pulsie, bo intensywność łatwo jest zbudować, a tym samym przesadzić z rumieńcami. Perłowe wykończenie z drobinkami może okazać się nieodpowiednie dla osób mających problemy z widocznymi porami skóry, lub fakturą. Odcień prawdopodobnie lepiej zgra się z ciepłymi typami urody. To co mnie osobiście rozczarowało to trwałość różu na twarzy. Po upływie jakichś 4 godzin od nałożenia praktycznie znika... Nie jest to najlepszy wynik, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę półkę cenową.

Skład:




Czy polecam:
Zupełnie szczerze jestem zdania, że Narsowy Orgasm jest przereklamowany. To w najlepszym razie orgazmik. Nie powalił mnie ani trwałością, ani wykończeniem, czy formułą. Nie jest zły, jednak zdecydowanie nie plasuje się w czołówce tego, co ma nam obecnie do zaoferowania rynek kosmetyczny (również drogeryjny!). Jeśli podobają się Wam odcienie w tym stylu, zdecydowanie bardziej polecam wypróbowanie Rose Gold marki Sleek. Odcienie nie są co prawda identyczne (Nars jest bardziej różowy, Sleek łapie więcej złotych tonów), jednak pigmentacja, trwałość, formuła i cena przechylają jak dla mnie szalę na korzyść marki Sleek.


Pozdrawiam,
Katalina :*

poniedziałek, 1 stycznia 2018

MakeUp ForeverUltra HD

     Internety kuszą. Nie jestem w stanie policzyć ile to już razy zostałam zachęcona do wypróbowania tego, czy innego kosmetyku po obejrzeniu czyjejś recenzji w sieci. I zasadniczo szeroki dostęp do tego typu opinii jest fajny, jednak należy pamiętać, że czasami jest to po prostu kolejna moda, czy "hype" (jakże popularne w anglojęzycznych internetach słowo!). 
     Aby nie uciekać za bardzo na boki w swoich wywodach (a musicie wiedzieć, że bardzo mnie kusi!), przejdę od razu do sedna: naoglądałam się filmików recenzujących podkład MakeUp ForeverUltra HD i po dość długim czasie zastanawiania się, postanowiłam sama go wypróbować.




Dostępność:
Sieć Sephora, wiele innych drogerii stacjonarnych i internetowych

Cena:
Około 199zł




Pojemność:
30ml

Trwałość:
12 miesięcy

Opakowanie:
Solidne, tworzywowe, z pompką. Wygląda estetycznie i zapewnia wysoki komfort używania. Całość jest dość wysoka, co może przysparzać pewnych kłopotów, jeśli np chcielibyście postawić podkład w szufladzie, jednak to drugorzędna sprawa. Pompka jest funkcjonalna, nie zapycha się. Napisy nie ścierają się z opakowania, nic się nie wylewa. Ogólnie patrząc nie ma się do czego przyczepić.



Konsystencja:
Płynna. Ani zbyt kremowa, ani lejąca się, jednak zdecydowanie skłania się w stronę rzadszych formuł. Dobrze współgra z pompką.




Aplikacja i działanie:
Po tylu pozytywnych opiniach, jakie miałam okazję przeczytać, lub obejrzeć w sieci, spodziewałam się naprawdę bardzo dobrego produktu... Mam jednak wrażenie, że wszystkie one były nakierowane na inny typ cery niż mój własny. Dla niewtajemniczonych, mam mieszaną cerę, ze skłonnością do naprawdę konkretnego przetłuszczania się w strefie T, za to nad wyraz przesuszonej na policzkach. Z moich spostrzeżeń wynika, że po około 3-4 godzinach od aplikacji, moje czoło i broda zaczynały się świecić i wymagały ingerencji bibułek matujących. Podkład stosunkowo dobrze znosił poprawki makijażu, jednak bez nich nie utrzymałby się zbyt długo na takiej cerze jak moja. W porównaniu z podkładami przeznaczonymi dla cer tłustych, czy mieszanych, ten konkretny nie sprawdził się na tyle dobrze, jak sugerowałaby to cena. Nie udało mu się przebić mojego ulubieńca (Revlon ColorStay) pod względem trwałości. Muszę jednak wspomnieć, że prezentuje się wyjątkowo ładnie na twarzy! Wygląda naturalnie, nie daje efektu maski, a przy tym zapewnia naprawdę przyzwoite krycie! Także o ile nie macie problemów z nadmiernie przetłuszczającymi się strefami twarzy, mogę Wam śmiało polecić ów podkład.

Skład:




Czy polecam:
To naprawdę dobry i przyzwoity podkład, pod warunkiem, że nie macie problemów z przetłuszczającą, lub mieszaną cerą. Niestety sama nie mieszczę się w wyżej wymienionej kategorii, jednak widzę, że dla dziewczyn, które mają cerę normalną, lub suchą, ów podkład może okazać się naprawdę dobrą alternatywą! 

Pozdrawiam,
Katalina



niedziela, 17 grudnia 2017

Nabla "Dreamy"

     Po paletę "Dreamy" marki Nabla sięgnęłam spontanicznie, skuszona pięknymi zdjęciami i kolorystyką cieni. Udało mi się capnąć ją tuż po tym, jak pojawiła się w sklepach, w promocyjnej cenie. Moje zdanie na jej temat przypominało sinusoidę i dopiero po wielu testach i rozmaitych kombinacjach doszłam do ostatecznego wniosku, którym chciałabym się dzisiaj z Wami podzielić.




Dostępność:
Mocno ograniczona. Najłatwiej dostać ją za pośrednictwem sklepu internetowego Minti, choć przeważnie jest wyprzedana.

Cena:
159,90zł

Pojemność:
12 cieni o łącznej masie 11g / 0,39oz

Trwałość:
18 miesięcy





Opakowanie:
Tekturowe, z magnetycznym zamknięciem, zapakowane dodatkowo w tekturowy "rękaw". Zawiera bardzo dobrej jakości lustro rozmiaru palety. Wizualnie nie ma się do czego przyczepić, jest estetycznie, ładnie i schludnie. Dominuje czerń urozmaicona metalicznymi gwiazdkami i konstelacjami. Z tyłu palety mamy szczegółowe informacje co do składu cieni, możemy także przeczytać, że jest wegańska i nie testowana na zwierzętach.




Cienie:
* 5 matów:
- Illusion - jasny, ciepły brąz
- Sistina - ciepły, brzoskwiniowo-różany
- Senorita - chłodny, głęboki róż
- Lullaby - chłodny, złamany różem brąz; mauve
- Dogma - czekoladowy brąz
* 6 perłowych metalików z duochromowym zacięciem:
- Immaculate - biało-złoty
- Vanitas - złoto-różowy
- Byzantine - stare złoto z brzoskwiniowym podbiciem
- Metal Cupid - rdzawo-czerwony
- Inception - średni, ciepły fiolet
- Rose Gold - różowo-złoty z rdzawym podbiciem
* 1 metaliczny brokat:
- Delirium - ciemny fiolet z iskierkami




Aplikacja i działanie:
     Wcześniej wspomniałam o tym, że do palety przyciągnęła mnie jej kolorystyka. Kiedy ją w końcu dostałam, moją uwagę w pierwszej kolejności przykuły fiolety i to z ich powodu moją początkową euforię zastąpiło rozczarowanie.
      Delirium, czyli jedyny brokat w palecie i obiektywnie patrząc piękny kolor, jest koszmarny w aplikacji. Zeswatchowany wypada pięknie, podobnie z resztą jak i pozostałe kolory, jednak przy normalnej aplikacji przysparza mnóstwo problemów. Nakłada się nierówno, trzeba go dokładać aby osiągnąć optymalne krycie, ale najgorsze ze wszystkiego jest osypywanie. Osypuje się wprost tragicznie! Jeśli zdecydujecie się użyć go w makijażu przygotujcie się na poprawki, ewentualnie zacznijcie makijaż od oczu, a twarz zostawcie na koniec.
     Drugi z fioletów, Inception, nakłada się już dużo lepiej, równiej i jest bardziej napigmentowany, jednak i tu nie unikniemy osypywania, na szczęście dużo mniejszego niż w przypadku poprzednika. Podobnie zachowuje się najjaśniejszy w zestawieniu Immaculate, jednak tu z racji koloru nie jest to aż tak uciążliwe, czy zauważalne.
     Pozostałe cienie wypadają już o niebo lepiej. Maty są niemal kremowe w dotyku, ciut słabiej wypada jedynie czekoladowa Dogma. Wszystkie są bardzo intensywnie napigmentowane i ładnie współgrają ze sobą na powiekach. Perły / metaliki / duochromy (jak zwał tak zwał) zachowują się jeszcze lepiej - są intensywne, gładko się nakładają, pięknie beldują ze sobą nawzajem.
     To, co mi przeszkadza, to to jak sprawują się w zestawieniu perła + mat. Zauważyłam, że perły wykazują tendencję do "wycierania" się, gdy w ich sąsiedztwie nałożymy odcień matowy. Konieczna jest wówczas ponowna aplikacja cienia. 
     W mojej ocenie cienie zawarte w "Dreamy" wypadają przyzwoicie, chociaż są dość nierówne jakościowo i nieco kłopotliwe w użyciu. Wymagają dodatkowej pracy i czasu, aby zaprezentować się w pełnej krasie.

Czy polecam:
     To zależy od tego, czy jesteście gotowi pójść na pewne ustępstwa. Ogólnie patrząc, paletka zawiera naprawdę pięknie skomponowany zestaw kolorów, jednak jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć, polecam Wam zacząć od makijażu oczu, aby uniknąć późniejszych poprawek.
     Jeśli zamierzacie mieszać tekstury, lepiej zacznijcie od matów, a perły zostawcie na koniec. Poza tymi uwagami Nabla "Dreamy" wypada pozytywnie.


     Ciekawa jestem, czy mieliście okazję używać cieni z Nabli, a jeśli tak, jakie są Wasze odczucia na ich temat?


Pozdrawiam,
Katalina

niedziela, 26 listopada 2017

Nowe nabytki w mojej szufladzie...

     Mam mieszane uczucia patrząc na tytuł. W przeszłości miałam absurdalną jak na minione czasy ilość kosmetyków i uważałam to za coś zupełnie normalnego. Pamiętam nawet, że zarzekałam się, że ostatnie co mi grozi to kosmetyczny minimalizm. Jak dotąd wspomniana teza się sprawdza, jednak na przestrzeni ostatnich 2-3 lat częściej pozbywałam się kolorówki, niż ją nabywałam. 

     Stąd właśnie moja konsternacja, bo dla mnie prezentowane rzeczy zbliżają się ilościowo do kategorii "sporo", natomiast z perspektywy typowego wychowanego na blogach i youtubie zjadacza chleba, nie zrobi to prawdopodobnie jakiegokolwiek wrażenia.

     Palety...




     Palety zawsze były moją słabością, choć wiele z nich na dłuższą metę mnie rozczarowywało. Powyższe kupiłam dość szybko po tym, jak znalazły się w moim zasięgu. 
     Nad Naked Heat zastanawiałam się dłużej, ponieważ miałam w pamięci rozczarowanie Naked 2 i 3, jednak kolorystyka prześladowała mnie do tego stopnia, że się złamałam i jak dotąd nie żałuję. Więcej w temacie napiszę pewnie za jakiś czas, gdy pobawię się nią dłużej.
     Natomiast paleta Nabla Dreamy była kompletnym spontanem. Jak tylko zobaczyłam kolory w niej zawarte pomyślałam, że naprawdę niewiele brak jej do ideału. Kupiłam, użyłam jej parokrotnie i... jestem w kropce, bo moje odczucia są mocno mieszane. O tym również dowiecie się więcej w przyszłości, aczkolwiek szczerze powiem, że spodziewałam się czego innego.


     Cała reszta...




     W kategorii "wszystko inne" wystąpi dziś:

- Pędzel do pudru Inglot 15BJF - kupiony na fali frustracji pędzlem ZOEVA 126 Luxe Cheek Finish, którego fatalnej jakości nienawidzę z pasją! A że kupiłam dwa takie pędzle (bo miałam nadzieję, że pierwszy był po prostu pechowy) i oba są równie tragiczne, toteż piszę to z przekonaniem i pewnością.

- Róż do policzków Inglot #123 z regularnej kolekcji - zwyklaczek o koralowej tonacji, który z założenia ma pasować do wszystkiego.

- Cień Wet n Wild w kolorze Brulee - kolejny zwyklaczek, o którym słyszałam wiele pozytywów. Postanowiłam wypróbować go korzystając z ostatnich zniżek (-50% w Naturze).

- Lakier udający żelowy Wet n Wild w kolorze Lavender Out Loud - chciałam porównać go z Sally Hansen, po cichu licząc, że okaże się lepszy. Lepszej okazji na testy raczej nie będę miała, zatem raz jeszcze skorzystałam z promocji -50% na kosmetyki Wet n Wild.


     Jest jeszcze kilka innych produktów, o których chętnie Wam opowiem, a których nie wymieniłam w powyższym zestawieniu, jednak na wszystko przyjdzie odpowiedni moment. Póki co interesuje mnie czy mieliście do czynienia z którymkolwiek z kosmetyków pokazanych na zdjęciach i jakie są Wasze z nimi doświadczenia?


Pozdrawiam serdecznie i do następnego!
Katalina


niedziela, 12 listopada 2017

Urban Decay "Naked Ultimate Basics"

     Wierzcie lub nie, ale przerwy wybijają z rytmu bardziej niż można by przypuszczać. Nawet jeśli czujecie się w czymś pewnie, im dłuższą przerwę sobie zrobicie, tym trudniej przyjdzie Wam zebrać się w sobie i wejść w swoje dawne buty. Moja przerwa od blogowania trwała ponad rok i mimo że parokrotnie zastanawiałam się nad powrotem, ostatecznie zawsze rezygnowałam. Dzisiaj przerywam milczenie, jednak nie znaczy to, że zamierzam wrócić na stałe. Postanowiłam nie przywiązywać się do żadnej decyzji i po prostu płynąć z prądem tam, dokąd mnie zaniesie. 

     Także teraz, po tym przydługim wstępie, zapraszam Was na część właściwą wpisu, czyli recenzję palety, która jest obecna na rynku kosmetycznym od dawna i zdążyła pozyskać sobie spore grono wielbicielek. Mowa o Urban Decay Naked Ultimate Basics. Swoją dostałam w prezencie od kochanej Kingi niemal rok temu i prezent ów wywołał u mnie niemałą euforię ;)




Dostępność:
Paleta na szczęście jest produktem ogólnodostępnym, nielimitowanym. Można ją nabyć w wielu sklepach internetowych, jak również w sieci drogerii Sephora.

Cena:
Kiedy sprawdzałam ostatnio, aktualna cena palety w Sephorze wynosiła 249 zł.




Pojemność:
Naked Ultimate Basics to 12 cieni po 1,2 g każdy. Mają klasyczny kształt i rozmiar, do którego przyzwyczaiły nas jego siostry z pozostałych wersji Naked.

Trwałość:
24 miesiące





Opakowanie:
Kwadratowe, plastikowe, w kolorze różowego złota, z efektowną strukturą przywodzącą na myśl ni to rozbłysk, ni to pęd powietrza. Wygląda pięknie i wizualnie do złudzenia przypomina metal. Wewnątrz znajduje się świetnej jakości lustro, zajmujące całą powierzchnię klapki. Jest też niesamowicie funkcjonalny i uniwersalny dwustronny pędzelek, który ku mojemu zaskoczeniu stał się jednym z moich ulubieńców. Ogólnie patrząc, opakowanie jest estetyczne i jest bardzo dobrej jakości. Plus za coś, co mam nadzieję, stanie się standardem, czyli trwale wygrawerowane nazwy poszczególnych cieni na opakowaniu.
Jeśli miałabym się czepiać, to trochę żałuję, że firma Urban Decay nie zdecydowała się na takie same wymiary opakowania, co w przypadku pozostałych Naked. Byłoby wówczas dużo łatwiej przechowywać paletę z innymi.




Konsystencja i wykończenie:
Podstawowym założeniem Naked Ultimate Basics było zebranie w jednym miejscu spektrum uniwersalnych dla możliwie największego grona osób neutralnych, matowych cieni. Jedynym niezupełnie matowym cieniem w zestawie jest najjaśniejszy Blow. Reszta jest już zupełnie matowa. 

Aplikacja i działanie:
Wszystkie kolory są niezwykle gładkie i przyjemne w dotyku. Pigmentację mają zazwyczaj bardzo przyzwoitą, przy czym muszę wspomnieć o Lethal (ciemna, brązowawa śliwka), który nakłada się dość nierówno i wymaga od użytkownika większego nakładu pracy. Podobnie jest z teoretycznie czarnym Blackjackiem, któremu bliżej do ciemnej szarości niż prawdziwej głębokiej czerni. Moje generalne spostrzeżenie odnośnie tej palety jest takie, że im ciemniejszy kolor, tym należy się bardziej przyłożyć do równego nakładania i cieniowania. 

Cienie trochę się osypują przy aplikacji, jednak nie jest to bardzo uciążliwe.




Czy polecam:
Patrząc globalnie, jest to bardzo dobra opcja dla kogoś, kto z różnych przyczyn preferuje cienie neutralne, lub też cierpi na ich deficyt ;) 
Znajdziemy tu odcienie cieplejsze i chłodniejsze, więc każdy trafi na coś odpowiedniego dla siebie. Z drugiej strony, prawdopodobnie nie każdy z umieszczonych w palecie cieni znajdzie zastosowanie w Waszym makijażu, wszystko zależy - jak zawsze - od Waszego kolorytu i preferencji. Osobiście rzadko używam bardzo ciemnych kolorów cieni, zatem szarości i czernie zazwyczaj omijam. Przeważnie wybieram sobie jeden, dwa intensywniejsze kolory, których używam do cieniowania zagłębienia, a resztą dopełniam makijaż wedle mojego nastroju danego dnia. 

Neutralność kolorystyki wiąże się z tym, że Naked Ultimate Basics stosowana solo może się szybko znudzić. Można sobie z tym radzić na różne sposoby, jak choćby stosując kolorowe / opalizujące bazy pod cienie, kolorowe eyelinery, lub po prostu sięgać dodatkowo po kolorowe cienie z innych źródeł. 
Pomijając wszystko inne, jest to naprawdę wszechstronna paleta cieni, która niesamowicie ułatwia życie podczas szybkich poranków. Na dowód mogę Wam pokazać jak wygląda u mnie po niemal roku używania:




Od razu widać jakie odcienie idą u mnie w ruch najczęściej ;). Tempted i Commando mają tę zaletę, że nieźle się sprawdzają do... konturowania twarzy i w tym celu zazwyczaj je stosuję.

     Jak widzicie, nie próżnowałam. Z perspektywy czasu mogę zatem powiedzieć, że był to bardzo udany i praktyczny prezent, także pięknie dziękuję, Kingo :*
     Mam świadomość, że opisywana dziś przeze mnie paleta jest już od dawna w obiegu, stąd też podejrzewam, że wiele z Was miało okazję ją wypróbować. Jakie macie z nią doświadczenia?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina


niedziela, 25 września 2016

Anastasia Beverly Hills "Modern Renaissance"

☙  ❦  ❧

     Okres jesienny rozpoczyna zazwyczaj bardzo atrakcyjny kosmetycznie czas. Przeważnie o tej porze roku zaczynają się pojawiać nowości wypuszczane na rynek w kontekście nadchodzących świąt (na zachodzie cała zabawa zaczyna się jeszcze przed świętem dziękczynienia, więc dużo szybciej niż po naszej stronie wielkiej wody). Jednak zanim zaczną nas zalewać świąteczne nowości, chciałabym wrócić na moment do palety, która miała swoją premierę kilka miesięcy temu, mianowicie "Modern Renaissance" marki ABH.





     Jak tylko zobaczyłam ją po raz pierwszy, wiedziałam że będzie moja. Skusiła mnie gamą kolorystyczną, która - jak głosi youtubowa legenda - jest dziełem córki założycielki ABH, zainspirowanej barwami przewodnimi epoki renesansu.

Dostępność:
Sklepy internetowe





Cena:
Około 249zł

Pojemność:
14 cieni po 0,7g / 0,02oz każdy

Trwałość:
6 miesięcy




Opakowanie:
Z mojej perspektywy wysoce niepraktyczne. Paletę wykonano z obitego różowym welurem kartonu. Samo opakowanie jest solidne, wykonane z dbałością o detale takie jak choćby dobre, magnetyczne zamknięcie, przyzwoitej jakości lusterko, efektowne wytłoczenia itd. Problem stanowi ten różowy welur, który prędzej czy później pobrudzi się i/lub powyciera. 
Do palety dołączony jest dwustronny pędzelek. Na odwrocie mamy także dokładną i bardzo szczegółową rozpiskę składników.




Wykończenia:
Tempera - beż, satynowy mat, gładka konsystencja, dobra pigmentacja
Golden Ochre - ciemny, żółtawy beż, mat, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Vermeer - blady róż, perła, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Buon Fresco - chłodny szarawy brąz, mat, dobra pigmentacja, niezły jako kolor przejściowy
Antique Bronze - rdzawy brąz, satyna, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
Love Letter - chłodny burgund, mat, nieco sucha konsystencja z tendencją do pylenia, świetna pigmentacja
Cyprus Umber - ciemna gorzka czekolada, mat, niesamowicie masełkowata konsystencja, fantastyczna pigmentacja




Raw Sienna - ciemny beż / jasny brąz, mat, niezła pigmentacja, dobry jako kolor przejściowy
Burnt Orange - beż złamany pomarańczą, mat, niezła pigmentacja, dobry jako kolor przejściowy
Primavera - kolor szampana, perła, gładka konsystencja, dobra pigmentacja
Red Ochre - czerwony brąz, mat, świetna pigmentacja, odrobinę pyli
Venetian Red - ciepła, winna czerwień, satynowy mat, dobra pigmentacja, pyli
Warm Taupe - jak sugeruje nazwa, ciepły szarawy brąz, mat, gładka konsystencja, bardzo dobra pigmentacja
✵  Realgar - ceglasty, mat, bardzo dobra pigmentacja



☙  ❦  ❧



Aplikacja i działanie:
Jak widać, jest to wyraźnie ciepła w tonacji paleta, skierowana raczej do wielbicieli kolorów jesiennych. Jest na tyle neutralna, by z powodzeniem nosić ją na co dzień, jednak zawiera dodatkowo kilka akcentów kolorystycznych, które pięknie podkreślą każdą tęczówkę (choć moim zdaniem najładniej będzie się prezentowała na zielonych i błękitnych oczach).




Cienie w przeważającej większości są matowe i są to raczej suche maty, które mają tendencję do osypywania się. Noszą się bardzo dobrze, nie gubią koloru, nie zbierają się w załamaniach powiek, dobrze się rozcierają i łączą z innymi cieniami. Odcienie perłowe najlepiej nakładać palcem lub gąbeczką, w ten sposób uzyskamy najlepsze krycie i pigmentację.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z palety "Modern Renaissance". Idealnie wkomponowuje się w moje preferencje kolorystyczne i tryb życia. Z tego co słyszałam, nie jest to limitka, także jeśli tylko się Wam podoba, macie szansę ją upolować :)


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


☙  ❦  ❧