niedziela, 31 sierpnia 2014

A u mnie wciąż pachnie...

Hej Misiaki!

     Mam wrażenie, że powoli staję się monotematyczna - ciągle tylko zapachy i zapachy. Jednak co poradzić, kiedy co rusz ktoś lub coś wiedzie mnie na pokuszenie? Tym razem winowajcą okazała się kolekcja zapachów marki Inglot, którą wypatrzyłam na początku wakacji.




     Kolekcja liczy sobie pięć wariantów zapachowych, spośród których wybrałam dla siebie te zaznaczone poniżej podwójnym znacznikiem. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat konkretnego zapachu, polecam kliknąć na wybraną nazwę, a odnośnik przeniesie Was na stronę firmy:
Green Fruit
Bright Amber
Golden Wood




     Z technicznych szczegółów warto wspomnieć, że producent zapewnia iż są to perfumy nieuczulające, pozbawione szkodliwych składników, jak również nie testowane na zwierzętach. Wielkością / gramaturą odpowiadają cieniom-kostkom Inglota.
     Kosztują 21zł za wkład. Możecie dobrać do nich magnetyczną kasetkę, którą później można wykorzystać ponownie - do perfum, cieni, pomadek... jak wolicie.




     Ponieważ są magnetyczne, można układać je w piramidkę, oszczędzając miejsce. Tak właśnie leżakowały u mnie przez większość czasu.
     Mają tę zaletę, że są lekkie, niewielkich rozmiarów i mają postać stałą, więc nie trzeba się martwić, że coś nam się wyleje w torebce. Magnes trzyma mocno a opakowanie jest solidne, toteż odpada problem samoistnego otwarcia kasetki i ewentualnego rozsmarowania zawartości. Wszystko to razem czyni je niezwykle wygodnym gadżetem w podróży. 




     A co z zapachem? Owszem, jest, jednak nie można nazwać go ekspansywnym. Jest wyczuwalny przez długie godziny po nałożeniu na skórę, jednak to zapach bliski ciału - wyczujecie go z odległości kilkunastu centymetrów, ale już osoby stojące przykładowo pół metra dalej nie poczują wiele. Bywa to plusem lub minusem, w zależności od sytuacji.




     Co sądzę na ich temat? Uważam je za fajną ciekawostkę na rynku kosmetycznym. Cieszę się, że miałam okazję je wypróbować, jednak nie wrócę do nich po ich zużyciu. Zauważyłam u siebie, przy regularnym stosowaniu tych perfum tendencję do drapania się w miejscach, gdzie je rozsmarowałam. Być może to przez ich tłustawą konsystencję? Przypominają mi barwioną, perfumowaną wazelinę i naniesione na skórę natłuszczają ją w pewnym stopniu. A może jednak w samych składnikach kryje się coś co wywołuje u mnie chęć do drapania... nie wiem.




     Tak czy inaczej, choć zapachy są całkiem przyjemne, to nie znajduję w nich niczego na tyle oryginalnego, czy porywającego, bym chciała ponownie do nich wracać. Nie mniej jednak, doceniam fakt, że firma Inglot wyszła poza swój margines bezpieczeństwa i zaproponowała konsumentom coś nowego.
     Teraz czekam na coś w stylu paint potów MACa albo Color Tattoo Maybelline - myślę, że pozycja firmy bardzo by się wówczas wzmocniła.

     Używałyście perfum w kremie Inglot? Co sądzicie na ich temat? A może macie jakieś własne pomysły co do tego, z czym Inglot jako marka mógłby wyjść do konsumentów w następnej kolejności? Może jeśli będziemy wołać wystarczająco głośno, to nas usłyszą ;)


Pozdrawiam ciepło,
Kat :*


sobota, 30 sierpnia 2014

Roczny bilans...

Hej Misiaki!

     Rok temu obcięłam włosy. Była to decyzja spontaniczna i jak dla mnie ekstremalna. Czy jej żałowałam? Czasami tak, a czasami nie. Wciąż uważam, że tego potrzebowałam, choć z perspektywy czasu wiem, że lepiej się czuję z dłuższymi włosami.

     Tak było przed rokiem, tuż po cięciu:




     W tym czasie unikałam fryzjera. Z resztą dalej zamierzam go (jej) unikać, dopóki nie uznam że to absolutnie konieczne. Pewnie już niedługo nie będę miała wyboru, nie mniej póki co obstaję przy swoim. Inna sprawa, że pomijając włosy okalające twarz, które z zasady narażone są na większe uszkodzenia, reszta końcówek wygląda zadziwiająco poprawnie jak na roczną abstynencję od nożyczek. Nie jest doskonale, ale umówmy się - rok bez podcinania mało komu nie zrobiłby różnicy. W każdym razie obecnie moje włosy wyglądają tak:




     Co do ich kondycji, to przyznam, że bywało lepiej. Być może pamiętacie, że kilka miesięcy temu podjęłam decyzję o odstawieniu wszelkich wcierek olejowych. Znużyły mnie, a ich stosowanie okazało się dla mnie uciążliwym obowiązkiem. Nie miałam już ani czasu, ani ochoty paradować 3-4 razy w tygodniu, po 4h z tłustym koczkiem woniącym olejem Khadi, czy inną musztardą, choć niewątpliwie był to szalenie seksowny i nieodparcie pociągający widok.
     W efekcie powrócił mój problem wzmożonego wypadania włosów. Znów sypią się tak jak się sypały i nie działają na to żadne Radicale i Jantary. Wygląda na to, że mamy tu banalnie prostą zależność "coś za coś". 
 
Chcesz mieć spokój i nie rozsiewać kłaków na każdym kroku? Zaprzyjaźnij się z olejem.
 
     I powiem Wam, że rozważam to, bo niestety nie mogę pochwalić się bujną czupryną. Rozważam też udanie się do lekarza - dermatologa, a najlepiej trychologa. Problem w tym, że na wizytę u takowego trzeba czekać w dłuuuuuuugiej kolejce. Pół roku to minimum.
 
     To co zawsze powraca jak bumerang w podobnych sytuacjach to kwestia diety, stresu, odpowiedniej dawki snu, etc. Cóż mogę powiedzieć? Moja dieta nigdy zbilansowaną nie była i prawdopodobnie nie będzie. Jadam nieregularnie. Czasem zdrowiej, czasem daję się ponieść zachciankom. Stres to mój oswojony i wierny przyjaciel. Ze snem mi nie po drodze, choć spać uwielbiam, ale co poradzić, kiedy doba ma tylko 24h a jest tyle rzeczy, którymi można (lub trzeba) się w tym czasie zająć. Sypiam maksymalnie 5,5h na dobę. Dużo? Mało? Pewnie to pojęcie względne.

     Ok, skoro zrezygnowałam z olejów, co w takim razie ostało się na mojej półce? Pielęgnacyjnie przedstawia się to następująco:




     W bezimiennej butelce znajduje się Jantar, który jak wspomniałam nijak na mnie nie działa, ale jak już kupiłam, to zużyję. Przynajmniej mam już pewność, że nie ma sensu po niego sięgać, bo to strata pieniędzy.
     W półlitrowym pudle gigancie jest odżywka SERI, którą kupiłam jakiś czas temu w Naturze. Stosuję ją średnio 1-2 razy w tygodniu, jednak nie widzę jakichś większych efektów. Pięknie pachnie - to jej główna zaleta - jednak jak dotąd jej działanie mi nie zaimponowało. 
 
 
 
 
 
     Galaretkowaty, zielony szampon jest jednym z nowszych produktów Starej Mydlarni. Kupiłam z ciekawości, ale już wiem, że do niego nie wrócę. Nie odpowiada mi jego "zielskowaty" zapach i fakt, że mimo iż obiecuje zahamowanie wypadania włosów, nic takiego nie robi. Nie szkodzi, ale i nie pomaga, a to dla mnie za mało.
 
 
 
 
     To co lubię natomiast, to niewątpliwie kosmetyki z arganowej linii marki Cece. Odżywki używam od dawna i bardzo ją lubię! Serum jest OK, choć buteleczka nie należy do najpraktyczniejszych. Natrafiłam w sieci na opinie, że seria arganowa nie jest jakaś przesadnie fantastyczna, nie mniej u mnie sprawdza się całkiem nieźle.

     W temacie stylizacji jest u mnie bardzo skromnie. Poza lakierem do włosów używam 2-3 kosmetyków:




     Podstawę stanowi Wellaflex 2-Days-Volume. Czasami sięgałam również po inny wariant tego sprayu, mianowicie po Curls & Waves. Również daje radę i chyba nie skleja aż tak włosów. Mimo wszystko wciąż szukam produktu idealnego. Jak zawsze. Wspomagam się suchym szamponem z Dove, który moim skromnym zdaniem jest najlepszym produktem tego typu, z jakim miałam do czynienia. Robi co ma robić i nie bieli włosów, a to jest moją zmorą jeśli chodzi o suche szampony. Przetestowałam ich już sporo i nawet w Batiste znalazłam więcej wad niż zalet. Dove jest tutaj chlubnym wyjątkiem od reguły - bardzo go lubię i jak tylko się kończy kupuję kolejny.

     Słowem podsumowania... Patrząc obiektywnie, moje włosy nie zachwycają, jednak są w o wiele lepszym stanie niż mogłyby być biorąc pod uwagę to, że od roku nie widziały fryzjera. Nie jest źle, choć bywało lepiej ;) Obstawiam, że przetrzymam je jeszcze przez kilka miesięcy, po czym ponownie nawiedzę swoją fryzjerkę i poproszę ją o jakąś miłą dla oka i porannego zegarka fryzurę.
     A póki co będę dumnie nosiła swoje gniazdo takim jakie jest.

Pozdrawiam ciepło, na zakończenie wakacji.
Jak Wam minęły?

Katalina :*


niedziela, 24 sierpnia 2014

Zbliż się do pachnidła, a przesiąkniesz zapachem*

Hej Misiaki!

     Zaledwie wczoraj pisałam Wam o kolorach, tymczasem dzisiaj chciałabym skupić się na zapachach. Jak wiecie, regularnie zaglądam na bloga Sabbath of Senses. Pewnie nikogo nie zaskoczę pisząc, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc w sieci. I chociaż hasło przewodnie wspomnianego bloga to "zmysłowe opowieści o perfumach", to tak naprawdę można tam nakarmić wszystkie zmysły jednocześnie.

     Sama Sabbath już dawno stała się moją zapachową dobrą wróżką, bo dzięki Niej poznałam - wirtualnie i osobiście - wiele fascynujących pachnideł. Nie inaczej było i tym razem! Niedawno jak gdyby nigdy nic zajrzałam do Jej najnowszego wpisu (KLIK), czytam, czytam aż tu na końcu okazało się, że kilku szczęściarzy z refleksem będzie mogło przekonać się na własnym nosie jak pachnie Wonderoud marki Comme des Garcons. I co?




     Spodziewałam się Wonderoud, tymczasem zostałam obdarowana znacznie większą ilością zapachów! Sami zobaczcie:




Jest Wonderoud:



Fantastyczna czwórka autorstwa Serge'a Lutensa:



Smakołyki spod znaku Antonio Visconti, Bottega Veneta, The Different Company i Versace:



Jak również zestaw wód toaletowych Reminiscence:



Plus przemiły akcent!



     Sabbath, brak mi słów! Dziękuję! :*



* Cytat z Talmudu.

sobota, 23 sierpnia 2014

Kolorowy Miszmasz

Hej Misiaki!

     Usiadłam do pisania i zaczęłam się zastanawiać, o czym właściwie powinnam opowiedzieć w pierwszej kolejności. Jest o czym, bo tematów - zarówno urodowych, jak i kompletnie z urodą nie związanych - mam w zanadrzu całkiem sporo. Ale po namyśle doszłam do wniosku, że zanim przejdę do konkretniejszych spraw, usunę z drogi wszelkie drobniejsze, które zazwyczaj prezentowałam w ramach swoich MIX'ów.

     Tym razem, motywem przewodnim jest kolor, ponieważ zdominował wiele dziedzin mojego życia. Przez długi czas byłam zobojętniała na kolory jako takie. Skupiałam się na innych rzeczach. Aż tu pewnego dnia zaczęłam przeglądać na jednym z portali zdjęcia wnętrz - piękne, bogate, nasycone barwy i BUM! Złapałam się na tym, że przez moją głowę zaczęły przelatywać hurtem miliardy myśli i inspiracji. Coś, czego nie doświadczyłam od naprawdę bardzo dawna i szczerze mówiąc myślałam, że już nie doświadczę. 

     Inspiracja.
Zabawna sprawa, stracić inspirację, czy wenę jak kto woli - zwłaszcza kiedy całe życie coś się tworzyło. Ja swoją straciłam dawno temu. Tak dawno, że sądziłam, że już więcej nie wróci. Na szczęście myliłam się. Ale dosyć czczej gadaniny!




     Któregoś dnia weszłam z nudów na stronę Dove i zrobiłam sobie "test" kolorystyczny korzystając z ichniej aplikacji. Cudzysłowu użyłam dlatego, że jak dla mnie sama aplikacja analizuje indywidualną kolorystykę bardzo ogólnikowo, więc ciężko tu mówić o spersonalizowanym rezultacie. W każdym razie wszystko sprowadza się do wyboru na podstawie koloru włosów, cery i oczu trzech kolorów, które teoretycznie najbardziej do nas pasują. Spośród tych trzech internautka wybiera ten, który jest jej najbliższy. W moim przypadku to oczywiście czerwień - mój ukochany kolor!
     Na marginesie dodam, że ostatnie zdanie opisujące czerwień bardzo mnie rozbawiło. "Możesz wydać się zbyt seksowna". No i?... Od kiedy to stanowi problem?

     Pozostając przy czerwieni, wspomnę o zakupie popełnionym podczas jarmarku dominikańskiego:




     Tak się nieszczęśliwie złożyło, że potłukłam swój "pracowy" kubek z rączką w kształcie kota. A że uparłam się, że chcę mieć kubek spersonalizowany, to znaczy oddający w mniejszym lub większym stopniu moją osobowość, zaczęłam się rozglądać za godnym następcą kota. Kiedy znalazłam ten, wiedziałam że poszukiwania się skończyły. Jest czerwony i ma na sobie diabełki. Jesteśmy dla siebie stworzeni! To nie wymaga żadnych wyjaśnień ㋡

     Kubek kupiłam podczas urlopu - pierwszego normalnego urlopu od... roku? Czekałam na tych kilka dni z utęsknieniem, bo ostatnie miesiące solidnie dały mi się we znaki. Udało mi się w tym czasie ponadrabiać nieco zaległości, odpocząć, a nawet poopalać się (tak, nawet mnie się to czasem zdarza). Przy okazji miałam pretekst by sięgnąć po coś, co przeleżało w mojej szufladzie kawał czasu:





     Lubię takie naskórne świecidełka! Zwłaszcza latem. Sprawiają, że skóra pięknie lśni, a ten dodatkowo ma mieć jakoby właściwości łagodzące. Ciężko mi to ocenić, bo moja skóra nie jest podrażniona, jednak używa mi się owego świecia bardzo przyjemnie. Drobinek jest tu cała masa, lecz są one tak niewielkie, że migocząc na skórze, nijak nie przypominają tandetnego brokatu. Mówiąc krótko: lubię!

     Kolejna, wybitnie kolorowa rzecz to coś, co obiecałam pokazać jakiś czas temu, czyli nowe nabytki w mojej lakierowej kolekcji. Ostatnio moja sympatia waha się między lakierami o wykończeniu piaskowym, a najnowszą (choć już nie tak nową) kolekcją Revlon - Parfumerie.



#82 Ładne, dość neutralne złoto.

#69 Zaskakująco delikatnie wygląda na paznokciach! Bardzo go polubiłam.

Duchess. Kupiony na fali poszukiwań piasku w subtelnym kolorze. Mimo delikatnego odcienia bardzo zwraca na siebie uwagę z powodu brokatowych drobinek.

Wild Violets. Na paznokciach ma głębszy kolor, niestety bez drobinek migoczących w buteleczce.


     Lakierów u mnie ostatnio coraz mniej - mój mały zbiorek zamiast rosnąć maleje. Jest to tendencja świadoma i zamierzona. A jednak kiedy widzę jakiś interesujący piasek w neutralnym kolorze, albo oglądam w sieci zdjęcia kolekcji Parfumerie mimowolnie włącza mi się chciejstwo. Wkurza mnie trochę to, że kolekcja Parfumerie licząca sobie bodajże 24 kolory, jest dostępna w naszych sklepach w ograniczonym zakresie, w dodatku ominęło nas kilka naprawdę fajnych kolorów. Gdyby na przykład zastąpiono te szkaradne zielenie (Wintermint i chyba Lime Basil?) absolutnie cudownymi Autumn Spice i Espresso, byłabym więcej niż zadowolona. Ale trudno, trzeba się cieszyć z tego co jest.


Ok, ponarzekałam sobie więc pora kończyć.
Mam nadzieję, że weekend mija Wam w przyjemnej atmosferze.
Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia!

Katalina


niedziela, 17 sierpnia 2014

Ultramaryna

Hej Misiaki!

     W zasadzie jestem dość mocno ukierunkowana kolorystycznie. Wiem, która paleta barw mnie przyciąga i niezmiernie rzadko się zdarza, abym ją zdradziła. Tymczasem jakiś czas temu zapałałam nagłym zainteresowaniem do ultramaryny, koloru tyleż pięknego, co ostrego w swoim bezkompromisowym chłodzie. Na szczęście dobrze się czuję (i wyglądam) w odcieniach chłodnych, stąd też kilka miesięcy temu popełniłam pewien zakup.

     Moim łupem padła kredka Rimmel Scandaleyes w kolorze #014 Bright Blue. Czysty, lodowy prąd. Wspaniały odcień! Żeby było śmieszniej, dokładnie w takim samym kolorze była pierwsza kredka do oczu, jakiej kiedykolwiek użyłam (ech, wspomnienia). Wtedy nakładałam ją na linię wodną oczu i obok tuszu do rzęs i topornego korektora był to cały mój makijaż.

     Od tamtej pory świat poszedł solidnie do przodu, więc kosmetyki są dużo lepszej jakości niż te - o zgrozo! - sprzed 17 lat. Na szczęście również moje umiejętności odrobinę się od tamtej pory poprawiły i w efekcie spod mojej ręki wyszło coś takiego:




     Jest to świetny przykład tego, jak jeden element jest w stanie kompletnie odmienić makijaż. Gdyby nie kreska, byłby to po prostu neutralny, dzienniak z delikatnie zaznaczonym czarną kreską kocim okiem. Mocny, niebieski akcent dodał naszemu kotu pazura, a że to kot dość cywilizowany, to daje się wypuścić między ludzi w biały dzień.




     Oczywiście zamiast ultramaryny można użyć dowolnego koloru, jednak moim zdaniem im bardziej jadowity akcent tym ciekawszy rezultat. 

     Jak się zapatrujecie na kolorowe kreski na oczach? Lubicie się malować w podobny sposób, czy może trzymacie się bezpiecznych neutralnych odcieni? A może zamiast kredek stawiacie na intensywne cienie do powiek? Dajcie znać :)

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*


wtorek, 12 sierpnia 2014

Kraina mlekiem i miodem płynąca

Hej Misiaki!

     Jak już Wam wspominałam, miesiąc temu otrzymałam przesyłkę ze sklepu Mydlany Kredens, a w niej dwa mleczno-miodowe kosmetyki pielęgnacyjne: mydło i masło do ciała. Tak się składa, że zazwyczaj, gdy w moje ręce trafia jakiś produkt z mlekiem i miodem chłonę go ze zdwojoną siłą wszystkimi zmysłami. Jak było w tym przypadku?



Kozie mydło

Dostępność:
Sklep internetowy Mydlany Kredens

Cena:
Brak danych

Pojemność:
Około 100 gram per sztuka

Opakowanie:
Mydło otrzymałam zapakowane w przezroczystą folię, zawinięte jak cukierek – obwiązany uroczymi fioletowymi wstążeczkami. Minimalistycznie, ale w sam raz.




Zapach:
Na zapach składają się mleko, miód i lawenda. Producent opisuje go jako mleczno-lawendowy. Nie wiem czy przychyliłabym się do tej opinii, choć przyznam, że mydło nie pachnie jak typowy mleczno-miodowy kosmetyk, chociaż z drugiej strony próżno szukać tam lawendy jako takiej. Prawda leży jak zwykle gdzieś pośrodku, jednak niezależnie od wszystkiego, zapach jest baaaardzo przyjemny i relaksujący.




Aplikacja i działanie:
      Wśród obietnic producenta doczytałam, że wspomniane mydło poza mlekiem i miodem zawiera również masło shea. Ma zapewniać ukojenie i regenerację skóry, natłuszczać i chronić skórę przed szkodliwym promieniowaniem UVA i UVB. Nie jestem przekonana co do sensowności umieszczania w mydle filtrów, nie mniej jestem skłonna uwierzyć w jego kondycjonujące właściwości.
     Cóż mogę napisać? Mydło powinno myć nie podrażniając. Miło by było, gdyby nie powodowało uczucia ściągnięcia na skórze, ani nie wytrącało osadu na wannie po kąpieli. No i żeby przyjemnie pachniało. Mogę spokojnie powiedzieć, że moje oczekiwania zostały spełnione i to z nawiązką.
     Mydło doskonale wywiązało się ze swojej podstawowej roli, nie podrażniło mnie, nie napięło skóry, w dodatku pięknie pachniało czyniąc kąpiel wyjątkowo przyjemną! Zapach był tutaj zdecydowanie jednym z głównych atutów i działał na mnie niezwykle relaksująco.


Luksusowe masło do ciała "Mleko i miód"






Dostępność:
Sklep internetowy Mydlany Kredens

Cena:
40zł

Pojemność:
150ml

Trwałość:
Data na opakowaniu.




Opakowanie:
Wygodne, zakręcane pudełeczko z matowego plastiku. Poręczne – mieści się w dłoni. Praktyczne, z uwagi na dodatkową plastikową nakładkę zabezpieczającą kosmetyk np. przed zamoczeniem pod prysznicem. Pudełeczko opakowane jest w prosty, acz pomysłowy kartonik. Znajdziemy na nim wszystkie niezbędne informacje, to znaczy opis kosmetyku, jego skład, datę produkcji, datę ważności i gramaturę.




Konsystencja:
Bardzo ciekawa i niestandardowa. Z jednej strony gęsta, niemal stała, lecz jednocześnie przyrównałabym ją do pianki połączonej ze śmietanką. Łatwo się nabiera i rozprowadza. Szybko wchłania się w skórę, jednak pozostawia na niej przyjemną, otulającą warstewkę pielęgnującą.




Zapach:
Z duetu mleko i miód to mleko zdecydowanie gra pierwsze skrzypce w kompozycji zapachowej. Miodu nie wyczuwam, ale nie przeszkadza mi to. Zapach jest delikatny i bardzo przyjemny. Kojarzy mi się z ekskluzywnym SPA. Nie pozostaje długo na skórze.

Aplikacja i działanie:
     Jak wspomniałam, masło łatwo się nabiera i rozprowadza na skórze. Jest to kosmetyk szalenie wydajny – potrzeba naprawdę niewielkiej ilości, aby odżywić skórę i o ile nie przeholujemy z jednorazowo aplikowaną „dawką”, wchłonie się szybko. Wysoka wydajność przekłada się na tempo zużycia. Zaryzykuję stwierdzenie, że wystarczy nam na tyle samo albo i więcej czasu niż dowolne drogeryjne masło o dwukrotnie większej pojemności – ten produkt jest niesamowicie skoncentrowany!
     Masło pozostawia na ciele wyczuwalną warstwę otulającą i łagodzącą. Koi, odżywia – nakładając je na nieco przesuszoną skórę udało mi się w ciągu 2-3 dni przywrócić jej zadowalający poziom nawilżenia i zniwelować uczucie ściągnięcia będące efektem opalania.
     Stosuję je po wieczornym prysznicu, a pozytywne efekty czuję jeszcze przez cały kolejny dzień – moja skóra jest miękka, gładka i odżywiona. Nie zaobserwowałam żadnych skutków ubocznych, żadnego zapchania, czy podrażnień.
     Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie czynniki, to znaczy przyjemny mleczny zapach, łatwość aplikacji, oraz to jak wspaniale masło odżywia skórę, mogę je z czystym sumieniem polecić każdemu. Myślę, że szczególnie docenią je osoby cierpiące na wiecznie przesuszoną, ściągniętą skórę. Trzeba jedynie pamiętać, by nie przesadzić z nakładaną ilością. Zdecydowanie lepiej jest nanosić kosmetyk oszczędnymi porcjami, dokładając więcej w zależności od potrzeb.




Skład:
Może nie perfekcyjny, jednak moim zdaniem całkiem przyzwoity.

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Coconut Oil (Cocos Nucifera Oil) - olej kokosowy, ma działanie łagodzące, chłodzące i odżywcze. Działa również odkażająco i bakteriobójczo. Często stosowany jako olej bazowy, szczególnie w kosmetykach do pielęgnacji włosów oraz tzw. masłach do ciała, także jako środek poprawiający konsystencję.

Butyrospermum Parkii Butter Extract - masło shea (karite, masłosz), ma działanie łagodzące (zawiera alantoinę), przyspiesza procesy gojenia, zmiękcza
i natłuszcza skórę, działa ochronnie, posiada naturalny filtr ochronny (SPF 3-4). Polecane dla skóry suchej, atopowej, nadwrażliwej. Masło shea stosowane jest zarówno jako składnik aktywny, jak i tłuszcz bazowy.

Parafinum Liquidum - emolient.
Olej pochodzący z przerobu ropy naftowej. Płynna parafina jest składnikiem bardzo często używanym w kosmetyce, jest lżejsza od swojej siostry wazeliny, mniej nabłyszcza skórę i się nie klei. Parafina pozostawia skórę miękką i jedwabistą. Jest obojętna chemicznie i nie wywołuje podrażnień ani alergii. Sama w sobie nie ma żadnych wartości odżywczych, za to świetne natłuszczające i ochronne.

Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Beeswax - woski/emolienty/emulgatory/substancje ochronne. Wosk pszczeli, wygładza, natłuszcza, tworzy stabilny film ochronny.

Perfume - substancja zapachowa.

Allantoin - alantoina, stosowana od dawna jako czynnik gojący i kojący, likwiduje podrażnienia i stany zapalne, przyspiesza odnowę tkankową, przyspiesza ziarninowanie uszkodzonej tkanki i ułatwia bliznowacenie, zmiękcza i plastyfikuje warstwę rogową naskórka, pomaga w usuwaniu zrogowaceń.

PEG-8 Beeswax - Glikol polietylenowy oksyetylenowany 8 molami tlenku etylenu; Polimer niejonowy. Substancja higroskopijna, łatwo wiążąca wodę. Substancja nawilżająca odpowiedzialna za prawidłowe nawilżenie, co zapewnia dobre funkcjonowanie skóry. Humektant - zapobiega krystalizacji (wysychaniu) masy kosmetycznej przy ujściu butelki, tuby itp. Ponadto jest rozpuszczalnikiem dla innych substancji hydrofilowy zawartych w kosmetykach.

Benzyl Alcohol - alkohol benzylowy - substancja zapachowa posiadającą właściwości antybakteryjne. Jego naturalnym źródłem są olejki eteryczne, jaśminu, róży i bzu. Właściwości konserwujące.

Methylchloroisothiazolinone - Substancja rozpuszczalna w wodzie. Bezpieczna dla środowiska - biodegradowalna. Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed zakażeniem mikroorganizmami, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem). Składnik dozwolony do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu. Znajduje się na liście substancji konserwujących dozwolonych do stosowania z ograniczeniami w produktach kosmetycznych. Jego dopuszczalne maksymalne stężenie w gotowym produkcie to 0,0015%. Ma działanie alergizujące i oddziałuje na układ nerwowy.
 

Czy polecam:
Zdecydowanie tak. To jedno z lepszych maseł, jakich miałam przyjemność używać.


 


     Na zakończenie pozostaje mi jedynie polecić Wam sprawdzenie oferty Mydlanego Kredensu. Nawet jeśli kosmetyki mleczno-miodowe to nie do końca Wasza bajka, z pewnością znajdziecie tam coś, co Was zainteresuje.

Pozdrawiam serdecznie!
Katalina :*


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wake Me Up before you GO! GO!

Hej Misiaki!

     Krótko i węzłowato: podkład Rimmel Wake Me Up nie jest dla mnie. Kupiłam go dość dawno, chcąc przerzucić się w okresie wiosenno-letnim na coś lżejszego. Okazało się jednak, że produkt ten kompletnie się z moją skórą nie dogaduje.

     Główna obietnica, jaką składa producent dotyczy efektu promiennej, wypoczętej skóry. Ma ona zyskać gładkość i wewnętrzny, zdrowy blask. Kolejną obietnicą jest zwiększenie elastyczności, nawilżenie, wzbogacenie witaminami, co w konsekwencji ma prowadzić do eliminacji oznak zmęczenia oraz wizualnego "odmłodzenia". W dodatku efekt ten ma utrzymywać się przez 10h od nałożenia.
     Brzmi fajnie, prawda? Dodajmy do tego masę pozytywnych opinii, jaką zebrał w internecie wspomniany podkład, a otrzymamy kosmetyk, który teoretycznie nie powinien rozczarować. A jednak.




Dostępność: 
Jest to produkt ogólnodostępny.
 
Cena: 
Stacjonarnie kosztuje około 39zł, ale w sieci można dostać go dużo taniej.

Pojemność: 
30ml

Trwałość:
24 miesiące

Opakowanie:
Moim zdaniem to jego główna zaleta. Potem jest już tylko gorzej. Opakowanie jest zarówno estetyczne jak i energetyzujące. Mamy tu szklany flakon z pompką i skuwką w żywym, pomarańczowym odcieniu. Wygodny i funkcjonalny.




Konsystencja:
Półpłynna emulsja.

Zapach:
Delikatny, niedrażniący.

Aplikacja i działanie:
Podkład nakłada się jak marzenie - szybko, łatwo, sprawnie i bez problemów. Mało tego, daje przyzwoite krycie, naturalne wykończenie, efektem którego jest piękna, zdrowo wyglądająca skóra. I byłoby cudownie, gdyby taki efekt utrzymywał się na twarzy, niestety...
Początkowy zachwyt bardzo szybko, bo już po jakichś 2h zmienia się diametralnie. Moja mieszana cera wygląda po tych 2+ godzinach jak plac boju i obraz nędzy i rozpaczy w jednym. Podkład jest niemiłosiernie sciastkowany, rozwarstwia się, ściera nierównomiernie, podkreśla wszelkie niedoskonałości. Słowem jest źle. Ilekroć nakładałam go i wychodziłam do ludzi, kończyło się to nerwem i irytacją. 
Druga rzecz to rozpiętość kolorystyczna. Mój numer: 100 - Ivory, przypominał mi wiele odcieni, lecz bynajmniej nie kość słoniową. Pod względem intensywności plasował się gdzieś pośrodku klasycznej palety dostępnej na polskim rynku. Jak dla mnie - zdecydowanie ciemniejszy niż powinien być.
Ostatecznie rozstałam się z tym paskudztwem, ponieważ kompletnie mi nie służyło. Miłości z tego nie będzie.

Czy polecam:
W życiu!



Pozdrawiam,
Kat :*

 

niedziela, 3 sierpnia 2014

Gdańsk Latem

Hej Misiaki!

     Pokazywałam Wam kiedyś mój kochany Gdańsk? Nie przypominam sobie. W każdym razie dzisiaj Wam pokażę. Potraktujcie to jako odskocznię od wszelakiej chemii kosmetycznej i nie tylko.

     Gdańsk to specyficzne miasto - od zawsze wielokulturowe i wiecznie tętniące życiem. Tutaj zawsze coś się dzieje i uwielbiam to! Lato jest o tyle wyjątkowe, że przy okazji Jarmarku Dominikańskiego miasto przeżywa powódź turystów. Sama nawiedzam jarmark w zasadzie rokrocznie, chociaż każdego roku można tam znaleźć niemal dokładnie to samo. Ale nie chodzi tu o to co kto sprzedaje, a o klimat jaki towarzyszy całej tej imprezie.
     

Diabelski Młyn - póki co nie jechałam, ale może, może... się zobaczy.
Galeon wycieczkowy
Ciut inny widok na Zieloną Bramę
Widok na Żurawia z nowo otwartego deptaka na Wyspie Spichrzów
Tłumy na nabrzeżu, a w tle hotel Hilton
Gdańska Marina
Miniaturka Żurawia. Analogiczną widziałam jeszcze przed Ratuszem Głównym na Długiej
Na deser prawdziwa perełka ;) I te głowy za kratami... Poezja!


     Tak właśnie prezentują się okolice rzeki Motławy na gdańskiej Starówce w środku sezonu. Uwielbiam to moje miasto!!!

Pozdrawiam wakacyjnie,
Kat :*