niedziela, 28 września 2014

O jajku! ... Real Techniques Miracle Complexion Sponge

Hej Misiaki!

     Osoby, które mają do czynienia z makijażem w nieco większym stopniu niż przeciętni śmiertelnicy, często powtarzają, że gdyby miały do wyboru zainwestować w dobry kosmetyk, albo w dobre narzędzie do jego nakładania, wybrałyby narzędzie przed kosmetykiem.
     Tym właśnie tłumaczyłam sobie fakt, że niemal z dnia na dzień masa ludzi na całym świecie oszalała na punkcie różowego jajka z gąbki, mimo że było absurdalnie drogie jak na małą, obłą gąbkę (średnia cena to jakieś 80zł). 
     Mnie szaleństwo ominęło. Co więcej, konsekwentnie ignorowałam wszelkie próby skierowania mojej uwagi na różowe BB jajo. Nie oznacza to jednak, że nie eksperymentowałam z nakładaniem podkładu za pomocą innych gąbek. Owszem, próbowałam i muszę przyznać, że pod wieloma względami byłam pod wrażeniem efektu, jaki można nimi osiągnąć. Jednym z takich eksperymentów było jajko Real Techniques Miracle Complexion Sponge.


     Dostałam to cudo od... Kingi jakiś czas temu. Ciężko byłoby mi zliczyć ile świetnych kosmetyków dzięki Niej poznałam. Kingo, dziękuję bardzo! :*

     Bez dalszych wstępów przejdę do moich refleksji na temat gąbkowego cudotwórcy od Real Techniques.





Dostępność: 
W zasadzie nie ma problemów z dostępnością - wiele sklepów internetowych ma ją w swojej ofercie.

Cena: 
Zaczyna się już od 25-26zł

Trwałość:
Tutaj odpowiedź będzie pewnie inna z osoby na osobę. Wszystko zależy od częstotliwości używania i tego jak kto będzie o jajko dbał.




Opakowanie:
Ciężko tu mówić o opakowaniu jako takim, ponieważ w praktyce to po prostu miękki, plastikowy "stelaż". Warto go zachować (przynajmniej jego wewnętrzną część), aby móc później przechowywać gąbkę bez kłopotu.

Aplikacja i działanie:
Na tym etapie zapewne większość z Was już wie "czym to się je". Jajka można używać na mokro i na sucho, jednak wersja na mokro daje lepszy efekt.





Wilgotna gąbka nie wchłania aż tyle podkładu ile zjadłaby w innych okolicznościach, poza tym w takiej formie zwiększa swoją objętość, jak również sprawia, że nałożony nią makijaż wygląda bardziej naturalnie. 
Gąbka RT Miracle Complexion różni się od pierwowzoru kształtem - jest lekko ścięta z jednej strony, dzięki czemu zyskujemy płaską powierzchnię, którą możemy wykorzystać np nakładając podkład czy korektor w okolicy oczu. Podoba mi się to, bo daje użytkownikom wybór i więcej możliwości.


Gąbka po kąpieli - wyraźnie większa

     Jak działa? Wspaniale. Podkład nałożony gąbką wygląda niesamowicie naturalnie - nawet bardzo kryjący Revlon ColorStay. Początkowo obawiałam się, że będę musiała "nauczyć się" nią posługiwać, jednak okazało się to niepotrzebne, bo ona wszystko robi sama. Muszę jednak w tym miejscu zaznaczyć, że sam proces nakładania podkładu przy pomocy gąbki trwa dłużej niż np pędzlem (przynajmniej w moim przypadku). Tak czy inaczej, efekt wynagradza dodatkowe minuty spędzone na stemplowaniu.  
     Dodatkowa sprawa to czyszczenie jajka po użyciu - tutaj jest już nieco gorzej, bo jest to proces żmudny, długotrwały, lecz niestety konieczny. Gąbka z zasady jest mniej higienicznym narzędziem niż pędzel. Jeśli zatem chcemy, by posłużyła nam jak najdłużej i nie spowodowała przy okazji wysypu gości na twarzy, musimy utrzymywać ją w czystości. Producent zaleca mycie co 1-3 użycia. Ja dla spokoju sumienia radzę robić to po każdym użyciu. Tym bardziej, że każdorazowa zwłoka wpływa na późniejszą możliwość doczyszczenia jajka z resztek podkładu. Generalnie moje odczucia są pozytywne, choć fakt, że gąbka wymaga ode mnie większego wkładu czasowego sprawia, że nie jestem w stanie używać jej każdego dnia. Każdy kto wstaje do pracy bladym świtem wie jak trudno wygospodarować ten dodatkowy kwadrans. Po gąbkę RT sięgam zatem w te dni gdy mam nieco więcej czasu. Muszę też wspomnieć o tym, że jajko po "praniu" schnie dość długo. Nim wyschnie w zupełności musi minąć dobrych kilka godzin.


Efekt na twarzy


Plusy i minusy:
+ wykończenie - niesamowicie naturalne!
+ łatwo kontrolować stopień krycia, dokładając co trzeba gdzie trzeba bez efektu maski
+ cena - dużo niższa niż BB
- aplikacja zajmuje więcej czasu
- ciężko doczyścić jajko po użyciu
- długo schnie


     Jak widać, nie jest to produkt bez wad, nie mniej jednak jestem z niego niesamowicie zadowolona i sięgam po niego jeśli tylko mam tych kilka minut więcej. Czy warto go wypróbować? Moim zdaniem warto. Z pewnością polecałabym taki "test" osobom, które nie chcą wydawać 80zł na oryginalny BB. Efekt w większym lub mniejszym stopniu będzie porównywalny, za to koszty, jakie trzeba ponieść - niewspółmiernie mniejsze.

Pozdrawiam serdecznie,
Katalina

sobota, 27 września 2014

Soap & Glory: One Heck of a Blot!

Hej Misiaki!

     Kiedy poprzednio pisałam o kosmetykach Soap & Glory, wspomniałam że kosmetykom kolorowym poświęcę osobne wpisy. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat pudru One Heck of a Blot.




     Puder wpadł mi w ręce dzięki Kindze :* i z miejsca stał się jednym z tych produktów, po które sięgałam odruchowo robiąc makijaż co rano. Już choćby sam ten fakt może dać Wam jako-takie pojęcie o tym jak bardzo przypadł mi do gustu.

Dostępność: 
W Polsce kosmetyki tej marki są dość trudno dostępne, nie mniej jednak osiągalne. Można je dostać względnie łatwo drogą internetową.




Cena: 
Oscyluje wokół 100zł

Pojemność: 
9g

Trwałość:
36 miesięcy






Opakowanie:
Czarna, okrągła, plastikowa puderniczka stylizowana nieco na lata 50te. Co warte podkreślenia, nie jest przy tym kiczowate, o co nietrudno w przypadku kosmetyków nawiązujących wizualnie do stylu retro. Puderniczka zawiera lusterko oraz "puszek" do nakładania pudru. Sam puder zabezpieczony jest i oddzielony od puszka plastikowym krążkiem - duży plus!
 
Konsystencja:
Prasowana / stała




Zapach:
Brak

Aplikacja i działanie:
Nanoszę go pędzlem Ecotools przeznaczonym do... różu. Sprawdza się! A jaki jest sam puder? Z zasady powinien zgodnie z założeniami utrwalać makijaż, dopasowywać się do karnacji z racji transparentnej "barwy", powinien również matowić twarz. I wszystko to robi, mili moi.

Jako posiadaczka cery mieszanej, często (w zasadzie zawsze) muszę mieć na uwadze to, że w przeciągu kilku godzin od nałożenia makijażu będzie on wymagał poprawek. To jak bardzo, uzależnione jest głównie od mojego podkładu, produktu, którego używam jako primera i oczywiście - od pudru utrwalającego. One Heck of a Blot zapewnia mi minimum 4h absolutnego spokoju, a bywa że czas ten znacznie się wydłuża. Zdarzały się dni, gdy w ogóle nie poprawiałam makijażu i pod koniec pracy spoglądałam w lustro, a moja twarz poza jakimś tam nieznacznym świeceniem w okolicy czoła wyglądała niemal idealnie.




Jestem pod naprawdę dużym wrażeniem tego pudru! Sprawdził się w moim przypadku na całej linii i zasłużył na zaszczytne miejsce w moim prywatnym rankingu najlepszych i najbardziej przeze mnie lubianych kosmetyków.

Ciekawa jestem, czy któraś z Was miała okazję go używać, a jeśli tak, co sądzicie na jego temat?

Pozdrawiam serdecznie!
Katalina


niedziela, 21 września 2014

Ashaar, czyli Poezja

Hej Misiaki!

     Czasami zdarza się, że ktoś jednym gestem sprawia, że nagle czujecie się wyjątkowo. Miałam okazję tak się poczuć w miniony poniedziałek, kiedy to do moich drzwi zapukał kurier i przyniósł mi pewną przesyłkę.
      Wyjątkowy prezent.




     Pani Justyna z Perfumerii Yasmeen ofiarowała mi flakon perfum Ashaar, które miałam okazję poznać mniej-więcej rok temu właśnie dzięki Yasmeen. Napisałam wówczas, że jest to jeden z tych zapachów, które najprawdopodobniej znajdą się na mojej "liście do kupienia". Zrobił na mnie wtedy naprawdę duże wrażenie. W tym czasie pamięć nieco mi zardzewiała, jednak teraz mam okazję odświeżyć ją z nawiązką.




     Pierwszą reakcją kiedy otworzyłam paczkę był mały szok. Ujrzałam duże, większe niż moja dłoń czarno-złote pudełko. Wyglądało ono tak luksusowo i ekskluzywnie, że przez chwilę nie byłam w stanie wydusić z siebie nic bardziej elokwentnego niż "o kurczę!". I tak siedziałam przez kilka minut oglądają to cudo ze wszystkich stron i powtarzając ostatnie zdanie jak jakąś mantrę.
     Ashaar oznacza poezję i czyniąc zadość swojej nazwie, wewnątrz opakowania znajduje się piękny tekst:




     Sam flakon wygląda szalenie elegancko. Zestawienie barw jest identyczne jak w przypadku kartonika. Pełne przepychu złote ornamenty i korek w zestawieniu z elegancką, klasyczną, matową czernią. To cacko zachwyciłoby zarówno wielbicielkę minimalizmu, jak i skrajnego zbytku. A zapach?




     Lektura nut nie zapowiadała wielkich uniesień: 
❇ Nuty głowy: mandarynka, bergamotka, czarna porzeczka
❇ Nuty serca: konwalia, brzoskwinia, jabłko, kwiat pomarańczy
❇ Nuty bazy: wanilia, piżmo, ambra, oud
     I jestem przekonana, że nie są to perfumy, które każdemu przypadną do gustu. Mają to do siebie, że rozwijają się inaczej w zależności od miejsca, w którym zostaną naniesione. Ja najczęściej aplikuję perfumy na nadgarstkach, za uszami, czasem również w zgięciach łokci, na karku i między piersiami. Z moich generalnych obserwacji wynika, że im cieplejsze miejsce, tym zapach nabiera więcej zwierzęcych tonów.  Z tego względu wiele osób może się z Ashaar nie polubić. 

     A jednak moim zdaniem warto dać szansę tym perfumom, ponieważ gdy minie już pierwsza dawka uderzeniowa zapachu - intensywna, trzeba przyznać, ciut zwierzęca by nie rzec, że niemal fizjologiczna - całość ociepla się, subtelnieje i łagodnie otula ciało szalenie kobiecym i zmysłowym zapachem. 

     W tym wypadku nie trzeba bać się zwierzaka, ponieważ choć jest dziki, daje się w pewnym stopniu oswoić. Kojarzycie z pewnością baśń o Pięknej i Bestii. Przypomnijcie sobie perypetie księcia Adama, kiedy po latach odosobnienia stara się ponownie nabrać ogłady. Tutaj mamy podobnie. Nasza bestia z każdą minutą staje się coraz bardziej wyrafinowana i elegancka, nie tracąc przy tym niczego ze swojej tajemniczości.
      Czuję w tym zapachu siłę, elegancję, ale i niesamowitą cielesną nieomal zmysłowość. I szalenie podoba mi się to, co czuję. Jeśli tak jak ja lubicie ciepłe, zmysłowe, bliskie ciału zapachy, koniecznie wypróbujcie Ashaar.


Pozdrawiam serdecznie!
Katalina


wtorek, 16 września 2014

W kilku słowach: Soap & Glory

Hej Wszystkim!

     Mój dzisiejszy wpis będzie szybki tak jak cały dzisiejszy dzień :) Chciałabym w kilku słowach odnieść się do kosmetyków Soap & Glory, które miałam okazję sprawdzić dzięki kochanej Kindze.

     Przysłała mi następujące smakołyki:




     Perfumy i kolorówkę póki co zostawię sobie na deser, a dzisiaj skupię się na żelu/kremie pod prysznic, żelu antybakteryjnym i peelingu. Nie będą to recenzje, a raczej coś w rodzaju pierwszego wrażenia, a było ono pozytywne.




     Żel/krem pod prysznic urzekł mnie zapachem o nieco męskiej nucie, który bardzo przypadł mi do gustu. Lubię kosmetyki, których zapach tańczy na granicy uniseksu, bo często okazują się ciekawsze pod tym względem od "tradycyjnie kobiecych". Mył dobrze, nie podrażniał, okazał się dość wydajny, dobrze się pienił - całkiem udany produkt :)




     Peeling swoim zapachem zdominował całą paczkę :) Wystarczyło odkręcić wieczko, by przestrzeń wypełniła się intensywną wonią, która mi osobiście nasuwała skojarzenia z perfumami brzoskwiniowymi. Siłę ścierania oceniam na średnią z predyspozycjami do wysokiej, jeśli stosowałoby się go na suchą skórę. Bardzo fajny, choć niestety szybko się skończył, ale tak to już bywa z peelingami. Skóra była po nim przyjemnie gładka, miękka i nie wymagała dodatkowego balsamowania, za co daję dodatkowy plus!




     Żel antybakteryjny to coś, czego nie doceniamy, a co warto mieć, bo często przydaje się w rozmaitych sytuacjach. Ten konkretny kojarzy mi się zapachowo z grejpfrutami. Zamknięcie trzyma mocno, co jest o tyle istotne, że noszę go w torebce, więc ewentualna "wylewka" byłaby wysoce niepożądana... To chyba najfajniejszy żel z jakim miałam dotąd do czynienia, choć warto zaznaczyć, że nie mam ich zbyt wielu na swoim koncie ;) Ale mimo wszystko... hehe.

     Podsumowując, wrażenia ze stosowania mam bardzo pozytywne :) Nie sposób nie docenić także pomysłowych opakowań, nawiązujących wizualnie do klimatu retro. Dziewczęce, urocze, odrobinę komiksowe - cieszą oczy!

Znacie produkty Soap & Glory? Macie w ich ofercie jakichś swoich ulubieńców?

Pozdrawiam,
Kat ;*