sobota, 25 czerwca 2011

Na końcu tęczy...

Hej, Misiaki!

     Kilka miesięcy temu przygotowałam makijaż na jeden z organizowanych w tamtym czasie konkursów o tematyce wiosennej. Zamieściłam wówczas tylko kilka zdjęć finalnych, jednak przygotowałam do niego calutki instruktaż, którego jak dotąd nie miałam okazji opublikować. Albo nie było czasu, albo akurat przytrafiał się kolejny konkurs, którego "zmalowanie" stawało się w danym momencie priorytetem. Postanowiłam jednak zebrać się w sobie (tak, wiem, piszę to samo w co drugiej notce :P ) i przysiąść nad moimi starszymi pracami, które tworzyłam świeżo po mojej katastrofie komputerowej i globalnej utracie danych. Tak więc niech Was nie zaskoczy rudość na mojej głowie ;).
     Głównym założeniem tego makijażu było wiosenne szaleństwo, budząca się do życia przyroda, kwiaty i soczyste kolory, których użyłam tu nad wyraz dużo!
     Pozdrawiam serdecznie :D







1. Standardowo, zaczynam od podkreślenia brwi i nałożenia bazy na powieki. Następnym krokiem jest podkreślenie linii załamania powieki przy pomocy granatowej kredki. Linię wywijam ku górze w zewnętrznym kąciku, po czym całość delikatnie rozcieram tworząc subtelny gradient na nieruchomej powiece.



2. Ruchomą część powieki cieniuję nakładając perłowy róż na wewnętrznej 1/3, liliowym kolorem cieniuję środek, zaś zewnętrzną część pokrywam jasnym turkusem.



3. W zewnętrznej części dodaję nieco jasnej zieleni. Rozcieram wszystkie kolory ze sobą, zaś w załamaniu dodaję średni odcień fioletu.



4. Błękitno-fioletowym cieniem pokrywam okolicę załamania powieki, dodatkowo rozcierając je ku górze jaśniejszym błękitem. Cielistym cieniem podkreślam łuk brwiowy. Ciemniejszym fioletem dodaję głębi samej linii załamania.



5. Na dolnej powiece na początek rozcieram odrobinę białej kredki - będzie stanowił bazę dla wszystkich cieni. Kolory, jakich użyłam aby wycieniować dolną powiekę to: średnia zieleń, jasna zieleń oraz cytrynowa biel.



6. Cytrynowa biel powędrowała również na łuk brwiowy oraz w okolice wewnętrznego kącika oczu. Oczy obrysowuję intensywnym, turkusowym linerem.



7. Zdecydowałam się dodać jeszcze nieco czerni w załamaniu powieki aby pogłębić makijaż. Rzęsy wytuszowałam intensywnym fioletowym tuszem. Usta wycieniowałam dwoma odcieniami różu. Ciemniejszy nałożyłam w zewnętrznej części, zaś środek pociągnęłam jaśniejszą pomadką.







Użyte produkty:
Twarz
- korektor Manhattan Wakeup Concealer #01
- podkład Revlon PhotoReady #002 Vanilla
- Mattifying Compact powder foundation Sephora #D10 Light
- róż z palety Sephora
Oczy
- cień w kremie Yves Rocher Luminelle #54 Corail Dore
- ołówek do brwi Yves Rocher Couleurs Nature #02 Cendre
- różowy pigment Spectrum Cosmetics #Cotton Candy
- cienie z palety 88 Ultra Shimmer Coastal Scents
- cytrynowo-biały pigment Virtual Just Loose
- granatowa kredka o oczu Essence
- biała kredka do oczu Manhattan #11A
- foletowy cień Inglot AMC #91
- Duraline
- turkusowy żelowy eyeliner Inglot #87
- fioletowy tusz Virtual Smoky Glam Color Lash
Usta
- szminki z palety Sephora

czwartek, 23 czerwca 2011

Bogini Słońca

Nie, nie mam na myśli siebie. Bywam próżna, ale nie aż tak ;)

     Tytułowa bogini słońca to nazwa rozświetlacza marki Sleek, jaki ostatnio nabyłam. Pobawiłam się nim trochę, a ponieważ wiem, że kosmetyk ten odbierany jest z mieszanymi uczuciami (z przewagą negatywnych), pomyślałam, że swoim zwyczajem zabiorę głos w dyskusji.

     Jak wspomniałam, rozświetlacz nazywa się Sun Goddess i ma numer #492. Podobnie jak paletki z cieniami Sleek zamknięty jest we właściwym dla marki prostym, czarnym opakowaniu z wytłaczanymi literami. Eleganckie, minimalistyczne, z wygodnym zamknięciem, dużym lusterkiem zajmującym całą powierzchnię wieczka. 
     Tak prezentuje się w środku.

     Jak widać, rozświetlacz zajmuje tylko połowę pudełeczka. Druga połowa jest przegródką na niewielki, przyjemny dla oka pędzelek. Szkoda tylko, że pędzelek jest kiepskiej jakości. Od lat słyszałam z rozmaitych źródeł opinię, że pędzelki i aplikatory zwyczajowo dołączane do kosmetyków typu róże, pudry i bronzery są nic niewarte. I chociaż zdarzyło mi się parokrotnie trafić na wyjątek, niestety w tym przypadku mamy do czynienia z bublem. 
     Włosie pędzelka jest cudownie mięciutkie i delikatne! Tylko co z tego, skoro wypada jak szalone? Wystarczy je lekko złapać - kompletnie nie trzyma się ramy. W dodatku kształt i forma pędzelka jest kompletnie niedostosowana do formuły kosmetyku. Włosie choć miękkie, okazuje się wciąż zbyt twarde i zwarte względem miękkiego kosmetyku. Zobaczcie co się stanie, kiedy przesunę lekko palcem po powierzchni rozświetlacza:

     Wyraźnie widać zagłębienie jakie powstało w ten sposób w rozświetlaczu, natomiast na moim palcu została ilość kosmetyku, która spokojnie wystarczyłaby na jednorazową aplikację we wszystkich strategicznych punktach twarzy.
     A teraz powiem coś, czemu zapewne wiele z Was się sprzeciwi. Otóż... bardzo lubię ten kosmetyk! Pomimo tego wszystkiego, co przed chwilą napisałam, wbrew mojemu początkowemu negatywnemu nastawieniu przekonałam się do rozświetlacza Sleek. Owszem, jest trudny, jednak zdecydowanie do oswojenia! 

     W zasadzie każda dziewczyna, która opowiada o cieniach Sleeka zachwyca się ich miękkością. Rozświetlacz im nie ustępuje, zatem dlaczego to co tam uznawane jest za atut tutaj miałoby być wadą? 
     Jak wspomniałam, poeksperymentowałam troszkę i okazało się, że kluczem do sukcesu jest po prostu odpowiedni pędzel. Jeśli do nałożenia użyjemy większego i jak najbardziej miękkiego pędzla, efekt jaki uzyskamy będzie więcej niż zadowalający! W moim przypadku owym magicznym przyrządem okazał się skośnie ścięty pędzel do różu od Elite o którym napiszę niebawem, bo zasługuje na osobny wpis.
     Tak wygląda skóra muśnięta rozświetlaczem, bez zastosowania jakichkolwiek wspomagaczy. Chcę Wam udowodnić, że można tym produktem uzyskać naturalny, delikatny i subtelny efekt złocistej poświaty.
     Oczywiście, jeśli do aplikacji użyjemy pędzla zwartego, o sztywniejszym włosiu, zrobimy sobie na policzku kulę dyskotekową, ponieważ nabierzemy zbyt wiele produktu.

     Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć nieco podrasowany rezultat. Uzyskałam go spryskując całą twarz mgiełką utrwalającą, która dodatkowo podbiła moc działania rozświetlacza. 

     Dla wielu z Was może to już być ciut zbyt wiele, jednak osobiście uważam, że wygląda to całkiem fajnie. Teraz, po kilku dniach testów mogę zatem spokojnie stwierdzić, że "odczarowałam" tę słoneczną boginkę i mogę zupełnie szczerze wystawić jej pozytywną notę. Może nie 5, jednak przy odrobinie dobrej woli wyszłaby z tego solidna 4. Lubię ten kosmetyk za miękką fakturę, za słoneczną poświatę, jaką zostawia na skórze. Zależało mi na ciepłej tonacji bez różowych pigmentów, ponieważ różowości na mojej skórze mogą niekiedy nasuwać skojarzenia z Miss Piggy ;). Choć jeśli miałabym być zupełnie szczera, wolałabym, gdyby był bardziej brzoskwiniowy niż żółty.
     Kończąc dodam tylko, że produkt jest względnie łatwo dostępny, można zamówić go drogą internetową w kilku sklepach. Ja akurat dostałam go jako gratis do zamówionych w drogerii paatal.pl paletek Sleek i przyznaję, że był jednym z powodów, dla których zamówiłam dwie sztuki ;). Zakupu nie żałuję, co więcej, polecam, gdyż sądzę, że mimo pewnych wad wart jest polecenia. Przy czym raz jeszcze podkreślam, że bez ultra miękkiego pędzla stosowanie tego rozświetlacza grozi karykaturalnym, przesadzonym efektem.

Pozdrawiam serdecznie! :***

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Mój ci on jest! Czyli oda do Sleeka :)

Witam Was serdecznie w kolejnym kosmetykowym wpisie!

     Kiedy wiele miesięcy temu kolejne dziewczyny zaczęły używać produktów firmy Sleek, zaczęła we mnie kiełkować chęć posiadania. I chociaż tak zupełnie szczerze, uważam, że ich paletki cieni są trochę nieprzemyślane - choćby dlatego, że wiele cieni się w nich powtarza, lub są łudząco podobne do innych - należą do czołówki moich ulubionych.
     Do tej pory posiadałam tylko jedną paletkę, #571 o nazwie Curious, która niestety pochodzi z limitowanej edycji i nie jest u nas dostępna. Ostatnio postanowiłam wreszcie powiększyć swoją kolekcję. Chciałam kupić od razu dwie paletki, jednak żadna nie podobała mi się na równi ze słynną Storm. Aż do teraz ^__^.
     Jakiś czas temu w sprzedaży pojawiło się absolutne cudo, które mnie kompletnie zauroczyło! Paletka ma #658 i nosi nazwę "OH SO SPECIAL"

     Zawiera w większości matowe cienie, co jest ogromnym jej atutem! I chociaż myślałam, że nie da się przebić Storm, tej spryciuli się udało! Tak więc jeśli będziecie miały jeszcze możliwość gdzieś ją ustrzelić, naprawdę serdecznie ją Wam polecam!
     Drugą paletką, którą kupiłam, była oczywiście wspomniana Storm #578.

     Tej pani nie muszę nikomu przedstawiać, bo jest chyba najbardziej znana spośród wszystkich produktów Sleeka. Tutaj jest już o wiele więcej perełek, jednak nie przeszkadza mi to, bo kolory są boskie!

     Do zamówionych przeze mnie paletek dostałam kilka gratisów, w tym złocisty rozświetlacz Sleek o nazwie Sun Goddess #492.

     Zobaczymy jak będzie się sprawować, jednak na pierwszy rzut oka wydaje mi się nieco zbyt błyszczący. No cóż, czas pokaże co z nim będzie. 
     Dajcie znać, jeśli będziecie chcieli dowiedzieć się czegoś więcej na temat któregoś z powyższych produktów. Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 19 czerwca 2011

KKCENTERHK Review / Recenzja

Witajcie, Kochani!

     Zapewne zauważyliście, że od jakiegoś czasu na wielu blogach pojawiły się recenzje, lub zwiastuny recenzji produktów pochodzących z internetowego sklepu o nazwie KKCENTERHK. Dzisiaj przyszła pora bym i ja dodała kilka słów od siebie.
     Jak wspomniałam przed momentem, kkcenterhk to sklep internetowy, który - o ile się nie mylę - ma swoją siedzibę w Hong Kongu. Mają w swojej ofercie całkiem sporo produktów urodowych, od kosmetyków do makijażu, przez produkty do pielęgnacji paznokci, na perukach skończywszy. Jeśli jesteście zainteresowani ich dokładną ofertą, zajrzyjcie na ich stronę ☞

     Jakiś czas temu skontaktował się ze mną przedstawiciel tego sklepu i zaproponował współpracę. W tym miejscu pragnę podkreślić, że niezależnie od oferty jaką otrzymałam, moja opinia nie będzie w żaden sposób "lukrowana". Dostałam paczuszkę zawierającą dziesięć par sztucznych rzęs, których rodzaj mogłam sobie sama wybrać. Zdecydowałam się na model ES A500 , z uwagi na to, że każda z par rzęs, która wchodzi w jego skład jest inna. Mamy tutaj rzęsy bardzo wyraziste, dramatyczne, jak również niemal zupełnie naturalne. Gęściejsze i rzadsze. Z włoskami dłuższymi i krótszymi, prostymi i przeplatanymi ukośnie, słowem wszystko to, o czym możecie pomyśleć.

     Paczka przyszła do mnie całkiem szybko, zważywszy na odległość, bo mniej więcej w tydzień. Zaskoczeniem była dla mnie koperta, w jakiej znajdowały się rzęsy. Nie była zaklejona. Jedynym zabezpieczeniem były dwa nity, wokół których okręcony był sznureczek. Podejrzewam, że przesyłkę doręczał kurier, jednak mimo wszystko wolałabym aby była lepiej zabezpieczona przed "światem".

     Jeśli mogę zatem coś zasugerować sklepowi, to zdecydowanie to, by poprawili formę zabezpieczenia paczki. Przecież nigdy nie wiadomo, czy osoba, przez ręce której będzie przechodziła przesyłka nie zechce - choćby z ciekawości - zajrzeć do środka...
     Co do samych rzęs, to przychodzą one do nas w czarnym, tekturowym pudełeczku ozdobionym logo firmy. Wewnątrz pudełka znajduje się plastikowa tacka z przytwierdzonymi do niej rzęsami. Zestaw nie zawiera kleju, co może przeszkadzać niektórym z Was. Powiem Wam, że chociaż nie jestem jakąś wielką fanką sztucznych rzęs, te bardzo mi się spodobały. Głównym powodem była zadziwiająca łatwość ich aplikacji! W przeszłości zdarzało się, że miałam problemy z nałożeniem rzęs, że nie chciały się trzymać, nie były wystarczająco elastyczne itd. W przypadku tych, wystarczyło nałożyć klej, odczekać jakieś pół minuty, przykleić pasek u nasady własnych rzęs i ewentualnie poprawić ich linię eyelinerem. Ot i wszystko! Chociaż podejrzewam, że osoby kompletnie początkujące w kwestii sztucznych rzęs mogą napotkać początkowo pewne trudności w aplikacji. 
     Włoski miękkie, choć jakby lekko usztywnione, dzięki czemu zachowują swój kształt i sprężystość. Pasek z kolei jest już bardziej usztywniony, przez co jest nieco wyczuwalny po przyklejeniu do powieki. Jest to jednak normalna sprawa, bądź co bądź przyklejamy do powieki ciało obce. Producent obiecuje, że o ile będziemy obchodzić się z nimi delikatnie, będziemy mogły używać ich ponownie. Mogę to potwierdzić, bo jedną z par nosiłam już dwa razy i mimo to wygląda bardzo dobrze i zachowała swój kształt.
     Ceny bywają różne, w zależności od modelu. Moje kosztowały niespełna 8$. O ile wiem, za zamówienie można płacić za pośrednictwem PayPal.

     A tak prezentują się rzęsy na oczach:
Tutaj wybrałam model średnio intensywny o prostych, wywiniętych włoskach.


Tu z kolei wybrałam parę najbardziej wyrazistą z całego zestawu:


To tylko dwie propozycje spośród wielu, jakie oferuje wybrany przeze mnie zestaw. Generalnie jestem z niego bardzo zadowolona, choć, jak wspomniałam przeszkadza mi to, że paczka, którą otrzymałam była praktycznie rzecz biorąc otwarta i niezabezpieczona przed potencjalnymi ciekawskimi. Kolejna rzecz to anglojęzyczne tłumaczenie na opakowaniu i na stronie internetowej. Szczerze mówiąc pozostawia ono wiele do życzenia, momentami jest niezrozumiałe i odnoszę wrażenie, że ktoś po prostu skorzystał z internetowego tłumacza.
     Poza tym nie mam zastrzeżeń.

                                                                          ~~~~~~~~~~~~~

Hello everyone!

     As you probably noticed some of the bloggers have recently posted their reviews or announcements of upcomming reviews on KKcenterHK products. Today I want to share with you my opinion on their false lashes that I recieved a few days ago.
     kkcenterhk is a webshop based in Hong Kong that offers all sorts of beauty products: makeup, eyeshadows, nail stuff, false lashes, wigs and many more. You can check it out here  ☞

     A while ago a kkcenterhk's representative asked me if I would be interested in recieving some of their products for a review.  I agreed, but let me assure you that my opinion on those products is 100% honest. The fact of recieving something for free had no influence on the outcome of my review. I recieved a package containing 10 pairs of falsies of my choice. The model that I have chosen was ES A500 , because of the vairety of styles it had to offer. Each of the pairs is different. There are dramatic, as well as quite natural ones. Thick and fine. Long and short bristled - you name it! 
     I recieved my package quite fast - in a week or so. What really surprised me was the packaging. The envelope wasn't sealed with glue or anything like it. The only protection was a piece of twine wrapped arround two rivets. I assume that my package was delivered by a messenger and not a local postman, nonetheless I would prefer to recieve it sealed and well protected. So if I could suggest something to KKcenterHK it would definitely be the improvement of package protection!
    The lashes themselves come in a black cardboard box with a company logo on it. Inside you have a plastic tray with the falsies attached. The set doesn't contain any adhesive, which might be a downside for some of you. I have to say that I never was a big fan of false lashes, but I do like those! One of the main reasons is that they are really easy to apply! In the past I've had some problems with the lashes that wouldn't stick to my eyelid or wasn't flexible enough. All you have to do with theese ones is to apply some glue onto the band, wait for some 30 seconds, place the band near your own lashes and go over it with an eyeliner. That's all! On the other hand I think that some of the falsies newbies might find  them a little tricky at first.
      They have relatively soft hairs but they are stiffened at the same time, so they can keep their shape and form. Their band is somewhat stiffer, therefore more noticable after applying. But I think it's pretty normal since you are applying a piece of plastic onto your eye. 
      The manufacturer assures us that if we use the lashes gently we'll be able to re-use them. I agree - I used one of the pairs twice and they still keep their shape.
     The prices differ depending on a model. Mine cost less than 8$. As far as I know you can pay for your order via PayPal.

     So to sum up I really think that KKcenterHk should improve their shipping protection system, because the packages are basically left opened. Another thing is the English instruction on the box and the webpage...  Frankly speaking it's really poor and can sometimes be hard to understand. I think they used google translator or something similar.
     Apart from that I don't have any complaints.

czwartek, 16 czerwca 2011

Ultra Fiolet

Witajcie ponownie!

     Tym razem chciałabym zaprezentować Wam efekt końcowy pewnego konkursowego procesu twórczego ;). Tematem była impreza, przy założeniu że ma być odważnie. Pierwotnie przygotowałam cały tutorial, jednak ostatecznie zrezygnowałam z jego publikacji i postanowiłam zaprezentować jedynie rezultat moich kolorowych zmagań. A przedstawia się on następująco:




 

Użyte produkty:
Twarz:
- MaxFactor Xperience Weightless Foundation #Fair Sugar Cane 55
- korektor Manhattan Wakeup Concealer #01
- Mattifying Compact powder foundation Sephora #D10 Light
- bronzer Cargo #02 Medium
Oczy:
- biała kredka do oczu Manhattan 11A
- czarna kredka do oczu Wet’n’Wild Black
- fioletowa kredka Rimel #270 Purple Srock
- cienie z palety Coastal Scents 88 Shimmer
- fioletowy cień Inglot #91
- beżowy cień Sephora #08
- sypki pigment Inglot AMC #81
- opalizujący pigment Inglot ozdoby do ciała #60
- Duraline
- cytrynowy pigment Virtual Just Loose
- czarny żelowy liner Inglot #77
- tusz MaxFactor Xperience Volumising Mascara
Usta:
- fioletowa kredka Rimel #270 Purple Srock
- beżowa kredka MaxFactor #090 natural glaze
- MAC lipglass Magnetique


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


środa, 15 czerwca 2011

Back to black...

Hej, Misiaki!

     Całkiem niedawno pisałam Wam że zdecydowałam się przyciemnić sobie włosy, ponieważ ich rudy odcień działał mi na nerwy. I co się okazało? Ciemnobrązowa farba, którą mi nałożono zmyła się z niewiadomych przyczyn niemal całkowicie i moja czupryna przybrała odcień ciemnego blondu ze złotawym poblaskiem, który niestety nie pasował do mojej karnacji. Postanowiłam więc wziąć sprawy we własne ręce, a przy okazji przetestować nowy rodzaj farby, jaki ostatnio pojawił się w sklepach.
     Od dłuższego czasu, jeśli tylko farbuję włosy samodzielnie, jestem wierna serii L'Oreal Casting. Teraz rodzinę farb wzbogacono o nowość w formie pianki - Sublime Mousse by Casting. Postanowiłam wypróbować tę właśnie świeżynkę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to... kiepska robota tłumacza, który odcień "delicate iced chocolate" przetłumaczył jako "subtelny zmrożony kasztan". Nie wiem od kiedy czekolada jest kasztanem, ale całkiem możliwe, że coś mnie ominęło xD.

      Tak właśnie wygląda kolor, który wybrałam i w tym miejscu dla wszystkich z Was, które zechcecie sięgnąć po tę farbę mała przestroga. Jeśli będziecie się wahać między dwoma odcieniami, sięgnijcie po jaśniejszy, ponieważ kolor jaki otrzymacie tą farbą jest MEGA intensywny. W moim przypadku zamiast ciemnego kasztanowego otrzymałam... czarny.
     W taki oto sposób niechcący wróciłam do mojego wyglądu sprzed jakichś dwóch lat. Jeśli zajrzycie do początkowych wpisów mojego bloga przekonacie się, że miałam wówczas niemal identyczny kolor włosów. Aby nie być gołosłowną, oto nowa ja:

     Szczerze mówiąc zmiana bardzo mi się podoba, choć była nieplanowana (nie aż w tak drastycznej formie). Po kilku dniach od koloryzacji, kiedy już oswoiłam się z nowym odbiciem w lustrze odkrywam na nowo wszystkie moje ukochane kolory, które wyglądały na mnie nieciekawie przy jaśniejszej czuprynie. 
     Co warto powiedzieć na temat samej farby? Poza tym, co już napisałam, warto wspomnieć jeszcze o kilku sprawach. Oto co otrzymujemy w opakowaniu:

     Tak jak w przypadku tradycyjnego Castingu, do farby dołączone jest plastikowe "jajko" zawierające rękawiczki - niestety zauważyłam że od jakiegoś czasu ich jakość jest nieco gorsza niż w przeszłości, tworzywo jakby cieńsze i mniej elastyczne. Otrzymujemy też całkiem spore opakowanie odżywki utrwalającej kolor, która spokojnie wystarcza na kilka kolejnych aplikacji, w zależności od tego jak długie są nasze włosy. W skład zestawu wchodzi również płyn utleniający, płyn koloryzujący i specjalny aplikator wytwarzający piankę.
     Jak stosować farbę? Przede wszystkim nie należy potrząsać butelką. To ostrzeżenie pojawia się wielokrotnie zarówno na opakowaniu, jak i wewnątrz niego, na ulotce informacyjnej. Ja niestety rzadko kiedy czytam opisy z ulotki, jako że mam za sobą ponad 10 lat farbowania i wychodzę z założenia, że w tej kwestii raczej ciężko mnie już zaskoczyć. No i co się okazało? Jednak można ;). Otóż potrząsanie zakręconym opakowaniem zawierającym mieszankę koncentratu koloryzującego i płynu-pianki utleniającej może doprowadzić do wybuchu… Tak więc miałam spore szczęście, że nie przytrafiło mi się nic podobnego, bo oczywiście zaczęłam potrząsać opakowaniem xD.
     Kolejne zalecenia w odniesieniu do tego produktu mówią o tym, by nie nanosić preparatu bezpośrednio na włosy. Należy wycisnąć nieco pianki na dłoń i dopiero wtedy rozprowadzić na włosach, upewniając się uprzednio że produkt ma właściwą konsystencję. Jeśli okazałoby się, że jest zbyt płynny i zaczyna spływać, należy wmasować go w czuprynę aż ponownie powstanie pianka. Poniżej macie dokładną instrukcję jak krok po kroku zaaplikować kosmetyk.

Kliknijcie na zdjęcie, aby napisy były bardziej czytelne.
     Po upływie wyznaczonego czasu należy zmyć kolor, nałożyć na włosy dołączony do zestawu balsam, dokładnie spłukać, ułożyć fryzurę i już możemy cieszyć się nowym kolorem!

     Jakie są moje prywatne wrażenia? Cóż, zgodnie z tym, co obiecuje producent, kolor jest naprawdę bardzo, ale to bardzo intensywny i głęboki. Chociaż nie mam siwych włosów, sądzę, że z dużym prawdopodobieństwem farba ta poradziłaby sobie z nimi w zupełności. Cena kosmetyku kształtuje się na poziomie około 25zł, w zależności od sklepu. Forma pianki jest szalenie wygodna! Początkowo obawiałam się, że taka kolorowa piana nic mi nie da, jednak, jak się okazało byłam w ogromnym błędzie ;) Produkt nie spływa z włosów, więc w znacznym stopniu ograniczamy ryzyko zachlapania siebie, ubrań i otoczenia. Podobnie z zapachem, jaki zazwyczaj towarzyszy farbom. Tutaj z racji konsystencji odorek nie jest tak dokuczliwy ^__^. Problemem jest wspomniane już przeze mnie przełożenie koloru z opakowania na rzeczywisty wygląd włosów. Dlatego raz jeszcze polecam, byście przy wyborze sięgnęły jednak po jaśniejszy odcień, ot tak na wszelki wypadek.
     Zauważyłam także jeden zasadniczy minus, przy czym nie jestem pewna, czy to zasługa moich włosów, czy też skutek uboczny zastosowania tejże farby. Mianowicie zaobserwowałam dość znaczne wypadanie włosów zarówno bezpośrednio po spłukaniu farby, jak i przez pewien czas później. Jestem niezwykle czuła na tym punkcie, ponieważ moje włosy generalnie "lubią" wypadać, jednak wydaje mi się, że użycie tego konkretnego produktu jeszcze wzmogło moją przypadłość. Tak więc na przyszłość polecam zachowanie daleko idącej ostrożności względem farb w piance - nie tylko tej, ponieważ spotkałam się z podobną opinią na temat farby w piance z Welli.
     Mam nadzieję, że moja improwizowana recenzja na coś się Wam przyda. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia :)