czwartek, 28 lipca 2011

Oczko zmalowane... na złość!

Hej, Misiaki!

     Od jakiegoś tygodnia z okładem dzień w dzień kombinuję z paletką Gold firmy Beauty Angel, o której już Wam wspominałam przy okazji jej recenzji. Paletkę otrzymałam ze sklepu KKcenterHK i mimo że recenzję jako taką już zrobiłam, pomyślałam, że to tak jakoś głupio nie pokazać żadnego makijażu z jej wykorzystaniem...
     A zatem będzie makijaż, chociaż tylko połowicznie... Ech, znów te moje enigmatyczne opisy... Jak sugeruję w tytule tego wpisu, pokażę Wam tylko makijaż oczu i tym razem bez instruktażu, bo sam makijaż jest banalny, a nie chcę uwłaczać Waszej inteligencji :).
    Zacznę może od tego, co sygnalizowałam już w mojej recenzji, mianowicie to, że cienie z palety Gold są MEGA błyszczące, więc fanki matów mogą mieć trudności z polubieniem się z nią. A teraz zgadnijcie, czy ja wolę cienie błyszczące czy matowe :P (zainteresowanych i cierpliwych odsyłam do mojego filmiku, w którym opowiadam o moim zbiorze cieni). Tak czy owak, odkąd mam tą paletę, praktycznie dzień w dzień maluję się nią do pracy i nie powiem, sprawuje się świetnie do makijaży dziennych, pod warunkiem, że nie mamy zbyt "ciężkiej" ręki do nakładania cieni. Chciałam jednak zrobić coś, co mogłabym Wam pokazać tu na blogu i nie czuć się przy okazji jak bazarkowa przekupka ;). I tutaj napotkałam problem, ponieważ nic co robiłam wyłącznie przy użyciu tej jednej paletki nie spełniało moich oczekiwań. Postanowiłam zatem skorzystać z pomocy nieocenionego Sleeka.

     Do wykonania tego makijażu użyłam cieni wyróżnionych na zdjęciach:

      Najpierw naniosłam na ruchomą część powieki po kolei biel, róż i fiolet, cieniując w podobny sposób dolną powiekę.

     Załamanie najpierw podkreśliłam brązową kredką, którą następnie dokładnie roztarłam.

     Od załamania wzwyż użyłam już niemal wyłącznie matowych cieni ze Sleeka. Brązem pogłębiłam optycznie zagłębienie powieki, zaś złamaną bielą rozjaśniłam łuk brwiowy. Jedynie na sam szczyt łuku nałożyłam odrobinę połyskującego cienia z paletki Gold.

     Nie byłabym sobą gdybym nie dodała kreski, zatem przyciemniłam linię rzęs zwykłą czarną kredką z Elfa i utrwaliłam ją stalowo-szarym cieniem z palety Gold. Kredką podkreśliłam także linię wodną oczu. Nałożyłam całe mnóstwo tuszu, tworząc złudzenie sztucznych rzęs (a przynajmniej starając się je stworzyć :P)
 i tyle!  Dlaczego pokazałam tylko oko? Z tej prostej przyczyny, że powyższe eksperymenty dokonywały się późnym wieczorem, po pracy, kiedy kompletnie "nie wyglądałam" zatem nie chciałam Was straszyć. I tak muszę Was prosić o wyrozumiałość dla moich niewyspanych króliczych oczu ;). Niestety w ciągu tygodnia to u mnie norma. Dziwaczne oświetlenie na zdjęciach jest efektem przestawienia ustawień w aparacie z regularnych na "pochmurny dzień"... wyszło inaczej niż zazwyczaj, ale na wcześniejszych nie zobaczyłybyście niczego.
     A dlaczego makijaż "na złość"? Ponieważ za punkt honoru postawiłam sobie stworzenie za pomocą tych cieni czegoś zjadliwego ;). Uparłam się i postanowiłam próbować aż do skutku. I oto macie :)

Ściskam cieplutko i do usłyszenia wkrótce :)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Maski ukrywają jedynie rysy twarzy...

"Maski ukrywają jedynie rysy twarzy. Potrzeba o wiele więcej zręczności, żeby ukryć zamiary serca."
- Ulysses Moore

     Sama nie wiem ile już robiłam makijaży, w każdym razie było ich bardzo wiele! Jednak jak dotąd nigdy nie miałam okazji przygotować makijażu inspirowanego maskami weneckimi... I proszę, oto okazja sama wpadła mi w ręce!  Tak, tak - konkurs ;)
     Autorka zażyczyła sobie, byśmy zaczerpnęły inspirację z jej prac. Mój wybór padł właśnie na maski. A oto co z tego wyszło...










Pozdrawiam serdecznie! :***

piątek, 22 lipca 2011

Paleta Cieni Beauty Angel "GOLD" od KKcenterHK

Hej, Misiaki!

     Ku mojemu wielkiemu, a zarazem bardzo miłemu zaskoczeniu, sklep KKcenterHK skontaktował się ze mną ponownie i tym razem zaoferował przetestowanie jednej z palet z limitowanej kolekcji Beauty Angel Cosmetics. Obejrzałam sobie wszystkie bardzo dokładnie i zdecydowałam się na paletę GOLD, ponieważ kolory jakie zawiera najbardziej mi się spodobały.



      Cóż mogę powiedzieć, wiecie doskonale, że mam bzika na punkcie cieni do powiek. Kolory to mój żywioł. A jeśli jeszcze owe kolory "opakowane są" w paletkę, to już w ogóle Kasiek jest zadowolony :D
     I może zacznę właśnie od strony graficznej opakowania. Na pierwszy rzut oka paletka wygląda jak miniaturowe pisemko dla kobiet. Okładka pokryta jest napisami imitującymi tytuły, a z centralnej jej części spogląda na nas uwodzicielsko pięknie umalowana dziewczyna. Warto nadmienić w tym miejscu, że w skład kolekcji wchodzą cztery książeczki: GOLD, GREEN, BLUE i PURPLE. Na wszystkich okładkach zobaczycie tą samą dziewczynę, za każdym razem inaczej wystylizowaną i umalowaną, nieodmiennie śliczną.



 Polecam powiększyć zdjęcia, byście mogli lepiej przyjrzeć się wszelkim drobiazgom.


Wewnątrz opakowania mamy krótki opis wraz z instruktażem.

     Opakowanie wykonane jest z usztywnianej tekturki i zapina się na magnes, natomiast wewnętrzna kasetka z cieniami i różami osadzona jest w piankowym tworzywie.

     A skoro o wnętrzu mowa, zobaczmy co przed nami skrywa. Każda paleta zawiera komplet 12 cieni, dwa róże, mini lusterko i dwustronny aplikator, przy czym nie sądzę bym miała z niego skorzystać, ponieważ tego typu gadżety rzadko kiedy nadają się do użytku.
     Jak zobaczycie na zdjęciu poniżej moja paletka została ranna w boju. Cóż, trzeba się z czymś takim liczyć, kiedy oczekujemy paczki z drugiego końca kontynentu. Powiem szczerze, że jakoś specjalnie się tym nie przejęłam, zwłaszcza, że naprawić taki róż to teraz żaden kłopot. Tak oto prezentują się kolory:



     Oba róże są matowe i szaleńczo napigmentowane, zwłaszcza różowy. Wystarczy dosłownie dotknąć go pędzlem, następnie rozprowadzić na policzkach a i to czasem okazuje się zbyt dużą dawką. Kolor jest jak z bajki! Pięknie ożywia karnację i pod względem barwy jest jednym z ciekawszych produktów z jakimi się zetknęłam. Drugi róż, brzoskwiniowy, jest równie ładny i świetnie sprawdza się w makijażu dziennym. Łatwiej jest się nim posługiwać bo i trudniej go "przedawkować" ^__^ Zdecydowanie, róże liczę na plus.

     Cienie mają kompletnie inną fakturę. Ich pigmentacja jest niska do średniej, odcienie raczej pastelowe, przy czym są napakowane iskrami. Chodzi mi o to, że dają naprawdę wysoki połysk, momentami graniczący z metalikiem, tak więc to, czy przypadną Wam do gustu w dużej mierze zależy od Waszych preferencji względem połysku na powiece - tego będzie tutaj aż nadto
     Łatwo się rozcierają i łączą z innymi cieniami, zarówno perłowymi jak i matowymi. warto wspomnieć że nie "gubią" barwnika przy blendowaniu, co jest dość istotne, zwłaszcza że jak wspomniałam są cieniami o średniej pigmentacji. Innymi słowy, kolor jaki nabierzecie na pędzel i zaaplikujecie na powiekę nie wyparuje w magiczny sposób w trakcie rozcierania, co niewątpliwie jest plusem.
     Myślę, że zostały stworzone raczej z myślą o uzyskaniu na oku określonej tekstury, niż koloru. Zobaczcie z resztą sami jak wyglądają roztarte na skórze:


      Jak widać, kolory nie należą do bardzo intensywnych, w dodatku połysk zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy niż barwa. Jasne kolory są najbardziej błyszczące, a niekiedy niemal brokatowe. Na powiece niestety ich kolor jest niemal identyczny. W dotyku są całkiem przyjemne, lekko satynowe. Mają również delikatny zapach.

     Kolejną istotną rzeczą jest trwałość cieni. Tutaj - ogromne zaskoczenie! Cienie utrzymują się na powiece dobrych kilka godzin! Zrobiłam test i malowałam się nimi do pracy kilka dni z rzędu. Wstaję bardzo wcześnie, bo po piątej. Jednego dnia użyłam cieni bez bazy i o dziwo przetrwały na powiece, ba, niemal nie osadziły się w jej załamaniach! To było dla mnie naprawdę spore zaskoczenie. Fakt, że zblakły nieco, tracąc kolor, jednak ich podstawowa faktura ze srebrzystego, metalicznego połysku pozostała widoczna nawet późnym popołudniem. 


     Na załączonych zdjęciach macie makijaż z innego dnia, kiedy nałożyłam cienie na bazę. Jak widać, mimo że kolor nieco zblakł, jest w dalszym ciągu wyraźny i czytelny, bez jakichkolwiek "wałeczków" w załamaniach powieki. Taki efekt po 10 godzinach noszenia jest dla mnie naprawdę imponujący.

     A tutaj macie inny przykładowy makijaż oka, jaki można wykonać przy użyciu tej paletki. Wykorzystałam tutaj trzy cienie: najjaśniejszy, srebrzystoszary, niebieski oraz najciemniejszy, stalowoszary.



     Kolejna rzecz jaka przyszła mi do głowy po jakimś czasie użytkowania tej paletki odnosi się do jaśniejszego z odcieni brzoskwini - moim zdaniem cień ten jest wprost idealny jako rozświetlacz! Jeśli zatem szukacie czegoś w miarę neutralnego, bez przewagi żółtych lub różowych pigmentów, możecie śmiało wybrać ten! Z resztą znając życie, zarówno ten kolor, jak i trzy najjaśniejsze będę używała właśnie jako rozświetlacz, nie zaś w charakterze cieni do powiek ;)...

     Gwoli podsumowania, jest to produkt z pewnością interesujący i wart rozważenia dla tych z Was, którym nie zależy na intensywnej pigmentacji cieni i dla tych, które lubią połysk. Palmy pierwszeństwa w moim prywatnym rankingu raczej nie zdobędzie, jednak sądzę, że jest w stanie się podobać i całkiem przyjemnie nosić przy odpowiednim zestawieniu z innymi, mniej błyszczącymi cieniami.


Pozdrawiam Was serdecznie i jak zawsze zachęcam do komentowania :)
Buziole! :***


czwartek, 21 lipca 2011

Elitarne...

Hej, Misiaki!

     Ale jestem niedobra! Wieki temu zapowiedziałam Wam, że mam zamiar napisać recenzję pędzli Elite i ... na obietnicach się skończyło. Skoro jednak obiecałam, słowa dotrzymać muszę :)


      Na dobrą sprawę to, co tutaj napiszę nie będzie recenzją, a pieśnią pochwalną, ponieważ pędzle Elite uważam za wspaniałe!  
     Kilka tygodni temu podczas zakupów w Rossmannie zauważyłam coś nowego - pędzelki z bambusową rączką o włosiu przywodzącym na myśl wiewióreczkę ^__^ Skojarzyły mi się z zachwalanymi wszem i wobec pędzlami Eco Tools, ale w pierwszym odruchu miałam ochotę odwrócić się i odejść nic nie kupując. Pomyślałam, że skoro to pędzle drogeryjne, z pewnością nie są warte funta kłaków. A jednak mimo uprzedzeń skusiłam się. Początkowo tylko na jeden - jako pierwszy nabyłam największy z pędzli, przeznaczony do pudru. Kiedy trochę go poużywałam... wróciłam piorunem po resztę.

     Pędzelki pakowane są w takie oto tekturowe opakowania, z wklejonym wkładem z solidnego, choć giętkiego plastiku, dzięki czemu sam pędzel jest świetnie zabezpieczony przed wszelkimi potencjalnymi ciekawskimi łapkami. Jedynym sposobem na dostanie się do środka jest rozerwanie solidnie sklejonego brzegu, zatem pierwszy duży plus za pomysłowe opakowanie!
     Pędzelki pochodzą z serii ECO, a ich rączki wykonane zostały z bambusa - kolejny plus! To właśnie te bambusowe rączki jako pierwsze przykuły moją uwagę. Są solidne, eleganckie i mają niecodzienny kształt - są węższe u nasady, a ich rękojeść stopniowo rozszerza się ku końcowi. Wyglądają naprawdę luksusowo! (przynajmniej moim zdaniem). 
     Kolejną płynącą z ich zakupu korzyścią jest fakt, iż złotówka z każdego pędzla wędruje - jak głosi naklejka na opakowaniu - na rzecz pomocy ofiarom tsunami w Japonii. A ceny są całkiem przyzwoite, bo oscylują wokół 20zł. Najmniejszy z czwórki kosztuje bodajże 16,50zł, zaś największy, do pudru około 26zł.
     Żałuję bardzo, że w skład kolekcji wchodzą zaledwie 4 pędzle, bo idę o zakład z każdym, że gdyby ktoś pokusił się o wypuszczenie pełnej linii tych produktów, znalazłoby się bardzo wiele chętnych na zakup. Ja w każdym razie bez mrugnięcia okiem bym takie cudo capnęła!


      Wypadałoby napisać kilka słów na temat każdej z tych wiewióreczek. Pierwsze, o czym należy wspomnieć to włosie - niesamowicie mięciutkie i delikatne!!! Używanie tych pędzli to istna pieszczota! I tak jak pisałam Wam przy okazji recenzji rozświetlacza Sleek, dzięki temu, że włosie jest tak delikatne, możemy bez strachu nakładać przy jego pomocy nawet bardzo miękkie i/lub intensywnie napigmentowane kosmetyki.
* Największy z pędzli świetnie sprawdzi się w przypadku sypkich pudrów mineralnych, fiksujących, bronzerów, także kompaktów o delikatniejszej formule. Z twardszymi produktami może sobie nie poradzić.
* Ukośnie ściętego używam najczęściej i zastanawiam się czy nie kupić sobie drugiego, ponieważ dziwnym trafem w ostatnim czasie wpadło mi w ręce mnóstwo kosmetyków o szalonej wprost pigmentacji, więc pędzel ten idzie w ruch w zasadzie za każdym razem. Jest idealny do rozświetlaczy, bronzerów i róży. To zdecydowanie jeden z moich ulubieńców ostatnich tygodni!
* Płaski pędzelek języczkowy do nakładania cieni jest równie gładki i miękki jak jego starsi bracia, jednak jest przy tym również sprężysty i zbity, dzięki czemu świetnie nakłada cienie.
* Ostatni w kolekcji jest pędzelek do ust, bardzo podobny do poprzedniego, jednak cieńszy i węższy od niego. Może być stosowany zgodnie z przeznaczeniem, lub w innych celach - do cieni, czy np do punktowego nakładania korektora.


      Jak wspomniałam, kolekcja ECO liczy sobie tylko cztery pędzle, jednak w Rossmanie można dostać też regularną kolekcję Elite, z czarnymi rączkami. Z tej właśnie kolekcji pochodzi ostatni pędzelek Elite, który zakupiłam, przeznaczony do podkładu. Ma identyczne włosie jak cztery pozostałe. Warto w tym miejscu dodać, że używałam ich wszystkich, zdążyłam je również wymyć kilka razy i żaden z nich nie zaczął gubić włosia. Pozostało ono równie miękkie, sprężyste i lśniące jak zaraz po zakupie.

     Sama kolekcja ECO to nie tylko pędzle do makijażu! Zawiera także kilka rodzajów szczotek do włosów oraz dwie lub trzy wersje spinek. Szczotki, podobnie jak pędzle, wykonane zostały z naturalnych materiałów. Skusiłam się na jedną z nich: dużą, okrągłą, o przekroju 23mm, wykonaną w 100% z włosia dzika osadzonego na bambusowej rękojeści.


      Początkowo zastanawiałam się czy aby nie będę żałowała tej fanaberii, ale raz jeszcze utwierdziłam się w przekonaniu że seria Elite ECO to coś absolutnie wspaniałego! Włosie tej szczotki jest mega gęste, sztywne, jednak nie szoruje skóry głowy jak szereg podobnych syntetycznych okrągłych szczotek. I powiem Wam, ze tak jak do tej pory czesanie włosów traktowałam jako konieczność, tak w przypadku tej szczotki to dla mnie istna pieszczota! Mogę ją spokojnie i szczerze polecić każdemu!
     To tyle jeśli chodzi produkty Elite. Zachęcam Was do rozejrzenia się za nimi i zakupu choćby jednej sztuki na spróbowanie. Może akurat tak jak ja wrócicie po resztę :)

Pozdrawiam serdecznie i do następnego! :***

środa, 20 lipca 2011

Rocker Chick


Hej, Misiaki!

     Tym razem będzie bardzo króciutko i bez rozpisywania się. Chciałam jedynie podzielić się z Wami swoją ostatnią pracą, którą przygotowałam na konkurs o tematyce... różnej. W zasadzie jedyna reguła była taka, abyśmy zainspirowali się czymś co lubimy. W moim przypadku jest to muzyka. Tak więc zapraszam Was na ciemną stronę Mocy   \m/ ^__^ \m/







Ave!

piątek, 15 lipca 2011

Makijaż: Płomiennie!

Witajcie!

     Jakiś czas temu, przy okazji drugiej recenzji rzęs KKcenterHK zapowiedziałam Wam, że makijaż ze zdjęć wkrótce pojawi się na moim blogu w formie tutorialu. Słowo się rzekło i dzisiaj czyniąc zadość obietnicy przychodzę do Was z tym właśnie makijażem. 
     Nie będę dorabiała do niego żadnej ideologii, ponieważ powstał zupełnie spontanicznie bez jakiegokolwiek planu. Chciałam wypróbować rzęsy i stworzyć dla nich jakąś ciekawą oprawę kolorystyczną. 
     Ponieważ zdaję sobie sprawę, że rzęsy, których użyłam są kompletnie nie do noszenia poza imprezami lub sesjami foto, przygotowałam dwie wersje tego makijażu. Dajcie znać która z nich bardziej się Wam podoba :)









1. Zaczynam od delikatnego podkreślenia brwi. Dla tak kolorowego makijażu nie trzeba konkurencji w postaci mocnej "ramy". Powieki przygotowuję poprzez nałożenie na nie bazy z różowej jumbo-kredki. Cieniowanie rozpoczynam nakładając kolejno od wewnętrznego kącika żółty, następnie pomarańczowy cień.



2. W zewnętrznej części dokładam nieco rudości złamanej czerwienią.



3. W zewnętrznym kąciku dodaję ciemno-fioletowy cień. Wszystkie kolory dokładnie rozcieram puchatym pędzelkiem, dodając cień tak gdzie jakiś kolor "zgubił" intensywność.



4. W załamaniu dołożyłam różowy akcent i roztarłam kolor dokładnie. Beżowym matowym cieniem naniosłam wszystkie niezbędne elementy rozświetlenia - poniżej brwi, w wewnętrznym kąciku i poniżej ukośnej linii na zewnątrz oka.



 5. Połyskującym różowym pigmentem zaakcentowałam najwyższy punkt powieki tuż pod brwią. Dolna powieka jest tym razem bardzo prosta - roztarłam fioletową kredkę wzdłuż rzęs, następnie utrwaliłam ją i dodatkowo rozdymiłam odrobiną cienia w podobnym kolorze.



6. Górne rzęsy również podkreśliłam wspomnianą kredką. Dolną linię wodną rozjaśniłam cielistą kredką, a rzęsy dokładnie wytuszowałam. Na usta nałożyłam jedynie różowy błyszczyk.



7. Jeśli macie ochotę, możecie dodać makijażowi nieco pieprzu, poprzez nałożenie ekstremalnych sztucznych rzęs.









Użyte produkty:
Twarz:
- MaxFactor Xperience Weightless Foundation #Fair Sugar Cane 55
- Manhattan Wakeup Concealer #01
- Mattifying Compact powder foundation Sephora #D10 Light
- bronzer Cargo #02 Medium
- Sleek Face & Body Highlighter #492 Sun Goddess
Oczy:
- Yves Rocher Couleurs Nature Eyebrow Pencil #02 Cendre
- Max Factor Kohl Pencil #090 Natural Glaze
- Rimmel Eyeful Eye Glister #100 Girls Only
- Make Up For Ever  Aqua Eyes #4L
- fioletowy cień Inglot #91
- beżowy pigment Mineralista #Harmony
- sypki pigment Inglot AMC #81
- opalizujący pigment Inglot ozdoby do ciała #60
- pigment Spectrum Cosmetics #Crimson
- żółty cień Inglot #474
- pomarańczowy cień Inglot #410 pearl
- różowy cień Inglot #362 matte
- tusz Helena Rubinstein Lash Queen Mascara #Feline Blacks
Usta:
- elf Hypershine Gloss #00709






Pozdrawiam gorąco!
Katalina :*

czwartek, 14 lipca 2011

...summer days drifting away to oh oh the summer nights...

Heloł, heloł, pszczółeczki! :D

     Mam Wam tyle do opisania! Niektóre recenzje chodzą za mną dobry miesiąc. Są i makijaże. Problem tkwi w braku czasu... Moje ostatnie tygodnie to czyste szaleństwo w negatywnym tego słowa znaczeniu: intensywne szkolenia w pracy, egzaminy, dużo nerwówki, projekty przyprawiające mnie o zawrót głowy i ciągły wyścig z czasem. I pośród tego wszystkiego ja, starająca się zachować co nieco równowagi. No cóż, dzisiaj zamierzam opowiedzieć Wam o dwóch kosmetykach, które ostatnio mnie urzekły. Oba są produktami marki Inglot, którą - jak wiecie - uwielbiam.

     Na pierwszy ogień pójdzie lakier do paznokci. Kupiłam go jakieś dwa tygodnie temu i jestem nim zachwycona!!! Pochodzi z najnowszej, słonecznej kolekcji pięciu lakierów, które z tego co widziałam, są ogólnie dostępne w salonach i na stoiskach Inglota. Kolekcja wygląda tak:
Zdjęcie pochodzi ze strony students.pl
     Jak widzicie, w jej skład wchodzi pięć lakierów w boskich, słonecznych kolorach, od intensywnej żółci aż po niemal neonowy oranż. Mnie urzekł brzoskwiniowy, względnie spokojny odcień pomarańczy o numerze #978. Oto jak prezentuje się na moich paznokciach:

     Jak widzicie, mimo że w porównaniu z pozostałymi kolorami w serii mój wydawał się dość niewinny, w praktyce nawet on okazał się bardzo żywym i intensywnym odcieniem. I powiem Wam, że odkąd go kupiłam, niezmiennie maluję nim paznokcie :). Póki co nie znudził mi się i raczej nie prędko się znudzi.
     Co mogę o nim powiedzieć? 
* Kosztuje 20zł, co może być przez wiele z Was odebrane jako cena wygórowana i nie przeczę, mógłby być tańszy, ale ponieważ rzadko kupuję lakiery, to taki wydatek mnie nie zrujnuje ;). 
* Jest to lakier zadziwiająco trwały! Na moich paznokciach wytrzymał 5 dni, co jest u mnie nie lada wyczynem. 
* Zapewnia ładne i równe krycie, bez smug. Na powyższych zdjęciach mam nałożone dwie warstwy lakieru. 
* Daje lekko matowe wykończenie, co osobiście bardzo mi się podoba.
* Świetnie współgra z innymi produktami do paznokci (ja akurat używałam go z bazą i top coatem firmy Joko).
     Reasumując, serdecznie Wam go polecam! Nigdy nie miałam pomarańczowego lakieru do paznokci i dotąd zawsze sądziłam że dziewczyny o chłodnym typie urody powinny omijać takie odcienie szerokim łukiem, ale jak się okazuje, to bzdura :)

     Drugi z kosmetyków, o których chciałam Wam dziś opowiedzieć, to szminka. Ta, którą kupiłam ma numer #401, boski koralowy kolor i upajający owocowy zapach!

     Podobnie jak większość kosmetyków Inglota, również i ten zamknięty jest w eleganckim, minimalistycznym opakowaniu. W tym przypadku mamy do czynienia z metalową, pokrytą czarną emalią obudową, dość ciężką, jednak nie przeszkadza mi to.

     Był to zakup popełniony pod wpływem impulsu. Akurat byłam z koleżanką w centrum handlowym i pierwotnie to właśnie ona szukała koloru dla siebie. Rozglądając się, zwróciłam uwagę na ten cudowny koral i po prostu nie mogłam go nie kupić!
     Szminka kosztuje 21zł i jak wspomniałam, pachnie owocami. Jest bardzo napigmentowana! Pod tym względem jest jedną z najintensywniejszych pomadek, jakich miałam okazję używać. Ciekawe w niej jest to, że daje matowe wykończenie. Ponieważ jest odrobinę sucha, sądzę że może dodatkowo wysuszać delikatny naskórek warg. Stąd też polecam stosować ją po uprzednim nawilżeniu ust balsamem lub pomadką ochronną.

     A oto jak wygląda na ustach. To mój aktualny faworyt! I tak jak w przypadku lakieru, tak i tym razem muszę wspomnieć, że nigdy dotąd nie byłam zainteresowana tego typu odcieniami. Jednak ostatnio po prostu nie mogę im się oprzeć! Kojarzą mi się ze słońcem, latem, beztroską, słowem z wszystkim tym, co uczymy się doceniać z czasem - zwłaszcza gdy wszyscy wokół cieszą się wakacjami, podczas gdy my musimy kisić się w dusznym biurze i urabiać sobie ręce po łokcie.
     W skład tej konkretnej kolekcji wchodzi całe mnóstwo bajecznych odcieni, zatem jeśli nie jesteście fankami korali, możecie wybrać sobie np. delikatny beż, romantyczny róż, lub ognistą czerwień. To Inglot, więc możliwości jest naprawdę wiele! O ile nie macie problemów z nadmiernie wysuszonymi, spierzchniętymi wargami, możecie śmiało sięgnąć po tę szminkę.

Ściskam Was mocno i pozdrawiam serdecznie!!!