środa, 30 listopada 2011

Kolejne Zużycia

Hej, hej!

    Po raz kolejny witam Was we wpisie poświęconym projektowi denko. Nie robię tego rodzaju notatek każdego miesiąca, ponieważ nie zawsze liczba zużyć warta jest publikacji. Najczęściej wolę zebrać konkretną grupę i rzucić ją hurtem w eter. Tym razem mam do zaprezentowania kosmetyki, które udało mi się wykończyć na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy. Zainteresowanych zapraszam do lektury, zaś niezainteresowanych... cóż, niezainteresowanych po prostu serdecznie pozdrawiam ;)

     Na pierwszy ogień, wszystkie produkty z gatunku raczej pielęgnacyjnych niż kolorowych. Mamy tutaj:
- krem ultra nawilżający z filtrem SPF30 Soraya KLIK
- tonik rumiankowy Ziaja
- masło do ciała Stara Mydlarnia KLIK
- spray do stylizacji włosów Wella (stały punkt w mojej denkowej serii, jako że uwielbiam ten produkt i stale do niego wracam)
- chusteczki do demakijażu Inglot - całkiem fajne! Jedną chusteczką zmywałam z twarzy cały makijaż - nawet takie z gatunku artystycznych. Nie powodowały uczucia ściągnięcia.
- hydrożel Olay do cery tłustej i mieszanej - jest to krem, który stosowałam głównie w sierpniu i wrześniu, zaś skończyłam na samym początku października. Bardzo podobało mi się w nim to że wchłaniał się błyskawicznie, dzięki czemu nadawał się wyśmienicie jako baza pod makijaż. Zasadniczy problem stanowiło natomiast to, że masakrycznie (!!!) mnie wysadzał. Pryszcz na pryszczu, plus grudki podskórne. To sprawiło, że skutecznie zraziłam się do tego produktu i NIGDY nie sięgnę po niego ponownie.
- nawilżający krem na dzień co cery wrażliwej Olay - całkiem przyzwoity krem, bezwonny, nie uczulił mnie, nie wysadził, nie zapchał. Wchłania się dość szybko, bo w przeciągu jakichś 10-15 minut. Zapewnił przyzwoity stopień nawilżenia (przy czym muszę wspomnieć, że mam cerę mieszaną). Generalnie nie mam mu nic do zarzucenia.
- nawilżający krem na noc Olay - pachnie jak kosmetyki dla niemowląt, co bardzo mi się spodobało. Lekko różowe zabarwienie, przyzwoicie nawilża, nie zapycha. Przyzwoity krem, choć szału nie ma.

     W tym miejscu chciałabym dodać, że nie będę robiła bardziej szczegółowej i dogłębnej recenzji kremów marki Olay. Owszem, początkowo miałam taki zamiar, jednak zaraz potem nastąpił na wielu blogach hurtowy wysyp wszelkiego rodzaju recenzji, sądzę zatem że nie ma sensu produkować się na siłę. Tym bardziej, że swoich kremów nie dostałam do recenzji, a wygrałam w jednym z konkursów, zatem nie ciążył na mnie obowiązek opisywania ich :).

      W drugiej, liczniejszej grupie mamy kolorówkę:
- maskara Helena Rubinstein lash queen - tusz... powiedziałabym ok, choć nie oczarował mnie. Miałam dużo większe wymagania od kosmetyku z tej półki cenowej. Tymczasem okazało się że wymaga bardzo wprawnej ręki i pewnej gimnastyki, inaczej sklei rzęsy. Ponadto nie zapewniał tak spektakularnego efektu na jaki liczyłam. Moich dwóch faworytów (Hypnose Lancome i Diva's Lashes by PUPA) nie pokonał. Tyle tylko że ma fikuśne opakowanie, ale akurat to mi nie imponuje.
- czarna kredka z ELFa - produkt jakich wiele ;)
- podkład MaxFactor Xperience KLIK
- szminka Astor Shine Deluxe # Nudie - jedna z moich ulubionych szminek, niestety już wycofana ze sprzedaży.
- dwie szminki z NYX - obie bardzo fajne, super nawilżające, bardzo twarzowo wyglądają na ustach, niezwykle kremowe. Jedyne co mi nie odpowiada to zapach - nieco "plastikowy". Poza tym super.
- korektor Inglot - całkiem si, choć może osadzać się w załamaniach skóry i momentami także w porach. Nie jest to najlepszy korektor, z jakim się spotkałam, jednak jak to się mówi, ma potencjał ;)
- eyeliner w pisaku Yanqina KLIK
- kredka do brwi Essence - całkiem niezła, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę jej niewielką cenę. Polecam.
- puder do twarzy Inglot - planuje niebawem zrobić recenzję porównawczą kilku pudrów tego rodzaju. Ten konkretny jest przyzwoity, o miłej fakturze, ma większy stopień krycia, więc niektórym dziewczynom wystarczyłby zamiast podkładu. Problemem jest gama kolorystyczna. Nawet najjaśniejszy kolor wygląda na mnie pomarańczowo. Za to ogromny minus!
- błyszczyk Revlon - bardzo fajny kosmetyk!!! Polubiłam się z nim, bo jest trwały, ma równy odcień, ładnie nawilża usta. Co do koloru nie wypowiem się, ponieważ zmieniłam go autorsko, dosypując do oryginalnego, sinego liliowego koloru mieszankę pigmentów, by uzyskać kolor jak najbliższy mojemu naturalnemu odcieniowi ust.
- eyeliner w kałamarzu Sephora - fajny, ale jakość porównywalna z innymi, tańszymi linerami tego typu dostępnymi na polskim rynku.
- rozświetlacz Sleek KLIK

     I tak właśnie pokrótce prezentują się moje zużycia z ostatnich dwóch miesięcy. Droga wyboista, ale idę dalej. Jakiś czas temu podjęłam decyzję, że o ile się da, będę ograniczała ilość kosmetyków do makijażu. Zaczynam powoli uświadamiać sobie, że mój gust i styl zaczynają się zmieniać. Coraz mniej ciągnie mnie w stronę szalonych kolorów, a coraz częściej sięgam po stonowane, kobiece barwy. Nie odczuwam już potrzeby szokowania makijażem. Chyba się starzeję ;) hehehe. 
     Ściskam serdecznie, kochani! :*

wtorek, 29 listopada 2011

Makijaż insirowany storczykami

Hej, Misiaki!

     Pomysł stojący za dzisiejszym makijażem był taki, aby stworzyć coś, co będzie nadawało się do noszenia w ciągu dnia, a jednocześnie będzie na tyle pomysłowe by uniknąć nudy. Oczywiście to co dla jednej osoby będzie makijażem dziennym, dla innej może być dopuszczalne wyłącznie na wieczorne wyjście, zatem zrozumiem jeśli niektórym z Was moja propozycja wyda się zbyt ekstrawagancka. 
     Moją inspiracją raz jeszcze były storczyki, które uwielbiam. Mówi się, że królową kwiatów jest róża, mnie jednak o wiele bardziej podobają się właśnie storczyki, orchidee, lilie, czy skromniutkie frezje.
     Zapraszam Was zatem na instruktaż, mam nadzieję, że się Wam spodoba :)





1. Zaczynam od naszkicowania podstawowego kształtu. Prowadzę ukośną kreskę od zewnętrznego kącika w kierunku krańca brwi, zatrzymując się  w połowie drogi. Kreskę rozcieram. Kolejną kreskę rysuję wzdłuż zewnętrznej połowy załamania i ją także rozcieram.



2. Jak widać, zostawiłam nieco pustej przestrzeni między liniami. Zmieniłam również kształt oka poprzez przedłużenie dolnej linii na ruchomą powiekę. Teraz oko zyskało nieco bardziej migdałowy kształt. Wypełniłam pozostałą część ruchomej powieki białą kredką. Na jasnej bazie cienie zyskają na intensywności. Wewnętrzną połowę powieki pokrywam perłowo-różowym cieniem.



3. Jasną brzoskwinią cieniuję zewnętrzną połowę. Malinowym różem utrwalam kredkę roztartą w załamaniu. Rozcieram kolor ku górze dodając nieco matowego beżu.



4. W samym załamaniu powieki dodaję odrobinę cienia w kolorze średniego brązu. Tuż pod samym łukiem brwiowym dodaję odrobinę perłowego beżu jako rozświetlacza. Jasnobrzoskwiniowy cień dodaję również na wewnętrznej połowie dolnej powieki.



5. Resztę roztartej na dolnej powiece kredki utrwalam brązowym cieniem. Linię wodną rozjaśniam cielistą kredką. Tuszuję rzęsy i makijaż jest gotowy.








Użyte produkty:
Twarz:
- MaxFactor Xperience Weightless Foundation #Fair Sugar Cane 55
- korektor Roll-on Garnier Skin Naturals
- korektor w kremie Inglot AMC #64
- Mattifying Compact powder foundation Sephora #D10 Light
- bronzer: puder Inglot freedom system #26
- róż z palety Beauty Angel „Gold”
- rozświetlacz Sleek Face & Body Highlighter #492 Sun Goddess
Oczy:
- Yves Rocher Couleurs Nature Eyebrow Pencil #02 Cendre
- baza pod cienie Sephora
- beżowa kredka Max Factor #090 Natural Glaze
- biała kredka Manhattan 11A
- czarna kredka Wet’n’Wild coloricon #Black
- cienie z palety Coastal Scents 88 Shimmer
- beżowy cień Sephora #08 Universal Beige
- tusz Helena Rubinstein Lash Queen Mascara #Feline Blacks
Usta:
- bezbarwny błyszczyk BonBons

 Pozdrawiam cieplutko! :***

sobota, 26 listopada 2011

Blabla manipulacio...

     W takie dni jak dziś lubię sobie posiedzieć w domku, w ciepełku, z kawą w jednej łapce i czymś fajnym do czytania w drugiej. Tak się jednak składa, że pokręciłam się dziś trochę po mieście i nareszcie ruszyłam tyłek do Natury, gdzie od jakiegoś czasu ze standu Essence do klientów szczerzą kły produkty z nowej limitki. Weszłam, obejrzałam, pomacałam i... poszłam dalej. Nic nie zachwyciło mnie do tego stopnia bym zapałała nagłą i wszechogarniającą chęcią posiadania. Najwyraźniej nie wystarczy napisać na opakowaniu "wampir" bym się na to to połakomiła. Mimo (a może właśnie dlatego) że uważam się za rasową fankę wszystkiego co wampirze. Podkreślam, wampirze, bo wciąż opowiadam się za teorią, wedle której Edward jest elfem (jest "wegetarianinem", mieszka w lesie, migocze w słońcu jak kulka brokatu, ergo wampirem być nie może).
     Już teraz, pisząc te słowa nastawiam się psychicznie na falę krytyki, ale spoko, wszystko przyjmę mężnie na klatę ;).
     Tak czy śmak stanęło na tym, że szafa Essence nie wzbudziła mojego pożądania. Lepiej było w przypadku Catrice, która kusiła mnie z 10 minut dwiema paletkami, jednak ostatecznie uznałam, że mam w swojej kolekcji tak wiele cieni, że i tak nie ma fizycznej możliwości bym je wszystkie zużyła przed terminem ich przydatności. Zamiast tego postanowiłam zrobić prezent swoim włosom i kupiłam Radical. Umyłam sobie dzisiaj nim głowę i wrażenia mam bardzo pozytywne :)

     Zapolowałam także na świece zapachowe i olejek eteryczny. Moją absolutnie ulubioną świecą jak dotąd jest Brise Cosy Moments, która czaruje wspaniałym zapachem na bazie miodu. Kupiłam też opcję jabłko i cynamon, jednak miód podoba mi się zdecydowanie bardziej.

      Inną świecą o ciekawym zapachu była świąteczna świeca aromatyzowana z firmy bodajże Bartek. Tam z kolei na pierwszy plan wysuwa się cynamon, podbity lekko cytrusami. Też bardzo fajny świąteczny zapach!

      Po co mi tyle świec? Cóż, już Wam kiedyś wspominałam że mam do nich słabość. Akurat takie "szklaki" jak te powyżej mogę palić bez żalu, jednak mam kilka takich, które służą mi wyłącznie jako ozdobniki i bardzo by mi było szkoda je zapalać. Oto kilka elementów mojej kolekcji:
 
     Ostatni zakup poczyniłam z myślą o nadchodzącym roku 2012. A że jestem niezrealizowaną kocią mamą pałającą wielkim uczuciem do wszystkich mrauczunów świata, oczywistą oczywistością było to, że kalendarz jaki kupię będzie miał koci motyw przewodni.
     Uwielbiam tą bestię!!! Kot Simona zdetronizował mojego dotychczasowego ulubieńca, jakim od lat był niepodzielnie Garfield.
     Tak zaopatrzona mogłam już spokojnie zaszyć się w swoim kątku ze wspomnianą kawką i czytadłami - w tym wypadku zbiorem albumów i katalogów, jakie wpadły mi  w ręce na przestrzeni ostatnich miesięcy (uwielbiam przeglądać katalogi!!!).

     Mam nadzieję, że miło spędziliście sobotę :) Jak zawsze, pozdrawiam bardzo serdecznie! :***


czwartek, 24 listopada 2011

Makijaż w stylu lat 70-tych

Hej, Misiaki!

     Kilka dni temu otrzymałam wiadomość z prośbą o przygotowanie makijażu w stylu lat 70-tych. Szukając inspiracji uświadomiłam sobie, że nie będzie to tak prosta sprawa, jak początkowo sądziłam. Otóż, okazało się, że lata 70-te to ... w 95% włosy i ciuchy. Tak, tak. Odnoszę wrażenie, że makijaż w tamtej dekadzie traktowany był nieco po macoszemu i stanowił dość "niedopieszczoną" bulgoczącą miksturę lat 60-tych z 80-tymi (co oczywiste).
     Na pierwszy plan wysuwały się zdecydowanie bardzo charakterystyczne fryzury a la Farah Fawcett, ciuchy w stylu dzieci kwiatów i psychodeliczne wzornictwo. W makijażu zauważalna jest swojego rodzaju "odwilż", zapewne związana z popularyzacją ruchu hipisowskiego. Niezależnie od motywacji, na reklamach z lat 70-tych promujących kosmetyki widać głównie jasne, pastelowe kolory i lekkość, jakże różną od grubej, ciężkiej, graficznej kreski właściwej dla poprzedniej dekady. Na uwagę zasługuje sposób nakładania cieni, otóż powszechnie stosowaną metodą było nakładanie "chmurki" koloru w zasadzie na całą powiekę, aż po brwi, co zdaniem producentów kosmetyków miało pomagać w kreowaniu odświeżonego i rześkiego spojrzenia. Dolna powieka zazwyczaj malowana była jasnym kolorem.


     Najczęściej i najchętniej stosowanym kolorem cieni był błękit, choć oczywiście nie był monopolistą. Brwi najczęściej wyglądały bardzo naturalnie. Za to rzęsy to kompletnie inna historia - tutaj kobiety szalały do granic przesady, co przeważnie owocowało niesławnymi "pajęczymi nóżkami".


     Usta, niezależnie od koloru na jaki były malowane zawsze były wyraźnie zarysowane, a ich wykrój perfekcyjny. Dopełnieniem makijażu były wyraźnie zaznaczone policzki. 
     Ok, tyle tytułem wstępu. Teraz przejdźmy od teorii do praktyki! Zapraszam Was do obejrzenia makijażu inspirowanego latami 70-tymi. Zdecydowanie nie jest to propozycja dla każdego, ponieważ znajdziecie w niej wszystko to, o czym wspomniałam wyżej, czyli mocno podkreślone policzki, kiczowaty błękit na powiekach i posklejane tuszem rzęsy. Ale czego się nie robi dla subskrybentów ;)




1. Zaczynam od nałożenia na całą ruchomą powiekę jasnobłękitnego sypkiego cienia. Używam do tego płaskiego pędzla by hojnie napakować kolor. Następnie zmieniam pędzelek na większy, puchaty i z jego pomocą nanoszę ten sam kolor ba całą nieruchomą część powieki aż po brew. Ciemniejszym odcieniem niebieskiego podkreślam zewnętrzne V oka oraz całą linię załamania powieki.



2. Przy użyciu odrobiny czerni i precyzyjnego pędzelka przyciemniam samo załamanie powieki. Białą kredką podkreślam wewnętrzny kącik oka oraz całą dolną powiekę, następnie dokładnie rozcieram kreskę.



3. Białym, lekko opalizującym cieniem utrwalam roztartą kredkę. Odrobinę nanoszę także tuż pod brwią. Na znalezionych przeze mnie zdjęciach rzadko pojawiał się eyeliner, dlatego czernią podkreśliłam tylko górną linię wodną. Dolną rozjaśniłam białą kredką. Stałym elementem makijażu w stylu lat 70tych były obficie wytuszowane, wręcz posklejane górne i dolne rzęsy.



4. W odniesieniu do ust - niezależnie od ich koloru - stałym elementem było nadanie im wyraźnego kształtu. Zaczynam zatem od obrysowania ich naturalną konturówką. Wybrałam szminkę w odcieniu neutralnego ciepłego beżu, na którą dla dodatkowego połysku nałożyłam zwykły bezbarwny błyszczyk.





Użyte produkty:
Twarz:
- Korres Watermelon Lightweight Tinted Moisturiser #01 Light Sand
- puder Inglot YSM #Y04
- korektor w kremie Inglot AMC #64
- róż i bronzer z palety Sephora
Oczy:
- Kredka jumbo Rimmel Eye Glistener #100 Girls Only
- niebieski pigment About Face Cosmetics #Fatal Glamour
- Inglot AMC żelowy liner #77
- Manhattan Khol Kajal #11A
- cienie: czerń i biel z palety Sleek #571 Curious
- granatowy cień z palety Sephora
- tusz Multi Lash Black, Make Up Store
Usta:
- konturówka Yves Rocher #06 Nude Rose
- szminka Yves Rocher #51 Beige Vanille
- błyszczyk MaxFactor Vibrat Curve Effect #09 Sophisticated

Zdjęcie 1. www.flickr.com/photos/kahluacream/3259046720
Zdjęcie 2 i 3  www.flickr.com/photos/kahluacream/3259046432/in/photostream
Zdjęcie 4.  http://www.rotatingcorpse.com/wp-content/uploads/2009/06/anjelica3.jpg
Zdjęcie 5. http://www.rotatingcorpse.com/wp-content/uploads/2009/06/anjelica1.jpg

wtorek, 22 listopada 2011

Subiektywny Ranking Przystojniaków

     Tym razem zjawiam się z wpisem kompletnie niedotyczącym czegokolwiek, co zamieszczam na blogu. Temat ten chodził mi po głowie już od dość dawna, jednak do tej pory nie mogłam zebrać się w sobie, by go napisać. Bodźcem, który ostatecznie zmotywował mnie do akcji był opublikowany niedawno ranking magazynu People, który z uporem maniaka na sobie tylko znanych zasadach wybiera rokrocznie dziesiątkę "najseksowniejszych" kobiet i mężczyzn. Nie wiem kto zasiada w komisji, ani jakimi wytycznymi się kieruje, wiem jednak że z większością tego typu rankingów kompletnie się nie zgadzam i często na liście widzę jakąś niedojdę, która choć określana jest mianem seksownego mężczyzny, we mnie wywołuje w najlepszym razie reakcję w stylu "że co?!".
         Postanowiłam zatem stworzyć własną subiektywną listę. Moje autorskie "top 10". Zapraszam!



10. Viggo Mortensen urodził się 20 października 1958 roku w Nowym Jorku. Jest synem Duńczyka i Amerykanki. To przede wszystkim aktor, jednak oprócz grania zajmuje się również fotografią, malarstwem i poezją. Jestem wielką wielbicielką jego talentu aktorskiego! „Masowy widz” znać go będzie głównie z trylogii „Władca Pierścieni”, jednak lista produkcji, w których grał jest naprawdę imponująca! Mnie osobiście najbardziej utkwiły w pamięci jego role w  „Morderstwie Doskonałym”, „Historii Przemocy” i „Wschodnich Obietnicach”.
     Co robi na mojej liście? Obiektywnie patrząc jego uroda jest nieco kontrowersyjna, bo nie można Mortensena nazwać klasycznym przystojniakiem. Nie mniej jednak niezaprzeczalnie jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną! Szorstki, niepokorny, bardzo męski! Kiedyś żartowałam z koleżanką, że im bardziej jest zarośnięty i potargany tym lepiej wygląda i chyba jest w tym sporo prawdy.

 9. Christian Bale (30.01.1974) Brytyjczyk. Gra w filmach od 13 roku życia, jednak jego przygoda z aktorstwem zaczęła się jeszcze wcześniej. Ma na swoim koncie mnóstwo świetnych ról – wiele z nich bardzo charakterystycznych. Wystarczy wspomnieć kultowego już „American Psycho”. Rolą w „Mechaniku” zaimponował chyba całemu światu – widzieliście do jakiego stanu się doprowadził?!?!?! A krótko potem grał przecież w kolejnej części „Batmana”, do której musiał nabrać sporo masy mięśniowej. Jak dla mnie to jeden z najlepszych aktorów tego pokolenia. Uwielbiam oglądać jego filmy! Jego samego również ;).
     Niezaprzeczalnie przystojny! Ale jego uroda ma w sobie coś niepokojącego. Jak patrzę na jego twarz, widzę w niej  jakiś nieuchwytny rys okrucieństwa. Możecie się ze mną nie zgodzić, jednak bez trudu jestem sobie w stanie wyobrazić go – wybaczcie malownicze porównanie – skręcającego komuś kark bez najmniejszego grymasu na twarzy. Z resztą nie raz dowiódł na ekranie że równie przekonująco gra zarówno świętego, jak i wyzutego z emocji sadystę. Uwielbiam Bale’a aktora i Bale’a mężczyznę!


8. Hugh Jackman, aktor urodzony 12.10.1968 r. w Australii. Co ja Wam będę tutaj pisała – widzieliście jak on wygląda??? Wysoki, przystojny w typie chłopaka z sąsiedztwa dwadzieścia lat później, zbudowany tak, że nie można oderwać od niego wzroku. Bardzo, bardzo męski! Są tacy, którzy patrząc na niego mówią, że do roli w X-Menach nabrał za dużo ciała, a ja im na to: gońcie się! W czasach, gdy modnym staje się mężczyzna (khe, khe) w typie Andreja Pejica, Madoxa i Michała Szpaka, Hugh Jackman jest jak powiew ożywczego powietrza! Więcej poproszę!


7. Aleksander Skarsgard (25.08.1976) szwedzki aktor i reżyser, wywodzący się z aktorskiej rodziny. Tak sobie myślę, że gdyby wszyscy wikingowie wyglądali tak jak on, świat dałby się najechać z szerokim uśmiechem na ustach i rozgwieżdżonym wzrokiem – przynajmniej jego żeńska część. Alex zaczął grać w wieku 8 lat, jednak nagła sława przeraziła go i zraziła do siebie. Długo unikał rozgłosu. Rola Erica Northmana  w serialu „True Blood” zapewniła mu powrót w wielkim stylu. Teraz choćby nie wiem jak się starał, świat o nim nie zapomni. Jego wielką zaletą jest wszechstronność – widziałam go już w roli amanta, drapieżnika i totalnego nieudacznika, za każdym razem był niezawodny! Co jeszcze? Powoduje istotne skutki uboczne, takie jak ślinotok i nadużywanie przymiotników typu: boski, seksowny, niesamowity, męski, zniewalający…


6. Johnny Depp (09.06.1963) Chyba nikogo nie dziwi obecność tego pana w moim zestawieniu? Co najwyżej kilkoro z Was mogłoby teraz spytać „dlaczego dopiero na szóstym miejscu?!”. O jego dokonaniach aktorskich pisać nie trzeba, ponieważ są ogólnie znane. Piekielnie utalentowany facet!!! I ma tę zaletę, że jako jeden z niewielu aktorów na świecie może sobie pozwolić na to, by mieć gdzieś to co inni myślą na jego temat. Jego talent i kunszt aktorski bronią się same. I jest niesamowicie, powalająco wprost przystojny! To taki typ mężczyzny, który nawet w wyciągniętym dresie, dziurawych butach i staromodnych okularach na nosie byłby w stanie uwieść każdą kobietę. W jego oczach można utonąć.



5. Gerard Butler, urodzony 13.11.1969 r. w Szkocji aktor, niedoszły prawnik. Mam do niego przeogromny sentyment! Pierwszy raz usłyszałam o nim w 2000 roku przy okazji filmu „Dracula 2000” i od tamtej pory jestem jego wierną fanką :). Do tego stopnia, że widziałam jakieś 90% filmów z jego udziałem, poruszając przy okazji niebo i ziemię. To, moi mili, nazywa się fanatyzm ;). Czas nie obchodzi się z nim co prawda zbyt łagodnie, nie mniej jednak to mężczyzna jak się patrzy! Moim ulubionym jego wcieleniem była postać Attyli. Nie wiem ile razy oglądałam ten film, ale minimum z pięć. Wcielał się w rozmaite postaci: kochanka, gangstera, mordercę, wampira, upiora, ducha, playboya, króla, zgrywusa… długo by wymieniać! Co mogę o nim powiedzieć? Mężczyźni wodzą na pokuszenie na miliony różnych sposobów. Gerard Butler ma niesamowitą osobowość i poczucie humoru (w ramach fanatycznego uwielbienia obejrzałam całe mnóstwo wywiadów i programów, w których występował), a przy tym spojrzenie, którym przeszywa na wskroś. Chcecie próbki? Sięgnijcie po wspomnianego wcześniej „Draculę 2000” i obejrzyjcie scenę, w której wchodzi do sklepu z płytami… 


4. Michael Fassbender. Urodził się 02.04.1977 roku w Niemczech, jednak większość życia spędził w Irlandii. Nie wiem co mogłabym o nim napisać. Najchętniej po prostu posiedziałabym i pomilczała wpatrując się w jego zdjęcie :). Oglądaliście film „300”? Pamiętacie Steliosa? Mnie się potem śnił po nocach. Najbardziej jednak spodobał mi się w roli upadłego anioła Azazela w serialu „Hex”. Jestem nim totalnie zauroczona!


3. Josh Holloway urodził się 20.07.1969 roku w Kalifornii. Jest aktorem i modelem, niestety nie występuje tak często jak bym sobie życzyła ;). Wcześniej pisałam, że mężczyźni potrafią uwodzić na wiele sposobów. On ma wszystko w oczach. Jako Sawyer w „Zagubionych” był nie do zdarcia! Typowy zły chłopiec, w którym zwykły podkochiwać się takie grzeczne dziewczynki jak ja ;). Przyznam się bez bicia, że pod koniec oglądałam ten serial wyłącznie dla niego, odgrażając się w duchu, że „jeśli mi go zabiją” rzucam LOST w diabły! Jego teksty i przezwiska z serialu sprawiały że zwijałam się ze śmiechu. Przebiegły manipulator, sypiący na lewo i prawo niewybrednymi komentarzami, jednak zawsze z dużym wdziękiem. Do tego to spojrzenie, uśmiech i dołeczki w policzkach… do schrupania!


2. Jason Momoa (01.08.1979). Nie mam ideału mężczyzny, ale gdybym go miała, Jason Momoa byłby jego ucieleśnieniem. Bardzo wysoki, potężnie zbudowany, męski aż do bólu, przystojny w pewien dziki sposób… (przerwa na niekontrolowane westchnienie)… a przy tym wszystkim ma niesamowity głos! Niski, głęboki, brzmiący tak, jakby wydobywał się z jakiejś otchłani. Jestem nim oczarowana i zafascynowana, a teraz wybaczcie, idę usiąść, bo ugięły się pode mną kolana.


1. Ian Somerhalder (08.12.1978). Niezastąpiony Damon z „Pamiętników Wampirów”. Znacie to uczucie, kiedy ktoś się uśmiecha, a Wy macie wrażenie, jakby wymierzono Wam solidny cios w splot słoneczny? Wstyd się przyznać ale patrząc na niego rzadko kiedy mam inteligentny wyraz twarzy. Ian Somerhalder jest przystojny urodą, która niesamowicie na mnie działa - w takim typie niegrzecznego chłopca, a ja mam do nich przeogromną słabość. A jeśli dodać do tego fakt, że jest to facet o wielkim sercu - od lat angażuje się w rozmaite charytatywne projekty służące między innymi ochronie środowiska i zwierząt – wyłoni nam się obraz niemal idealny. Na szczęście nie ideał, bo ideały są nudne.

Tak oto prezentuje się moja subiektywna złota dziesiątka. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zapewne ma się nijak do Waszych typów, dlatego zgodnie z sugestią Sabbath postanowiłam zapoczątkować mój pierwszy tag! 

Zasady są proste:
1. Napisz od kogo otrzymałaś taga.
2. Wymień dziesięciu mężczyzn, których uważasz za najbardziej atrakcyjnych, a swój wybór krótko uzasadnij.
3. Zataguj dziesięć osób i powiadom je o nominacji.


A skoro ja zaczynam, taguję następujące osoby:
Sabbath
Angel
Brunetkę
Hexxanę
Cammie
Violet
Barwy Wojenne
Simply_a_woman
Słomkę
Stri-lingę



poniedziałek, 21 listopada 2011

Makijaż w kolorze burgunda

Hej, Misiaki!

     Moja mantra ostatnich tygodni brzmi "gdyby mi się chciało tak jak mi się nie chce". Staram się walczyć z tą słabością. Ostatnio pomogła mi Hexxana, która zastrzeliła mnie paczką :). DZIĘKUJĘ! :*** Pomyślałam sobie, że w ramach "terapii" podzielę się z Wami moim ulubionym makijażem jesiennym. Malowałam się tak w tym sezonie już kilka razy, a ponieważ zazwyczaj się podobało... Tak właśnie byłam umalowana na niedawnym spotkaniu trójmiejskich bloggerek. W roli głównej mój ulubiony kolor pigmentu: boski burgund!
Zapraszam!





1. Zaczęłam jak zawsze od nałożenia bazy. Na całą ruchomą powiekę naniosłam pigment w kolorze czerwonej, opalizującej rdzy (Crimson od Spectrum Cosmetics). Czystym pędzelkiem kulką roztarłam granicę cienia. Ma on tę właściwość, że w miarę rozcierania przybiera nieco fioletowy odcień.



2. Beżowym cieniem dopasowanym do karnacji pokryłam całą nieruchomą powiekę. Aby kolor był bardziej trójwymiarowy, na środek powieki nałożyłam pigment dający złotą poświatę.



3. Zewnętrzną połowę dolnej linii rzęs podkreśliłam fioletową kredką, następnie utrwaliłam rdzawym pigmentem.



4. W wewnętrznym kąciku dodałam matowy beż. Dolną linię wodną rozjaśniłam cielistą kredką, zaś wzdłuż górnej linii rzęs narysowałam kreskę żelowym linerem.



5. Na koniec wytuszowałam rzęsy.






Ściskam Was wszystkich i pozdrawiam serdecznie! :***