piątek, 27 stycznia 2012

Recenzja: IKOS Egyptische Erde - Ziemia egipska

Hej, Misiaki!

     Oto trzecia i ostatnia zarazem recenzja produktów, które otrzymałam do testów dzięki uprzejmości portalu Uroda i Zdrowie i sklepu Ciao.pl. Tym razem chciałabym Wam przybliżyć Ziemię Egipską IKOS.


Opis producenta:
IKOS Egyptische Erde - Ziemia egipska

     Tajemnica Ziemi Egipskiej tkwi w sposobie produkcji kosmetyku, który w rzeczywistości jest paloną glinką. Taka formuła produktu pozwala połączyć doskonałe właściwości pielęgnacyjne z efektem lekkiego, idealnie wtapiającego się w skórę makijażu. Stosowanie Ziemi egipskiej nie zatyka porów i nie przyczynia się do powstawania zaskórników. Skóra nabiera jedwabistego wyglądu, a obecność kwasu hialuronowego i olejku jojoba pozwala dodatkowo nawilżyć i zmiękczyć naskórek. Kosmetyk zawiera aż 68% naturalnych minerałów.

Zalety Ziemi egipskiej:
* możliwość regulacji intensywności koloru,
* doskonałe właściwości kryjące – idealne maskowanie niedoskonałości,
* nie tworzy efektu maski – makijaż jest lekki i nadaje się nawet dla mężczyzn,
* nie zatyka porów, dlatego może być używana przez osoby z cerą tłustą i trądzikową,
* wysoka zawartość naturalnych składników,
* dodatek składników kondycjonujących: nawilżających, odżywczych i przeciwsłonecznych,
* funkcjonalność – jednym kosmetykiem wykonasz cały makijaż. 

Główne składniki:
•    kwas hialuronowy - posiada właściwości nawilżające i ujędrniające; wiąże wodę w skórze, dlatego nadaje się do pielęgnacji nawet najbardziej przesuszonych cer; jest substancją naturalnie występującą w organizmie człowieka,
•    Ci 77891 filtr słoneczny 10 – zapewnia ochronę przed szkodliwym wpływem promieni słonecznych przyczyniających się do powstawania zmarszczek i przebarwień,
•    minerały – koją cery problemowe, pomagają uzyskać równomierny koloryt.

Polecana dla: Pań i Panów w każdym wieku i o każdym rodzaju cery, Ziemia egipska nadaje skórze efekt lekkiej opalenizny, a oprócz tego ma działanie odżywcze, pielęgnujące i ochronne,

Idealna dla:
* kobiet, które cenią sobie komfort i wygodę – kosmetyk może zastąpić wszystkie używane wcześniej produkty: podkład, puder, bronzer i róż,
* mężczyzn, którzy mają problemy skórne i potrzebują niewidocznego makijażu ukrywającego rozmaite niedoskonałości,
* wszystkich, którzy poszukują sprawdzonego kosmetyku brązującego – Ziemia Słoneczna zmienia odcień w zależności od ilości nałożonych warstw.

Sposób użycia: kosmetyk nakładać pędzelkiem ściętym lekko na półokrągło (dostępny w naszej ofercie). Niewielką ilość rozprowadzić kolistymi ruchami pędzla wcierając w skórę twarzy, szyi i dekoltu. Nakładając drugą warstwę można wymodelować rysy twarzy. 




Pojemność: 13 g. Ja otrzymałam tester o pojemności12g.

Dodatkowe uwagi:
* produkt testowany dermatologicznie i mikrobiologicznie,
* niezwykle wydajny - wystarcza na około 300 zastosowań! 


Moja opinia

Cena: 110zł (cena regularna 130zł)

Trwałość: 18 miesięcy

Dostępność: sklep ciao.pl 

Opakowanie: Otrzymałam swoją Ziemię Egipską w formie testera, w poręcznym przezroczystym plastikowym opakowaniu. W wersji pełnowymiarowej, produkt opakowany jest w jasnobrązową, kwadratową puderniczkę z lusterkiem.

Konsystencja: kosmetyk ma postać bardzo jedwabistego, sprasowanego pudru.

Zapach: Cudowny! Nie umiem dokładnie określić go słowami, jest słodkawy, lekko pudrowy i bardzo przyjemny! Często przesiaduję z pudełeczkiem w dłoni, wdychając jego zapach.

Aplikacja i działanie: Ziemię Egipską można stosować na wiele sposobów. Jest wspaniała dla osób, które chcą nadać skórze „opalony” wygląd – można nanieść ją bezpośrednio na skórę z pominięciem podkładu. Można użyć jej jak klasycznego pudru utrwalającego makijaż, lub też jako bronzera. Jest rewelacyjna jako kosmetyk wyrównujący odcień karnacji, kiedy na przykład odcień twarzy, szyi i dekoltu nieco się różni.
     Do aplikacji używam zamiennie albo skośnie ściętego pędzla (konturowanie), albo dużego, puchatego (utrwalanie makijażu, konturowanie twarzy).

Skład:




Reasumując: Jestem oczarowana tym kosmetykiem! Polubiłam się z nim od pierwszej chwili. Wygląda bardzo naturalnie, można budować go na skórze bez obaw o powstanie plam, czy nieestetycznych smug. Jest niezawodny, a przy tym pachnie jak marzenie.

Więcej informacji na temat Ziemi Egipskiej IKOS znajdziecie TUTAJ.

    Produkt otrzymałam w celach testowych z drogerii internetowej ciao.pl, dzięki uprzejmości portalu Uroda i Zdrowie. Nie miało to wpływu na obiektywność niniejszej recenzji.

piątek, 20 stycznia 2012

Recenzja: ACNE CAMOUFLAGE - Leczniczy korektor na trądzik od ISM-KOSMETIK

Hej, Misiaki!

     Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć co nieco na temat kosmetyku, który bardzo mnie zaciekawił, jak tylko trafił w moje ręce. Mówię o korektorze leczniczym Acne Camouflage wyprodukowanym przez ISM-KOSMETIK.


Oto co na temat kosmetyku mówi producent:

     Acne Camouflage to profesjonalny korektor leczniczy do skóry trądzikowej. Wyjątkowo skuteczna mieszanka roślinnych składników antybakteryjnych przyspiesza gojenie niedoskonałości, a dodatkowe właściwości kryjące pozwalają znacznie poprawić wygląd cery. Kosmetyk nie zatyka porów i w żaden sposób nie przyczynia się do zaostrzenia zmian. 
     Polecany dla: wszystkich, którzy cierpią na trądzik i chcieliby połączyć działanie lecznicze z makijażem kamuflującym.

Sposób użycia: niewielką ilość kosmetyku nanieść na zmiany trądzikowe, delikatnie wklepać i rozetrzeć granicę między zmianami a zdrową skórą.
Pojemność: 8 ml
Dodatkowe uwagi: można stosować pod makijaż.

Moje spostrzeżenia:

Cena: Aktualnie można go kupić w ciao.pl za 19,90zł (cena regularna 34,90zł)

Trwałość: 6 miesięcy od otwarcia

Dostępność: ciao.pl

Opakowanie: Wygodne białe pudełeczko z dobrej jakości plastiku. Swoje dostałam w bardzo ładnym przezroczystym woreczku z organtyny, do którego dołączono kartonik ze wszystkimi niezbędnymi informacjami na temat produktu.


Konsystencja: miękka, kremowa, lekko tłustawa


Zapach: Bardzo intensywny, charakterystyczny, mnie osobiście kojarzy się z pastą do podłogi.

Aplikacja: Nieco kłopotliwa, ponieważ trzeba wydłubywać produkt z pudełeczka. Można sobie z tym jednak poradzić używając szpatułki lub pędzelka.

Działanie: Produkt ten reklamowany jest jako maść lecznicza na trądzik o właściwościach kamuflujących. Ja co prawda nie mam trądziku, nie mniej jednak często pojawiają się na mojej skórze mniej lub bardziej uciążliwe wypryski, które niestety są dosyć widoczne, ponieważ mam bardzo jasną karnację. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy po otwarciu opakowania był bardzo ciemny kolor korektora. Obawiałam się, że z racji koloru nie będę w stanie swobodnie z niego korzystać, jednak okazało się, że po jakimś czasie produkt dopasowuje się odrobinę do koloru skóry. Mimo wszystko, nawet jeśli dokładnie go rozsmaruję i pokryję podkładem (ostrożnie, by nie zetrzeć korektora), wciąż jest dla mnie zbyt ciemny i nieco odznacza się na tle mojej jasnej karnacji. 
     Krycie określiłabym jako średnie. Produkt kamufluje niedoskonałości w jakichś 70-80%. Dla przykładu, poniższe zdjęcie przedstawia wypryski podepilacyjne na mojej ręce, które przykryłam korektorem i delikatnie przypudrowałam.


      To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to fakt, że... korektor naprawdę działa! Próbowałam go na kilku rodzajach wyprysków w różnym stadium rozwoju i rezultat zawsze był taki sam. Korektor nałożony na głębokie i masywne wypryski, wydobywa je spod skóry, przyśpiesza ich rozwój, dzięki czemu szybciej się "obierają" i zaleczają. W przypadku mniejszych zmian wygładza je i niweluje, tak że nie tylko nie rosną, ale wręcz znikają zanim zdążą się rozwinąć.

Skład:


Reasumując:
     Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym produktem! Spodziewałam się zwykłego korektora w właściwościach lekko antybakteryjnych, tymczasem otrzymałam specjalistyczną maść leczniczą, która choć nie zapewnia idealnego krycia, leczy szybko i skutecznie. Do tego stopnia, że jestem skłonna przymknąć oko na nieco zbyt ciemny kolor i lżejsze krycie. To nie tyle kosmetyk co lek, w dodatku wyjątkowo efektywny. Zdecydowanie polecam!

Więcej informacji na temat Acne Camouflage znajdziecie TUTAJ.



     Produkt otrzymałam w celach testowych z drogerii internetowej ciao.pl, dzięki uprzejmości portalu Uroda i Zdrowie. Nie miało to wpływu na obiektywność niniejszej recenzji.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

TAG: Nasze Ulubione Seriale

Hej, Misiaki!

     Ponownie piszę zamiast malować. I raz jeszcze w odpowiedzi na tag. Nie wiem, jak się na to zapatrujecie, ale mam cichą nadzieję, że nie złości Was to za bardzo... Tag trafił w moje łapki od kochanej Simply_a_woman, jednak tym razem nie tagowała mnie bezpośrednio, a jedynie zachęciła do wzięcia udziału w zabawie. A zachęta ta była nie lada pokusą, ponieważ dotyczyła czegoś, co mnie bardzo kręci, mianowicie seriali. Żeby było śmieszniej, kilka dni wcześniej urządziłyśmy sobie z Simply, Słomką i Stri-lingą sesję mailingową, w której wymieniłyśmy się poglądami na temat kilku lubianych przez nas filmów i seriali. Mam w tym temacie pewien problem, mianowicie... mogę rozprawiać o nim godzinami - dla mnie to temat rzeka, zupełnie jak muzyka!

     Mogło się to skończyć tylko w jeden sposób, odpowiedzią na taga! Zapraszam Was zatem do zapoznania się z moimi odpowiedziami, może akurat zachęcę Was do złego ;)...

ZASADY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.


2. Napisz, kto Cię otagował - oczywiście Simply_a_woman
3. Otaguj 5 innych bloggerek - tutaj pójdę za przykładem Kingi i nie będę wymieniać nikogo osobiście. Zachęcam Was jednak gorąco do odpowiedzi jeśli tylko macie taką ochotę!
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali. 

No to jazda!
źródło

LOST – ZAGUBIENI
     To jeden z moich ulubionych seriali wszech-czasów. Pechowy lot, zakończony tragicznym wypadkiem na egzotycznej wyspie zagubionej gdzieś pośród oceanu. Mnóstwo ofiar, ale i spora grupa ocalonych. Jak przetrwać dopóki linia lotnicza nie przyśle pomocy? A jakby problemów nie było dość, okazuje się że wyspa nie jest ot takim sobie kawałkiem lądu… To serial, w którym nic nie jest takie, jakim się początkowo wydaje. Każdy z ocalonych pasażerów ma swoją historię do opowiedzenia. Wyspa, która początkowo jawi się jako azyl, okazuje się o wiele bardziej niebezpieczna i tajemnicza, niż komukolwiek mogło się wydawać. Lost, to niesłychanie zaplątana fabuła, w której codzienne życie rozbitków przeplata się z ich indywidualnymi retrospekcjami,  dzięki którym widz poznaje każdego z nich. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt z bohaterów nie jest nietykalny – to serial, w którym niemal co odcinek ktoś umiera i nie ma tam faworytów (powiedzmy :P).
     Mimo że uważam się za ogromną fankę tej serii, na którą składa się AŻ 6 SEZONÓW, nie mogę być ślepa na wszystkie niedociągnięcia, jakie pojawiały się na różnych etapach serialu. Nie zmienia to jednak faktu, że „Zagubionych” uwielbiam i zawsze będą oni zajmowali szczególne miejsce w mojej filmotece.

źródło
 THE VAMPIRE DIARIES – PAMIĘTNIKI WAMPIRÓW
     Serial, na punkcie którego mam obsesję, głównie z powodu Iana Somerhaldera <3.
     Elena jest piękna, młoda, popularna, ma oddanych przyjaciół, młodszego brata i ciocię, która opiekuje się rodzeństwem po tym jak ich rodzice zginęli w tragicznym wypadku samochodowym. Pewnego dnia Elena poznaje tajemniczego Stefana i jego starszego brata Damona. Ich przybycie do miasteczka zbiega się w czasie z serią dziwnych wypadków, które wyglądają jak ataki dzikich zwierząt.
     Bracia Salvatore są oczywiście wampirami, w dodatku skłóconymi ze sobą. Elena natomiast jest uderzająco podobna do Katherine, wampirzycy, która przed laty doprowadziła obu braci do tragedii.
     Serial powstał na motywach książki o tym samym tytule, przy czym – na szczęście – niewiele ma wspólnego z samą książką, którą tak na marginesie uważam za totalną masakrę. Jeśli nie musicie, nie sięgajcie po nią, bo to jedna  z najgorszych szmir jakie czytałam (kupiłam tę serię z ciekawości).
    
źródło
TRUE BLOOD – CZYSTA KREW
     Kolejny serial o wampirach, z tą różnicą, że… wszystko inne jest, no… inne :P Wyobraźcie sobie taką oto sytuację: pewnego dnia naukowcy wynajdują substancję, której skład i funkcja jest w stanie zastąpić krew. Co to oznacza dla świata? Rozwiązanie problemów z transfuzją krwi? Też, jednak główną zmianą jaka zachodzi w społeczeństwie jest… wampirzy coming out.
     Wampiry nagle ogłaszają światu, że istnieją, a skoro mogą żywić się sztuczną krwią, automatycznie przestają stanowić zagrożenie dla innych żywych organizmów z głównym wskazaniem na ludzi (przynajmniej w teorii). Z tego powodu zakładają własną partię polityczną i formują coś na kształt normalnego społeczeństwa, które domaga się wszelkich praw i obowiązków wynikających z przynależności do określonego państwa. Pośród tego wszystkiego jest Sookie Stackhouse, kelnerka z małej mieściny w Luizjanie, która przypadkowo posiada dar czytania w myślach… Jest też niezdrowo zafascynowana wampirami. I nagle, nieoczekiwanie zostaje z hukiem wciągnięta w kompletnie nieznany jej do tej pory świat nieumarłych, zmiennokształtnych, wróżek i innych istot nadprzyrodzonych, o istnieniu których nie miała dotąd pojęcia.
     Całość brzmi trochę jak baśń, jednak nic bardziej mylnego. To serial bardzo „dorosły”, lub raczej dla widzów dorosłych, ponieważ na porządku dziennym są tam fruwające elementy ciała, krew, wnętrzności i ostry seks. Jeśli Was to nie razi – polecam.

źródło
HOUSE M.D. – DR HOUSE
     Doktora Gregory’ego House’a znają chyba wszyscy, nawet jeśli nie oglądali serialu. Błyskotliwy, piekielnie inteligentny, nieomylny… A przy tym lekoman, kaleka, cynik, cham… no i jak go nie uwielbiać? Jego perypetie trwają już kilka ładnych sezonów, jednak zdecydowanie nie nudzą się – przynajmniej mi się nie nudzą. Każdy kolejny odcinek to nowa zagadka, równie pasjonująca jak poprzednia. Zdecydowanie polecam!

       
źródło
GOSSIP GIRL – PLOTKARA
     O tym serialu wspominałam Wam już wiele razy! Bardzo go lubię! Opowiada o losach grupy nastolatków zaliczających się do śmietanki towarzyskiej Manhattanu. Większość bohaterów to miejscowa elita – nieprzyzwoicie bogaci, rozkochani w rozmaitych intrygach, pieniądzach, romansach. A pośród tego wszystkiego funkcjonuje tajemnicza postać, której nikt osobiście nie zna, tytułowa plotkara. Sławę przynosi jej blog, w którym opisuje wszystkie pikantne i wstydliwe szczegółowy z życia pięknych, młodych i bogatych, jak również ich przyjaciół i bliskich. Wynika z tego mnóstwo kłopotów. Bohaterowie, mimo że młodzi, potrafiliby zawstydzić swoją pomysłowością wielu dorosłych. Wplątują się co chwila w najróżniejsze kłopoty: narkotyki, kradzieże, romanse, zatrzymania z aresztem, defraudacje, pobicia… Tam jest wszystko. A oprócz tego prawdziwa rewia mody! Uczta dla oczu.

źródło
PRETTY LITTLE LIARS – SŁODKIE KŁAMSTEWKA
     Akcja rozgrywa się w jednym z amerykańskich miasteczek. Bohaterkami są cztery przyjaciółki. Właściwie pięć, choć jedna z nich obecna jest jedynie duchem… Serial rozpoczyna się zaginięciem jednej z dziewcząt, Alison, która była najpopularniejszą dziewczyną w okolicy – piękną, pożądaną, bogatą… momentami wredną, a jednak bezkrytycznie uwielbianą. Pewnej nocy Alison ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Przez rok nie daje znaku życia, a w tym czasie pozostałe dziewczęta tracą ze sobą kontakt i każda idzie w swoją stronę. Po roku nieoczekiwanie policja znajduje ciało Alison, a dziewczęta zaczynają otrzymywać wiadomości od tajemniczej osoby podpisującej się jako „A”. Każda wiadomość zawiera jakąś tajemnicę z życia którejś z dziewcząt, a o wielu z nich wiedziała tylko Alison, ale przecież ona nie żyje… „A” wykorzystuje posiadane informacje by szantażować dziewczęta, uderza w ich słabości i zmusza by raniły tych, na którym najbardziej im zależy.

źródło
HARPER’S ISLAND – WYSPA HARPERA
     Bardzo krótki, trzynastoodcinkowy serial, a jednocześnie jeden z moich ulubionych. Zaczyna się od przygotowań do ślubu. Jeden z bohaterów zamierza się niebawem ożenić i z tej okazji zaprasza swoich przyjaciół i bliskich na wielkie, huczne wesele, które ma odbyć się na tytułowej wyspie Harpera, gdzie spędził swoje dzieciństwo. Jedną z zaproszonych jest jego serdeczna przyjaciółka z tamtego okresu, Abby. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przed laty na wyspie doszło do serii morderstw a jedną z ofiar była matka Abby. Po tym wydarzeniu dziewczyna uciekła z wyspy obiecując sobie, że więcej tam nie wróci. Mordercę schwytano i zabito, nie mniej jednak koszmarne wspomnienia pozostały. Wkrótce okazuje się, że historia lubi się powtarzać, na wyspie zaczynają dziać się straszne rzeczy i niestety nie omijają one weselników.

źródło
HEX – KLĄTWA UPADŁYCH ANIOŁÓW
     Cassandrę, główną bohaterkę, poznajemy jako niepozorną, nieśmiałą dziewczynę mieszkającą w szkole z internatem. Pewnego dnia Cassie odkrywa, że dysponuje niesamowitymi zdolnościami, dzięki którym jest w stanie manipulować ludźmi, a nawet wpływać na bieg wydarzeń. Choć z początku jest tym przerażona, stopniowo zaczyna panować nad swoimi umiejętnościami. W jej życiu pojawia się tajemniczy i niesamowicie przystojny mężczyzna. Wyraźnie daje dziewczynie do zrozumienia że jest nią zainteresowany i stara się ją uwieść uciekając się przy tym do różnych, mniej lub bardziej niekonwencjonalnych sposobów. Jednym z pierwszych jest… zabicie jej najlepszej przyjaciółki Thelmy.
     Ten serial składa się w dwóch sezonów, przy czym w drugim większość bohaterów zostaje zastąpiona innymi. Przyznam szczerze, że tak jak pierwszy bardzo mi się spodobał, tak od drugiego mnie odrzuciło i mogę określić go jedynie jako zmarnowany potencjał. Powiedzmy zatem, że ograniczę się do polecenia Wam pierwszego sezonu Hex. Fanki Michaela Fassbendera będą zachwycone ;).  Jako ciekawostkę mogę Wam powiedzieć, że jednego z bohaterów, Troya, gra ten sam aktor który występuje w TVD w roli Clausa.

źródło
THE GAME OF THRONES - GRA O TRON
     „Gra o Tron” jest historią o siedmiu rodzinach szlacheckich walczących o panowanie nad ziemiami krainy Westeros. Nie jest to propozycja dla osób preferujących produkcje ładne, miłe i urocze. To serial brutalny, krwawy i bardzo dosłowny. Pełno w nim seksu i politycznych intryg, a wszystko wzbogacono konkretną dawkę gatunku fantasy ze smokami na czele (bo czymże byłoby fantasy bez smoków). Miłośnicy średniowiecznych klimatów i filmów kostiumowych będą zachwyceni. Jest tu magia, odległe niegościnne krainy, zagmatwane spiski, brutalni mężczyźni i uciśnione niewiasty… Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że moim ulubieńcem jest postać Khala Drogo…

     Z mojej strony to by było na tyle - ograniczam się ;) Raz jeszcze zachęcam do wzięcia udziału w zabawie! Pozdrawiam!

niedziela, 15 stycznia 2012

FLOS-LEK WHITE & BEAUTY, czyli wrażenia po kuracji wybielającej przebarwienia

Hej, Misiaki!

     Już na wstępie muszę Wam napisać, że to nie będzie recenzja. Nie jestem bowiem w stanie zrecenzować faktycznego działania tych kosmetyków, ponieważ... nie borykam się z problemami, które mają być leczone tymi produktami.


     Głównym założeniem tej serii jest redukcja wielkości i intensywności zabarwienia piegów i wszelkiego rodzaju posłonecznych zmian pigmentacyjnych. Jak już Wam pisałam przy okazji recenzji kremu BB, moja skóra nie jest idealna. Mam całe mnóstwo drobnych zmian pigmentacyjnych, z których jedne są widoczne gołym okiem, inne zaś ujawniają się np dopiero na fotografii. Są to jednak moi starzy przyjaciele, jeśli mogę użyć takiego sformułowania. Innymi słowy, moje zmiany pigmentacyjne goszczą na mojej skórze od dawna i raczej permanentnie, nie są zaś wywołane zbyt długą ekspozycją skóry na słońce.
     Kuracji hormonalnych nie przechodzę. Nie borykam się też ze "starczymi plamami" - jeszcze :P. To, co mam na twarzy, jest tam od zawsze, albo stanowi pozostałość po moim trwającym mniej-więcej rok "epizodzie" z solarium (tak, tak, la morda solare ]:-> ), który miał miejsce na oko trzy lata temu, są to więc zmiany utrwalone.

     I cóż mogę powiedzieć? Ano niestety na takie przebarwienia jakie mam na skórze, kosmetyki wybielające Flos-Lek nie działają. Używałam ich grzecznie przez 8 tygodni, dwa razy dziennie. W tym czasie zrobiłam też na bieżąco kilka zdjęć twarzy, aby mieć porównanie, bo przecież niektóre zmiany zachodzą tak powoli, że można nie zauważyć ich spoglądając w lustro co dnia. Zdjęć Wam niestety nie pokażę, albowiem są straszne, a jak mówię "straszne" dokładnie to mam na myśli. Wierzcie mi jednak na słowo, że różnic nie widać, wciąż jestem tak samo nakrapiana jak byłam przed kuracją.
    
     Z rzeczy, które byłam w stanie przetestować, mogę potwierdzić że tonik lekko zmiękcza naskórek, ładnie oczyszcza skórę na zakończenie demakijażu, odświeża bladym świtem. Skóra faktycznie sprawia wrażenie lekko zmatowionej i przyjemnej w dotyku. Muszę w tym miejscu dodać, że nie wolno stosować toniku na okolice oczu. Zdecydowanie polubiłam się z tonikiem, mimo że mnie nie wybielił. przez te 8 tygodni zużyłam go w około 70%.

     Krem mam niemal na wyczerpaniu - została mi około tygodniowa ilość produktu. Nie wybielił mnie, natomiast zaobserwowałam, że w miejscach, na które nakładałam jego większą ilość często pojawiały mi się później drobne pryszczyki. Zazwyczaj niewielkie zmiany wynikające jak mniemam z zapchania skóry. Pojawiały się sporadycznie, kiedy nakładałam krem grubszą warstwą. Dobra rzecz z nim związana jest taka, że dobrze nawilża skórę, albo raczej nie powoduje jej nadmiernego wysuszenia ani ściągnięcia.

     TUTAJ możecie sprawdzić co dokładnie ma do powiedzenia producent na temat tejże serii. Ze swojej strony, drogą podsumowania mogę Wam powiedzieć tylko tyle, że jeśli szukacie produktów w celach zaleczenia efektów poparzenia słonecznego, kuracji hormonalnych, lub też wizualnych efektów starzenia (choć tu bym się kłóciła), możecie dać szansę serii White & Beauty. Jeśli zaś liczycie na ogólne wyrównanie pigmentacji skóry wywołane jakimkolwiek innym czynnikiem, niestety kosmetyki te Wam nie pomogą.

Buziole, pozdrawiam!

sobota, 14 stycznia 2012

Co się godzi, a co nie...

Hej, Misiaki!

     Kilka miesięcy temu napisałam tutaj o rzeczach, które irytują mnie na youtubie i blogowiskach. Powiedziałam Wam również dlaczego do tamtej pory nie podejmowałam się omawiania takich kwestii. Wsadzanie kija w mrowisko ma to do siebie, że prowadzi do dyskusji i spięć, a po co sobie niepotrzebnie psuć krew? Mimo to postanowiłam tym razem napisać kilka słów od siebie.
     Kiedy przed mniej-więcej miesiącem pytałam Was jakiego rodzaju makijaż chcecie zobaczyć jako kolejny dałam Wam do wyboru trzy możliwości. Wybraliście wersję graficzną i dosyć krzykliwą, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Spodziewałam się, że najwięcej głosów zbierze propozycja najspokojniejsza, lekka i typowo dzienna, ponieważ tego rodzaju makijaże są najczęściej spotykane i często promowane jako jedynie słuszne  do noszenia w ciągu dnia.


     Piszę to z lekkim przekąsem, ponieważ każda próba wykładania mi tego co "należy", a czego "nie należy" nosić i w jakiej sytuacji, wywołuje moje rozbawienie a w skrajnych przypadkach irytację i bunt. Dlaczego podejmuję ten temat?
     Jakiś czas temu przeczytałam dość ciekawy wpis, w którym autorka przekonywała o wyższości makijaży delikatnych nad mocniejszymi. Pod tymże wpisem mnóstwo osób entuzjastycznie przytakiwało jej słowom, przytaczając sporo przykładów na to jak przereklamowane i niepożądane w ciągu dnia są intensywne makijaże. Niektóre pisały o kobietach, spotkanych na ulicy, noszących krzykliwe ich zdaniem malunki. Uogólniając, całość sprowadzała się do tego, że najlepszy makijaż to delikatny makijaż - im delikatniejszy tym lepiej. Że jak kobieta zwraca na siebie uwagę makijażem to znaczy że przesadziła, bo najważniejsze jest jej naturalne piękno.

     Cóż... moje refleksje są takie, że każdy człowiek ma własną wolę i w moim mniemaniu zazwyczaj potrafi zrobić z niej względnie dobry użytek. Skoro zatem przykładowa kobieta lubi minimalizm, dobrze się z nim czuje i jej typ urody rozkwita podkreślony np li tylko tuszem do rzęs i odrobiną błyszczyku - wspaniale! Jeśli jednak ta sama kobieta uważa neutralny makijaż za nudny i bezpłciowy, uwielbia odważne rozwiązania i nie straszne jej to, że spocznie na niej czyjś wzrok, a zatem stosuje rozwiązania, które wykraczają poza tradycyjnie utarty wzorzec makijażu dziennego - również świetnie!
     Każda kobieta jest inna, prowadzi indywidualny tryb życia, preferuje odmienny styl, wreszcie jej typ urody rozkwita i ożywa oprawiony odmiennymi ramami. Z makijażem jest jak z dodatkami: istnieje wąski wycinek określany mianem klasyki, ale jest też całe spektrum możliwości, od naturalnych począwszy, na ekstremalnych skończywszy. To co będzie bajecznie wyglądało na eterycznej blondynce, na ognistej brunetce może dać bury efekt. Nie sięgając daleko, mój typ urody to dość niewdzięczna odmiana "lata", która potraktowana wyłącznie beżami i brązami daje efekt osoby zmęczonej i stojącej jedną nogą nad grobem, innymi słowy źle. W zbyt delikatnym makijażu wyglądam jakbym była wyblakła i chora, dlatego niejednokrotnie sięgam po sztuczki, które wydobędą ten lub inny element mojej twarzy za pomocą kontrastu. Owszem, maluję się teraz lżej niż np 5 lat temu, jednak minimalizm nigdy nie był i prawdopodobnie nie będzie tym, co zda egzamin w moim przypadku.

     Stąd też uważam, że rozpisywanie się na temat tego, jak kobiety powinny (lub nie) się malować jest nie na miejscu, bo każdy ma swój styl, swoją wolę i swój pomysł na siebie. Oczywiście nie namawiam Was byście nagle zaczęły grupowo chadzać do spożywczego naśladując Lady Zgagę. Po prostu wydaje mi się, że każda z nas ma na tyle trzeźwy osąd by wiedzieć w czym jej do twarzy i co podkreśla jej urodę nie dając jednocześnie karykaturalnego efektu.
     Tyle w tym temacie. Bardzo chętnie poznam Wasz punkt widzenia, zatem zachęcam do komentowania.

Pozdrawiam serdecznie! :***
Katalina

wtorek, 10 stycznia 2012

Recenzja: Kiss Beauty 14-Color Maximum Shinning and Elegance Baked Blusher

Witajcie!

     Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć co nieco na temat kolejnego produktu, który otrzymałam do przetestowania dzięki uprzejmości sklepu KKcenterHK. I mam nadzieję, że nie muszę Was przekonywać, iż fakt otrzymania tego kosmetyku za darmo nie miał wpływu na moją opinię - jest ona w 100% szczera.

     Tym razem otrzymałam paletę zawierającą 14 wypiekanych róży do policzków firmy Kiss Beauty.

Pojemność: Paleta zawiera 14 kolorów i łącznie waży 60g.

Wielkość: 186mm x 186mm x 32mm

Cena: USD$20.58

Trwałość: Określiłabym ją jako średnią. Jest w pewnym stopniu uzależniona od tego w jaki sposób zaaplikujemy róż na twarz. Na wstępnie przypudrowanej, matowej skórze kolor utrzyma się około 4h, jednak jeśli nałożymy go bezpośrednio na podkład, wytrzyma do 6h. Warto w tym miejscu wspomnieć, że efekt rozświetlenia utrzymuje się dłużej niż sam kolor (nawet do 8h).

Dostępność: Sklep internetowy KKcenterHK.

Opakowanie: Tutaj mam spore zastrzeżenia. Pudełko wykonane jest z plastiku o niezbyt imponującej trwałości i wygląda dość tanio. Wszystko jest dobrze dopóki trzymamy je w domu, jednak podróżowanie z tą paletą może zakończyć się nieprzyjemną niespodzianką. Sklep przysłał mi ją bardzo starannie zapakowaną. Widać było, że bardzo im zależało na tym, by przesyłka dotarła do mnie w jak najlepszym stanie - opatulona była w aż trzy duże płachty folii bąbelkowej! Niestety mimo tych środków bezpieczeństwa jeden z róży (niestety jeden z ładniejszych kolorów) uległ uszkodzeniu. Było to spowodowane tym, że tacka, na której znajdują się róże nie była odpowiednio przytwierdzona do reszty opakowania i obijała się o wieczko w czasie transportu. 
     Podkleiłam ją sobie we własnym zakresie i teraz wszystko jest tak jak należy. Nie mniej jednak odradzam zabierania tej palety na wycieczki. Jak wspomniałam, plastik jest kiepskiej jakości, w dodatku zapięcie nie działa ;).
     Spodobało mi się za to - i to bardzo - tekturowe pudełko, w którym była paleta. Przedstawia prześliczną dziewczynę o nieco bollywoodzkim typie urody. Tak śliczną, że aż mnie lekko zazdrość dziabie jak na nią patrzę.



Konsystencja: wypiekany puder.

Wykończenie i pigmentacja: perłowe z dość znacznym efektem rozświetlenia. Pigmentację odkreśliłabym jako średnią, pół transparentną. W moim przypadku średnia pigmentacja różu jest atutem, ponieważ taki kosmetyk jest łatwiejszy w obsłudze i nie daje nam efektu Matrioszki.

Zapach: słodkawy, lekko chemiczny.

Aplikacja: Zazwyczaj do nakładania różu używam pędzli, jednak zdarzało mi się nakładać go również palcami. Produkt ten jest dość łatwy w aplikacji, miły w dotyku, lekko jedwabisty, jednak w przypadku nabierania różu na pędzel, pyli.

Skład: Talcum Powder, Mica Powder, Calcium Carbonate, Kleit, Zinc Oxide, Zinc Stearate, Titanium Dioxide, PP, MP, BHA, 2EHP, Silicon Oil, NO 26 White Mineral Oil. - Nie mam bladego pojęcia co i jak, ale podejrzewam, że te z Was, które interesują się składami będą widziały jak zabrać się za bestię.

     Ok, tyle tytułem wstępu. Co jeszcze mogłabym powiedzieć na temat tych róży? Przede wszystkim to, że nieco gryzie mi się zestawienie napisów na opakowaniu. W nazwie "Kiss Beauty Paris France", w dodatku ze źle umiejscowionym apostrofem, a kilka pięter niżej "made in China". Kolejna rzecz to zdanie "make up professional" pojawiające się w kilku miejscach na opakowaniu. Z całym szacunkiem, ale uważam, że profesjonalny wizażysta sięgnąłby raczej po coś innego. Te róże jakością odpowiadają raczej kosmetykom drogeryjnym niż tym profesjonalnym z górnej półki.
     Co nie zmienia faktu, że nawet mi się podobają. Nie należą, co prawda, do najtrwalszych jednak mają bardzo interesujące kolory. Jest jednak pewna rzecz, która może części z Was się nie spodobać, mianowicie wykończenie jakie dają te róże - są wypiekane, a tym samym na skórze stają się perłowe. Ja używam ich jako swojego rodzaju 2w1 róż i rozświetlacz.

     Tak wygląda przykładowy róż nałożony na kości policzkowe:

     Z racji perłowego wykończenia niektóre z kolorów w palecie uważam za chybione. Mam tu na myśli dwa ciemniejsze brązy (1 i 11) i najchłodniejszy róż z domieszką szarości (8). Brązy są zbyt ciemne aby używać ich jako klasycznych róży, zaś na bronzery są zbyt perłowe. Osobiście jestem przeciwniczką perłowych bronzerów, ponieważ w moim odczuciu nie spełniają swojej podstawowej funkcji - bronzer powinien rzeźbić rysy twarzy i odwracać uwagę od pewnych jej partii, tymczasem kosmetyk perłowy będzie działał odwrotnie. Co zaś się tyczy najchłodniejszego, szaro-różowego koloru, daje on nieco siny, niezdrowy odcień, przez co nie prezentuje się zbyt twarzowo. Innymi słowy, jeśli już miałabym używać któregoś z tych kolorów to raczej jako perłowego cienia do powiek niż różu sensu stricto. Pozostałe kolory sprawują się bez zarzutu.

A oto jak wygląda każdy z odcieni:
1.    ciemny brąz z niewielkimi złotawymi plamkami

2.    jasny, ciepły brąz z domieszką złocistego beżu

3.    neutralny róż z białymi żyłkami

4.    ciepły, brzoskwiniowy róż z domieszką bieli i kilkoma szarymi żyłkami

5.    chłodny róż z białymi i liliowymi żyłkami

6.    ciepły róż z domieszką bieli i złota

7.    średni, neutralny marmurkowy róż

8.    bardzo chłodny, liliowy róż z szarymi żyłkami

9.    ciepły, brzoskwiniowy marmurkowy róż z szarością

10.    ciepła brzoskwinia z domieszką złota

11.    ciepły, średni brąz z elementami bieli

12.    średni, chłodny róż z białymi żyłkami

13.    ciepły róż z białymi żyłkami

14.    ciepły, brzoskwiniowy marmurkowy róż z szarością i bielą




Tak przedstawia się matryca kolorów:


Wreszcie, oto swatche wszystkich kolorów, w świetle sztucznym i dziennym:

     Używałyście kiedyś wypiekanych róży? Co sądzicie na ich temat? Wolicie róże matowe, czy perłowe?

Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia niebawem :***

piątek, 6 stycznia 2012

TAG: Perfect Women

Hej, Misiaki!

     Mój dzisiejszy wpis jest odpowiedzią na taga, jaki przywitał mnie dzisiaj rano :). Temat szalenie mi się spodobał, bo mimo że bloguję głównie o kosmetykach i makijażu, to... no powiedzcie same ILE MOŻNA?! Hehehe. Wbrew pozorom mój świat nie kończy się na makijażu i lubię czasami napisać o czymś innym. Lub jak w tym przypadku, o kimś innym. Również po części urodowo, jednak w innym ujęciu. Tag, jak już z pewnością zauważyliście, dotyczy perfekcyjnych kobiet. Przywędrował do mnie od kochanej i jedynej w swoim rodzaju Simply_a_woman, którą bardzo serdecznie pozdrawiam :***


Zasady taga:
1.  Wybierz idealne, Twoim zdaniem, kobiety w 3 kategoriach:
     - perfekcyjna w swoim zawodzie;
     - ideał urody;
     - perfekcyjny styl, elegancja;
     Jeśli chcesz - dodaj zdjęcia i uzasadnij swój wybór.
2. Umieść na swoim blogu obrazek z tagiem Perfect Women.
3. Podaj informację kto Cię otagował.
4. Przekaż zabawę kilku innym bloggerkom.

     Przyznam szczerze, że cały ranek spędziłam na wertowaniu zdjęć i dumaniu nad odpowiedziami. Bo chociaż temat jest teoretycznie prosty - większość z nas zapewne wie kogo i za co podziwia - to jednak kiedy jest się znienacka wywołanym do tablicy, okazuje się, że w głowie szaleje echo. Po dość długim dumaniu i zastanawianiu się, dokonałam ostatecznego wyboru. 

1. PERFEKCYJNA W SWOIM ZAWODZIE

źródło
     Lisa Eldridge jest jedną z moich ulubionych, jeśli nie najulubieńszą artystką makijażu. Niezwykle utalentowana, charyzmatyczna, po prostu wspaniała! Uwielbiam oglądać jej filmiki i zaglądać na bloga, którego prowadzi. Jeśli jesteście zainteresowane makijażem, gorąco polecam Wam zapoznanie się z pracami Lisy, ponieważ można się od niej naprawdę wiele nauczyć. Przy tym wszystkim w jej makijażach nie znajdziecie taniego efekciarstwa, którego jest pełno u wielu mniej lub bardziej sławnych osobowości wizażu (w Polsce i za granicą). Lisa nikogo nie udaje, jest naturalna, otwarta i pełna wewnętrznego spokoju. I jak nietrudno domyślić się po tym pochwalnym opisie z mojej strony, darzę ją ogromnym podziwem.

Helena Bonham Carter
źródło
     Powiedzieć o niej "aktorka", to zdecydowanie zbyt mało. To artystka, to osobowość, to charyzma, to ogromny talent! Prasa często wyśmiewa jej kolejne stylizacje, zarzucając wygląd kloszardki. Owszem, jej styl jest ekscentryczny, nie mniej jednak idealnie współgra  z jej barwną osobowością. Cenię ją za to, że każda grana przez nią postać ożywa na ekranie. Helena Bonham Carter nie tyle odgrywa daną rolę, ona staje się postacią, którą odtwarza, zatraca się w niej bez reszty i to jest wspaniałe.

Björk
źródło
     A teraz zanim ktokolwiek wykrzyknie "Jak to? Przecież to nie jest ani rock, ani metal, ani jakikolwiek inny - nazwijmy to - lekkostrawny i zrozumiały gatunek muzyczny!", wyjaśnię że nie słucham muzyki Björk i bynajmniej nie mieści się ona w moim guście muzycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że podziwiam tą artystkę za jej wyjątkowość. Można rozpływać się w zachwytach nad rozmaitymi "osobowościami" sceny muzycznej, które sławę zdobyły nie tyle swoją muzyką, ile szokującym wizerunkiem, jednak ... tak naprawdę czy w naszych czasach można jeszcze kogoś czymś zaszokować? Björk jest jedną z artystów, którzy byli aktywni już całe lata temu. Owszem, szokowała (w tamtych czasach to dopiero był shocking), ale nie zapominała w tym wszystkim o sednie swojej aktywności czyli o MUZYCE. Tak z ręką na sercu, potrafilibyście podać choć jednego artystę, którego styl muzyczny odpowiadałby twórczości Björk? Ja nie potrafiłabym. W moich oczach jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju.

2. IDEAŁ URODY

Vivien Leigh
źródło
     Patrzę na nią i myślę sobie, po trzykroć piękna! Piękna urodą chłodną, ale jednocześnie rozpalającą zmysły. Elegancką, ale zadziorną. Taka kobieta-dziecko. Scarlett O'Hary nikt nie zagrałby lepiej! Vivien Leigh była po prostu zjawiskowa!

Laetitia Casta
źródło
     Jak Francuzki to robią, że są tak piękne tak niewielkim kosztem?!?!?! Dla mnie Laetitia Casta jest uosobieniem naturalnego piękna. Pierwszy raz usłyszałam o niej będąc jeszcze dzieckiem i już wtedy mnie zachwyciła.

Gemma Arterton
źródło
     Jej uroda kojarzy mi się z uroczą trzpiotką. Trochę nadąsaną, nieco zadziorną i psotną, lubiącą flirtować i zwracać na siebie uwagę. Moim zdaniem jest śliczna, dziewczęca i pełna uroku.

3. PERFEKCYJNY STYL, ELEGANCJA

     Bezapelacyjnie na szczycie mojej listy będzie osoba Blair Waldorf. Postać co prawda fikcyjna, jednak jej styl oczarował mnie od pierwszego wejrzenia. Stroje, które nosi w serialu śnią mi się po nocach i byłabym zachwycona, gdybym mogła choć kilka z nich mieć w swojej szafie. Moim ulubionym strojem Blair jest koronkowa beżowa sukienka, która pojawiła się w jednym z odcinków pierwszego sezonu "Plotkary". Bardzo chciałabym taką mieć!!!

źródło

     Pozostając w klimatach serialu "Plotkara", muszę wspomnieć o innej bohaterce, Jenny Humphrey. Ona z kolei reprezentuje styl rockowy, który UWIELBIAM. Przy czym muszę w tym miejscu podkreślić: uwielbiam styl rockowy (skóry, ćwieki, glany, klamry etc.), natomiast to, co prezentuje osoba Jenny Humphrey, jak również odtwarzająca jej rolę aktorka Taylor Momsen, to już nieco bardziej odjechana wersja, która mnie inspiruje, jednak której nie kupuję w całości.

źródło

     Pora na przekazanie taga kolejnym bloggerkom. Bardzo bym chciała poznać opinię następujących osób:
Sabbath - czyż to nie oczywiste? ;)
Angel - wiem, że jesteś zajęta i inne takie, no ale proooooszę :D
Otagowałabym jeszcze Słomkę i Stri-lingę, ale one zostały już wymienione przez Simply_a_woman ;)

Ściskam wszystkich i serdecznie pozdrawiam!