poniedziałek, 23 lipca 2012

Zapachy na lato

Hej, Misiaki!

     Niejednokrotnie pisałam Wam, że lubię piękne zapachy, że lubię kiedy kosmetyki których używam upajają aromatem. Ale nie trzeba być geniuszem, by uświadomić sobie, że kiedy za oknem robi się gorąco, zapachy potrafią spłatać figla. To co jeszcze niedawno otulało i pieściło zmysły nagle może zaskoczyć nas duszącą, niemożliwą do zniesienia wonią. 
     Stąd też w okresie letnim zazwyczaj odstawiam perfumy, których używam. Moje ulubione zapachy mieszczą się w przedziale ciężkich, słodkawo-korzennych, czasem orientalnych lub nasuwających skojarzenia z pachnidłami dla mężczyzn. W skrócie można by je sklasyfikować jako "zimowe". Owszem, mogłabym latem przerzucić się na lekkie "powiewy świeżości", ale niestety nie trawię tego typu perfum. Wszystkie one zalatują mi ogórkiem, albo kręcącymi w nosie kwiatami. Niestety przy najszczerszych chęciach nic nie poradzę na to, że nie lubię nosić lekkich i typowo świeżych zapachów. 
     Co mi pozostaje? Mgiełki do ciała!

     Mgiełki mają swoich zwolenników i przeciwników. Ich główną wadą jest nietrwały zapach, który ulatnia się we wprost skandalicznie krótkim czasie... Ale z drugiej strony, kiedy z nieba leje się żar, wolę spryskać się raz czy dwa razy częściej i cieszyć się subtelną pieszczącą zmysły nienachalną wonią, niż dusić się w ultra trwałym ulepku ;) Tak więc latem najczęściej sięgam po mgiełki, bo dzięki nim mogę cieszyć się ulubionymi zapachami i nie czuć się przez nie przytłoczona.

Aktualnie mój zbiór liczy sobie pięć różnych zapachów:


Od lewej:
- kwiaty cytrusowe - Yves Rocher
- bez - Yves Rocher
- wanilia - The Body Shop
- śliwka z wanilią - Avon
- miód i mleko - Avon

     Każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa, ale moje dwie ulubione to mleko i miód z Avonu i wanilia z TBS. Wszystkie utrzymują się mniej-więcej tyle samo czasu czyli około 2-3 godzin. Zapachy nie są uciążliwe dla otoczenia (no chyba że trafimy na jakiś wyjątkowo przewrażliwiony nos ;) - sprawdzałam) i zadziwiająco "noszalne" mimo oczywistej słodyczy. Cytrusową - najbardziej neutralną z posiadanych przeze mnie mgiełek - mam obecnie w pracy i reanimuje się nią w ciągu dnia ;). Jak dla mnie to świetny sposób by także w upale czuć się kobieco.

A Wy macie swoje letnie patenty na piękny zapach?

niedziela, 22 lipca 2012

SCANDAL!

     Bez obaw, nie zasypię Was mrożącymi krew w żyłach historiami, nie będę wylewać gorzkich żali, ani narzekać ;) Tytułowy "Scandal" to nic innego jak nazwa kosmetyku, który wpadł mi w łapki jako prezent za wytrwałość podczas majowego (naprawdę minęło aż tyle czasu?) spotkania trójmiejskich blogerek .

     Zacznę od tego, że lubię takie momenty jak ten, kiedy całkiem przypadkiem natrafiam na produkt, po który sama pewnie nigdy bym nie sięgnęła, a który okazuje się strzałem w dziesiątkę. Po raz kolejny przekonałam się, że kosmetyki Pierre Rene przeszły długą drogę odkąd natrafiłam na nie po raz pierwszy lata świetlne temu. Dzisiaj będę posypywała głowę popiołem opowiadając Wam o błyszczyku Lip Gloss Sweet Berry o wdzięcznej nazwie "Scandal" i numerze 27.




     Kolekcja błyszczyków składa się z aż 40 (!!!) kolorów, z których niemal wszystkie mi się podobają.

Co pisze o nich producent?

     Owocowy błyszczyk o smaku borówki, nadający ustom nieziemski blask. Lekka konsystencja zapewnia ustom długotrwałe nawilżenie, a szeroka gama kolorystyczna (od błyszczących po matowe) gwarantuje idealny look. Eleganckie opakowanie oraz wygodny w użyciu aplikator dokładnie dozuje błyszczyk zapewniając precyzyjny makijaż ust. Nie zawiera parabenów. Hipoalergiczny.

Co mogę dodać od siebie?

Dostępność:
Drogerie Natura

Cena:
10,49zł

Pojemność:
7ml

Trwałość:
24m

Opakowanie:
Ładne, funkcjonalne, całkiem eleganckie. Podoba mi się jego czysta forma i brak zbędnych ozdobników. Brakuje mi jednak informacji na temat składu produktu. 

Konsystencja:
Bardzo przyjemna emulsja. Moim zdaniem to nie tyle błyszczyk, co płynna pomadka. Uważam tak z uwagi na dość treściwą formułę, bogatszą niż ta, którą można zazwyczaj spotkać wśród błyszczyków. Nie klei się, nie wysusza, co więcej całkiem fajnie kamufluje suchość warg. Dla osób, które tak jak ja mają problemy z częstym pierzchnięciem ust będzie świetny.

Zapach:
Obłędny! Słodki, owocowy, smaczny. Lllllllubię! ;)

Aplikacja i działanie:
Produkt nanosi się łatwo i wygodnie - aplikator jest lekko spłaszczony i umożliwia względnie dobrą kontrolę nad produktem. Jednak w przypadku koloru tak intensywnego jak mój niestety wymaga użycia konturówki lub innej metody nanoszenia - ale o tym później. Błyszczyk jest szaleńczo wprost napigmentowany! Zobaczcie tylko jak wygląda jedno maźnięcie:



     Powiem szczerze, że jestem raczej dziewczyną w typie "naturalne, półprzejrzyste usta i mocne oko" jednak nawet ja potrafię docenić taką jakość. Już przy pierwszym niekontrolowanym maźnięciu jeszcze na spotkaniu, wyrwało mi się pełne niedowierzania "WOW!"

     Wspomniałam o kilku metodach noszenia tego błyszczyka. Pozwolę sobie zademonstrować Wam je na zdjęciach:

Sposób 1. Klasyczny:


     Czyli dokładnie obrysowane usta, wypełnione cienką (wierzcie mi że na ustach mam odrobinkę koloru) warstwą produktu. 

Sposób 2. Na chusteczkę


     Czyli po prostu zbieramy ewentualny nadmiar z tej i tak śladowej ilości błyszczyku, którą nałożyłyśmy na usta. Blask pozostaje, kolor subtelnieje. Jest słodko.

Sposób 3. "Just Bitten"


     Czyli naniesienie odrobinki na sam środek ust i delikatne roztarcie produktu tak by zyskać złudzenie lekko zaczerwienionych, "przygryzionych" warg.

Skład:
Nie mam bladego pojęcia, ale nie uczula mnie - a to już czyni go w moich oczach wielkim :D

Czy kupię ponownie?
Póki co walczę i próbuję sobie przemówić do rozsądku, że mam ZA DUŻO mazideł do ust. Ale zdecydowanie mam ochotę na więcej!!! Tak więc kiedy w końcu się złamię, kupię na pewno i na jednej sztuce się nie skończy. Zdecydowanie polecam!




sobota, 21 lipca 2012

Makijaż inspirowany: Śnieżka

Hej, Misiaki!

     Pod jednym z moich ostatnich wpisów zwrócono mi uwagę, że dawno nie publikowałam niczego makijażowego... Przyznaję, trochę to u mnie kuleje ostatnio, a winą za taki stan rzeczy muszę obarczyć pracę - pochłania mi sporo czasu (ostatnio wymusiła na mnie nadgodziny kilka dni z rzędu). A chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że jak człowiek jest zmęczony, to nie ma natchnienia do konstruowania wymyślnych wpisów...





     Temat przewodni: Królewna Śnieżka. Dokładniej mówiąc, moja wizja makijażu Śnieżki, czyli przede wszystkim jasna, nieskazitelna skóra, zarumienione policzki, krwisto-czerwone usta i odrobina konturowania na oczach. Mam nadzieję, że makijaż przypadnie Wam do gustu :)

     Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do oglądania i komentowania :***


1. Rozpoczynam od rozrysowania wstępnego kształtu na ruchomej powiece. Ten konkretny będzie odpowiedni dla wszystkich tych, którym zależy na optycznym uniesieniu opadających kącików. Kredkę oczywiście rozcieram.



2. Matowym beżowym cieniem pokrywam łuk brwiowy i wewnętrzne kąciki oczu. Jasno-liliowym zaś cieniuję ruchomą powiekę. Matową czernią utrwalam roztartą kredkę.



3. Średnim odcieniem fioletu rozcieram brzegi czerni. Lekko perłową bielą rozświetlam najwyższy punkt powieki tuż pod brwią. Aby wyostrzyć zewnętrzną część makijażu, porządkuję ukośny brzeg cielistą kredką.



4. Podkreśliłam zewnętrzną połowę dolnej powieki czarną kredką, roztarłam ją i utrwaliłam odrobiną użytego wcześniej fioletowego cienia.



5. Pora na ostatnie szlify. Podkreślam czarnym linerem górną linię rzęs - na zewnętrznych 2/3 długości. Linię wodną rozjaśniam cielistą kredką. Tuszuję rzęsy. Na ustach - nieodzowna jaskrawo-czerwona pomadka.





Użyte produkty:
Twarz:
- Lioele Triple The Solution BB Cream
- korektor w kremie Inglot AMC #64
- Puder Perłowy BU
- bronzer Ziemie Egipska Ikos
- róż z palety Sephora
Oczy:
- kredka do brwi Essence
- beżowy matowy i biały perłowy cień Sephora
- czarna kredka Avon glimmerstick
- fiolety i czerń – POP Beauty pretty puzzle smoked out silver
- beżowa kredka Max Factor #090 Natural Glaze
- czarny żelowy liner Inglot AMC #77
- tusz Multi Lash Black, Make Up Store
Usta:
- szminka Golden Rose Creamy #49

wtorek, 17 lipca 2012

Magii ciąg dalszy: EBALAY A06

Hej, Misiaki!

     Pamiętacie jak niedawno prezentowałam Wam lakier wierzchni z EBALAY, który jak żaden inny potrafił wyczyniać magię na paznokciach? Otóż dzisiaj poczarujemy jeszcze trochę ^___^

     


     Ten miał być pierwszym. Oczarował mnie jak tylko zobaczyłam na zdjęciach (KLIK) co potrafi zdziałać, niestety kiedy dokonywałam wyboru poprzednim razem #A06 był wyprzedany. Ale teraz jest mój własny, mój skarb ;). Podobnie jak poprzedni lakier EBALAY, także i ten otrzymałam do testów ze sklepu KKCenterHK.

I cóż? Wiedziałam, że będę nim zachwycona jeszcze zanim go użyłam.

Dostępność: 

Cena:
$7,24

Pojemność:
15ml

Trwałość:
Uzależniona od lakieru bazowego (Ebalay jest top coatem).

Pędzelek:
Wygodny, lekko spłaszczony.

Czas schnięcia:
Szybki - kilka minut.

Poziom krycia:
Kryje znacznie lepiej niż poprzedni, którego testowałam, lecz to wciąż lakier wierzchni - jego zadaniem nie jest krycie, a transformacja bazy. Zauważyłam jednak, że jeśli nałożymy kilka warstw lakieru, jest on w stanie całkiem nieźle zakryć bazę.

Formuła lakieru:
Ma w sobie mnóstwo drobinek, które błyszczą jak szalone metalicznym blaskiem, opalizując na złoto, pomarańczowo, fioletowo i oliwkowo. 

Zmywanie:
Bezproblemowe.


     Teraz zasypię Was lawiną zdjęć, ponieważ tak wielowymiarowego koloru nie sposób pokazać na kilku ujęciach. Jego kolor na paznokciach różni się od bazy (to oczywiste), jednak nałożony na jasny podkład staje się złoty i opalizuje na brzoskwiniowo i różowo, dając lekką, różaną poświatę.




     Na ciemnym lakierze EBALAY daje efekt, który można przyrównać do benzyny w wodzie - zaczyna mienić się tęczowo, wydobywając z siebie tony oliwkowo-zielone, złote, śliwkowe, a momentami także pomarańczowe. 




     Z początku jak pomalowałam nim paznokcie, siedziałam nad nimi i przyglądałam się im pod każdym możliwym kątem. I wierzcie mi na słowo, że zdjęcia nie oddają nawet ułamka cudowności tego koloru. Najbliższe prawdzie są zdjęcia robione bez lampy, które zobaczycie na zbiorówce poniżej. Polecam powiększyć je, byście mogli zobaczyć kolor dokładniej.




     Dla potrzeb recenzji użyłam czarnego lakieru bazowego, żebyście mogli zobaczyć rzeczywisty blask drobinek. Powiem tyle, mimo że zazwyczaj wybierając między lakierem w ciepłej i zimnej tonacji wybieram zimny, tak tutaj nie mam żadnych wątpliwości i z dwóch EBALAY'ów które posiadam ten jest moim faworytem. 




     Zdaję sobie sprawę z tego, że moja recenzja jest bardzo jednostronna, ale nie jestem w stanie doszukać się w tym produkcie wad. Dla mnie jest idealny! Zdecydowanie polecam.






     Jeśli jesteście zainteresowani zamówieniem czegokolwiek w KKCenterHK, możecie skorzystać z 10% kodu rabatowego - szczegóły w górnym menu bloga.

niedziela, 15 lipca 2012

Złota jagoda: Inglot #886

Witajcie ponownie!

     Dwa wpisy lakierowe jednego dnia? Dlaczego nie! Zwłaszcza, że tego gagatka mam w swoich zbiorach już jakiś czas i wciąż nie mogę zebrać się w sobie by go opisać. A powinnam, bo jest piękny  ^__^




     Rzucił mi się w oczy podczas jednej z dawniejszych wizyt w salonie Inglota w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku. A kiedy usłyszałam, że jest w promocji, to już nie było żadnych dyskusji.

Dostępność:
Salony i wyspy Inglota.

Cena:
Ja kupiłam go po 10zł, ale w cenie regularnej kosztuje 20zł

Pojemność:
16 ml

Trwałość:
12 miesięcy; na paznokciach do 4 dni.

Pędzelek:
Zwykły, najzwyklejszy pędzelek typowy dla Inglota.

Czas schnięcia:
Dość długo, kilkanaście minut per warstwa.




Poziom krycia:
Wymaga dwóch warstw. Można dla pewności dołożyć trzecią.

Formuła lakieru:
Piękna jagodowa baza z mnóstwem złotych punkcików. Coś a la shimmer, ale daje delikatniejszy, bardziej spójny efekt.



Zmywanie:
Bezproblemowe!


     Jest to jeden z moich ulubionych lakierów pod względem kolorystycznym! Odcień wygląda tak, że ilekroć na niego patrzę mam skojarzenia z jesienią, urodzajem, świętami i wszystkim tym, co fajne, ciepłe, mniamuśne etc. Już teraz wiem, że będzie to jeden z moich ulubieńców kiedy minie lato.




     Nie podoba mi się w nim to, że tak długo schnie - to z resztą przekleństwo większości lakierów marki Inglot, ale co zrobić, przynajmniej kolorystycznie prezentuje się bez zarzutu! Nie smuży, daje gładką taflę koloru i przyprawia o szybsze bicie serca ;) 



     Mam wrażenie, że trzyma się na paznokciach odrobinę gorzej niż inne lakiery Inglot, które posiadam, ale i ich wykończenie jest inne, co tłumaczyłoby tę rozbieżność. Nie mniej jednak 3-4 dni to i tak niezły wynik.


     Co o nim sądzicie?

KIKO Nail Lacquer #242

 Hej, Misiaki!

     Tym razem będzie lakierowo! Kochana Simply_a_woman obdarowała mnie jakiś czas temu lakierem z KIKO we wspaniałym głębokim odcieniu czerwieni. Czerwienie uwielbiam - nie tylko w lakierach - jest to jeden z moich absolutnie najulubieńszych kolorów, zatem nic dziwnego, że z tego ucieszyłam się jak dziecko :)




Dostępność:
W Polsce niestety można go nabyć tylko drogą internetową, lub za pośrednictwem znajomych :*

Cena:
Niestety nie wiem.

Pojemność:
11ml

Trwałość:
 36m; Na paznokciach wytrzymuje spokojnie 4 dni, a czasem i dłużej.

Pędzelek:
Lekko spłaszczony, klasyczny.

Czas schnięcia:
W normie, około 10 minut.

Poziom krycia:
Wymaga dwóch warstw.




Formuła lakieru:
Dosyć kryjąca, czerwona baza ze srebrzystym shimmerem, momentami wpadającym w wiśniowe tony.

Zmywanie:
Bezproblemowe i szybkie.




     Co mogę powiedzieć? Kolor jest piękny! Równy, trwały, głęboki i pełen blasku. Nie smuży, nie odpryskuje - co najwyżej delikatnie ściera się na brzegach paznokci. Wygląda klasycznie, elegancko, a z racji nieco ciemniejszego i bardziej nasyconego koloru będzie odpowiedni w przypadku wielu sytuacji - także tych nieco bardziej formalnych. Czerwony lakier na paznokciach jest jak mała czarna w szafie - ponadczasowy i dobry na wszystko! Jestem nim oczarowana! Gorąco polecam.



czwartek, 12 lipca 2012

Recenzja: Lirene maXSlim - Balsam intensywnie ujędrniający

     Dzisiejszy bohater jest niczym prawdziwy uwodziciel. Czego to on nie obiecuje! "Będziesz szczupła i wymodelowana! Twoja skóra będzie jędrna! A efekty zobaczysz już po 2-3 razach..." Hmmm, taaaak. Dzisiejszy bohater przykuwa wzrok energetyzującym kolorem i wabi nęcącym zapachem. Mowa o intensywnie ujędrniającym balsamie do ciała Lirene Maxslim.



     Jak wspomniałam, obietnice jakie składa producent są śmiałe! Do tego poparte stosownym wykresem i procentami na opakowaniu. Może zamiast przepisywać informacje, sięgnę od razu do źródła:




     Innymi słowy zakładając, że będziemy regularnie, dwa razy dziennie nacierać ciało tym balsamem, powinnyśmy w niedalekiej przyszłości obudzić się szczuplejsze, piękniejsze, jędrniejsze i inne "ejsze" ;) Tyle jeśli chodzi o obietnice. A jak jest?

Dostepność:
     Produkt jest ogólnodostępny - można go nabyć praktyczne w każdej drogerii.

Cena:
     Wedle moich informacji około 18zł

Pojemność:
     250ml

Trwałość:
     12 miesięcy od otwarcia

Opakowanie:
     Intensywnie zielona, soczysta - nieomal neonowa - plastikowa butla, z bardzo wygodnym otwarciem. Kolor bardzo energetyzujący. Płaskie zamknięcie umożliwia ustawienie opakowania "na głowie", gdy będzie zbliżało się do wykończenia. Ogólnie oceniam je na duży plus! Podoba mi się przejrzysty układ graficzny, szata kolorystyczna. Ktoś dobrze to wszystko wykombinował!

Konsystencja:
     Lekkie, odrobinę żelowe mleczko o białym odcieniu. Nie klei się i wchłania w przyzwoitym tempie (choć ekspresowym bym go nie nazwała).

Zapach:
     "Dla mnie bomba", jak mawiał klasyk (pamiętacie ten dyżurny tekst Urszuli w którymś z dawnych muzycznych programów telewizyjnych?). Zapach jest świeży, owocowo-cytrusowy. Właśnie cytrusy czuć tutaj najbardziej, ale są one lekko osłodzone przez co nie nasuwają skojarzeń ze środkami myjącymi do łazienek - a to częsty problem cytrusowych kosmetyków. Tutaj tego nie ma. Tutaj jest super :D

Aplikacja i działanie:
     Jak aplikować balsam - wiadomo. A jak działa? Przede wszystkim muszę powiedzieć, że zużycie całej już niemal butli nie pomogło mi się pozbyć nadprogramowych kilogramów, nie odchudziło mnie, ani nie wyrzeźbiło, ale pokażcie mi balsam który to zrobi, a Was ozłocę! W dużym skrócie, regularne stosowanie kosmetyku spowodowało odczuwalne wygładzenie i lekkie uelastycznienie mojej skóry. Stała się miękka i miła w dotyku. Czy zniknął mi cellulit? Nie. Za to zapach za każdym razem wprowadzał mnie w bardzo miły nastrój :). Nawilżenie jest przyzwoite, chociaż w przypadku skór suchych lub wymagających może okazać się niewystarczający. Dla mnie jest w sam raz.

Skład:

 
Czy kupię ponownie?
     Czemu nie? Lubie mieć dwa osobne balsamy do różnych partii ciała, a taki jak ten świetnie się sprawdza do nóg, brzucha i okolic "zawieszenia" ;) Pachnie bardzo fajnie, jest lekki, nietłusty, co również ma dla mnie znaczenie. Cena jest przyzwoita. Myślę, że to fajny produkt dla kobiet, które mają w miarę rozsądne i realistyczne podejście do tematu.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Mały włosowy update

Hej, Misiaki!

     W listopadzie zeszłego roku pisałam Wam, że zamierzam przejść na jasną stronę mocy, zacząć dbać o włosy etc. Potem nie podejmowałam wątku, choć olejki testowałam z zapamiętaniem. Na ten moment, co już kilka z Was zdążyło zauważyć, na mojej głowie co nieco się pozmieniało. 
     Przede wszystkim kolor. Po ośmiu miesiącach z okładem abstynencji, rozjaśniłam włosy. W tej chwili mają odcień rudawo-złotego blondu, jednak w planach mam zejście z miedzianych tonów i ochłodzenie koloru. Zobaczymy co z tego wyjdzie - zawsze miałam poważne trudności z uzyskaniem chłodnych odcieni na moich włosach. Na ten moment moja czupryna prezentuje się następująco:


     Ok, nie są to najpiękniejsze i najbajeczniej wyglądające włosy ever, ale wierzcie mi na słowo - jest ich więcej, są gęściejsze, układają się lepiej, końcówki nie rozdwajają się nawet w połowie tak szybko jak kiedyś. A że nie błyszczą jak szalone, to zasługa rozjaśnienia oraz tego, że przez ostatni miesiąc tylko kilka razy je olejowałam - z braku czasu. Zamierzam to teraz nadrobić.
     I oczywiście zapuszczanie. Może tym razem wytrzymam i uda mi się wreszcie zapuścić włosy do pasa. Zamierzam też przetestować nowy inny suplement diety, Megakrzem z metioniną. Mam niejasne przeczucie, że drożdże już mi nie dają tyle co kiedyś. 
     Plus, metodą prób i błędów doszłam do wniosku, że olejki z Alterry nie sprawdzają się na moich włosach nawet w połowie tak dobrze jak stary dobry olej kokosowy. A zatem pora wrócić do tego, co mi służy. Z małymi zdradami na rzecz migdałowego Alverde i marokańskiego arganowego :)

     A czemu to wszystko piszę? Ponieważ mam na dysku jakichś 11 makijaży w wersji czarnej. Takie tam cudaki zrobione zawczasu "na czarną godzinę" kiedy nie będzie na nic czasu. Tak więc uprzedzam ewentualne pytania o kolor ;)


PS. Na prośbę kilku z Was dodaję zdjęcie twarzy ;)


niedziela, 8 lipca 2012

I know what you did last saturday...

Hej, Misiaki!

     Jeszcze nie przebrzmiały echa ostatniego spotkania blogerek w Trójmieście, a już doszło do kolejnego. Przy czym warto abym w tym miejscu wyjaśniła jedną rzecz. Od pamiętnego spotkania 5 listopada rok temu, takie cykliczne "meetingi" to dla części z nas nic nowego/niezwykłego. Co pewien czas - najczęściej gdy Simply_a_woman przyjeżdża do Polski - umawiamy się czy to w Gdyni, czy to w Gdańsku. Tym razem inicjatorką imprezy była Jamapi, która zaprosiła nas do siebie w sobotę na ploty kosmetyczne i nie tylko.

Jamapi przyjęła nas z rozmachem! Zobaczcie jakie wspaniałości przygotowała:

Prasówka + wspaniałości kosmetyczne

W szkiełku pływał sobie drapieżnik
     Jedną z rzeczy, które momentalnie przykuły moją uwagę były paletki Sleek - wszystkie należą do Jamapi! O ile pamiętam jest ich aż 12. Nie powiem, zapałałam żądzą posiadania. Jeśli w najbliższym czasie zbankrutuję, będzie wiadomo czyja to wina :P



     Paleta Sunset oczarowała mnie obrazkiem na frontonie. Wielce prawdopodobne, że w którymś momencie popełnię swoją wersję tego makijażu, bo jest obłędny! 

     Poza łakociami kosmetycznymi, były też łakocie kulinarne. I to jakie! Podziwiam Jamapi, że chciało jej się tworzyć te cuda w niemal 30 stopniowym upale!


OM NOM NOM NOM!!!
     A ponieważ kobiety słyną z podzielności uwagi, degustacja pyszności nie przeszkodziła nam w ożywionej rozmowie oraz oglądaniu i wstępnym testowaniu wszelkiej maści kosmetyków.

Jamapi

Od lewej: Stri-Linga, moi i Słomka

     W pewnym momencie któraś z dziewczyn rzuciła złowróżbne "to może zrobimy sobie makijaż?" I cóż... żeśmy zrobiłyśmy. Słomka wykonała dwa wspaniałe makijaże, najpierw ciepły i bardziej naturalny na koleżance Jamapi - Krysi, następnie szalony i mieniący się odcieniami morza i turkusu na Stri-Lindze.

Słomkini w akcji. Stri-Lingi nie pokazuję, bo zabroniła skubana :P

Ja natomiast miałam okazję zrobić wyjątkowo ciemne, granatowe smoky eye na ślicznej Asi. 


Chociaż moim skromnym zdaniem Asia jest piękna i bez makijażu. Sami zobaczcie:


     A ponieważ towarzystwo było takie a nie inne, nie było fizycznej możliwości, byśmy nie wspomniały o paznokciach! I zaczęło się porównywanie ;)


     Jamapi czarowała idealnymi paznokciami pomalowanymi jasnym, srebrzystym (?) kolorem. Złote paznokcie Słomki zdeklasowały wszystkich. Stri-Linga postanowiła wypróbować soczystą malinę od Eveline, zaś ja postawiłam na wariację na temat frencha.

     I tak oto spędziłyśmy sobotni wieczór :) Nie wiem jak reszta, lecz ja z czystym sercem mogę powiedzieć, że bawiłam się rewelacyjnie! Jeszcze raz, piękne dzięki za zaproszenie, Jamapi! :*
 

Zdjęcia są autorstwa Jamapi, Słomki, Stri-Lingi i mojego.


Fotorelacje reszty dziewczyn znajdziecie tutaj: