wtorek, 28 sierpnia 2012

Moje trzy grosze: Co sądzę o BB kremie Vitaceric Dr Ireny Eris?

Hej Misiaki!

     Słowo się rzekło! Wspominałam Wam że Angel przesłała mi w ostatniej paczce słynny Vitaceric od Dr Ireny Eris. Sama również go przetestowała - jeśli jesteście zainteresowane jej opinią na temat kremu, znajdziecie ją TUTAJ.

     Powiem szczerze, że zabierałam się do testów z mocno mieszanymi uczuciami. Przede wszystkim dlatego, że nie lubię wypowiadać się na temat produktów, które zostały wcześniej przemielone przez dziesiątki, czy setki innych blogerek, a Vitaceric niewątpliwie należy do takich. 

     Całkiem niedawno przez wiele blogów przepłynęła fala recenzji poświęconych kolejnej europejskiej wariacji na temat ostatniego kosmetycznego krzyku mody rynku azjatyckiego, który urósł już niemal do rangi Świętego Graala świata kosmetycznego. 
     Tak, ironizuję. Ironizuję, ponieważ od kilku tygodni odczuwam postępującą alergię na określenie "BB krem". I nie chodzi mi nawet o same europejskie czy amerykańskie podróbki BB kremów, które nawet nie stały w cieniu oryginałów, czy też rozdmuchane obietnice producentów, którzy obiecują spełnić 101 marzeń jedną jedyną magiczną tubką zawierającą średnio 30 do 50 ml mazidła niewiadomego pochodzenia. 
     Po prostu kiedy na horyzoncie pojawia się kolejna moda, budzi się we mnie mój wewnętrzny hipster i każe mi stawiać jej czynny opór. Inna sprawa, że przetestowałam też kilka oryginalnych BB kremów i doszłam do wniosku, że i tak wolę tradycyjne podkłady.

     ALE NIEWAŻNE!!! Znowu uciekam w dygresje, podczas gdy mam tutaj recenzować multi-Vita-cud ;)

     Przejdźmy do multifunkcyjnego kremu witalizującego BB VitaCeric.


Dostępność: 
Jak mniemam po ilości recenzji w sieci, produkt jest ogólnodostępny.

Cena:
Na Wizażu podają że możemy go mieć za jedyne 75zł, choć przypuszczam, że sklepy internetowe oferują go w lepszej cenie.
 
Pojemność:
50ml

Trwałość:
6 miesięcy.

Opakowanie:
Jak widać na zdjęciu powyżej, krem pakowany jest w kartonik, a nawet dwa, bowiem to co widzimy na pierwszy rzut oka jest nakładką. Po zdjęciu nakładki mamy kompletnie biały kartonik, bez jakichkolwiek napisów. Moim zdaniem pomysł - choć pewnie miał być innowacyjny - jest po prostu nieprzemyślany, nieekonomiczny, poza tym jest zwykłym marnotrawstwem papieru. Z powodzeniem wystarczyłby jeden kartonik. 


     Wewnątrz mamy miękką, srebrzystoszarą tubkę. Tubka jest zakręcana i stoi na głowie. Rozwiązanie względnie higieniczne, choć mogłoby być odrobinę praktyczniej. Ale to drobiazg i moja prywatna fanaberia.


Konsystencja:
Gęsty krem. Rozprowadza się całkiem wygodnie, za to z wnikaniem w skórę bywa rozmaicie.

Zapach:
Przyjemny, lekki, nienachalny.

Kolor:
Tu będę się czepiała, ponieważ produkt jako taki dostępny jest w AŻ DWÓCH odcieniach: light i medium, przy czym jak dla mnie light który posiadam sam w sobie mógłby spokojnie uchodzić za medium. Jest za ciemny. Nie widać może tego specjalnie na zdjęciach, jednak w rzeczywistości krem nałożony na moją bladą skórę sprawia że wyglądam jakbym się lekko opaliła na słońcu. Wszystko fajnie, ale nie jestem zwolenniczką przyciemniania się podkładem. Nie opalam się, nie chodzę na solarium. Jestem blada i dobrze mi z tym. Takich kobiet jak ja jest mnóstwo w naszym regionie. Skoro niektóre firmy są w stanie wypuścić na rynek podkład odpowiedni dla jasnych cer, dlaczego marka Eris nie może? Tym bardziej że cena kremu do niskich nie należy.



Aplikacja i działanie:
     Sama aplikacja jest w miarę dobra, ale łatwo przesadzić z ilością nałożonego kremu. Efekt oczywiście będzie zależał od tego ile kremu nałożymy. Optymalna ilość da lekkie krycie, które nieznacznie wyrówna karnację, przyciemni ją u osób bardzo bladych, przykryje pomniejsze przebarwienia, jednak pryszczy, zaczerwienień, czy sińców pod oczami już niestety nie.
      Jeśli nałożymy go nieco więcej, musimy liczyć się z tym, że podkład będzie widoczny na skórze i może zaowocować lekką maską.

     Zasadniczo krem polecany jest "dla kobiet w każdym wieku od 25 roku życia". Ma skórę wygładzać, wyrównywać koloryt, nawilżać, odżywiać, rozświetlać, nawet zwalczać oznaki starzenia. Polecany jest dla każdego typu cery ze wskazaniem na młode i aktywne kobiety. Jako 29 letnia, w miarę aktywna posiadaczka cery mieszanej mogę powiedzieć: "a takiego wała!"
     Efekt promiennej cery to w moim przypadku po prostu świecąca się cera. Nawet jak ją przypudruję, mat utrzymuje się może z 2-3 godziny, potem znowu się świecę. W dodatku w miarę upływu czasu podkład ściera się (jak każdy inny podkład), przy czym robi to nierównomiernie - w pierwszej kolejności schodzi z nosa i policzków w jego bezpośrednim sąsiedztwie. W miarę jak skóra na czole zaczyna się świecić, podkład powoli "ciastkuje się". Nieznacznie, ale zawsze a ja bardzo tego nie lubię.
     Czy skóra jest wygładzona? Nie.
     Czy jest nawilżona i odżywiona. Owszem, raczej tak. 

    Czy uważam, że to wystarczy? Gdyby krem kosztował 20-30zł nie czepiałabym się, ale kwota rzędu 75zł w moich oczach zobowiązuje do czegoś. Linia Dr Irena Eris ma jakoby oferować produkty luksusowe, niestety nie jestem w stanie dopatrzeć się w kremie Vitaceric niczego luksusowego za wyjątkiem ceny właśnie. Powiem otwarcie, że gdybym kupiła go za własne pieniądze byłabym wkurzona i czułabym się naciągnięta a nawet oszukana. Zwłaszcza że w pierwszym z brzegu Rossmannie mogę kupić takiego Bourjois Healthy Mix za połowę ceny Vitaceric i cieszyć się niewspółmiernie lepszą jakością i trwałością.

Skład:
Także w tym polu się nie popisali. Gdyby ktoś miał wątpliwości, analiza składu skutecznie by je rozwiała - ten specyfik nawet w pochmurną noc kremem BB nie będzie. Angel popełniła świetną, dogłębną rozpiskę, więc nie ma sensu powielać jej pracy. Jeśli jesteście zainteresowani zajrzyjcie do zalinkowanej wyżej notki.

 

niedziela, 26 sierpnia 2012

Peeling Enzymatyczny Ziaja Ulga dla skóry wrażliwej

 Cześć, Dziewczyny!

     Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami z używania kosmetyku jak sądzę dość popularnego. Jak widzicie po tytule, chodzi o peeling enzymatyczny marki Ziaja z serii Ulga. Swój otrzymałam do testów w "Obsessive Boxie".


     Używam go już od pewnego czasu i mogę co nieco na jego temat powiedzieć. Jeśli jesteście zainteresowane, zapraszam do dalszej lektury.

Dostępność: 
Drogerie, internet, sklepy Ziaja

Cena:
Około 10zł

Pojemność: 
60ml

Trwałość:
Data na opakowaniu

Opakowanie:
Całkiem przyjemny, oszczędny design opakowania. Plastikowa, wyciskana tuba, stawiana na zamknięciu, dzięki czemu nie ma problemu z wydobyciem kosmetyku do ostatniej kropli.

Konsystencja:
Delikatny, biały kremo-żel.

 
Zapach:
Oficjalnie bezzapachowy, jednak jeśli zaciągniecie się głębiej, poczujecie lekko chemiczny smrodek.

Aplikacja i działanie:
Producent zaleca stosować peeling 1-2 razy w tygodniu, wmasowując go równomiernie w twarz okrężnymi ruchami, a po 5-10 minutach zmyć ciepłą wodą. Peeling ma rzekomo wygładzać, nawilżać i zmiękczać skórę, delikatnie złuszczać martwy naskórek i ułatwiać wnikanie w skórę substancji odżywczych.

Skład:
Glycerin, Sodium Hydroxide, Carbomer/Papain Crosspolymer, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Algin, Polysorbate 20, Carbomer, Laminaria Ochroleuca Extract, Caprylic/Capric Triglyceride, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Allantoin, Panthenol, Propylene Glycol, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) roqt Extract, Glyceryl Caprylate, Methylparaben, Diazolidinyl Urea, Ethylparaben


 Moja opinia:
     Zacznę od tego, że pierwszy i ostatni raz stosowałam peeling enzymatyczny w szkole podstawowej. Później każdy jeden produkt złuszczający, którego używałam był mechaniczny i to bardzo mi odpowiadało. W odniesieniu do peelingów enzymatycznych mam dwie wątpliwości, mianowicie: ich skład, ich właściwości złuszczające. Jak to wygląda w tym przypadku?
     Starałam się nie wnikać usilnie w skład peelingu, jednak już pobieżna analiza zwróciła moją uwagę na parabeny (w dzisiejszych czasach to w sumie norma) i na wodorotlenek sodu, który może powodować rozmaite nieprzyjemne konsekwencje - z utratą wzroku włącznie - w sytuacji gdyby na przykład dostał się do oczu (całe szczęście producent zamieścił w instrukcji stosowania króciutką wzmiankę by omijać okolice oczu).
     Co do właściwości złuszczających peelingu, są one rzeczywiście dość delikatne. Osoby spodziewające się widocznych, spektakularnych efektów będą rozczarowane. Owszem, wyczuwalny jest lekki efekt nawilżenia, a skóra jest dość miękka i nieściągnięta, nie mniej jednak pod względem gładkości peeling enzymatyczny Ziai ustępuje wielu "ścierakom" mechanicznym, których miałam okazję używać. 
     
Reasumując:
     Poleciłabym go osobom, które potrzebują czegoś co nie "podrapie" za bardzo ich skóry i które nie liczą na "efekt wow". Osobiście lubię jednak bardziej zdecydowanie działające kosmetyki. Podchodzę też z pewną ostrożnością do enzymów zawartych w składzie. Czuję się bezpieczniej złuszczając swoją skórę granulkami w miarę naturalnego pochodzenia, niż wystawiając twarz na działanie substancji, które mogą wywoływać alergie czy podrażnienia.

     Chętnie posłucham Waszej opinii w tym temacie. Wolicie peelingi enzymatyczne, czy mechaniczne? Zwracacie uwagę na coś konkretnego wybierając dany produkt?  Macie swoich ulubieńców?
Pozdrawiam serdecznie.

sobota, 25 sierpnia 2012

Mini recenzja: KIKO #349


Hej Misiaki!

     Dziś słów kilka na temat lakieru, który dostałam w prezencie wieki temu od kochanej Ani :* Lakieru, którego kolor jest dla mnie nie lada wyzwaniem, bo nijak nie potrafię go dookreślić jednym słowem. Nie jest szary, nie jest beżowy, ani khaki... jest czymś pomiędzy tymi odcieniami. Podejrzewam, że sama bym go nie wybrała gdybym wypatrzyła go w sklepie, ale tutaj właśnie wychodzi "wewnętrzne programowanie". Szalenie się cieszę, że go dostałam, bo stał się jednym z moich ulubieńców na rozmaite okazje!


Dostępność:
W Polsce póki co tylko drogą internetową.

Cena:
Z tego co widziałam na allegro, około 16zł

Pojemność:
11ml

 
Trwałość:
36 miesięcy od otwarcia.
Pierwsze odpryski pojawiły się 4 dnia, ale tylko w miejscach, w których moje paznokcie były uszkodzone. Gdyby nie to wytrzymałby około tygodnia.

Pędzelek:
Dość wąski, lekko spłaszczony, równo ścięty. Całkiem wygodny.

Czas schnięcia:
Mniej-więcej 8 minut.

Poziom krycia:
Dwuwarstwowiec.


Formuła lakieru:
Kremowa. Lakier daje ładną równą taflę bez smug.

Zmywanie:
Bezproblemowe.


     Moim zdaniem lakier jest świetny! Nie tylko wysycha w przyzwoitym czasie i równo kryje, ale przede wszystkim jest niesamowicie trwały! Odpryski, które zaobserwowałam około 4 dnia pojawiły się tylko tam, gdzie miałam na paznokciach pęknięcia lub inne uszkodzenia. Jednak na zdrowych paznokciach wyglądał bez zarzutu nawet po tygodniu noszenia. Imponująca trwałość! Kolor też ma ciekawy, choć początkowo byłam doń sceptycznie nastawiona. W sumie nie tylko go polubiłam, ale wręcz sięgałam po niego domyślnie kiedy szukałam czegoś klasycznego, spokojnego i uniwersalnego. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych lakierów! Gorąco polecam!

czwartek, 23 sierpnia 2012

Makijaż artystyczny z korzenną nutą

Hej, Misiaki!

     Nie wiem, czy ktokolwiek  z Was pamięta, że jakiś czas temu wspominałam o makijażu, który przeleżał na moim dysku niemal rok. Właśnie tym rekordzistą chciałabym się dziś z Wami podzielić. Właściwie nie wiem dlaczego dotąd go nie opublikowałam... 
     Macie ochotę na odrobinę szaleństwa?








Użyte produkty:
Twarz:
- MaxFactor Xperience Weightless Foundation #Fair Sugar Cane 55
- korektor w kremie Inglot AMC #64
- puder Inglot YSM #Y15
- róż – mieszanka pomarańczowych cieni z palety Coastal Scents 88 Shimmer Pallete
- rozświetlacz – Sleek Sun Goddess
Oczy:
- Essence eyebrow designer #03 Light Brown
- baza – kremowy cień Revlon Beyond Natural Cream To Powder Eye Shadow #520 Spice
- czarna kredka z Elfa
- cienie :
* paleta Pretty Puzzle Smoked Out SIlver by Pop beauty,
* paleta Coastal Scents 88 Shimmer,
* biało-złoty pigment Ozdoby do ciała Inglot #55
- czarny żelowy liner Inglot #77
- tusz Helena Rubinstein Lash Queen Mascara #Feline Blacks
Usta:
- czarna kredka z Elfa
- szminka Inglot #401
- błyszczyk NYX Diamond Sparkle Lipgloss #Beige Sparkle


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Bourjois 10 days no chips #26

     Od pewnego czasu coraz żywiej interesuję się kosmetykami Bourjois, czego efektem jest powoli acz konsekwentnie rosnąca kolekcja produktów tej marki na moich półkach. Dzisiaj chciałabym napisać Wam kilka słów na temat lakieru, który nabyłam jakiś czas temu skuszona obietnicą 10 dni bez odprysków...


Dostępność:
Drogerie Rossmann.

Cena:
23,99zł

Pojemność:
9ml

Trwałość:
Według reklamy wytrzymuje do 10 dni, przy czym cwany producent asekurant dodał dopisek „minimum 3 dni” i u mnie, niezależnie od tego jak bym z nim nie kombinowała to zawsze są te nieszczęsne 3 dni. I ok., może nie jest to zły wynik, ale od produktu który jako sztandarowe hasło rzuca dni 10, oczekuję większej trwałości. Czuję się rozczarowana.

 
Pędzelek:
Krótki, spłaszczony, ukośnie ścięty, dość kłopotliwy.

Czas schnięcia:
W normie, kilka minut.

Poziom krycia:
Dwuwarstwowiec.


Formuła lakieru:
Kremowa. Lakier daje ładną równą taflę bez smug.

Zmywanie:
Bezproblemowe.


     Tak jak napisałam wyżej, czuję się rozczarowana trwałością, a raczej jej brakiem. Jakkolwiek 3 dni to przyzwoity efekt, to jednak do 10 sporo brakuje. W takiej samej cenie mogę mieć trwalszy lakier. To co ratuje sprawę to świetny kolor, który w pierwszej chwili skojarzył mi się – nie śmiejcie się – z siną Barbie (odcień numer 26). Mnie w każdym razie kolor się podoba, podobnie jak design opakowania. Buteleczka i fikuśna skuwka są super. Opakowanie zamyka się na „klik” więc ogranicza to w pewnym sensie ewentualność niedokręcenia opakowania. Zmieniłabym kształt pędzelka, bo obecny jest nieco kłopotliwy i trzeba się nim naobracać, żeby dokładnie pomalować wszystkie płaszczyzny paznokci. Ogólnie lakier polubiłam i nie uważam tego zakupu za chybiony, jednak wątpię bym miała kupić inne kolory.


niedziela, 19 sierpnia 2012

Nihil novi sub sole...

Hej, Misiaki!

     Ten wpis nie będzie niczym odkrywczym, niczym innowacyjnym, co najwyżej krótką aktualizacją moich obecnych preferencji lakierowych.


     Termin "ombre nails" czy też "ombre" w ogólnym ujęciu jest obecny w międzynarodowej blogosferze i nie tylko już od wielu miesięcy, zatem z pewnością znaczna większość z Was (jeśli nie wszystkie) doskonale wiedzą do czego się sprowadza. Z pewnością znacie też podstawowe techniki, przy pomocy których możecie sobie takie ombre wyczarować.
     Osobiście przez dość długi czas ignorowałam tę modę, jednak któregoś dnia postanowiłam dla picu spróbować i przepadłam ;) Przyznaję szczerze, że w ostatnim miesiącu przez 90% czasu nosiłam na paznokciach rozmaite wersje takiego właśnie zdobienia. Nawet teraz mam coś podobnego, tyle że w subtelniejszej wersji. To aktualnie mój ulubiony sposób malowania paznokci - jest szybki, dziecinnie prosty do wykonania, w dodatku jeśli coś odpryśnie któregoś dnia, można to szybko i niezauważalnie naprawić.

     Poniżej macie kilka moich podejść do ombre nails, przy których metodą prób i błędów sprawdzałam co wygląda w takiej kombinacji fajnie, a co niekoniecznie.

     Pierwsza wersja, to ukośne ombre, zrobione w głównej mierze na czubku paznokci:


     Przyznaję, że nie jest to idealne wykonanie, za to kolorystycznie bardzo mi się takie combo podoba :). 

     Druga wersja to chyba największa pomyłka ;)  Czerwono-fioletowe, pokryte brokatem pazury... Nawet dla mnie samej - za dużo tu wszystkiego na jeden rzut. Ale przynajmniej próbowałam...


     Trzecia wersja to mój absolutny hit! Wygląda soczyście, radośnie i wakacyjnie. Podoba mi się zdecydowanie najbardziej spośród wszystkich wersji jakie dotąd testowałam:


     Dzięki tej zabawie przypomniałam sobie  jak przed kilkoma laty (jeszcze zanim zaczęłam się poważniej interesować wizażem) szalałam na punkcie zdobienia paznokci. Miałam mnóstwo lakierów z cieniutkimi pędzelkami do robienia wzorków i kombinowałam ile wlezie. Teraz nie miałabym już do tego cierpliwości, dlatego taka szybka alternatywa jest dla mnie idealnym kompromisem :)
     A co Wy sądzicie na temat tej techniki zdobienia? Próbowałyście już jej? A może znacie jakieś inne warte wypróbowania?

piątek, 17 sierpnia 2012

Bitwa na maski odmładzające z wyciągiem z Orchidei: Eveline vs Alterra

 
      Tym razem będzie recenzja nieco innego typu. Postanowiłam zrobić bitwę na maski. Dzięki Angel miałam okazję przetestować dwie maski z wyciągiem z orchidei, jedną z Eveline, drugą z Alterry. Obie w założeniu miały działać odmładzająco, nawilżająco i rewitalizująco. Cudnie. Przejdźmy zatem do porównania.


EVELINE Magia Orchidei



     Może nie mam "aż tak" dojrzałej cery, ale nie czarujmy się, produkty tego typu stosowane raz od wielkiego dzwonu nie są w stanie uodpornić skóry na składniki odmładzające. Maska z Eveline ma bardzo gęstą konsystencję. Wygląda jak bardzo treściwy, zbity biały krem. I jest niesamowicie wprost tłusta.


     Stosowana wedle zaleceń producenta wystarcza na bardzo, bardzo wiele aplikacji! Problem z tą maską jest taki, że ma fatalny skład, że wymienię tylko formaldehyd i substancje ropopochodne. Zawiera składniki, które mają działanie komadogenne i niestety w moim przypadku doprowadziła po kilku użyciach do powstania wyprysków w okolicach brody.


     Producent zaleca pozostawienie maski "aż do wchłonięcia", jednak w tym przypadku moglibyśmy się nie doczekać, ponieważ kosmetyk nijak nie chce się wchłaniać. Nawet po starciu nadmiaru z twarzy, pozostawia na skórze tłustą, lepką warstwę. 
     A jak wygląda jego działanie odmładzające? Ano nijak. Jedyne co zaobserwowałam to niemiłosierne natłuszczenie skóry i w dalszej perspektywie zapchana cera. To, plus fatalny skład nie przekonują mnie do ponownego sięgnięcia po maskę Eveline.



Alterra Intensiv-Feuchtigkeitsmaske


     W stosunku do tej maski byłam nastawiona pozytywnie już na wstępie, "bo to Alterra". Zaskoczyła mnie jednak - i to niestety na minus - reakcja mojej skóry przy każdorazowej aplikacji. Mianowicie ilekroć nakładałam maskę, kończyło się tym, że na mojej twarzy pojawiały się czerwone gorące plamy. Cóż, być może któryś ze składników miał takie a nie inne działanie? A może po prostu wystąpiła reakcja alergiczna? Bez względu na przyczynę, fakty są takie, że po zastosowaniu maski Alterra wyglądałam jak pomidor. Pomijając jednak ten nieszczęsny rumień i uderzenia gorąca na twarzy nie przytrafiło mi się nic niepokojącego.


      W tym przypadku kosmetyk ma rzadszą konsystencję, jakby skondensowanej emulsji. Nanosi się bez problemu, łatwo rozprowadza. Również nie wchłania się w całości, jednak kiedy zetrę nadmiar produktu z twarzy nie mam tego denerwującego wrażenia klejącej się skóry. Pachnie bardzo delikatnie i jak dla mnie przyjemnie. Nie zapycha. Całkiem nieźle nawilża. W moim przypadku nie było potrzeby stosować dodatkowo kremu po zmyciu maski (jak to zalecał producent).


     I raz jeszcze powracające pytanie: co z działaniem odmładzającym? Nie wiem, nie zauważyłam. Moja skóra prezentuje się dokładnie tak samo jak i bez stosowania tej maski, zatem jeśli jakieś działanie zaistniało, było na tyle nieznaczne, że uszło mojej uwadze. 
     Generalnie mimo dobrego składu, na mojej skórze "coś się zadziało" i to zadziało niepokojąco. Nie jestem pewna czemu przypisać konsekwentnie powracający rumień, jednak wolę dmuchać na zimne i pozostać przy maskach, które nie wywołują tego typu reakcji.



WYNIK  BITWY

     Obawiam się, że nie wrócę do żadnej z wyżej opisanych maseczek. Po pierwsze dlatego że każda z nich w taki czy inny sposób niepokoi moją skórę. Po drugie żadna z nich nie spełnia podstawowej swojej funkcji, czyli nie działa odmładzająco czy rewitalizująco. Innymi słowy jeśli orchidea, to tylko w wazonie ;)

Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam! :*

Amore Pomidore - Golden Rose #317

Hej, Misiaki!

     Jak się czujecie u progu weekendu? Humory dopisują, mam nadzieję. Korzystając z w miarę pozytywnej pogody i nagłego przebudzenia słońca, sięgam po żywe i jaskrawe kolory lakierów do paznokci. Ostatnio sprawę ułatwiła mi Angel, obdarowując mnie lakierem Golden Rose w odcieniu pomidorowej czerwieni. Kolor jest przepiękny! Pochodzi z regularnej kolekcji marki. W dodatku kiedy sięgnęłam po niego pierwszy raz, wyrwało mi się: "Wow, o kurcze!" ;)


Dostępność:
Sklepy i wyspy Golden Rose, internet, niektóre drogerie.

Cena:
Około 5zł

Pojemność:
12,5ml

Trwałość:
8 miesięcy od otwarcia. Na moich paznokciach wytrzymuje 4 dni bez odpryskiwania.


Pędzelek:
Klasyczny, dość wąski, ale może nastręczać nieco kłopotów w aplikacji tuż przy skórkach.

Czas schnięcia:
Około 8 minut per warstwa.

Poziom krycia:
Dwie-trzy warstwy.

Formuła lakieru:
Kremowo-żelkowa. Pokrywa paznokcie równą warstwą bez smug.


Zmywanie:
W miarę OK, przy czym mimo bazy lakier w pewnym stopniu barwi płytkę paznokcia i skórki.

Reasumując:
     Lakier jest bardzo fajny. Używałam go już kilka razy i jak dotąd nawet go lubię. Fakt, nie jest to najlepsze dziecię Golden Rose, bo i krycie mogłoby być lepsze i czas schnięcia. W dodatku pędzelek bywa kłopotliwy i trzeba go wybadać, by nie zamalowywać nim skórek, jednak ogólnie jest całkiem OK. Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę przystępną cenę.


środa, 15 sierpnia 2012

Czarujące Świętokrzyskie

Hej Misiaki!

    Obiecałam wytłumaczyć się ze spadku aktywności na blogu. Otóż, jak już wspomniałam urlopowałam się. Wyjechałam do przyjaciół mieszkających w Kielcach, gdzie spędziłam kilka absolutnie fantastycznych i niezapomnianych dni! Droga była długa i męcząca, ale nie żałuję ani minuty! Wiecie jak to jest, kiedy po nieznośnie długim czasie możecie spotkać się z bliskimi osobami, pogadać, pożartować i totalnie się odstresować :). A przy okazji okazało się że okolica ma do zaoferowania całe mnóstwo atrakcji! Świętokrzyskie jest doprawdy czarujące!
     Gdzie byliśmy? Co zwiedziliśmy?

     Na pierwszy ogień poszedł jeden z najpiękniejszych obiektów jakie kiedykolwiek widziałam - ruiny zamku Krzyżtopór w Ujeździe.




     Marzyłam żeby go zobaczyć, odkąd dowiedziałam się o jego istnieniu kilka lat temu. I powiem Wam, że na żywo wygląda o wiele bardziej majestatycznie niż na zdjęciach, chociaż smutno się robi na duszy widząc jak bardzo zniszczony jest cały obiekt. Mam cichą nadzieję, że ktoś zadba o niego póki jest jeszcze czas, bo zbrodnią byłoby pozostawić go na pastwę losu.


Ciekawa prawidłowość - ciągnie mnie wszędzie tam gdzie widzę "zabronione" :P

     W sumie, na zamku spędziliśmy ładnych kilka godzin! Wchodziliśmy wszędzie tam, gdzie tylko byliśmy w stanie... A czasem nawet i tam, gdzie nie byliśmy w stanie - w myśl zasady "JA NIE DAM RADY?!"


     ... nie zawsze w 100% na serio ;)



     Wchodziliśmy do niewielkich pomieszczeń...


... jak i wielkich sal.


Tropiliśmy dawnych właścicieli zamku na tablicach wmurowanych dookoła dziedzińca...


Przemykaliśmy korytarzami większymi...


... i mniejszymi.



     Nawet piwnicom nie daliśmy spokoju. Czy aby na pewno zamek nie jest nawiedzony? Słowem, weszliśmy wszędzie tam, gdzie tylko znaleźliśmy wejście. Nie obyło się bez atrakcji, mianowicie tak się złożyło, że trafiliśmy na... plan filmowy. Akurat kręcono kilka scen do "Gabriela" (trafi do kin w 2013r.). 
     A propos planów filmowych. Wiedzieliście, że na zamku Krzyżtopór jeden z teledysków kręciła Justyna Steczkowska? :)

     Kiedy już opuściliśmy Ujazd, okazało się, że w okolicy Kielc znajdują się jeszcze jedne piękne i warte zwiedzenia ruiny. I tak trafiliśmy na Podzamcze Piekoszowskie, gdzie stoją pozostałości po pałacu magnackim Jana Aleksandra Tarły. Miejsce doprawdy magiczne, jednak zdewastowane do granic możliwości. Krążą na jego temat legendy, jakoby gdzieś w podziemiach był ukryty skarb. Być może, jednak jedynymi skarbami jakie udało nam się znaleźć były "XX wieczne freski naścienne" i góry śmieci. A jednak mimo tego wszystkiego obiekt mnie zachwycił. 

Widok od frontu

Tył posiadłości

Widok z boku

      Również i tutaj musieliśmy liczyć się z nadprogramowymi gośćmi, przy czym tym razem nie była to ekipa filmowa, a grupa nastolatek cykająca sobie "słit focie"... Niezależnie od wszystkiego, wrażenia ze zwiedzania - niesamowite!

Tam dalej kiedyś była podłoga... Do dzisiaj pozostał niestety tylko portal wejściowy wieńczący klatkę schodową z rozpadającymi się schodami.


Tak wygląda główne wejście do pałacu. Niesamowicie malownicze!


A tak prezentuje się jedna z czterech wież.

     Bardzo chcieliśmy wejść na wyższe kondygnacje, jednak schody, które niegdyś były zlokalizowane w dwóch z czterech wież rozpadły się. Nigdzie nie znaleźliśmy w miarę bezpiecznej drogi, którą moglibyśmy dostać się na górę, jednak jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, żeby tam wrócić zdecydowanie coś wymyślimy!
     Kiedy tak chodziliśmy, nie sposób było uciec od myśli w stylu "ciekawe jak ten pałac wyglądał zanim popadł w ruinę". I wiecie co? Nie musieliśmy się domyślać! Tak się bowiem składa, że pałac magnatów w Podzamczu Piekoszowskim jest zminiaturyzowaną kopią Pałacu Biskupów Krakowskich znajdującego się w samym centrum Kielc!

     Jest z tym związana pewna zabawna historia. Otóż pewna anegdota głosi, że podczas jednej z imprez zorganizowanych przez biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika ów odrzucił zaproszenie Jana Aleksandra Tarły, mówiąc pogardliwie, że "po chałupach nie jeździ". Urażony magnat miał jakoby wynająć tego samego architekta, który projektował pałac biskupa i powierzyć mu budowę swojej posiadłości. Ciężko stwierdzić ile prawdy jest w tej historii, nie mniej jednak podobieństwo obu obiektów jest bezdyskusyjne!

     Kolejnym miejscem, które zwiedziliśmy była Karczówka czyli wzniesienie znajdujące się na południowy zachód od centrum Kielc. Mieści się tam klasztor pobenedyktyński, którym aktualnie opiekują się księża pallotyni. Ze wzniesienia roztacza się malowniczy, zapierający dech w piersiach widok.


     Na koniec trafiliśmy do Kadzielni. Byłam zszokowana tym, że można znaleźć takie miejsce praktycznie w samym centrum miasta! Najbardziej wpadła nam w oko tzw. Skałka Geologów, niestety nie mogliśmy wdrapać się na samą górę, bo jakaś para postanowiła się tam "zagnieździć".

Skałka Geologów w Kadzielni

Nie-do-końca-lokalna czarownica...
     Trochę mi szkoda, że nie trafiliśmy na Łysą Górę. Coś czuję, że poczułabym się tam jak w domu ;) Tak pokrótce prezentują się moje świętokrzyskie wojaże. Fantastyczna podróż! Najlepsze towarzystwo, jakie mogłabym sobie wymarzyć! Niezapomniane wrażenia! To zdecydowanie jeden z moich najlepszych urlopów i ogólnie wyjazdów wakacyjnych od lat!

A Wy jak spędzacie lato?