wtorek, 20 listopada 2012

غزال

Witajcie!

     Niedawno, przy okazji recenzji perfum Rasha Rasasi, podzieliłam się z Wami pewnym zdjęciem. Dzisiaj zamierzam rozwinąć wątek i pokazać Wam jak zmalować taki makijaż. Nie jest tajemnicą, że jestem zafascynowana szeroko rozumianymi makijażami orientalnymi, o czym z resztą już wielokrotnie mieliście okazję się przekonać :)




     Moją dzisiejszą propozycję nazwałam po prostu   غزال  , czyli "gazela" (Rasha to po arabsku właśnie gazela). Uznałam, że nie ma sensu wysilać się na jakieś bardziej wydumane nazwy.

     Zapraszam Was zatem na instruktaż. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.







Jak zawsze pozdrawiam serdecznie!


1. Zaczynam od nałożenia bazy na powieki - przedłuży ona trwałość cieni i wzmocni ich kolor. W tym przypadku ma ona kolor starego złota złamanego brązem. Nałożyłam ją aż po zewnętrzny kraniec brwi, starając się uzyskać w miarę ostrą krawędź. Następnie wyznaczyłam czarną kredką kształt zagłębienia powieki, na bazie którego będę budowała resztę makijażu. Cieniujemy! Zaczynam od matowej bieli, którą nakładam w wewnętrznym kąciku ruchomej powieki. Jako drugiego użyłam intensywnego turkusu.



2. Aby oba kolory ładnie się przenikały, na ich granicy nanoszę jasny błękit i zacieram nim granicę kolorów. Dopełniam ruchomą powiekę w zewnętrznym kąciku przy pomocy ciemnego matowego turkusu. Przechodzę do cieniowania nieruchomej powieki. Zaczynam od matowego różu, który rozcieram powyżej zagłębienia na całej długości oka, przeciągając kolor dookoła zewnętrznego V.



3. Aby uzyskać jak najlepszy efekt chcę wystopniować kolor w załamaniu powieki, dlatego sięgam po cień w kolorze oberżyny złamanej fioletem i rozcieram go na styku różu i turkusu. Odrobina ciemnego fioletu naniesiona na samej linii załamania dodatkowo podkreśli i pogłębi spojrzenie. Mieszanką obu fioletów zaznaczam także zewnętrzną dolną krawędź turkusów tak, by fiolet stanowił ramę oczu. Tuż pod łukiem brwiowym nanoszę matowy beż, który nieco zneutralizuje odważne kolory.



4. Kolejnym ważnym krokiem jest dalsze pogłębienie efektu trójwymiarowości, dlatego sięgam po matową czerń i rozcieram ją w zewnętrznym V oka. Warto poświęcić trochę czasu na dokładne zmieszanie jej z turkusem i fioletem - powinna w nich niknąć. Sprzątam ewentualne pomyłki czy niedociągnięcia. W tym przypadku sięgnęłam po beżową kredkę i "wyostrzyłam" przy jej pomocy dolną zewnętrzną krawędź makijażu. Dodałam też nieco błękitu który "zgubił się" podczas rozcierania.



5. Na dolnej powiece rysuję kreskę intensywnie turkusową kredką, która samoistnie zastyga po kilku sekundach. Zewnętrzną część powieki dopełniam cieniem w kolorze oberżyny. 



6. Nie ma makijażu arabic bez czarnej kreski i ogromnych rzęs! Rysuję zatem dość cienką, za to wydłużoną i ostro zakończoną kreskę. Linię wodną przyciemniam czarną kredką.  Tuszuję rzęsy i przyklejam dodatkowo parę sztucznych.







Użyte produkty:
Twarz:
- Dr Irena Eris VitaCeric BB krem #01 light beige
- Korektor w kremie Inglot  #64
- Puder Healthy Balance #52 Vanille
- ziemia egipska Ikos
Oczy:
- Brwi: cienie NYX paleta ESP5C03 I Dream Of ST. Kitt
- NYX jumbo pencil 617 Iced Mocha
- Kredka PUPA Multiplay 09
- Cień Kobo 101, 102, 107
- Cienie Inglot: 371M, 338M, 74 AMC, 375M,
- Nień „Black Box” z palety PPQ Me, Myself and Eye Sleek
- Turkusowa kredka Crazy Lazy metallic, Make Up Store
- Czarny żelowy eyeliner Pierre Rene
- Tusz Max Factor 2000 Calorie
- beżowa kredka MaxFactor 090 Natural Glaze
- Rzęsy KkcenterHK A812 + klej DUO adhesive
Usta:
- Błyszczyk „Mock” gloss lips, Make Up Store

piątek, 16 listopada 2012

Piękny Niegodziwiec

Hej Misiaki!

     Na początku miesiąca miałam złudną nadzieję, że będę miała mnóstwo czasu, który oczywiście poświęcę na blogowanie, tymczasem  okazało się, że mam go dużo mniej niż zazwyczaj i tak pozostanie do grudnia... Tak czy inaczej, żeby podtrzymać życie na blogu, postanowiłam podzielić się z Wami kolejnym jesiennym lakierowym ulubieńcem. Lakierem, który choć nie jest idealny, ma wiele zalet, za które go lubię. Mowa o "Wicked" z Avonu, z serii nailwear pro.






Dostępność:
Konsultantki AVON.

Cena:
13,99zł

Pojemność:
12ml

Trwałość:
24 miesiące od otwarcia.
Pierwsze mikroodpryski pojawiły się 2 dnia. Lakier wygląda dobrze przez trzy dni. Maksymalnie wytrzymuje 4, przy czym czwartego już bezwzględnie trzeba go zmyć.


Pędzelek:
Wygodny, jednostronnie spłaszczony, standardowej szerokości, równo ścięty.

Czas schnięcia:
Dość długo bo minimum 10 minut.

Poziom krycia:
Dwuwarstwowiec.



Formuła lakieru:
Kremowa baza z błyszczącą „łuną” czerwieni. Na paznokciach kolor wygląda na dużo głębszy niż w opakowaniu, wydaje się niemal czarny. Piękna karmazynowa poświata widoczna w buteleczce ujawnia się dopiero w sztucznym świetle. Generalnie przez większość czasu lakier wygląda jak złamana czerń. Daje ładną równą taflę bez smug.

Zmywanie:
Bezproblemowe.



     Moim zdaniem jest to przyzwoity produkt. Nie fantastyczny i absolutnie fenomenalny, ale zdecydowanie wart uwagi. Wymaga cierpliwości, bo schnie dość długo, jednak efekt – jeśli lubicie tego typu odcienie – jest tego wart. Ja, jak już wspominałam lubię wszelkiego rodzaju złamane czernie, choć nie ukrywam, że kupując ten kolor byłam urzeczona karmazynowym blaskiem widocznym w buteleczce i bardzo żałuję, że na paznokciach nie widać go w aż takim stopniu. Tak czy inaczej podoba mi się, zwłaszcza o tej porze roku uwielbiam nosić tego typu kolory.




Pozdrawiam,
Kat :*

środa, 14 listopada 2012

Mordownia na paznokciach...

Hej Misiaki!

     Część z Was pewnie zastanawia się po przeczytaniu mojego tytułu... co autor miał na myśli. Odpowiedź jest prosta, acz zaskakująca. Właśnie zamierzam popełnić recenzję jedynego w mojej kolekcji lakieru od Essie, którego nazwa brzmi "Dive Bar", co w wolnym tłumaczeniu oznacza właśnie tytułową mordownię. Bo po co mam się rozpisywać, że chodzi o bar o szemranej reputacji, zapadłą dziurę, czy inne równie malownicze coś ;) 
     Zastanawiam się dlaczego tak piękny lakier dostał w udziale tak nieelegancką nazwę... Ale w sumie "Czymże jest imię? To co zwiemy różą, słodko pachniałoby pod każdym innym imieniem".


Dostępność: 
U mnie jak dotąd tylko SuperPharm

Cena:
Jakieś 35zł - drogo! :/

Pojemność: 
13,5ml

Trwałość:
24 miesiące od otwarcia. Na paznokciach lakier utrzymuje się do 4 dni.



Pędzelek:
Wygodny. Spłaszczony, dość szeroki, minimalnie zaokrąglony na końcach.

Czas schnięcia:
Około 10 minut per warstwa.

Poziom krycia:
Dwuwarstwowiec. Na upartego wystarczy jedna warstwa.



Formuła lakieru: 
Błyszczący duochrome. Baza jest ciemna, turkusowo-czarna, ale pod odpowiednim kątem ujawnia fioletowe tony. Wyjątkowo piękny odcień!

Zmywanie:
Bez problemu.


     Jest to jeden z moich ulubionych lakierów. I nie dlatego że to Essie. Zupełnie szczerze muszę powiedzieć, że  jest to jak dotąd jedyny kolor z Essie, który spodobał mi się na tyle bym była skłonna zapłacić za niego 35zł. 90% kolorów z dostępnej u nas oferty marki ma swoje duble wśród rozmaitych tańszych, równie dobrych firm, w związku z tym nie czuję się skuszona do kolejnych zakupów. Tymczasem ten gagatek to zupełnie inna historia!


     Jest to jeden z takich kolorów, do których ciągnie mnie jak pszczołę do miodu. Jest piękny! Ma głęboki odcień, w którym lwia część magii sprowadza się do ciemnej bazy, z której wyłania się piękny turkusowy kolor opalizujący na fioletowo. Szkoda trochę że na paznokciach fiolet jest dużo mniej zauważalny niż w buteleczce, jednak niezależnie od wszystkiego podoba mi się.


     Lakier nie robi smug, jest prosty w obsłudze (słyszałam że lakiery Essie o kremowym wykończeniu lubią płatać figle -  na szczęście połyskliwe są pod tym względem bezproblemowe).


     Ogólnie rzecz ujmując, jest to odcień bardzo w moim guście. Podoba mi się, a że w okresie jesienno-zimowym wyjątkowo lubuję się w takich złamanych rozmaitymi odcieniami czerniach, jestem pewna że  nie raz nie dwa Dive Bar będzie zdobił moje paznokcie.

    

sobota, 10 listopada 2012

Co mi Dobre Duszki sprezentowały?

Hejka!

     Dzisiaj będzie historyjka obrazkowa ;) Mniej-więcej tydzień temu korzystając z okazji, że Simply przyjechała do Polski, zorganizowałyśmy kolejne improwizowane spotkanie blogerek. Chociaż bardziej na miejscu byłoby powiedzieć: spotkanie w gronie dobrych koleżanek, ponieważ w większości już zdążyłyśmy się poznać i polubić. Nasze spotkania zazwyczaj sprowadzają się do rajdu po sklepach, które w danym momencie kuszą nas czymś smakowitym, po czym znajdujemy jakieś miłe miejsce, gdzie można usiąść, zjeść coś, napić się i w spokoju porozmawiać.

     Tym razem nasze spotkanie przebiegło według tego właśnie planu. A przy okazji zostałam potrójnie obdarowana kolorowymi smakołykami!

Od Hex przywędrował do mnie promyczek słońca ^__^


Od Słomeczki, trzy cudne maleństwa których szukałam jak szalona i nigdzie nie mogłam ich znaleźć.


Od Simly zaś dostałam... TAM TADADAAAAAAAAM:




A ponieważ obiecałam Simply makijaż, będzie i makijaż. Spontaniczny, wykonany dziś rano :)


Wykorzystałam w nim: 
- ciemny brązo-burgund: Vandellas
- koralowy Otis Red
- neutralny beżo-brąz: Shalamar
- migotliwy O'Jays
- kość słoniową: Cameo Cream
- odrobinkę czerni: Roberta Black

Proste i spokojne, bo szłam tak "do ludzi" ;) Wszystkim Dobrym Duszkom bardzo, bardzo, bardzo dziękuję! Bardzo :D

Pozdrawiam, buziole!
Kat



Liebster Blog TAG

Siemano!

Dzisiejszy wpis dotyczy taga, który krąży od jakiegoś czasu po blogach:

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

Tagowała mnie Kachula82, której bardzo serdecznie dziękuję :)

Oto jakie przygotowała pytania:


Ad1. Na to pytanie odpowiadałam już przynajmniej dwa razy, zatem wszystkich dociekliwych odsyłam do poprzednich tagów.

Ad2. Nie, nie zdarza mi się popełniać zakupów wyłącznie w celach blogowych. 

Ad3. Błyszczyki Watershine Diamond Liquid od Maybelline i jakiś inny dziad z Astor, który chyba na szczęście nie jest już produkowany... Oba te cholerstwa uczuliły mnie i spowodowały, że usta mi spuchły, skóra się "popaliła", spękała i ogólnie było bardzo nieciekawie.

Ad4. Też kiedyś odpowiadałam na to pytanie. Powiem tak: moda jest mi nie tyle obojętna, co nie zwracam na nią bacznej uwagi. Najprościej zrazić mnie do kupienia czegoś mówiąc "to jest teraz takie modne". Nienawidzę sytuacji, gdy okazuje się że pół miasta lata w dokładnie takiej samej rzeczy jaką mam i ja... Nie chcę dublować cudzej szafy, więc kupuje tylko i wyłącznie ubrania które lubię, które mi się podobają - nie patrzę na to czy są modne. 
     Jednym z trendów, którego nigdy w życiu bym nie zaprosiła do swojej szafy są przykładowo adidasy na obcasie - jedno z najgorszych szkaradziejstw jakie widziałam na oczy... sorki jeśli kogoś uraziłam.

Ad5. Wymarzona długość włosów: do pasa.

Ad6. Naturalny makijaż, to dla mnie taki który uwidacznia indywidualne piękno kobiety. Makijaż, który nie krzyczy "jestem tu", tylko subtelnie podkreśla to co trzeba - stawia na pierwszym planie twarz a nie kosmetyki.

Ad7. Wieczór z kawą, dobrą muzyką, może jakaś książka albo film...

Ad8. Dwa kolory: bordowy i fioletowy.

Ad9. Zdecydowanie matowe. Nie lubię efektu kuli dyskotekowej na powiekach, bo kojarzy mi się z kiczem lat 80-tych.  Podkreślam, że to tylko moje preferencje, nic nikomu nie narzucam ;)

Ad10. Bloga będę prowadziła tak długo jak długo będę miała do tego cierpliwość... Miewałam już kilka razy chwile kiedy kompletnie nic mi się nie chciało, zatem jestem pewna że pewnego dnia uznam, że blogowanie już mi się przejadło i wtedy przestanę.

Ad11. Nie. Inna sprawa, że bardzo nie lubię słowa "guru". Mam wrażenie, że ludzie używają go na wyrost i za bardzo obrastają w piórka kiedy zaczynają sami wierzyć w to że takim guru się dla kogoś stają. "Guru" to dla mnie tacy internetowi celebryci - znani z tego że są znani.



Ten sam tag przywędrował do mnie także od Kosmali - również bardzo dziękuję!

Oto jej pytania:



Ad1. Zdecydowanie spłukiwana odżywka do włosów!

Ad2. Różnie z tym bywa. Jedne osoby wolę oglądać, inne odwiedzać na ich blogach.

Ad3. Przyznam się bez bicia, że mój tryb życia nie jest zdrowy. Innymi słowy jeśli już, to pewnie raczej dieta.

Ad4. Jakiś czas temu uwielbiałam siłownię! Serio. Z tym, ze jest w tym haczyk, mianowicie jeśli już wybieram się na siłkę, koniecznie muszę mieć ze sobą fajne towarzystwo! Jednak w 9 na 10 przypadków jeśli ćwiczę, robię to sama w domowym zaciszu.

Ad5. Makaron.

Ad6. Zdecydowanie kawa ze śmietanką! Nie lubię czarnej.

Ad7. Ponieważ większość moich przyjaciół to chłopaki, zmienię odpowiedź na: wieczór z przyjacielem ;)

Ad8. Pomadka nawilżająca.

Ad9. Ciasteczka!

Ad10. Trudne pytanie! Nie umiem na nie odpowiedzieć...

Ad11. Ponieważ co rano wstaje o 5:20, powiem 12 :P Lubię spać!


Jako trzecia tagowała mnie Avatea :) A oto jej pytania:

1. Osoba na której wspomnienie się uśmiechasz…
     Mój bardzo, bardzo dobry kolega, który znał mnie i doceniał jak mało kto. Zawsze wiedział co powiedzieć, czy zrobić bym poczuła się "jak milion dolców". Choć nasz kontakt niemal się urwał zawsze będę wspominać go z uśmiechem na twarzy. Pozostanie jedną z bardziej wyjątkowych osób jakie znam.
2. Ukochana książka.
Nie jestem w stanie wybrać jednej.
3. Nigdy nie sięgam po…
Dragi.
4. Prezent idealny.
To taki, którego nie można kupić...
5. Bloguję, bo…
Bo lubię. I w pewnym sensie z przyzwyczajenia.
6. Być rodzicem to…
...coś, czego mam wielką nadzieję kiedyś doświadczyć.
7. Najpiękniejsze miejsce na ziemi…
Ech, żebym to wiedziała...
8. Czego w sobie nie lubisz…
Gderliwości, skłonności do narzekania, smęcenia i dołowania się.
9. U siebie nie cierpię…
A czy to nie to samo pytanie co piętro wyżej?
10. U innych uwielbiam… 
Pewność siebie, poczucie humoru, zdrowy dystans do świata.
11. Ten kraj w którym mieszkam…Cóż mogę napisać? "Bo tutaj jest jak jest..."


Jako że tag ten przewinął się już przez wiele rąk, nie będę tagowała nikogo imiennie. Jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi odpowiedziami czy to na powyższe pytania, czy też sięgnijcie po inne tematy, które być może bardziej Was interesują, a którymi chciałybyście się podzielić.

Pozdrawiam!


czwartek, 8 listopada 2012

Maskara AVON Super Shock

Witam ponownie!

     Wahałam się czy napisać tę recenzję czy nie, ponieważ tusz Super Shock Avonu jest na rynku już kawał czasu i podejrzewam, że większości z Was jest świetnie znany... Chociaż z drugiej strony, mnie osobiście do nie dawna znany nie był, zatem...




Dostępność:
Konsultantki Avon
Cena:
Regularna cena to około 34zł
Pojemność:
10ml

Trwałość:
6 miesięcy od otwarcia.

Opakowanie:
Ja akurat miałam wersję koronkową, jednak z tego co wiem klasyczna maskara ma proste, czarne opakowanie bez ozdobników i biało-srebrne (?) napisy.

Konsystencja:
Pod względem formuły tusz okazał się całkiem fajny. Jego konsystencja jest dość kremowa -  ani za rzadka, ani zbyt sucha, co bardzo mi odpowiada. Nie skleja rzęs, nie odnotowałam również kruszenia się czy osypywania.

Zapach:
Tuszowy :P

Aplikacja i działanie:
Nazwa "Super Shock" sugeruje, że po nałożeniu tego tuszu możemy się spodziewać trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanów, kilometrowej kolejki wielbicieli pod naszymi drzwiami, gwiazd spadających rzęsistym deszczem w bladym blasku księżyca etc. czyli tego, co zwykło się oględnie nazywać "efektem WOW".
Jak dla mnie efektu wow tutaj nie ma. 

Choć koniec końców tusz mi się spodobał i polubiłam się z nim szczerze. 

Plusem jest niewątpliwie fajna, konkretnych rozmiarów silikonowa szczoteczka. Ja akurat lubię okazałe szczoteczki w maskarach, ponieważ zazwyczaj łatwiej mi przy ich pomocy rozczesać rzęsy i nadać im pożądany wygląd.





ALE patrząc prawdzie w oczy, jest to po prostu tusz. Nie sięgajcie po niego, jeśli oczekujecie spektakularnego pogrubienia, czy wydłużenia, bo nie doczekacie się. Otrzymacie przyzwoity, dzienny efekt, który można w pewnym stopniu podrasować dokładając kolejne warstwy. To zasadniczy plus - tusz ten umożliwia bezbolesne, nie grożące owadzimi nóżkami dokładanie kolejnych warstw. Poniżej zaprezentuję Wam trzy kolejne "dokładki", abyście mogły same ocenić efekt.


Jedna warstwa:



Dwie warstwy:




Trzy warstwy:






Jak widzicie, można "super szokiem" całkiem przyzwoicie ubrać rzęsy, ale mówiąc zupełnie szczerze, nie specjalnie lubię aż tak bardzo majstrować przy swoich szanownych kiedy bladym świtem szykuje się do pracy. Wtedy chcę wytuszować je raz a dobrze, uzyskać fajny, wyrazisty efekt i cieszyć się nim. Z maskarą Avonu jest niestety zbyt wiele zachodu pod tym względem. I raz jeszcze powtórzę, że jako takiej nic jej nie brakuje, po prostu ma nazwę nieadekwatną do tego co oferuje. A i cena w tym ujęciu wydaje się odrobinę przesadzona.




wtorek, 6 listopada 2012

Afrodyzjak który pielęgnuje

Hej Misiaki!

Kilka wpisów temu pochwaliłam się Wam, że kupiłam sobie masło do ciała Tutti Frutti od Farmony. Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne i zachęciły mnie do dalszych testów. W tej chwili jestem na etapie denkowania pudełka - obstawiam, że najdalej za jakiś tydzień po maśle nie będzie już śladu - stwierdziłam więc, że jeśli mam zrobić jakiekolwiek zdjęcia to lepiej zrobić je teraz - póki w pudełku coś jeszcze zostało ;)




Dostępność:
Drogerie Natura, Rossmann, hipermarkety. Produkt ogólnodostępny.

Cena:
13,29zł

Pojemność:
250ml

Trwałość:
Data na opakowaniu.

Opakowanie:
Zakręcane pudełko z twardego, dobrej jakości plastiku. Spód przezroczysty, dzięki czemu widać zużycie. Boki i wieczko ozdobione smakowitymi grafikami nawiązującymi do karmelu, cynamonu i korzennych przypraw. Wygodne, bezpieczne, poręczne.

Konsystencja:
Klasyczne masło do ciała. Łatwo się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy, co najwyżej przyjemny, lekki film.




Zapach:
Intensywny, zmysłowy, cynamonowo-korzenny. Baaaaaardzo mi się podoba! Jestem skłonna uwierzyć w zapewnienia na opakowaniu, że zawiera afrodyzjaki ;)

Aplikacja i działanie:
Bardzo przyjemna konsystencja. Produkt względnie szybko się wchłania, dobrze nawilża skórę, sprawiając że staje się gładsza, jedwabista  i miła w dotyku. Podoba mi się, że masło nie zmienia odcienia czy zapachu w trakcie nakładania (zdarzały mi się takie przypadki). Świetny kosmetyk dla dziewczyn lubiących intensywnie pachnące kosmetyki. Zapach pozostaje na ciele przez pewien czas – uczucie wyjątkowo miłe zwłaszcza przed snem :)




Czy kupię ponownie:
Całkiem możliwe, bo masło to autentycznie przypadło mi do gustu. Przyznaję duże plusy za fantastyczny zapach i miłą, nietłustą konsystencję.

Skład:
Nie powala, ale jest do przejścia - mogłoby być gorzej.

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Butyrospermum Parkii - masło shea (karite, masłosz), ma działanie łagodzące (zawiera alantoinę), przyspiesza procesy gojenia, zmiękcza i natłuszcza skórę, działa ochronnie, posiada naturalny filtr ochronny (SPF 3-4). Polecane dla skóry suchej, atopowej, nadwrażliwej. Masło shea stosowane jest zarówno jako składnik aktywny, jak i tłuszcz bazowy.

Isopropyl Myristate - mirystynian izopropylu, substancja pochodzenia różnego, otrzymywana z kwasów tłuszczowych. Ma właściwości: nawilżające, natłuszczające, wygładzające, ochronne. W dużych stężeniach drażni skórę, błony śluzowe wywołując świąd.




Glycerin – humektanty/środki rozpuszczające. Pochodzenie różne (także petrochemiczne), zatrzymuje wodę w skórze, nawilża, daje wrażenie miękkiej skóry.

Cetearyl Alcohol  - kat. emulgatory/emolienty/regulatory lepkości. Biała, woskowata substancja nadająca skórze miękkość i gładkość, natłuszcza.

Ceteareth-20 - emulgator, zabroniony zupełnie w kosmetykach naturalnych, nie wolno go nanosić na uszkodzoną i podrażnioną skórę.

Cyclomethicone - bezwonna i bezbarwna mieszanina silikonów która jest idealną bazą dla kosmetyków do pielęgnacji ciała. Nie ma żadnych właściwości nawilżających. Bardzo szybko wyparowuje. W połączeniu z innymi składnikami pozostawia uczucie jedwabistości na skórze.

Parfum - substancje zapachowe.

Cera Alba - woski/emolienty/emulgatory/substancje ochronne. Wosk pszczeli, wygładza, natłuszcza, tworzy stabilny film ochronny.

Helianthus Annuus Seed Oil - olej słonecznikowy, jeden ze szczególnie korzystnych dla cery olejów, zawiera wysoki procent kwasu linolenowego. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Bywa używany jako olej bazowy, ale także jako składnik aktywny.

Glyceryl Stearate - Stosowany w kosmetykach jako zmiękczacz. Nie działa szkodliwie, ale u osób wrażliwych może wywołać podrażnienie.

Cetyl Alcohol - alkohol cetylowy, emolient. Należy do alkoholi tłuszczowych i jest zupełnie niedrażniącym środkiem zmiękczającym, natłuszczającym i wygładzającym skórę, jak również stabilizującym emulsje.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów.

Propylene Glycol - glikol propylenowy, humektant - zapobiega krystalizacji (wysychaniu) masy kosmetycznej przy ujściu butelki, tuby itp. Wspomaga działanie konserwujące poprzez obniżenie aktywności wody, która jest doskonałą pożywką dla drobnoustrojów. Substancja nawilżająca skórę.
Ma zdolność przenikania przez warstwę rogową naskórka, dzięki czemu pełni rolę promotora przenikania - ułatwia w ten sposób transport innych substancji w głąb skóry, nie tylko tych dobrych, także bakterii itp.

Tuber Aestivum Extrakt – wyciąg z trufli letniej.

Methylparaben - najlepiej przebadany konserwant, najbezpieczniejszy. Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem).
W produkcie może go być maksymalnie 0,4 %. Stosowany w kosmetyce, żywności i lekach.
Składnik zaburzający GOSPODARKĘ HORMONALNĄ.

Butylparaben - konserwant. Pochodzenie chemiczne. Działa przeciwbakteryjnie.

Propylparaben - konserwant. Pochodzenie chemiczne. Działa przeciwbakteryjnie.
Składnik zaburzający GOSPODARKĘ HORMONALNĄ.

Ethylparaben - konserwant. Pochodzenie chemiczne. Działa w słabym kwaśnym zakresie (wartości pH) przeciw drożdżom i pleśni, mniej skuteczny przeciw bakteriom. Może wywoływać alergie.
Składnik zaburzający GOSPODARKĘ HORMONALNĄ.

Acrylates/c10-30 Acryl Acrylate Crosspolymer - poliakrylan, zagęstnik, nadaje pożądaną konsystencję kosmetyku, stabilizator emulsji.

Cinnamomum  cassia Bark Oil – Olej z cynamonowca chińskiego.

Disodium EDTA -  stabilizator pochodzenia syntetycznego. Działa również jako środek konserwujący. Często jest on zanieczyszczony, co działa drażniąco na skórę i błony śluzowe. Szczególnie groźny jest w formie rozproszonej w powietrzu. Sole kwasu EDTA rozpylone w naszym otoczeniu, mogą powodować nieżyt spojówek, kaszel oraz duszności. Dlatego też, warto unikać EDTA zawartych w kosmetykach w aerozolu. Kosmetyków z EDTA nie należy stosować zwłaszcza wtedy, gdy przyjmujemy leki zawierające cynk, żelazo, miedź, glin, ołów i bizmut. Ma działanie wiążące metale ciężkie. Odradza się również stosowanie kosmetyków z EDTA w przypadku zażywania antybiotyków. Absolutnie unikać EDTA w czasie ciąży i laktacji !

Sodium Hydroxide - wodorotlenek sodowy, regulator pH.

BHA - Syntetyczny przeciwutleniacz. Przeciwutleniacz (antyoksydant), zapobiega lub w znaczny sposób ogranicza szybkość zachodzenia procesu utleniania składników tłuszczowych zawartych w kosmetyku, jak np. niektórych cennych olejów roślinnych. Dodatek antyoksydantów zapewnia trwałość produktów, wydłuża ich przydatność do użycia, zabezpiecza przed powstawaniem nieprzyjemnego zapachu, zmianami barwy oraz konsystencji produktu gotowego. Butylohydroksyanizol (BHA) w kosmetykach chroni inne substancje przed rozkładem, nie należy  mylić substancji z Beta -hydroksykwasami oznaczanymi również jako BHA, ponieważ jest to inna grupa substancji wykazująca zupełnie inne działanie.

Caramel - karmel stanowi stężony roztwór podgrzanego do wysokiej temperatury cukru. Spożywany jako słodki przysmak, znajduje też zastosowanie jako naturalny barwnik w przemyśle spożywczym i kosmetycznym. Aprobowany przez ECOCERT do stosowania w kosmetykach naturalnych.

Cl 16255 – barwnik

Linalool - składnik kompozycji zapachowej, znajdujący się na liście potencjalnych alergenów.

Coumarin - Związek organiczny z grupy laktonów (lakton kwasu o-hydroksycynamonowego) o przyjemnym zapachu wysuszonej trawy. Występuje w wielu roślinach z rodziny traw, storczykowatych, motylkowatych, jasnotowatych. Obecność substancji musi być uwzględniona w wykazie składników (INCI), gdy jej stężenie przekracza 0,001 % w produkcie niespłukiwanym. Może także być stosowana w żywności.

Cinnamyl Alkohol - Alkohol aromatyczny. Imituje zapach hiacyntu. Znajduje się na liście 26 potencjalnych alergenów.

Hexyl Cinnamal – gliceryna, substancja pochodzenia chemicznego, używana jako substancja zapachowa. Może wywoływać alergię.

Citronellol - składnik kompozycji zapachowej.

Limonene - składnik kompozycji zapachowej. Zapach skórki cytrynowej. Wyciąg z naturalnych olejków eterycznych.

sobota, 3 listopada 2012

Yves Rocher Minceur Detox - peeling który wyszczupla?!

Hej Misiaki!


     Produkt, o którym dzisiaj napiszę był w moim posiadaniu kawał czasu, bo od lipca! Dostałam go od Jamapi :*. W tym czasie ilekroć przymierzałam się do recenzji, coś stawało mi na przeszkodzie, jednak tym razem uparłam się i powiedziałam sama sobie, że recenzja musi być i basta! Tym bardziej, że właśnie zużyłam tubę, więc lecę na fali świeżych wrażeń...

     


     Cóż to takiego? Jest to peeling, który ma jakoby pomagać w wyszczupleniu ciała... Brzmi niedorzecznie, jednak kiedy wczytamy się dokładniej w obietnice producenta, okaże się że w gruncie rzeczy nie mówi nam on że po użyciu tego kosmetyku staniemy się szczupłe i gibkie jak modelki Victoria's Secret. 




     W telegraficznym skrócie dowiemy się że peeling ten powstał aby wspomóc działanie żelu z tej samej serii, że ma za zadanie usunąć martwe komórki naszego naskórka a najlepsze efekty uzyskamy wykonując masaż przy okazji aplikacji. Ot i wszystko. I przyznaję za to plus firmie YR, ponieważ są to jedne z mniej wyssanych z palca obietnic kosmetycznych, z jakimi miałam do czynienia.



Dostępność: 
Sklepy YR, internet.

Cena: 
W sklepie internetowym można go dostać w cenie:
- 27,90zł za 150ml
- 16,60zł za 100ml

Pojemność:
Jak wyżej, dostępne są dwie pojemności: 100 i 150 mililitrów.

Trwałość:
6 miesięcy od otwarcia.

Opakowanie:
Fajna, nieprzegadana tuba z przezroczystego plastiku.  Łatwo wydobyć z niej kosmetyk, widać zużycie oraz kolor peelingu (który na marginesie bardzo cieszy oko).

Konsystencja:
Żelowa z drobinkami, które mi osobiście kojarzą się z ziarenkami piasku. Drobinki nie rozpuszczają się w kontakcie z wodą, jednak sam żel rozrzedza się, więc warto ograniczyć udział wody w trakcie nacierania.



Zapach:
Przeboski. Jak dla mnie to główny atut tego kosmetyku! Zapach jest cytrusowy, energetyzujący, bardzo umila stosowanie peelingu pod prysznicem!

Aplikacja i działanie:
Aplikacja, jak to w przypadku peelingu - chlap na skórę i szorujemy ;) Z moich osobistych obserwacji wynika to o czym już wspomniałam, mianowicie zbyt duża ilość wody rozrzedza żel. W związku z tym najfajniej stosuje się go na lekko wilgotną skórę. Po nałożeniu wykonujemy typowy przy takich zabiegach masaż ciała, następnie spłukujemy resztki kosmetyku et voila!
Samo działanie jest umiarkowane. Peeling złuszcza martwy naskórek, jednak jest średnio inwazyjny.  Nie jest ani za słaby, ani za intensywny (jeśli to ma jakiś sens), po prostu w sam raz. Nie zostawia też na skórze tłustej warstwy - kolejny plus. Minusem jest słaba wydajność, produkt wystarczył mi na jakieś 7 użyć. No i chyba nie musze dodawać, ze żadnego wyszczuplenie nie odnotowałam :P


Bez lampy błyskowej

Z lampą błyskową


Skład:



Posłowie:
Przyzwoity kosmetyk, choć mało wydajny. Drapie w sam raz, jednak wielbicielki bardzo intensywnych zdzieraków będą rozczarowane. Pachnie obłędnie, wygląda całkiem si. Kosmetyk na poziomie, choć fanfar nie wywołuje ;)