niedziela, 31 marca 2013

L'Occitane Update



Witajcie ponownie!

     Z racji większej ilości wolnego czasu zaczęłam przeglądać zawartość moich kosmetycznych szuflad w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym się z Wami podzielić… Stwierdziłam, że to idealny moment na mały update tematu L’Occitane. Zapoznałam się ze swoimi próbkami, więcej na ich temat się nie dowiem, zatem lepszej chwili raczej nie będzie.

     Wydaje mi się, że będzie to jeden z bardziej treściwych wpisów na moim blogu, z tej prostej przyczyny, że trudno jest pisać elaboraty na temat produktów użytych raptem kilka razy.

Materiały dostarczone przez L'Occitane

 Na pierwszy ogień: Immortelle Precious Night Cream.
Produkt, który pierwotnie zapowiadał się na jeden z hitów koszyczka, jednak ostatecznie nie jestem w stanie opowiedzieć się ani na jego korzyść, ani przeciw niemu… Otrzymałam całkiem słusznych rozmiarów próbkę (15ml), zamkniętą w estetycznie wyglądającym słoiczku przywodzącym na myśl klasyk wśród kremów – Panią Walewską. Pierwszą rzeczą, a którą zwróciłam uwagę był bardzo intensywny zapach kremu… Perfumy? Zioła? Perfumowane zioła? Z moich doświadczeń wynika, ze intensywnie pachnący krem do twarzy często okazuje się kłopotliwy. W tym przypadku początki były całkiem obiecujące. Tuż po nałożeniu kremu na twarz dało się odczuć intensywne nawilżenie – do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby ktoś spryskał moją twarz zraszaczem. Przyjemne uczucie. Po kilku dniach okazało się jednak że moja cera zaczyna się buntować i produkować podskórne grudki i dość głębokie wypryski. To mógł być przypadek, jednak po odstawieniu kremu moja skóra odrobinkę się uspokoiła, zatem… Na twarz zużyłam może połowę zawartości słoiczka i powiem Wam, że mam opory przed dalszym stosowaniem tego kremu, dlatego resztę stosuję do rąk. Nie mogę powiedzieć z całą pewnością, że to ten krem mnie zapchał, ale wolę dmuchać na zimne. Z resztą nie lubię perfumowanych kremów do twarzy, a zapach tego wybitnie mnie drażni.

Drugi krem, jaki otrzymałam był już przeznaczony typowo do rąk. Podobno absolutny bestseller. Krem do dłoni o skórze skłonnej do wysuszeń z masłem shea. Tubka o pojemności 10ml wystarczyła mi na kilkanaście użyć. Szczerze mówiąc działanie tego kremu jest raczej krótkotrwałe. Ma piękny zapach przywodzący mi na myśl świeżo upraną bawełnę. Nałożony na dłonie dość szybko się wchłania, pozostawiając skórę gładką, nawilżoną, jednak bez typowego dla kremów do rąk filmu. Uczucie to niestety znika bardzo szybko i po kilku chwilach dłonie sprawiają wrażenie jakby nie nałożono na nie żadnego kremu. Nie wiem, czy tak samo „zachowują się” wszystkie kremy do rąk L’Occitane, ale mam jeszcze jeden z innego źródła, zatem będę miała okazję się o tym przekonać. W każdym razie wydaje mi się, że jako produkt przeznaczony dla suchych dłoni raczej nie wywiązuje się ze swoich obietnic. Moje dłonie nie są jakoś specjalnie wymagające, a jednak zauważyłam na nich miejscowo suche placki, tak więc…

Trzecim produktem była mini woda toaletowa o zapachu piwonii, „Pivoine Flora”. Uroczy drobiazg zapakowany w równie uroczą buteleczkę, idealną do torebki. Myślę, że będzie to fajna opcja dla kobiet lubiących lekkie, kwiatowe zapachy – raczej w kontekście wiosny i ewentualne lata. Woda naniesiona na skórę pachnie początkowo bardzo intensywnie, jednak gaśnie po jakiejś godzinie. Nie powiedziałabym, że to co czuję to piwonie, ale czego można spodziewać się po wodzie perfumowanej – one rzadko oddają faktyczne nuty zapachowe kompozycji, których zapach mają naśladować. Niewątpliwie czuję jakieś kwiaty. Zapach jest świdrujący, dość syntetyczny, świeży, bynajmniej nie „mój”. Jak być może wiecie jestem zwolenniczką kompozycji ciepłych, otulających, ciężkich i „cielesnych”, zatem z „Pivoine Flora” mi nie po drodze, jednak nie wykluczam że fanki perfumiarskich zieleni będą zadowolone.

Polubiłam się z mydełkiem Extra-Gentle Soap. Dostałam wersję mleko z masłem shea. Pachnie bardzo przyjemnie, ładnie się pieni, dobrze leży w dłoni, myje jak należy… Nie wiem co jeszcze mogłabym o nim napisać. Robi wszystko to, co powinno robić mydło ;) Fajny produkt, o fajnym składzie – lubię.

Największym zaskoczeniem in plus był dla mnie żel pod prysznic o zapachu werbeny. Myślałam, że zużyje go raz dwa, a okazał się zaskakująco wydajny. Użyty z myjką tworzył obfitą kremową pianę. Pachniał tak, że miałam ochotę siedzieć cały czas z nosem przy butelce – pięknie, cytrusowo, słodkawo, ale jednocześnie świeżo. Mogłabym mieć takie perfumy na lato ;). Jak dla mnie numer jeden pośród wszystkich mikrusów z koszyczka.



     W zasadzie to by było na tyle. O długofalowym działaniu żadnego z wymienionych produktów nie jestem w stanie się wypowiedzieć z przyczyn oczywistych. Generalnie najlepiej oceniam żel. Mydło jest niezłe. Z wodą toaletową mi nie po drodze. Krem do rąk, jak wspomniałam, potestuję sobie jeszcze, natomiast do Immortelle z pewnością nie wrócę.

Pozdrawiam!

sobota, 30 marca 2013

Tradition de Hammam - maska na twarz i włosy z glinką marokańską

Hej Misiaki!

     Marzec już niemal za nami, wiosna teoretycznie na miejscu - efekt psuje tylko śnieg. Cóż, będą białe święta. Niezależnie od okoliczności przyrody, pozwólcie się zaprosić na krótką recenzję wyjątkowej maski.

     Maseczka z glinki marokańskiej Tradition de Hammam jest dość znana, jak sądzę. Produkt ten, jak również cała linia kosmetyków z tej serii dostępna jest w sieci sklepów Yves Rocher od lat. Maski używam od ponad dwóch lat i aż sama jestem zaskoczona że piszę o niej dopiero teraz, ponieważ szczerze ją uwielbiam. Nie "lubię", a właśnie "uwielbiam". Bez jakiejkolwiek przesady mogę powiedzieć, że jest to moja ulubiona maska spośród wszystkich jakich kiedykolwiek używałam. Już choćby po tym jednym zdaniu możecie się domyślić, że jej recenzja będzie raczej pozytywna ;)




     Ale zacznijmy od początku! Jeśli jakimś cudem ktokolwiek z Was nie miał do czynienia z serią Tradition de Hammam, TUTAJ możecie zapoznać się z produktami wchodzącymi w jej skład. Jak zauważycie nie są to najtańsze kosmetyki, zatem każde z Was będzie musiało rozważyć czy jesteście skłonni wydać tych kilka złociszy więcej na ten czy inny produkt.

     

Dostępność: 
Sklepy Yves Rocher, internet

Cena: 
35zł

Pojemność: 
100ml

Trwałość:
Około 6 miesięcy od otwarcia.

Opakowanie:
Wygodna  miękka tuba, stojąca na zamknięciu, dzięki czemu łatwo zużyć produkt do samego końca. Ciekawy, przyciągający wzrok projekt graficzny - cała seria ma z resztą bardzo przyjemne wizualnie opakowania, utrzymane w złoto-brązowej, neutralnej kolorystyce, ozdobione tu u ówdzie grafika nawiązującą do orientu.



Konsystencja:
Leciutko wodnista glinka z drobinkami. Warto wstrząsnąć produkt przed życiem, aby połączyć wszystkie składniki zanim otworzymy tubę. Jeśli tego nie zrobimy, może czekać nas niespodzianka w postaci wyciekającej "wody", czy też zdecydowanie zbyt gęstego "błota".

Zapach:
Bardzo charakterystyczny dla całej serii, orientalny, ale nie męczący. Dla mnie szalenie przyjemny, jednak wiem, że są osoby, którym przeszkadza (co w sumie jest dla mnie zaskakujące :P ).

Aplikacja i działanie:
     Produkt nakłada się jak tradycyjne maseczki. Tę konkretną można stosować również na włosy, jednak  szczerze mówiąc nie robię tego, ponieważ zużywam jej wtedy dużo, dużo więcej, a szkoda mi jej ;). Poza tym, na włosy nakładam raczej oleje niż glinkę. 
     Producent zaleca używanie maseczki 1-2 razy w tygodniu. Należy nałożyć ją na około 5 minut, po czym zmyć. Ja trzymam ją zazwyczaj 10 minut, albo trochę dłużej.
     Z początku chciałam pokazać Wam jak wygląda nałożona na twarz, jednak ostatecznie rozmyśliłam się, bo i nie prezentuję się w niej przesadnie seksownie ;) Po prostu wyobraźcie sobie błotko-podobny okład na twarz, a będziecie wiedzieli czego się spodziewać. Maseczka stosunkowo szybko wysycha na twarzy, dając uczucie lekkiego ściągnięcia - w żadnym razie nie jest to niemiłe wrażenie!

     Jak działa? Koi skórę, lekko zwęża pory, matuje (!) - naprawdę matuje. Mam mieszaną cerę, z dość aktywną strefą T, więc wszystko to, co ściąga z niej nadmiar sebum witam z szerokim uśmiechem. W dodatku po zmyciu maseczki z twarzy skóra staje się miękka, gładka, odświeżona, ponadto daje się odczuć bardzo lekki efekt chłodzący. Za każdym razem po jej użyciu dotykam dłońmi twarzy - taka jest miękka i miła w dotyku.

     Z ręką na sercu, uwielbiam ten produkt! Niewiele jest kosmetyków do których wracam regularnie, a już na palcach jednej  ręki jestem w stanie wyliczyć te, które towarzyszą mi latami. To właśnie jeden z nich.


Zaczęło się od próbki otrzymanej za 1zł do innych zakupów. Użyłam i przepadłam!

Skład:
Ekspertem nie jestem w żadnym razie, nie mniej to co widzę podoba mi się!


Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Morocan Lava Clay - Glinka Ghassoul (Rassoul lub Rhassoul). W bezpośrednim tłumaczeniu z arabskiego znaczy: “ta która czyści”. Współcześnie stosowana jest w zabiegach SPA w ekskluzywnych ośrodkach na całym świecie, w kosmetyce, dermatologii oraz farmakologii. Występuje tylko w jednym miejscu na świecie. Jest to pasmo gór Atlas w północno-zachodniej części Maroko (rejon miasta Fez). Jest ona wydobywana ręcznie, zgodnie z tradycyjnymi metodami. W kosmetyce używana jest także jako komponent szamponów, mydeł i żeli pod prysznic. Została doceniona przez dermatologów ze względu na swoje właściwości oczyszczające i regulujące wydzielanie sebum, a przede wszystkim za zbawienny wpływ w leczeniu trądziku. Oczyszcza pory, usuwa stary naskórek, sprawiając, że skóra wygląda zdrowo, jest gładka i napięta.

Kaolin - jest glinką, która bardzo często występuje w naturze. Drobno zmielony kaolin stanowi bazę pudrów oraz służy jako transparentny, biały pigment. Pęcznieje w wodzie i służy jako baza maseczek z glinki. Jest wykorzystywana w produkcji preparatów kosmetycznych przeznaczonych do pielęgnacji skóry suchej i delikatnej. Kaolin łagodnie oczyszcza i odżywia skórę, a jednocześnie działa odświeżająco. Likwiduje martwe komórki i stymuluje regenerację tkanek.

Rosa Damascena Flower Distillate - Rosewater – Woda Kwiatowa z Róży Damasceńskiej -produkt uboczny destylacji świeżych płatków róż. Ten hydrosol lub woda kwiatowa jest naturalnym środkiem nawilżającym oraz antydrażniącym. Wykorzystana w kosmetykach od X wieku, jest doskonałym środkiem łagodzącym dla skóry suchej i delikatnej.

Alcohol Denat - alkohol denaturowy, rozpuszczalnik. Otrzymywany poprzez fermentacje węglowodanów lub syntetycznie z ropy naftowej. Tonizuje, oczyszcza, odświeża. Może wysuszać skórę.

Zea Mays Starch – Skrobia kukurydziana - Jest jednym z najszerzej stosowanych organicznych wypełniaczy kosmetycznych. Znajduje się w wielu kosmetykach gotowych, szczególnie w pudrach matujących. Skrobia kukurydziana jest półprzeźroczysta, w zależności od odmiany ma barwę od białej do żółtawej. Ma silne właściwości adsorpcyjne, doskonale wchłania sebum i wilgoć ze skóry. Podobnie jak puder ryżowy jest polecana do cery tłustej lub mieszanej z nadmierną produkcją sebum. Skóra po aplikacji skrobi staje się matowa, gładka i miękka. Pomimo, że nie jest najpopularniejszym półproduktem kosmetycznym ma swoje zwolenniczki, które za nic nie zamieniłyby jej na inne rodzaje skrobi np. ryżową. Poprostu w przypadku ich cer zdała egzamin i poradziła sobie z błyszczeniem niesfornych partii twarzy. Stosowana do cery suchej lub normalnej może powodować jej wysuszanie, więc należy dodawać jej do kosmetyków rozważnie lub wcale. Podobnie jak puder ryżowy i kaolin może "bielić". W takich przypadkach należy wypróbować jeden z nich, gdyż zazwyczaj nie zdarza się, aby u jednej osoby wszystkie trzy półprodukty dawały taki efekt. Może być stosowana jako składnik primerów, podkładów, pudrów i róży (bronzerów).

Magnesium Aluminum Silicate - krzemian magnezowo-aluminiowy, nieorganiczny składnik konsystencjotwórczy. Kosmetyki z tym składnikiem dobrze rozprowadzają się na skórze pozostawiając ją przyjemnie gładką.

Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Argania Spinosa Oil - olej arganowy, nazywany jest "płynnym złotem" i zaliczany do jednych z droższych olejów na świecie, głównie ze względu na jego ograniczoną dostępność (wyłącznie niewielkie tereny Maroko) oraz pracochłonny proces pozyskiwania.

Cetyl Alcohol - alkohol cetylowy, emolient. Należy do alkoholi tłuszczowych i jest zupełnie niedrażniącym środkiem zmiękczającym, natłuszczającym i wygładzającym skórę, jak również stabilizującym emulsje.

Propylene Glycol - glikol propylenowy, humektant - zapobiega krystalizacji (wysychaniu) masy kosmetycznej przy ujściu butelki, tuby itp. Wspomaga działanie konserwujące poprzez obniżenie aktywności wody, która jest doskonałą pożywką dla drobnoustrojów. Substancja nawilżająca skórę. Ma zdolność przenikania przez warstwę rogową naskórka, dzięki czemu pełni rolę promotora przenikania - ułatwia w ten sposób transport innych substancji w głąb skóry.

Ceteth-20 – (Alkohol cetylowy oksyetylenowany 20 molami tlenku etylenu); Substancja myjąca - usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów. Emulgator O/W, składnik umożliwiający powstanie emulsji. Emulsja to forma fizykochemiczna, która powstaje przez połączenie (wymieszanie) fazy wodnej z fazą olejową. Przykładem emulsji kosmetycznych są kremy, mleczka, balsamy. Substancja pianotwórcza, stabilizująca i poprawiająca jakość piany w mieszaninie z anionowymi substancjami powierzchniowo czynnymi. Pełni rolę modyfikatora reologii (czyli poprawia konsystencję) w preparatach myjących, zawierających anionowe substancje powierzchniowo czynne, dzięki tworzeniu tzw. mieszanych miceli. Ponadto pełni rolę solubilizatora, czyli umożliwia wprowadzanie do roztworu wodnego substancji nierozpuszczalnych lub trudno rozpuszczalnych w wodzie, np. kompozycje zapachowe, wyciągi roślinne, substancje tłuszczowe.

Mica - Łyszczyk minerał naturalny, który ze względu na swoją krystaliczną strukturę można rozwarstwić na cieniutkie płytki. Użyty w pudrach i preparatów do makijażu łyszczyk nadaje im połysk. Powleczony dwutlenkiem tytanu daje pigmenty z efektem perłowego połysku. Optycznie wygładzając skórę ukrywając nierówności.

Parfum – substancja zapachowa.

Cellulose Gum - pochodna celulozy, składnik konsystencjotwórczy, wypełniacz, adsorbent.

Methylparaben - najlepiej przebadany konserwant, najbezpieczniejszy. Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem).
W produkcie może go być maksymalnie 0,4 %. Stosowany w kosmetyce, żywności i lekach.

Acrylates/c10-30 Acryl Acrylate Crosspolymer - poliakrylan, zagęstnik, nadaje pożądaną konsystencję kosmetyku, stabilizator emulsji.

Cocamidopropyl betaine - Substancja myjąca - usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów.  Substancja bardzo łagodna dla skóry i błon śluzowych, łagodzi ewentualne działanie drażniące anionowych substancja powierzchniowo czynnych. Substancja pianotwórcza, stabilizująca i poprawiająca jakość piany w mieszaninie z anionowymi substancjami powierzchniowo czynnymi. Pełni rolę modyfikatora reologii (czyli poprawia konsystencję) w preparatach myjących, zawierających anionowe substancje powierzchniowo czynne, dzięki tworzeniu tzw. mieszanych miceli. Kokamidopropylobetaina jest bezpiecznym składnikiem stosowanym przede wszystkim w produktach spłukiwanych. Ze względu na właściwości myjące nie ma zastosowania w produktach pozostających na skórze. Dlatego przeprowadzone testy bezpieczeństwa odnośnie tej substancji nie są wystarczające, aby stwierdzić, że Kokamidopropylobetaina nie powoduje podrażnień w produktach niespłukiwanych.

Allantoin - alantoina, stosowana od dawna jako czynnik gojący i kojący, likwiduje podrażnienia i stany zapalne, przyspiesza odnowę tkankową, przyspiesza ziarninowanie uszkodzonej tkanki i ułatwia bliznowacenie, zmiękcza i plastyfikuje warstwę rogową naskórka, pomaga w usuwaniu zrogowaceń.

Ethylparaben - konserwant. Pochodzenie chemiczne. Działa w słabym kwaśnym zakresie (wartości pH) przeciw drożdżom i pleśni, mniej skuteczny przeciw bakteriom. Może wywoływać alergie. Składnik zaburzający gospodarkę hormonalną.

Tocopheryl Acetate – substancja aktywna, antyoksydant. Syntetyczna witamina E. Zwalcza wolne rodniki, wygładza zmarszczki, sprawia, że skóra jest elastyczna i dobrze nawilżona. Dla każdego typu skóry, ze wskazaniem dla cer dojrzałych i uszkodzonych słońcem. Działa hamująco na zapalenia i leczniczo, ale nieco mniej, niż czysta witamina E.

Propylparaben - konserwant. Pochodzenie chemiczne. Działa przeciwbakteryjnie.
Składnik zaburzający gospodarkę hormonalną.

Tetrasodium EDTA (wersenian czterosodowy) - Przyjmuje się, że EDTA stosowany w niskich dawkach jest nieszkodliwy dla organizmu. Jednak w dużym stężeniu, jest substancją drażniącą skórę i błony śluzowe. Szczególnie groźny jest w formie rozproszonej w powietrzu. Sole kwasu EDTA rozpylone w naszym otoczeniu, mogą powodować nieżyt spojówek, kaszel oraz duszności. Dlatego też, warto unikać EDTA zawartych w kosmetykach w aerozolu.
W połączeniu ze związkami azotowymi, EDTA tworzy nitrozaminy, które mają działanie rakotwórcze.
Kosmetyków z EDTA nie należy stosować zwłaszcza wtedy, gdy przyjmujemy leki zawierające cynk, żelazo, miedź, glin, ołów i bizmut. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż EDTA ma działanie wiążące metale ciężkie. Odradza się również stosowanie kosmetyków z EDTA w przypadku zażywania antybiotyków.

CI 77491 - pigment, iron oxide, żółty tlenek żelaza.

CI 77492 - tlenek żelaza (czerwony).

CI 77499 - tlenek żelaza (czerwonobrązowy).

CI 77891 - Titanium dioxide, dwutlenek tytanu (biały), barwnik stosowany
w kosmetykach naturalnych.

CI 77163 - barwnik


Czy kupię ponownie:
Zdecydowanie i bezsprzecznie TAK!


Używałyście kiedyś tej maseczki? A może miałyście do czynienia z innymi produktami z serii Tradition de Hammam?

Pozdrawiam,
Katalina :*

niedziela, 24 marca 2013

Makijażowa inspiracja: Zachód Słońca

Hej wszystkim!

     Co tu dużo pisać? Notek ostatnio z mojej strony niewiele, zdaję sobie z tego sprawę. Podejrzewam jednak że nie nudziliście się zbytnio w tym czasie ;) Ja w każdym razie na nudę nie narzekam, bo od dłuższego czasu jej nie doświadczam. I dobrze! Lubię kiedy dużo się dzieje. Jedynym na co mogę się skarżyć jest strzelająca focha zima. Zaczyna przypominać upierdliwego i nudnego znajomego, którego nikt nie chce oglądać, ale który jakimś cudem zawsze znajdzie sposób żeby wepchać się do towarzystwa.




     Z tego co widziałam część z Was w ramach przywoływania wiosny postanowiło zmalować kolorowe makijaże. Podziwiam Wasze prace i zachwycam się nimi. Sama póki co pewnie nic nie stworzę, bo mnie niemoc potwórcza dopadła i trzyma mocno. A może nie tyle niemoc co leń? Dość, że nie chce mi się malować, zatem odgrzebuję zmalowane wcześniej zapasy. 




     Dzisiejszym tematem przewodnim będzie zachód słońca. Dobre pół roku temu kiedy przyglądałam się paletkom Sleek, Sunset zwróciła moją uwagę. Postanowiłam wykonać inspirowany jej kolorami makijaż, a najśmieszniejsze w tej historii jest to, że przy malowaniu makijażu "Sleek Sunset" nie użyłam ani jednego odcienia z tej palety :P. Ot taki drobiazg.


1. Wszędzie tam gdzie trzeba pobawić się w mocny kontrast lubię najpierw podkreślić kontur czarną kredką. Przyciemniam linię rzęs oraz zewnętrzne V oka. Następnie małym pędzelkiem rozcieram kredkę nadając malunkowi odpowiedni kształt.



2. Perłowym cieniem w kolorze złota pokrywam całą ruchomą powiekę. Sięgam po matowy, soczysty pomarańcz i nanoszę go od załamania powieki niemal pod samą brew - zostawiam jedynie wąski pas niepomalowanej skóry pod zewnętrzną połową brwi. Pustą przestrzeń dopełniam jasną bielą złamaną brzoskwinią.



3. Jak widać, dzięki czarnej kredce użytej na początku makijaż już teraz wygląda wielowymiarowo. Aby bardziej podkręcić kolor na granicy załamania dodałam nieco perłowego, czerwono-pomarańczowego cienia. Wzdłuż dolnej linii rzęs rysuję czarną kreskę, rozcieram ją, a następnie utrwalam tym samym czerwono-pomarańczowym cieniem.



4. Przyciemniam zewnętrzną część dolnej powieki odrobiną średniego matowego brązu. Z czystego kaprysu na tym wszystkim roztarłam jeszcze odrobinę pomarańczy.



5. Czarnym matowym cieniem dodałam nieco głębi wszystkim naturalnym zagłębieniom powieki. Pora na eyeliner - rysuję wyciągniętą, nieco kocią kreskę wzdłuż górnych rzęs. Podkreślam także linię wodną. Ten prosty trick odmieni kształt oka.



6. Kropkę nad i stawiam kilkoma warstwami tuszu na rzęsach. Na koniec soczysty matowy oranż na ustach i makijaż gotowy.



     Ze zgrozą uświadamiam sobie, że to kolejna porcja złoto-rudo-brązowych malunków z mojej strony... Tak mi się jakoś wkręciło w owym czasie, zapewne z uwagi na włosy... Jeśli jakimś cudem uda mi się przezwyciężyć makijażowego lenia, odpuszczę sobie te kolory na długi czas.





Użyte produkty:
Twarz:
- Bourjois Healthy Mix #51 Light Vanilla
- Korektor w kremie Inglot #64
- Puder Healthy Balance #52 Vanille
- Bronzer Inglot Freedom Puder #26
Oczy:
- Brwi: kredka Essence
- NYX Jumbo Eyeshadow Pencil #617 Iced Mocha
- Kredka PUPA Multiplay #09
- Cienie: palety Sleek Storm i Paraguaya
- Pierre Rene Gel Eyeliner
- Tusz Avon Super Shock
Usta:
- Szminka Inglot #401 (matowa)


Pozdrawiam,
Kat :*

niedziela, 10 marca 2013

Dużo gadania na różne tematy...

Hej Misiaki!

     Nie wiem jak u Was, ale tutaj w Gdańsku zima znowu unosi swój ohydny łeb... Ile tysięcy razy pisałam Wam jak bardzo jej nienawidzę? Mimo wszystko nie mam zamiaru zrezygnować z mojego planu bojkotu zimy. Schowałam płaszcz i buty do pawlacza i mam gdzieś temperaturę oraz dziamdziolenie pogodynek. Na poprawę nastroju zapaliłam sobie kominek zapachowy i przewrotnie wlałam do niego olejek o nazwie "Zimowa Kraina", który pachnie bardzo, bardzo słodko! Normalnie pewnie wybrałabym coś innego, ale ostatnio łaknę słodyczy w każdej formie ;) To pewnie ta brutalnie przerwana wiosenna aura dochodzi do głosu.

Prezent otrzymany na zakończenie bardzo ciężkiego dnia... Cóż więcej potrzeba?

     Tak się w tym roku złożyło, że zaczęłam odczuwać ogromną potrzebę zmian. Zmienia się moje spojrzenie na wiele spraw - tych ważnych i tych zupełnie błahych. Zmieniają się moje zainteresowania, cieszą mnie inne rzeczy, mam inne priorytety. Z bardziej banalnych rzeczy mogłabym wymienić choćby zawartość mojej szafy - od świąt wyniosłam z niej 3-4 worki ubrań i nie wykluczam dalszych eksmisji. Podobny los spotkał mój zbiór kosmetyków. Dziwne? Pewnie dziwne jak na blogerkę urodową (cóż za szumne określenie). Tak czy inaczej fakt pozostaje faktem - pozbyłam się wielu rzeczy. Kupiłam też kilka nowych, jednak i tutaj zaszły zmiany. Dotąd moje kolorowe zakupy w 95% przypadków dotyczyły cieni do powiek. Teraz są to róże i produkty do ust. Mój makijaż staje się lżejszy niż kiedyś - wciąż wyrazisty, lecz już nie tak dosłowny jak dawniej.

     Aby nie być gołosłowną, proszę bardzo:


     Były dwa, są cztery! Przybył odcień Lilas D'or: cudowny ciepły róż podbity złotem, niesamowicie mi się podoba! Wczoraj kupiłam również Healthy Mix: piękny mat, który oscyluje gdzieś na granicy brzoskwini i pomarańczy.

Zmieniłam kolor włosów, ale o tym już wiecie. Aktualnie wyglądają mniej-więcej tak:


     Na początku roku przefarbowałam się ponownie na ciemny kolor i jak widać znowu co nieco obcięłam. Zaczęłam dość zachowawczo od jasnego brązu z miedziano-cynamonowymi tonami, by miesiąc później dodać mu pieprzu rubinową czerwienią. To co widzicie na zdjęciu to L'Oreal Preference Feria w kolorze P50 Pure Amber jakieś dwa tygodnie po farbowaniu. Pierwotnie kolor był jeszcze żywszy i podbity rubinowo-wiśniowymi tonami. Myślę, że znów po niego sięgnę gdy za tydzień będę odświeżała kolor.
     Co do pielęgnacji... Ostatnio nie jestem konsekwentna. Domownicy marudzili mi że zbyt często olejuję włosy, więc przystopowałam z tym. Obecnie ograniczam się do 1, max 2 razy w tygodniu. Znowu wcieram Radical. Zaczęłam również pić regularnie napar z wierzbownicy - codziennie od grudnia, średnio jedną filiżankę dziennie. Większości osób kojarzy się ona raczej z lekiem na męskie dolegliwości, ale zapewniam Was, że również kobiety mogą bardzo skorzystać z jej dobroczynnego działania. Zainteresowanych zachęcam do kliknięcia w odnośnik. 
     Testuję kilka nowych kosmetyków do włosów:
- Szampon Timotei Pure - nie polubiliśmy się.
- Odżywkę z Isany Repair z olejem arganowym i pantenolem - całkiem OK.
- Jedwab do włosów Delia Hair Fashion - niezły, ale muszę go jeszcze potestować.


Combo: Eveline Holografic Shine #414 i PUPA Holographic N083

     Co jeszcze? Z totalnych głupot mogłabym wspomnieć o tym, że poluję na błękitne ubrania. Ale nie byle jakie, tylko koniecznie w zimnym, lodowym lub chabrowym odcieniu. I  powiem Wam, że piekielnie ciężko jest dostać coś fajnego w tym kolorze! Szukam też odcieni koralowo-arbuzowych - tu jest już łatwiej. W makijażu wracam powoli do liliowych pasteli, które porzuciłam wieki temu.


Uroczy koszyczek

     Na zakończenie zostawiłam koszyk z miniaturkami od L'Occitane. Zapewne wiele z Was go otrzymało, lub przynajmniej oglądało na innych blogach. Ciekawa sprawa z tą współpracą, bowiem dojrzewała ona bardzo długo. Wszystko zaczęło się na początku grudnia od maila z oficjalnego konta marketingowego firmy. W mailu znalazłam propozycję współpracy oraz ankietę, którą miałam wypełnić w sytuacji gdybym była zainteresowana. Byłam. Ankietę wypełniłam, odesłałam, po czym... nie stało się nic. Przez ponad miesiąc nikt nie odezwał się do mnie ani słowem. W miarę upływu czasu doszłam do wniosku, że najwidoczniej L'Occitane straciło zapał czy też zainteresowanie moim blogiem. Zapomniałam o sprawie. Wtedy właśnie dostałam kolejnego maila, tym razem z innego konta mailowego.
     W mailu tym nadawca - już konkretny, podpisany z imienia i nazwiska pracownik działu PR - przesłał nam (mail był wystosowany kolektywnie do wszystkich blogerek) noworoczne życzenia, jak również obszerne wyjaśnienie powodów tak długiego milczenia. Zapewnił, że L'Occitane wciąż zainteresowana jest współpracą, że specjalnie w tym celu utworzone zostanie kolejne, trzecie już konto mailowe, za pośrednictwem którego firma będzie kontaktowała się z blogerkami. Poprosił nas o cierpliwość oraz... dołączył do maila mnóstwo zdjęć i materiałów prasowych dotyczących nowych produktów z ich obszernymi opisami.

Zawartość koszyczka

     Reakcje blogerek na tego maila były bardzo różne. Niektóre opublikowały przesłane materiały, niektóre - przykładowo ja - nie podjęły wątku, jeszcze inne zaczęły się zastanawiać czy przypadkiem nie jest to jakiś fortel. Najwięcej wątpliwości wzbudzał w nas ów zmieniający się adres mailowy i przeciągające się w nieskończoność milczenie. 
     Następny mail - z nowego konta - został przesłany po upływie kolejnego miesiąca. Zawierał następną porcję przeprosin, wyjaśnień i zapewnień. Tym razem obyło się bez materiałów prasowych. Te pojawiły się w trzecim mailu, przesłanym dla odmiany po tygodniowej przerwie, a że zbliżały się walentynki, towarzyszyły im życzenia i pozdrowienia. Autor podkreślił również, że materiały, które nam przesyła są dla nas, że oczywiście możemy podzielić się nimi na łamach naszych blogów, jednak nie powinnyśmy czuć się do czegokolwiek zobligowane.
     Jeszcze później z kilku źródeł dowiedziałam się, że podobno część blogerek otrzymała przesyłki od L'Occitane. Ponieważ sama nic nie dostałam, po raz kolejny uznałam, że najwyraźniej firma przestała się mną interesować. Cała ta przydługa historia doczekała się finału przed tygodniem, kiedy to znalazłam awizo w skrzynce rzeczywistej i maila w wirtualnej. Okazało się, że jednak nie zapomniano o mnie, że lada dzień mogę spodziewać się przesyłki, a w niej aktualnych bestselerów firmy.




     Na zdjęciach możecie zobaczyć zawartość paczki, jest to pięć miniaturek całkiem obiecujących produktów. Z racji ich rozmiarów raczej nie będę w stanie przedstawić Wam pełnych recenzji - w każdym razie nie wszystkich produktów. Postaram się jednak podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami i pierwszymi wrażeniami z ich stosowania. 
     Staram się jak mogę wypowiadać w sposób wyważony i spokojny, chociaż powiem Wam, że cała ta sytuacja wzbudziła we mnie mocno mieszane uczucia. Na chwilę obecną ograniczę się do tego, że czuję się potraktowana nie do końca poważnie. Nie będę wnikać w szczegóły. Po prostu jestem zdania, że L'Occitane mogło rozegrać tę sprawę inaczej, wówczas dałoby się uniknąć wielu niepotrzebnych nerwów i teorii. 


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*

czwartek, 7 marca 2013

Testy z 1001 pasji i Igruszka.pl - GRASHKA Pearly Eyeshadow

Hej Misiaki!

     Czego dawno nie było? Makijażu! I cóż, tym razem też go nie będzie. Będzie namiastka, choć w sumie to też nie jest odpowiednie określenie. Zamierzam Wam dzisiaj opowiedzieć o moich spostrzeżeniach i doświadczeniach związanych z używaniem trzeciego i ostatniego zarazem produktu otrzymanego do testów w ramach Hexxboxa. Po raz kolejny chciałabym podziękować Hexxanie i portalowi IGRUSZKA za możliwość zapoznania się z kosmetykami marki Grashka.

     Po bardzo entuzjastycznej recenzji bazy pod cienie i nieco chłodniejszej relacji z używania eyelinera w pisaku nadeszła pora by podzielić się z Wami wrażeniami ze stosowania cienia do powiek. Miałam okazję używać koloru o numerze 06 Silver.



Co mówi producent:
Wielofunkcyjne cienie do powiek GRASHKA umożliwiają wszechstronne wykończenie makijażu oczu. Wyjątkowa formuła i delikatna konsystencja sprawiają, że cienie doskonale się mieszają, cieniują oraz ukrywają niewielkie niedoskonałości powiek. Dzięki temu nakładanie ich na powiekę staje się wyjątkową przyjemnością.

Formuła cieni została przygotowana przede wszystkim do stosowania  na mokro. Tym sposobem uzyskasz wspaniałą intensywność kolorów oraz piękne opalizujące wykończenie. Cienie GRASHKA nakładane na mokro, idealnie sprawdzają się jako kosmetyki służące do podkreślenia oczu w makijażu wieczorowym.

Cienie stosowane na sucho, pozwolą  natomiast uzyskać delikatny,  perłowy efekt. W tej wersji są idealne dla wykonania subtelnego makijażu dziennego, czy też biznesowego.

Ich pudrowa formuła powoduje, że niektóre z odcieni mogą być z powodzeniem stosowane dodatkowo jako róż do policzków, bronzer lub rozświetlacz. Możesz również spróbować na mokro uzyskać efekt kolorowego eyelinera!

Nie zawierają parabenów. Zostały przetestowane dermatologicznie.


Nałożony na bazę Grashka:







Dostępność: 
Strony internetowe: Grashka oraz iGruszka.

Cena:
Cień w opakowaniu (kasetce) kosztuje 12,90zł, lecz można nabyć również sam wkład wówczas cena wynosi 7,90zł
Pojemność:
2g
Trwałość:
24 miesiące
Opakowanie:
Tak jak wspomniałam wyżej, mamy możliwość wyboru: cień w opakowaniu lub sam wkład. Jest to wygodne rozwiązanie, ponieważ nie każda dziewczyna posiada magnetyczną paletę.


Cień wklepany na sucho, grubszą warstwą:



Wykończenie:
Cień określony jest jako perłowy, jednak z mojego punktu widzenia bliższe prawdy byłoby sklasyfikowanie go jako satyna z drobinkami. Z pewnością daleko mu do perły, ale nie jest też matowy. Ma przyjemną, jedwabistą fakturę, zaś drobinki są zauważalne, lecz stosunkowo subtelne.

Aplikacja i spostrzeżenia:
Polubiłam się z tym cieniem. Nie jest on co prawda najjaśniej świecącą gwiazdą w moim zbiorze, nie mniej jednak używa mi się go przyjemnie i bezproblemowo. Jest idealny do makijaży dziennych, raczej delikatnych i subtelnych. Nie jestem natomiast przekonana co do stosowania go na wieczór. W moim odczuciu nie jest wystarczająco napigmentowany i intensywny, by podołać w pojedynkę - nawet nałożony na mokro. Zdecydowanie potrzebuje wsparcia.


Cień nałożony na mokro:






     Mimo "srebrnej" nazwy, bliżej mu do szarości niż srebra. Jest to przyjemny, gołębi odcień z chłodnymi, wpadającymi w fiolet tonami. Ciekawe w nim jest to, że lubi on upodabniać się do kolorów, z którymi występuje.
Przykładowo, oto jak wygląda nałożony na fioletową bazę z niebieskim linerem:








Czy polecam:
Owszem, głównie tym z Was, które preferują delikatne makijaże dzienne. Tutaj Silver sprawdza się idealnie! Jest bezproblemowy, idealnie się rozciera, miesza z innymi kolorami, nie tworzy plam, czy "przetarć". Nie jest pylący, czy kredowy. Odrobinkę się osypuje, ale można sobie z tym poradzić odpowiednią aplikacją i dobrą bazą pod cienie. Ogólnie jest to bardzo przyzwoity produkt.
Odradzam go natomiast tym z Was, które szukają wysokiej pigmentacji i intensywnego odcienia. Silver może okazać się dla Was zbyt subtelny i pastelowy.


Pozdrawiam ciepło,
Katalina :*




niedziela, 3 marca 2013

Niechaj zstąpi słońce!

Hej Misiaki!

     Zacznę od tego, że zbuntowałam się. Uznałam, że mam dość zimy i powiem jej raz na zawsze "NIE!". No ok, może nie na zawsze bo wredota wraca cyklicznie, ale wiecie co mam na myśli ;)
     Tak czy śmak zrobiłam to, na co miałam ochotę już od jakiegoś czasu, mianowicie spakowałam wszystkie typowo zimowe buty, ubrania i pochowałam je daleko i głęboko. Nie zamierzam ich wyciągać choćby się waliło i paliło. Czuję wiosnę, zimy mam już dosyć.

     Pomyślałam, że to dobry moment by napisać kilka słów na temat produktu, którego używam z powodzeniem od kilku miesięcy i który stał się obowiązkowym elementem mojego porannego makijażu. Jak widzicie po zdjęciach, mowa o Sun Beam z Benefitu.




     O ile się nie mylę, w skład promieni Benefitu wchodzą trzy wersje. Pierwszy to oczywiście kultowy High Beam o raczej różowej tonacji - uwielbiany i wychwalany przez miliony dziewczyn. Drugim jest Moon Beam, opalizujący na różowo o cytrynowo-złocistej bazie (z nim bardzo chętnie poznałabym się bliżej!). Kolor Sun Beam określiłabym jako złoto-miedziany. Teoretycznie nie powinno być mi z nim po drodze, ponieważ o ile wiem przeznaczony jest dla kobiet o ciemniejszej karnacji. A JEDNAK!




     Mój promyk wpadł mi w ręce dzięki Asi :* której udało się upolować dla mnie za morzem gazetę, do której w gratisie było dołączone to właśnie cudeńko. 

Dostępność: 
Perfumerie, internet, Allegro

Cena: 
Bandycka. Średnio jakieś 130zł za pełnowymiarowe opakowanie.

Pojemność:
Dysponuję miniaturką o 4ml pojemności.




Trwałość:
6 miesięcy od otwarcia.

Opakowanie:
Pełnowymiarowe jest chyba zamknięte w szklanym słoiczku? Moja miniaturka natomiast jest plastikowa, zakręcana jak lakier do paznokci. Nawet aplikator przypomina pędzelek do lakieru. Mnie się podoba, bo opakowanie jest lekkie, poręczne, nietłukące, nic się z niego nie wyleje.

Konsystencja:
Kremo-emulsja.

Zapach:
Bardzo delikatny, w zasadzie niewyczuwalny. 




Aplikacja i działanie:
     Aplikacja jest bardzo wygodna. W nakrętce znajduje się pędzelek przypominający aplikatory od lakierów do paznokci. Pędzelek ten bez problemu nakłada odpowiednią ilość kosmetyku. Potem wystarczy delikatnie go rozetrzeć, lub wklepać i voila!

     Co do działania, to jak wspomniałam wyżej, teoretycznie nie powinnam się polubić z rozświetlaczem określonym jako "golden bronze", jednak polubiłam się i to bardzo! Mam bardzo jasną karnację, w żółtawej tonacji, zatem z zasady bardziej mi po drodze z ciepłymi rozświetlaczami, co z resztą miałam okazję przetestować z wieloma produktami. Sun Beam po roztarciu wygląda bardzo subtelnie. Zostawia lekką poświatę, która w pierwszej chwili kompletnie nie rzuca się w oczy. Efekt jest niemal naturalny i dostrzegalny w zasadzie tylko wtedy kiedy światło padnie na twarz pod odpowiednim kątem. Jest to zatem produkt wymarzony dla tych z Was, które stronią od wyrazistego rozświetlenia.

     Stosuję go na dwa sposoby. Jeśli chcę uzyskać subtelny efekt, wówczas po prostu nakładam go na kości policzkowe i na tym poprzestaję. Jeśli natomiast pragnę bardziej dosłownego rozświetlenia, wówczas utrwalam i pogłębiam blask jaki daje Sun Beam nakładając na niego beżowy rozświetlacz w pudrze.




Czy polecam?
      Zależy kto czego szuka i ile jest gotowy za to zapłacić... Początkowo spodziewałam się mocniejszego efektu rozświetlającego. Pierwszych kilka użyć kończyło się zatem pełnym zaskoczenia "i to tyle?". Jednak w gruncie rzeczy to dobrze, że kosmetyk nie zrobi nam krzywdy disco-połyskiem. Z mojego punktu widzenia rezultat jest zadowalający, aczkolwiek cenę dalej uważam za absurdalną i totalnie zawyżoną. Moim zdaniem powinna zostać obniżona o połowę, wówczas odpowiadałaby temu co produkt rzeczywiście oferuje.


Używałyście któregoś z promieni Benefitu?

sobota, 2 marca 2013

Burżujka vol 2 + "coś tam, coś tam"

Hej Misiaki!

     Nie wiem czy wiecie, ale jeśli nie wiecie, to zaraz to naprawię :D

Bourjois obchodzi właśnie swoje 150 urodziny. Z tej okazji w Rossmannie możecie zapolować na 20% obniżki na burżujskie produkty do makijażu. Ja zapolowałam. Zaspokoiłam swój długotrwały głód na róże oraz nabyłam ponownie podkład Healthy Mix, o którym niedawno Wam pisałam. Dostępny jest już w nowym opakowaniu i na szczęście wbrew niepokojącym informacjom, nie wycofano najjaśniejszego z odcieni (#51) .



     Za podkład zapłaciłam 44,99zł. Mam mieszane uczucia co do nowego opakowania. Z jednej strony jest schludne i wygląda bardziej radośnie, ale dawne plastikowe było lżejsze w dodatku oferowało system próżniowy, który bardzo przypadł mi do gustu.

     Róże mam dwa, ale na 99% wrócę po jeszcze jeden. Póki co kupiłam #37 Rose Pompon - jasny, brzoskwiniowo-różowy, satynowy mat. Ultra naturalny i dziewczęcy odcień. Drugi to #95 Rose de Jaspe - jest satynowo-perłowy, ma głębszy odcień różu z chłodnymi tonami malwy. Oba są piękne i nabierają się na pędzel jak marzenie! Aktualna cena za sztukę to 37,49zł.

     Jednak nie samym Burżujem człowiek żyje. Trafiłam też na nową kolekcję szminek od Astor, z linii Color Last VIP Heidi by Heidi Klum. W jej skład wchodzi pięć kolorów, kosztują 28,99zł. Moją uwagę przyciągnął soczysty, arbuzowy odcień o nazwie Cheeky.



...który na ustach wygląda tak:



     To moja odpowiedź na wiecznie modne czerwone pomadki. Ja niestety mimo chęci nigdy się chyba do nich nie przekonam, jednak koral, czy arbuz to co innego. Takie odcienie noszę z upodobaniem!

     Z ciekawych, wartych wspomnienia rzeczy kupiłam jeszcze nową wersję mojego absolutnie najulubieńszego olejku z Alterry - brzoza i pomarańcza. NARESZCIE wrócił do sklepów! Tęskniłam :) Niestety skubaniec podrożał i teraz stoi po 23,29zł. Cóż... Przynajmniej jest.




     A co tam ciekawego u Was? Pozdrawiam, Kat :*