piątek, 26 kwietnia 2013

Respect!

Hej Misiaki!

     Jak być może część z Was zauważyła, zrobiłam sobie niemal dwutygodniową przerwę od pisania. Czasami trzeba. Przerwa jako taka przydaje się w odniesieniu do wielu różnych sytuacji... Ale oto jestem ponownie i mam dla Was makijaż. Tym razem dość spokojny - przynajmniej jak na standardy mojego bloga ;). 
     Cofnijmy się do początku listopada ubiegłego roku... To właśnie wtedy powstał makijaż który dzisiaj Wam zaprezentuję... Tak, tak, wiem - znowu serwuję Wam archiwum, ale cóż poradzić? Malunek powstał z inspiracji paletką Sleek Respect z serii Shangri-La, którą sprezentowała mi Kinga :* I właśnie Jej go dedykuję :)





     Pomysł powstał dość spontanicznie, bez konkretnego planu, co nieczęsto mi się zdarza - lubię mieć jakiś pomysł w głowie zabierając się za malowanie. Tak czy inaczej efekt jak widzicie jest dość spokojny. Wyrazisty, jednak zdecydowanie możliwy do zastosowania w praktyce. Sama poszłam tak na miasto, zatem nie ma tragedii ;)


1. Zaczynam od podkreślenia miękką rozcieralną kredką zewnętrznego V oka. Następnie wypełniam je i delikatnie rozcieram odrobinę do góry i do środka. Uzyskam w ten sposób ciemniejszą bazę, która podbije nałożone na nią kolory cieni. Cieniowanie zaczynam od czerwonawego brązu i nakładam go na kredkę w zewnętrznym kąciku



2. Następnie sięgam po nasycony koral i cieniuję nim środkową część powieki. Matowym, ciemnobeżowym cieniem dopełniam makijaż ruchomej powieki. W samym wewnętrznym kąciku oraz pod łukiem brwiowym rozcieram cień w kolorze kości słoniowej.



3. Wybieram bardzo jasny brąz - nieco ciemniejszy od odcienia mojej skóry - i rozcieram go wzdłuż załamania powieki, łącząc ze sobą poprzednio nałożone kolory i łagodząc przejścia między nimi. Do wycieniowania dolnej powieki użyłam kolejno: jasnego beżu, opalizującego na złoto pomarańczu oraz czerni.



4. Czerń wyciągnęłam w zewnętrznym kąciku łącząc z ciemnym brązem nałożonym na początku.  Makijaż oczu wykańczam podkreślając linię górnych rzęs lekko wywiniętą fioletową kreską. Dokładnie tuszuję rzęsy.





     Produkty, których użyłam, to stały pakiet z wcześniejszych propozycji - niewiele się tu zmienia. Makijaż oczu wykonany wspomnianą paletą Sleek Respect.


 Pozdrawiam Was serdecznie i przy okazji życzę miłej majówki :)
Katalina


niedziela, 14 kwietnia 2013

Grumpy Kat

Witam serdecznie w to słoneczne i ciepłe niedzielne popołudnie!


     Słonko świeci, błękitne niebo cieszy oczy, perspektywa zbliżającego się poniedziałku bynajmniej nie psuje mi humoru. Ale równowaga w naturze musi być, zatem opowiem Wam dzisiaj o kilku produktach, które mówiąc oględnie nie zaimponowały mi. Pierwotnie chciałam poświęcić osobny wpis każdemu z nich, ale uznałam, że nie warto. Będzie krótko, treściwie, co by nie demotywować pogody za oknem ;)

Grumpy Cat - źródło

     Zacznę od podkładu MaxFactor PAN STIK, do recenzji którego robiłam kilka podejść. Chęć jego opisania sygnalizowałam już dość dawno, przy okazji recenzji innego podkładu w sztyfcie. 



     Jest to produkt, który zainteresował mnie jak tylko zauważyłam go w drogerii. Przywołał natychmiastowe skojarzenia ze sztyftem marki L'Oreal, którego używałam lata temu, jeszcze w liceum. Tamten bardzo lubiłam i zapamiętałam go jako dobrze kryjący, nie dający efektu maski podkład. Być może stąd mój sentyment do sztyftów... Jak się jednak okazało, czas nie stoi w miejscu i pewne rozwiązania nie zdają już u mnie egzaminu. 
     W dużym uogólnieniu:
☹ Jest ciężki - czuć go po nałożeniu
☹ Naniesiony na całą twarz jak tradycyjny podkład daje efekt maski
☹ "Ciastkuje" się
     Nie polubiłam go, rozczarował mnie. Początkowo chciałam dać mu szansę i stosowałam w dni gdy nie zależało mi na "przesadnie fantastycznym" wyglądzie, lub też używałam jako korektora, ale to po prostu nie to. Pozbędę się go jak tylko skończę pisać tę notkę.


     Orzeł numer 2: pomadka Flormar z serii Selection #24. Produkt który wpadł mi w oko z uwagi na kolor. Wydawał się idealnym odcieniem w stylu "moje usta tylko lepsze". 



     Zapowiadała się fajnie. Świetny odcień, ciekawy szlif sztyftu, dobra trwałość... Początkowo sama zastanawiałam się dlaczego mimo tych cech nie jestem w tanie polubić się z tą szminką. Przecież miała być taka idealna. A jednak:
☹ Ma sztuczny, gumowaty zapach
☹ Nałożona grubszą warstwą wygląda na ustach nieco plastelinowo
☹ Nałożona cienką warstwą wydaje się sucha
☹ Nieco tandetne opakowanie
     Próbowałam się do niej przekonać, a jednak nie lubię jej stosować. W przeszłości pewnie używałabym jej mimo to, jednak od pewnego czasu wychodzę z założenia, że jeśli czegoś nie lubię i zmuszam się by tego używać, jedyne co osiągam to rozdrażnienie, a po co mam sama się denerwować. Rozstaniemy się.


     Trzeci zonk: szampon Timotei Pure, który mógłby być ideałem. Przede wszystkim z powodu absolutnie fantastycznego zamknięcia, które uwielbiam w kosmetykach, fenomenalnego herbacianego zapachu, nienachalnego designu, przystępnej ceny...




I byłby hitem gdyby nie to, ze wywołał u mnie masakryczny łupież. Nie wrócę do niego.


     Ostatni produkt w zasadzie nie jest zły. W zasadzie działa dobrze. W zasadzie nie mam mu wiele do zarzucenia. Mowa o dwufazowym płynie do demakijażu oczu Bourjois.



     To co mi się w nim nie podoba to:
☹ Cena - 17zł za taką butlę to sporo, patrząc przekrojowo na ceny innych dwufazówek...
☹ Jak widać na zdjęciu, kulka z wieczka się "wykulała"
☹ Mimo obietnic zmywania również produktów wodoodpornych, często okazywało się, że nie domywa ich  w zupełności
     Moim głównym zarzutem jest to, że zapłaciłam za to to parę groszy więcej niż przeciętnie, a mimo to nie miałam wrażenia, że produkt wart jest tych groszy. To taki średniak - ani dobry ani zły.

Ok, na dzisiaj koniec zrzędzenia. Wracam do delektowania się pogodą :D

Pozdrawiam, 
Wasza "Grumpy Kat" :*

sobota, 13 kwietnia 2013

Bitwa o włosy :D

Hej Misiaki!

     Weekend przywitał mnie niespodzianką - 17 stopni na termometrze! Udało mi się poogarniać wszystko to co wymagało ogarnięcia (weekendy służą mi w tym właśnie celu :P), a teraz mam chwilę by naskrobać do Was kilka słów.

     Ponieważ ostatnio wspomniałam o zmianie koloru włosów, pomyślałam że dobrze byłoby pójść tym tropem, tym bardziej, że sporo się na mojej głowie zadziało. 
     Po ośmiu miesiącach ciągłego rozjaśniania, u progu nowego roku zdecydowałam się raz jeszcze przejść na ciemną stronę mocy. Decyzji tej nie żałuję mimo że od zmiany minęły już cztery miesiące. Jasne, myślę czasem co by było, gdybym nie przerywała siedmiomiesięcznej abstynencji od farbowania, ale teraz to i tak mało istotne.
     Jasne włosy mają to do siebie, że łatwo na nich ukryć pewne niedoskonałości, przykładowo rozdwojone końcówki nie rzucają się w oczy nawet w połowie tak bardzo jak przy ciemnych włosach. Krótko po przyciemnieniu mojej rozczochranej musiałam zejść nieco z długości, bo dopiero wtedy ujrzałam w całej okazałości co 8 miesięcy rozjaśniania z nią zrobiło. Minęła chwila, a okazało się że wymaga ona kolejnego cięcia - zwłaszcza pasma bezpośrednio okalające twarz. Nie byłam zadowolona, bo staram się zapuścić czuprynę, jednak ostatecznie jaki jest pożytek z długich kłaków w marnym stanie?

Cięcie miało miejsce tydzień temu, a efekty prezentują się następująco:

Frontalne straszenie...


     Ogólnie jestem zadowolona z efektu, bo mam świadomość, że cięcie było konieczne. A teraz będę miała motywację do testowania wszelkiego rodzaju przyśpieszaczy porostu :D Ale o tym za chwilę.

     Obiecywałam sobie setki razy, że więcej nie zgodzę się na cieniowanie, a jednak mam teraz na głowie masę warstw rozmaitej długości, czego na zdjęciach jakoś specjalnie nie widać. W ogóle jak tak patrzę czy to na zdjęcia czy na siebie w lustrze, to mam wrażenie że nie widać jakiejkolwiek zmiany. Zauważam ją jednak kiedy przychodzi do układania włosów - okazuje się, że muszę na nowo nauczyć się pracy z moimi kłakami, bo ogarniane tradycyjną metodą nie chcą ze mną współpracować... Za to wyglądają sto razy ciekawiej przy wszelkiego rodzaju upięciach. Tylko że ja niezmiernie rzadko je upinam...  Ale OK, nieważne.

Co się okazało po cięciu? Ano okazało się, że wbrew temu co myślałam, moje włosy wcale nie są w tak tragicznym stanie, po prostu końcówki wołały o pomstę do nieba. Reszta ma się dobrze.

     Przede wszystkim zaliczyłam mały sukces, mianowicie udało mi się zapanować nad nadmiernym wypadaniem włosów! Zawsze miałam z tym wielki kłopot, a teraz mogę spokojnie powiedzieć, że nad nim panuję. Oczywiście nie oznacza to, że włosy trzymają się głowy jak przyklejone, nie! Po prostu mam to teraz pod kontrolą. Nowe baby hair rosną na potęgę i widzę to gdy unoszę wierzchnie warstwy włosów - świeże maluchy, jak i te kilkumiesięczne.

Co stosuję?

     Sięgnęłam po znane Wam i jak sądzę dość lubiane olejki łopianowe z Green Pharmacy. Póki co przetestowałam dwa z nich: z papryką i  ze skrzypem. 




     Paprykowy chyba lubię bardziej. Olejek sam w sobie jest fajny, jednak bardzo nie lubię butelki, w której jest sprzedawany, a konkretniej jej wylotu. Fajnie, że ma fabryczne zamknięcie, po którym od razu widać czy ktoś gmerał przy butli, ale nie podoba mi się gigantyczny otwór uniemożliwiający precyzyjne dozowanie oleju. Wylewanie na dłoń mnie nie urządza.




     Olśnienie przyszło na fotelu u mojej fryzjerki. Z racji bycia blogerką zdarza się, że mam opakowania po różnych testowanych wcześniej duperelach. Niektóre z nich są mega funkcjonalne, czemu zatem nie miałabym ich wykorzystać w tym przypadku?
     I tak oto moje oleje włosowe dobrodziejstwa zostały przeprowadzone do nowych "domków".




✄ Migdałowa Vatika zamieszkała w opakowaniu po olejku z Alverde
✄ Olej łopianowy przelałam do opakowania po... recenzowanym niedawno płynie dwufazowym NIVEA
✄ wcierka Radical natomiast leżakuje w butelce po mgiełce do ciała z Avonu

     Tak używa mi się ich wygodniej, a przy tym mam wrażenie że wyglądają jakoś tak "fajniej" poustawiane jeden obok drugiego na półce w łazience.

     Oprócz wspomnianych specyfików używam także oleju arganowego. Miałam go od dość długiego czasu ale z niewiadomych przyczyn leżał i się kurzył. Sięgnęłam po niego wówczas gdy po przyciemnieniu włosów z przestrachem dostrzegłam ich marną kondycję. I chcąc - nie chcąc muszę podpisać się pod wszystkimi ochami i achami związanymi z olejem arganowym - na włosy działa fenomenalnie. Niesamowicie je pielęgnuje, wygładza, zmiękcza i uelastycznia. Moja wersja niestety nie ma jakiegoś fantastycznego zapachu, ale potestuję inne wersje, może trafię na taki który poza działaniem także pięknie pachnie ;)




     Do tego wszystkiego, używam oczywiście jedwabiu do włosów (nie wyobrażam już sobie nie stosowania jedwabiu). Aktualnie jest to Delia Hair Fashion, którą raz lubię, raz jestem do niej nastawiona sceptycznie... Używam jej długo a wciąż nie umiem wyrobić sobie jasnego zdania na jej temat.



     Wciąż piję napar z wierzbownicy, choć dużo mniej niż kiedyś. Wynika to głównie ze zmiany moich nawyków żywieniowych. Wierzbownicy nie wolno pić na pusty żołądek, a ja ostatnio jem mniej i rzadziej, więc najczęściej sięgam po zwykłą herbatę... Tak, herbatę. Wyobraźcie sobie, że taki zapalony kawosz jak ja pija teraz ze trzy filiżanki dziennie! A kiedyś pijałam 6 albo i więcej.

     Na zakończenie wspomnę tylko, że w ramach testów preparatów odżywiających włosy i przyśpieszających ich porost, zamówiłam coś o czym dowiedziałam się niedawno, a co szalenie mnie zaciekawiło. Olej musztardowy! Jestem go bardzo ciekawa i zacznę go stosować jak tylko zużyję swój olej łopianowy. TUTAJ możecie o nim poczytać.

     To by było na tyle jeśli chodzi o moją aktualną walkę z czupryną. Jest zaskakująco dobrze :) A jak tam u Was?

Pozdrawiam ciepło, Katalina :*

niedziela, 7 kwietnia 2013

Magia Orientu pod Prysznicem

Hej Misiaki!

     Niedawno pisałam Wam o mojej ulubionej masce do twarzy i włosów z glinką marokańską z Yves Rocher. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ :) Tak się składa, że mam w swoich zbiorach niemal całą linię kosmetyków Tradition de Hammam i dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat Orientalnego Olejku pod Prysznic wchodzącego w jej skład.

Co mówi producent:
     Wzbogacony w olejek arganowy z upraw ekologicznych, olejek pod prysznic o aksamitnej konsystencji zamienia się na skórze w delikatne musujące mleczko. Odżywia skórę podczas kąpieli. Skóra jest doskonale odżywiona, aksamitna w dotyku.
     Drogocenne właściwości olejku arganowego sprawiły, że został nazwany „Złotem Maroko”. Olejek arganowy zastosowany w serii Tradition de Hammam jest w 100 % biologiczny, bez pestycydów i niemodyfikowany genetycznie. Jest uzyskiwany tradycyjną metodą w procesie tłoczenia owoców tuż po ich zbiorze.


Dostępność: 
Sklepy Yves Rocher, internet.

Cena: 
Ceny, po których nabyłam swoje olejki są już  nieaktualne, ale wedle informacji na stronie internetowej YR butelka o pojemności 100ml kosztuje 10,95zł, zaś 200ml to wydatek rzędu 32zł.

Pojemność: 
Jak wspomniałam wyżej, macie do wyboru 100 lub 200ml butelkę.

Trwałość:
Data na opakowaniu.

Opakowanie:
Bardzo proste i dość funkcjonalne. Nie jest to może jakaś fizyka kwantowa, ale  wygląda fajnie. Mamy tu zwykłą, plastikową butelkę z brązową nakrętką. Mamy krótki opis produktu, jego skład, oczywiście jest i logo serii, z dość subtelną grafiką nawiązująca do orientu. Proste, nieprzegadane opakowanie.




Konsystencja:
Wbrew nazwie nie jest to olejek, a gęsty żel. Rozrobiony z wodą zamienia się w kremową emulsję. Nie pieni się jakoś ponad przeciętność, jednak wystarczająco by dokładnie umyć ciało dostarczając przy okazji co nieco zmysłowej przyjemności :)

Zapach:
Jeśli wąchałyście którykolwiek z kosmetyków z serii TDH, będziecie wiedziały jak pachnie. Jest to jak dla mnie bardzo przyjemny, nieco orientalny, acz delikatny zapach, przywodzący mi na myśl "słodkawą" glinkę. Ciężko jest opisać ten zapach, jednak jest tam i pewna ziemistość i słodycz, jak również odrobina typowej orientalnej "gęstości" zapachowej, jeśli wiecie co mam na myśli. Bardzo go lubię! Jest dla mnie szalenie przyjemny, bardzo zmysłowy i niesamowicie uprzyjemnia mi kąpiel!

Aplikacja i działanie:
     Możecie stosować olejek w typowy sposób, czyli wylać odrobinę na dłoń i rozprowadzić na ciele, jednak lepsze efekty przynosi stosowanie go z myjką, bo w ten sposób uzyskujemy lepszą pianę, jak również zużywamy jednorazowo mniej kosmetyku.
     Olejek dobrze myje, a jego konsystencja sprawia że jest jak pieszczota dla skóry. Co do innych ewentualnych właściwości olejku (nawilżanie, wysuszenie etc.) się nie wypowiem, ponieważ każdorazowo po prysznicu czy kąpieli stosuję balsam do ciała. Żeli i tym podobnych kosmetyków używam stricte do mycia.

Skład:
Imponujący.


Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną
do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Brassica campestris (rapeseed) seed oil – olej z nasion rzepaku.

Isopropyl Palmitate -  palmitynian izopropylu, ciekły wosk, emolient, nawilża, może powodować powstawanie zaskórników. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (zapobiega odparowywaniu wody).

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Ammonium lauryl sulfate – (Sól amonowa siarczanu alkoholu laurylowego) Anionowa substancja powierzchniowo czynna należąca do grupy siarczanów alkilowych. Substancja rozpuszczalna w wodzie. Może wywoływać ewentualne działnie drażniące na skórę i błony śluzowe, dlatego w preparatach kosmetycznych jest stosowana z substancjami łagodzącymi drażniące działanie. W kosmetykach stosowana w preparatach myjących do ciała i w płynach do kąpieli oraz w szamponach do włosów. Substancja pianotwórcza, poprawia jakość piany. Substancja jest wrażliwa na twardą wodę, zawierającą głównie jony wapnia i magnezu, dlatego w twardej wodzie następuje gaszenie piany.

Sodium cocoamphoacetate – Mieszanina soli sodowych glicynianów kwasów tłuszczowych oleju kokosowego. Bardzo łagodna dla skóry substancja myjąca. Usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów. Wygładza włosy, nadaje połysk. Dodatek amfoterycznych substancji powierzchniowo czynnych w kosmetykach myjących powoduje łagodzenie ewentualnego działania drażniącego wywołanego przez anionowe substancje powierzchniowo czynne jak np. Sodium Laureth Sulfate. Substancja pianotwórcza i stabilizująca pianę w kosmetykach myjących. Stosowana z anionowymi substancjami powierzchniowo czynnymi powoduje wzrost ilości i stabilności tworzącej się piany.

Parfum – substancja zapachowa.

Argania Spinosa Oil - olej arganowy, nazywany jest "płynnym złotem" i zaliczany do jednych z droższych olejów na świecie, głównie ze względu na jego ograniczoną dostępność (wyłącznie niewielkie tereny Maroko) oraz pracochłonny proces pozyskiwania.

Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie ochronne antyoksydantów, używany jako zmiękczacz, środek konserwujący, przeciwutleniacz.

Xanthan Gum -  guma ksantanowa – stabilizuje emulsje, zagęszcza kosmetyk, posiada właściwości żelujące. Otrzymywana metodami biotechnologicznymi przy udziale bakterii. Jest dobrze tolerowana przez skórę.

Methylpropanediol - metylopropanodiol, składnik nawilżający, rozpuszczalnik, może zwiększać przenikanie przez skórę składników aktywnych

CI 15510 – pomarańczowy barwnik

CI 19140 – żółty barwnik
 


Czy kupię ponownie:
Póki co miałam dwie butelki olejku. W zapasie mam kilka innych kosmetyków myjących, które zamierzam zużyć zanim zaopatrzę się w kolejne, jednak bardzo prawdopodobne, że kiedy już przez nie wszystkie przebrnę wrócę do tego. Polubiliśmy się :)


 Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*

sobota, 6 kwietnia 2013

Szybka recenzja: NIVEA płyn dwufazowy do demakijażu oczu

Hej Misiaki!

     Czujecie wiosnę? Ja usilnie staram się czuć. Nawet mi wychodzi :D Kontynuuję plan pozbywania się zbędnych rzeczy - tym razem padło na kolejne ciuchy, których nie nosiłam często od kilku lat, oraz buty. A skoro nie oszczędziłam butów, znak to wiadomy, że zmiany są poważne ;) Nie wiem czy pamiętacie, ale buty to taka moja babska słabostka... No nieważne, nie o tym ma być dzisiejszy wpis.

     Dzisiaj będzie bardzo krótko i treściwie, bo i nie za bardzo jest się o czym rozpisywać. W roli głównej ten oto gagatek:


Dostępność: 
Produkt ogólnodostępny. Możecie dostać go w drogeriach, hipermarketach, sklepikach mniejszych i większych.

Cena: 
Kilkanaście, jakieś 13-14zł.

Pojemność: 
125ml

Trwałość:
6 miesięcy

Opakowanie:
W porządku. Dobry zatrzask, butelkę można bez obaw postawić na głowie i nic się nie wyleje.

Konsystencja:
Typowa dwufazówka, wymagająca wstrząśnięcia przed użyciem. Wkurza mnie to że bardzo szybko się rozwarstwia - praktycznie zaczyna od razu po zakończeniu potrząsania. Frustrujące.

Zapach:
Lekki, neutralny.

Aplikacja i działanie:
     Aplikacja wygląda tak samo jak w przypadku wszystkich płynów dwufazowych: trzeba wstrząsnąć energicznie butlą, nasączyć wacik i przemyć oczy. Problem z tym płynem jest taki, że piorunem rozwarstwia się na nowo, zatem jego używanie to jedno wielkie potrząsanie. A tego nie lubię. Trząchać to ja mogę pupą na imprezie. Dwufazówka powinna choć przez chwilę utrzymywać integralność.
     Zmywać też jakoś fantastycznie nie zmywa. Czasami konieczne było parokrotne poprawianie demakijażu, bo wokół oczu pozostawała smętna panda. Przyznam szczerze, że produkt ten mnie nie oczarował i zdecydowanie nie zamierzam ponowić jego zakupu.

Skład:
Utwierdził mnie tylko w przekonaniu, że nie ma sensu sięgać po ten produkt. 


Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Isododecane - emolient stosowany w kosmetykach kolorowych i produktach do pielęgnacji włosów. Wzmacnia połysk i poślizg, w pielęgnacji skóry używany jest jako środek nawilżający. 

Cyclomethicone - bezwonna i bezbarwana mieszanina silikonów która jest idealną bazą dla kosmetyków do pielęgnacji ciała. Nie ma żadnych właściwości nawilżających. Bardzo szybko wyparowuje. W połączeniu z innymi składnikami pozostawia uczucie jedwabistości na skórze.

Isopropyl Palmitate -  palmitynian izopropylu, ciekły wosk, emolient, nawilża, może powodować powstawanie zaskórników. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (zapobiega odparowywaniu wody).

Helianthus Annuus Seed Oil - olej słonecznikowy, jeden ze szczególnie korzystnych dla cery olejów, zawiera wysoki procent kwasu linolenowego. Nadaje się do każdego rodzaju skóry. Bywa używany jako olej bazowy, ale także jako składnik aktywny.

Centaurea Cyanus Flower Extract - Hydrolat z Chabra Bławatka.

Sodium Chloride - chlorek sodu, w kosmetykach odpowiada za lepkość produktu.

Trisodium EDTA - Przyjmuje się, że EDTA stosowany w niskich dawkach jest nieszkodliwy dla organizmu. Jednak w dużym stężeniu, jest substancją drażniącą skórę i błony śluzowe. Szczególnie groźny jest w formie rozproszonej w powietrzu. Sole kwasu EDTA rozpylone w naszym otoczeniu, mogą powodować nieżyt spojówek, kaszel oraz duszności. Dlatego też, warto unikać EDTA zawartych w kosmetykach w aerozolu.
W połączeniu ze związkami azotowymi, EDTA tworzy nitrozaminy, które mają działanie rakotwórcze.
Kosmetyków z EDTA nie należy stosować zwłaszcza wtedy, gdy przyjmujemy leki zawierające cynk, żelazo, miedź, glin, ołów i bizmut. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż EDTA ma działanie wiążące metale ciężkie. Odradza się również stosowanie kosmetyków z EDTA w przypadku zażywania antybiotyków.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów (nie mniej jednak badania wykazały,  że ma szkodliwe oddziaływanie na mózg i układ nerwowy u zwierząt).

Methylisothiazolinone - konserwant pochodzenia chemicznego. Może wywołać alergie.

CI 60725 - barwnik fioletowy.

CI 61565 - barwnik