czwartek, 30 maja 2013

Pierwszy + drugi + trzeci wypad do Sephory + bardzo mini recenzje

Hej Misiaki!

     Jak widzicie po tytule, udało mi się skorzystać z najnowszej promocji w Sephorze. I - co również sugeruję tytułem - zamierzam tam wrócić (EDIT - wróciłam i to dwukrotnie). Tym razem byłam ograniczona finansowo, zatem sięgnęłam po produkty, które planowałam kupić niezależnie od wszystkiego. 


      Nie chcę zamieniać tego wpisu w pierwszą lepszą notkę zakupową, bo z mojego punktu widzenia publikacje z rodzaju "zobaczcie co sobie kupiłam" kompletnie nic nie wnoszą. Zacznę od tego, że jak tylko dowiedziałam się o wspomnianej promocji dokonałam szybkiej selekcji swoich zbiorów, wybierając początkowo niewiele przedmiotów, jednak stopniowo powiększając pulę do zamiany. 

Zależało mi przede wszystkim na nabyciu:
matującego pudru (podkładu) w kompakcie - z zaznaczeniem, że tym razem musi być dokładnie w odcieniu #10. Piszę o tym dlatego, że przy okazji ostatniej promocji nie wystarczyło dla mnie "dziesiątek" i byłam zmuszona sięgnąć po #D20. No OK, nie byłam "zmuszona", ale liczyłam na to, że dwudziestkę da się dopasować do moich potrzeb. Okazała się zbyt ciemna, ale w myśl zasady "ja nie dam rady?!" sięgnęłam po moją Ziemię Egipską i przy odrobinie wysiłku uniknęłam "kryzysu".
     Tym razem jednak nie miałam ochoty na tańce z bronzerem, więc podjęłam decyzję, że jeśli nie dostanę pudru #10, nie kupię go wcale. Miałam szczęście - były trzy. Wzięłam dwa. Jeśli następnym razem jeszcze jakiś się ostanie, też go kupię - na zapas. Jak już pisałam ten produkt jak mało który jest moim pewniakiem, więc mogę go kupować hurtem bez obaw że coś się zmarnuje, lub nie sprawdzi.
     Okazało się, że Sephora zmieniła opakowania mojego podkładu. Jest teraz dłuższe, cieńsze, z tego co widziałam bez podwójnego dna. Nie chcę przedwcześnie otwierać opakowań, bo mam inne kosmetyki na wykończeniu.

     Na wymianę zostawiłam puste opakowanie po miniaturce bronzera z firmy Cargo, który był moim ulubieńcem w tej kategorii. Wielka szkoda, że jest poza moim zasięgiem. Zostawiłam też Apocalips od Rimmla, bo produkt ten kompletnie się u mnie nie sprawdził (jeśli mam być szczera uważam te lakiery do ust za kompletną porażkę).

wodoodporne kredki do oczu - mam już dwie i obie uwielbiam, dlatego wróciłam po kolejne i... z pewnością nie skończy się na tym. Suną po skórze gładko jak jedwab, są mocno napigmentowane, dostępne w wielu kolorach, trwałe. Jedne z lepszych, jakie używałam.

     Na wymianę zostawiłam liner Grashka, który niestety nie sprawdził się u mnie z uwagi na tendencję do rozmazywania i robienia kleksów wokół oczu. Drugim produktem był ołówek do brwi Catrice - generalnie niezły, choć kolorystycznie kompletnie niedopasowany do mnie.

✵ wpadły mi w oko także lakiery, a właściwie top coaty: #05 Tie Dye który reklamowany jest jako pogłębiacz koloru umożliwiający tworzenie gradientu na paznokciach; #06 Gold Fever czyli przejrzysta baza z zatopionym większym i mniejszym złotym brokatem.

     Na wymianę poszedł topper z Essence nadający połysk oraz na wpół zużyty koralowy Astor, który tak zgęstniał, że jego używanie było mordęgą.


✵✵✵

      W tym miejscu przechodzę do rzeczywistego powodu powstania tego wpisu, mianowicie do krótkiej relacji - swoistego pierwszego wrażenia - z używania lakierów.


     Tie Dye zaintrygował mnie od razu koncepcją pogłębienia koloru bazowego i możliwością tworzenia przejścia tonalnego. Reklamę odebrałam na zasadzie: nakładasz topper na lakier bazowy i voila! Masz przejścia tonalne. Tymczasem okazuje się, że to po prostu rzadki granatowy płyn, który trzeba nakładać warstwa, na warstwę, na warstwę... i tak aż do uzyskania satysfakcjonującego efektu. Problem w tym że nie czuję się usatysfakcjonowana. Kolor smuży, ciężko uzyskać nim płynne przejście. To taka gorsza wersja zabawy z gąbkowymi gradientami. Szczerze? Nie polecam - nie warto.


      Gold Fever nie oferuje niczego odkrywczego - ot bezbarwny lakier, a w nim masa złotych brokatowych drobinek w dwóch rozmiarach. Ale wiedziałam co biorę, wyboru dokonałam świadomie i nie żałuję go. Faza na brokat minęła mi dawno temu, nie mniej jednak taki efekt jaki daje Gold Fever bardzo mi się podoba.



EDIT

Ze dwa dni później wróciłam do Sephory po raz drugi i dokupiłam dwie kredki. Kolory, które wybrałam to:
- 07 Girl Talk - perłowy, cielisty beż z drobinkami
- 09 Girls Night Out - piękne kremowe złoto
- 28 Baby blues - bardzo jasny błękit, który kupiłam z myślą o stosowaniu na linię wodną :D Tak, właśnie na linię wodną! To ponoć stary trick makijażystów z Hollywood ;)
- 32 Tango night - świetny głęboki fiolet

Dzisiaj byłam po raz trzeci i dokupiłam kolejne dwa pudro-podkłady. A co! Mam cztery na zapas, więc obstawiam, że mam spokój na jakiś rok albo i dłużej :P

niedziela, 26 maja 2013

Ghost Rider, czyli Bell Perfect Skin: matująco-wygładzająca baza pod makijaż

Hej, Misiaki!

     Jak widzicie po tytule, tym razem podzielę się z Wami swoją opinią na temat bazy pod makijaż marki Bell. Kupiłam ją dawno, bo jakoś pod koniec stycznia tego roku. Do zakupu popchnęła mnie pozytywna opinia na temat bazy pod cienie tej marki. Pomyślałam, że skoro jedna baza zbiera pochwały, być może okaże się że i ten kosmetyk wart będzie uwagi.


Co mówi producent:
"Bell matująco - wygładzająca baza pod makijaż, zamknięta w poręcznym słoiczku. Baza Bell Perfect Skin wyrównuje powierzchnię skóry, skutecznie wygładza drobne zmarszczki oraz niweluje inne niedoskonałości cery. Dzięki substancjom pochłaniającym sebum, trwale matuje, zapobiega nieprzyjemnemu efektowi „błyszczenia skóry”. Utrwala makijaż. Zawiera mineralny filtr UVB chroniący przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych."

Dostępność: 
Swoją kupiłam w Drogerii Natura ale podejrzewam, ze można ją dostać w wielu innych miejscach.

Cena: 
Kosztowała mnie 24,99zł

Pojemność: 
12g.

Trwałość:
12 miesięcy od otwarcia.




Opakowanie:
Producent określił je jako "poręczny słoiczek".  Dla mnie to zwykłe, zakręcane plastikowe pudełeczko: przezroczysty spód, białe wieczko. Graficznie kompletnie nie przyciąga wzroku. Po odkręceniu ma nakładko-stoper z giętkiego plastiku chroniący bazę przed bezpośrednim dostępem.

Konsystencja:
Piankowo-silikonowa. Bardzo śliska w dotyku, typowa dla tego typu kosmetyków. Ma nieco różowawy kolor i wydaje mi się że odrobinkę opalizuje na perłowo.



 
Zapach:
Lekki. Ani przyjemny, ani nieprzyjemny.

Aplikacja i działanie:
Według zaleceń, należy nanieść ją punkowo dłońmi na twarz, rozsmarować, poczekać do wchłonięcia, następnie nałożyć standardowo makijaż. 

Co mogę powiedzieć o działaniu? Cóż, z mojego punktu widzenia ta baza nie robi nic. 
Czy wyrównuje powierzchnię skóry? 
Jeśli tak, to minimalnie, ponieważ twarz po nałożeniu podkładu wygląda tak samo jak bez uprzedniego nałożenia bazy.
Czy matuje?
Absolutnie nie.
Czy wygładza drobne zmarszczki?
Bu-ha-ha. Nie.
Czy niweluje drobne niedoskonałości?
W żadnym razie.

Mówiąc wprost, ta baza nie robi z moją twarzą nic! Jest po prostu dodatkową, w dodatku śliską warstwą, którą nakładam na twarz podczas makijażu. Na szczęście nie zapchała porów mojej skóry, ani nie podrażniła mnie w żaden sposób. Tak czy inaczej z mojego subiektywnego punktu widzenia, nie widzę sensu w używaniu czegoś, co nawet nie tyle nie wywiązuje się z obietnic, co po prostu nie daje jakiegokolwiek efektu. Produkt widmo.

Skład:



Czy kupię ponownie?

Nie.


Macie jakieś doświadczenia z bazami pod makijaż? Sama używałam może z czterech i jak dotąd tylko HD z Make Up For Ever okazała się dla mnie dobra. 

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*

"Zamienię cieeeeeeebie na lepszy model..."

Hej Misiaki!

     Ale mi dziewczyny zrobiły niespodziewankę pod ostatnim wpisem! Śpieszę donieść, że Sephora na dniach startuje z genialną promocją!

źródło i szczegóły tutaj

     Nie jestem pewna, czy akcja tym razem obejmie również pędzle, jak to miało miejsce w przeszłości, ale o tym przekonamy się w praniu. EDIT - nie, nie obejmie :/...
 Tak czy inaczej, między 28 maja a 10 czerwca jeśli przyniesiecie do Sephory swoje "stare" produkty do makijażu, dostaniecie 40% zniżki na zakup ich odpowiedników marki Sephora. 

     Już teraz wiem, że znów się obkupię - właśnie skończyłam odkładać wszystko to co zamierzam wymienić. Teraz tylko czekam na wypłatę i lecę na żer :D A Wy planujecie nabyć coś konkretnego?

Pozdrawiam, 
Kat :*

sobota, 25 maja 2013

Rossmannowe Szaleństwo...

... dopadło i mnie.

     No, może niezupełnie szaleństwo per se, jednak uznałam, że warto sprawdzić co ciekawego da się ustrzelić przy okazji owej sławnej 40% obniżki.

     Kosmetyków do makijażu ostatnio nie kupuję, bo i nie odczuwam takiej potrzeby - i tak mam dużo za dużo. Nastawiam się na zużywanie. Co więcej, udało mi się pozbyć tego i owego.





SEPHORA Mattifying foundation - podkład w kompakcie, który uwielbiam i  którego stosuję dosłownie od lat. Już o nim pisałam TUTAJ, wychwalając w nim wszystko poza ceną ;)



ASTOR Perfect Stay -  Lip tint kupiony przy okazji poprzedniej wielkiej promocji cenowej Rossmanna "X czasu temu". Tinty do ust niezmiernie mnie fascynują, jako że moje usta z natury nie są najbardziej napigmentowane na świecie. Nakładam na nie pomadkę lub błyszczyk, wychodzę z domu i potem najczęściej nie monitoruję w ciągu dnia kiedy trzeba nałożyć ponownie to co aktualnie zdecydowałam się nosić. Lip tint z zasady ma być trwalszy i mniej kłopotliwy, ergo - jest czymś co takie osoby jak ja chętnie przytulą. O tym konkretnym (mam jeszcze dwa innych firm) mogę powiedzieć, że jest: wygodny, ekonomiczny, trwały, ma fajne kolory - także w miarę neutralne co jest dla mnie zbawienne - cena nie zabija, jest ogólnodostępny. Mówiąc krótko - polecam. Balsam umieszczony na końcu pisaka jest świetny!


Baza pod cienie ARTDECO - zna ją chyba każdy, kto interesuje się makijażem. A jak nie zna, to warto by poznał ;) Jest świetna! Polecam.


Kredka Make Up For Ever Aqua Eyes - ostatnia z pięciu, które miałam. Te kredki mają status kultowych na Youtubie i przyznaję, są dobre, jednak moim zdaniem nie aż tak dobre, by uzasadnić szał wokół nich i wysoką cenę. Bardzo trwałe, nie kserują się, są dość twarde i suche, co mi osobiście średnio leży. Wolę kredki z Sephory i z Solone.

ALE ;)... Skoro zużyłam, trzeba było uzupełnić zapasy! Zakupy jakie popełniłam nie są może przesadnie fascynujące, ale mnie w zupełności satysfakcjonują!


Puder Rimmel Stay Matte - to moje drugie opakowanie. Pierwszą sztukę kupiłam z Waszego polecenia i co tu dużo mówić, bardzo się z nim polubiłam! :) Po przecenie wyniósł mnie 14,99zł

Ołówek do brwi Rimmel Professional - wybrałam kolor 002 Hazel. Sięgnęłam po niego w ramach poszukiwań zamiennika dla mojego dotychczasowego ulubieńca z Essence, którego nie mogę nigdzie dostać. Ponoć Rimmel daje radę. Zobaczymy. Kredka kosztowała 14,39zł

Rimmel Scandaleyes - kolor 014 Bright Blue - przeboski! Od jakiegoś czasu chodzi za mną ten kolor. Może trochę przez sentyment, bo pierwsza kredka do oczu jaką kiedykolwiek miałam (pamiętam jak dziś, 7 klasa podstawówki :D... ) była w takim właśnie odcieniu. Chciałam, znalazłam, kupiłam. Rzekomo wodoodporna, znaczy się nie wymagająca utrwalania cieniem, zastygająca samoistnie. Pierwsze spontaniczne testy wypadły in plus. Cena: 11,39zł.

Maybelline Master Drama - kupiona jako następca MUFE Aqua Eyes. Mam jeszcze taką fioletową, ale wciąż jestem w fazie testów ;) Cena:14,39zł.

Tusz Bourjois Volume Glamour Max - kupiony bo mój żółty z Lovely wysycha powoli. Wybrałam wersję wodoodporną, choć zasadniczo nie lubię wodoodpornych tuszy, ale co tam - jest prawie lato, a moje oczy lubią łzawić... Po przecenie kosztował mnie 29,39zł. Nigdy nie miałam żadnego tuszu z Bourjois, jestem ciekawa jak się sprawdzi. Na marginesie dodam, że wspomniany żółty tusz z Lovely jest rewelacyjny - polecam!

Maybelline Color Tattoo - w kolorze 40 Permanent Taupe. Bardzo długo się zastanawiałam przed tym zakupem! Żebyście wiedzieli ile razy po niego sięgałam i ile razy odkładałam go w przeszłości na półkę. Mam już 35 On and on Bronze i uwielbiam go. Kolory te są dość podobne. 35 jest cieplejszy i błyszczący. 40 to mat o chłodnym wykończeniu oscylujący na pograniczu brązu i szarości. Fajny, neutralny odcień. Cieszę się że go kupiłam i cieszę się, że tak długo zwlekałam z decyzją, bo 14,39zł to zdecydowanie lepsza cena niż regularna... Ech, ale wciąż nie mogę odżałować, że nie można u nas dostać innych odcieni, przykładowo Pomegranate Punk, Fierce & Tangy albo Bold Gold. Oj, chciałabym, chciała!


     I to by było na tyle jeśli chodzi o moje zniżkowe zakupy. Niewiele tego. Zdecydowanie bardziej szaleję z ciuchami... Oj, szaleję na maksa. Ale bez obaw, szafiarką nie zostanę :P hahaha.


Ściskam mocno, pozdrawiam i do następnego!
Kat :*

niedziela, 19 maja 2013

Rozłożone na czynniki pierwsze

Hej Misiaki!

     Tym razem chciałam tylko poinformować Was o nowej zakładce, która pojawiła się na moim blogu. Mówię o INCI, w której znajdziecie może nie wszystkie, jednak z pewnością zdecydowaną większość najczęściej spotykanych w kosmetykach składników. Będzie oczywiście aktualizowana na bieżąco ilekroć w moje ręce trafi kosmetyk zawierający składnik spoza listy. 
     W zakładce znajdziecie również linki do trzech najczęściej odwiedzanych przeze mnie w poszukiwaniu opisów składu stron internetowych.

     Pomysł stworzenia takiej listy chodził mi po głowie od dawna, jednak posegregowanie tego wszystkiego i pozbycie się ewentualnych dubli trochę mi zajęło. 
     Pod niemal każdą moją recenzją  pojawiały się głosy mówiące o tym, że dana osoba nie zna się na składach, albo że chciałaby wiedzieć skąd czerpać wiedzę. Oczywiście nie jestem ani chemikiem, ani kosmetologiem, a to co wiem zaczerpnęłam z różnych "mądrych" stron, jednak jestem zdania, że warto wiedzieć, bo wiedza ta przydaje się w życiu i procentuje :)

     Mam zatem nadzieję, że przygotowane przeze mnie zestawienie choć w niewielkim stopniu ułatwi Wam odszyfrowanie składów.

Pozdrawiam,
Katalina


niedziela, 12 maja 2013

Makijaż: Złota Żurawina

Hej Misiaki!

     Przygotowałam dla Was kolejny makijaż :) Zabierając się za niego powiedziałam sobie: "nie myśl, nie kombinuj, po prostu zrób coś co będzie dokładnie takie jak lubisz". I to właśnie zrobiłam. 
     Znajdziecie tutaj często stosowaną i lubianą przeze mnie technikę ołówkową, polegającą na tworzeniu za pomocą kredek do oczu bazy, która niesamowicie ułatwia "rzeźbienie" kształtu oka, a nawet umożliwia jego optyczną zmianę. Kolory również nie są przypadkowe. Połączenie złota i odcieni bordo podoba mi się chyba od zawsze i mieści się w czołówce moich ulubieńców.





     Zapraszam Was zatem na obejrzenie makijażu, który powstał od początku do końca z samolubnej potrzeby zrobienia czegoś jak najbardziej "po mojemu". Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

 
1. Zaczynam od naszkicowania czarną kredką zaokrąglonej linii wzdłuż zagłębienia powieki, zawijając ją w zewnętrznej części ruchomej powieki. To jak daleko ją poprowadzicie zależy tylko od Was. Kredkę rozcieram małym pędzelkiem ku górze oraz na zewnątrz. W zewnętrznym kąciku staram się zachować równą krawędź biegnącą ku krańcowi brwi. Wstępnie cieniuję górną powiekę nakładając jasne złoto na ruchomą jej część



2. Roztartą kredkę utrwalam bordowo-ceglastym cieniem. Czarnym, matowym cieniem podkreślam zagłębienie powieki i zewnętrzne V.



3. Cienie mieszam ze sobą aż uzyskam efekt o jaki mi chodzi. Dolną powiekę cieniuję ciemnym fioletem.



4. Średnim, chłodnym różem rozdymiam kolor ku dołowi. Podkreślam linię wodną czarną kredką. Wzdłuż górnych rzęs rysuję wyrazistą wywiniętą kreskę. Dokładnie tuszuję rzęsy. Do tego usta w kolorze fuksji i makijaż jest gotowy.







Użyte produkty:
Twarz:
- Revlon ColorStay #150 Buff
- Puder Sephora Mattifying foundation #light D20
- ziemia egipska Ikos
- Róż ELF Bush #fuchsia fusion
Oczy:
- Brwi: Yves Rocher Couleurs Nature #01 Blond
- Kredka PUPA Multiplay 09
- Cienie KIKO #02 Color Fever Luxurious Gold and Plum
- Cienie Inglot: #354, 450, 55,
- Cień KOBO 109
- Czarny eyeliner GOSH #008 Carbon Black
- Tusz Max Factor 2000 Calorie
Usta:
- Szminka Sephora Maniac #14



sobota, 4 maja 2013

Lirene Dermoprogram peeling gruboziarnisty z wyciągiem z czarnej borówki

Hej Misiaki!

     Ostatnimi czasy coraz częściej dochodzę do wniosku, że bardzo wiele spośród spotykających nas fajnych sytuacji jest dziełem przypadku, lub też ciekawych zbiegów okoliczności. Jeden z nich spowodował, że weszłam w posiadanie peelingu do twarzy od Lirene, o którym chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Tak się złożyło, że mój dotychczasowy peeling się skończył, a bardzo potrzebowałam innego. W moim osiedlowym sklepiku był jeden jedyny ostatni - Lirene Dermoprogram z wyciągiem  z czarnej borówki.
     Mam świadomość tego, że wśród moich czytelników są tacy, którzy na dźwięk słowa "Lirene" reagują niemal alergicznie, jednak w moim przypadku produkty tej firmy w dużej mierze sprawdzają się bardzo dobrze. Wiele z nich polubiłam do tego stopnia, ze weszły na stałe do moich pielęgnacyjnych nawyków. A jak się sprawy mają w przypadku peelingu?




Dostępność:
Drogerie, sklepy mniejsze i większe.

Cena:
Za swoją tubkę zapłaciłam 15,90zł.

Pojemność:
75ml / 2,5 fl.oz.

Trwałość:
12 miesięcy od otwarcia

Opakowanie:
Zakręcana tubka. Dość wygodna, jednak osobiście wolałabym, żeby zakręcane zamknięcie zastąpiono jakimś zatrzaskiem, wówczas byłoby bardziej poręczne. Podoba mi się natomiast półprzejrzysta tuba, która umożliwia podejrzenie ile produktu pozostało jeszcze w środku – bardzo praktyczne! 



 
Konsystencja:
Kremowa, jednak zawiera w sobie dwa typy granulek: większe niebieskie, które się rozpuszczają oraz mniejsze białe, które rozproszone w kremie dają na skórze efekt „piaskowania”. To właśnie te mniejsze drobinki w większym stopniu ścierają martwy naskórek.

Zapach:
Bardzo lekki, kosmetyczny, przyjemny.

Aplikacja i działanie:
Peeling można stosować w dwojaki sposób.

Wersja łagodna:
     Producent zaleca stosowanie peelingu dwa razy w tygodniu i masowanie nim twarzy przez 2-3 minuty, następnie przemycie ciepłą wodą. Początkowo tak właśnie go używałam i uważam że taka metoda sprawdzi się u tych z Was, którzy lubią średnio inwazyjne peelingi, lub z różnych przyczyn nie mogą używać mocnych zdzieraków.

Wersja mocniejsza:
     W miarę użytkowania wypracowałam sobie alternatywną metodę, która z kolei przypadnie do gustu wielbicielom mocniej działających peelingów mechanicznych. Nanoszę kosmetyk albo bezpośrednio na twarz, albo na płatek kosmetyczny, następnie wykonuję masaż właśnie płatkiem. W ten sposób ścieranie jest intensywniejsze, bardziej odczuwalne, a skóra po takim masażu pozostaje odczuwalnie gładsza.

     Każdorazowo po wykonaniu peelingu – niezależnie od wariantu na który się decyduję – zmywam pozostałości kosmetyku hydrolatem, albo płynem micelarnym. Skóra po takiej sesji jest oczyszczona, zmatowiona, gładsza. Nie odnotowałam jakichkolwiek podrażnień w trakcie używania tego produktu, a stosuję go jakieś 2-3 miesiące.
     W tym czasie zużyłam mniej niż połowę opakowania, zatem przyznaję dodatkowy plus za ekonomiczność.
     Jedna rzecz do której mogłabym się przyczepić to obietnica oczyszczenia porów skóry. Borykam się z zaskórnikami w okolicy nosa, a pory w centralnej strefie mojej twarzy są jako takie rozszerzone. Nie zauważyłam jakiegoś zasadniczego pozytywnego wpływu używania tego peelingu na ich stan. Natomiast istotnie dobrze sobie radzi z nadprodukcją sebum.





Skład:
Z premedytacją nie analizowałam składu aż do momentu popełnienia tej recenzji, żeby się w razie czego nie uprzedzać, ale kiedy już przyszło co do czego,  z zaskoczeniem odkryłam, że jak na kosmetyk drogeryjny skład prezentuje się więcej niż przyzwoicie!

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Glyceryl Stearate - stosowany w kosmetykach jako zmiękczacz. Nie działa szkodliwie, ale u osób wrażliwych może wywołać podrażnienie.

Polyethylene - polietylen, substancja ścierająca, moc ścierająca zależy od wielkości cząsteczki.

Glycerin – humektanty/środki rozpuszczające. Pochodzenie różne (także petrochemiczne), zatrzymuje wodę w skórze, nawilża, daje wrażenie miękkiej skóry.

Cetyl Alcohol - alkohol cetylowy, emolient. Należy do alkoholi tłuszczowych i jest zupełnie niedrażniącym środkiem zmiękczającym, natłuszczającym i wygładzającym skórę, jak również stabilizującym emulsje.

Glyceryl Stearate – emolient, działa jak smar na powierzchni skóry, nadaje jej gładkość i miękkość, łatwo się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.

Petrolatum, Paraffinum liquidum - Produkty destylacji ropy naftowej. Nie wchłaniają się z jelit i skóry. Zatykają pory, absorbują kurz i bakterie. Hamują wymianę gazową i metaboliczną w skórze. Uniemożliwiają swobodne wypływanie łoju na powierzchnię skóry.  Stwarzają beztlenowe warunki w skórze sprzyjające rozwojowi bakterii beztlenowych wywołujących trądzik. Inicjują tworzenie zaskórników, utrudnia regenerację skóry. Przyśpieszają procesy starzenia. Powodują kumulację toksycznych metabolitów w skórze. Są powszechnie stosowane przy produkcji kosmetyków, bowiem są tanie i łatwo dostępne. Parafiny rozpuszczają większość składników kosmetycznych, stanowią też typowy wypełniacz zwiększający objętość kosmetyku w opakowaniu. Nawet najcudowniejsze składniki rozpuszczone w parafinach nie przenikają do skóry pozostając na jej powierzchni.

Isopropyl Palmitate -  palmitynian izopropylu, ciekły wosk, emolient, nawilża, może powodować powstawanie zaskórników. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (zapobiega odparowywaniu wody).

Mannitol – Naturalny alkohol cukrowy. Wykazuje dziłanie bakteriostatyczne, reguluje pracę gruczołów łojowych, nawilża. Aprobowany do stosowania w kosmetykach naturalnych.

Cellulose (celuloza) – Polisacharyd wykorzystywany w pastach do zębów, pudrach, maseczkach. W kosmetyce swoje miejsce znalazły także pochodne celulozy, między innymi karboksymetyloceluloza (CMC), hydroksyetyloceluloza (HEC) oraz metyloceluloza (MC) i etyloceluloza (EC). W kosmetyce najczęściej  wykorzystuje się tzw. celulozę mikrokrystaliczną, otrzymywaną w wyniku  częściowej hydrolizy celulozy naturalnej, która ma zdolność tworzenia żeli. Znajduje ona zastosowanie jako stabilizator emulsji,  a także efektywny czynnik wiążący, który zapobiega rozdzielaniu się stałych i ciekłych składników receptury.

Xanthan Gum -  guma ksantanowa – stabilizuje emulsje, zagęszcza kosmetyk, posiada właściwości żelujące. Otrzymywana metodami biotechnologicznymi przy udziale bakterii. Jest dobrze tolerowana przez skórę.

Allantoin - alantoina, stosowana od dawna jako czynnik gojący i kojący, likwiduje podrażnienia i stany zapalne, przyspiesza odnowę tkankową, przyspiesza ziarninowanie uszkodzonej tkanki i ułatwia bliznowacenie, zmiękcza i plastyfikuje warstwę rogową naskórka, pomaga w usuwaniu zrogowaceń.

Vaccinium myrtillus fruit/Lear extract – wyciąg z liści i owoców czarnej borówki.

Butylene Glycol - Glikol butylenowy - Butanodiol należy do alkoholi zawierających dwie grupy hydroksylowe. Hydrofilowa substancja, odpowiedzialna za prawidłowe nawilżenie skóry i włosów, dzięki czemu kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza, skórę i włosy. Pełni rolę promotora przenikania, dzięki czemu ułatwia penetrację innych substancji w głąb skóry. Humektant - zapobiega wysychaniu kosmetyku i krystalizacji przy ujściu z butelki. Rozpuszczalnik dla innych substancji zawartych w kosmetykach, np. wyciągów roślinnych dodawanych do toników. Ponadto pełni rolę modyfikatora reologii, czyli wpływa na konsystencję kosmetyków, powodując spadek lepkości preparatów.

Saccharum Officinarum Extract (Wyciąg z trzciny cukrowej) - naturalny składnik pozyskiwany z trzciny cukrowej. Tradycyjnie używany w starożytnej Grecji i Rzymu przede wszystkim jako lek. Bogaty w żelazo, witaminy i wapń. Zawiera naturalnie występujące alfa hydroksykwasy, które poprawiają regenerację komórek. Posiada również właściwości antybakteryjne i naturalne złuszcza.

Tamarindus Indica (Tamarind) Extract - Wyciąg z Tamaryndowca (Tamaryndy). W kosmetyce wykorzystywane są owoce i nasiona tego drzewa. Owoce zawierają duże ilości kwasów AHA (głównie kwasu hydroksycytrynowego), przez co ich miaższ jest często stosowany jako eksfoliant i nawilżacz. W Tajlandii tradycyjnie łączy go się go z miodem itp i używa w złuszczających peelingach czy przy masażu.

Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, dodatkowo jest humektantem (działa nawilżająco).

Tocopheryl Acetate – substancja aktywna, antyoksydant. Syntetyczna witamina E. Zwalcza wolne rodniki, wygładza zmarszczki, sprawia, że skóra jest elastyczna i dobrze nawilżona. Dla każdego typu skóry, ze wskazaniem dla cer dojrzałych i uszkodzonych słońcem. Działa hamująco na zapalenia i leczniczo, ale nieco mniej, niż czysta witamina E.

Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil - olejek ze skórki słodkiej pomarańczy.  Jest to bogate źródłem witaminy C, A i B a także wielu substancji odżywczych pochodzenia roślinnego, flawonoidów i enzymów. Delikatnie zwęża pory. Zapobiega powstawaniu zaskórników. Enzymy nadają skórze promienny wygląd, wyciąg stymuluje też produkcję kolagenu.

Citrus Medica Limonum Extract (Lemon) - zawiera spore ilości kwasu askorbinowego (witaminy C), witaminy A, B i PP, kwasy organiczne (m.in. kwas cytrynowy należący do hydroksykwasów), flawonoidy, pektyny i gorycze. Sok z cytryny nadaje kosmetykom własności wygładzajace, zmiękczające, wybielające i delikatnie dezynfekujące.

Acer Saccharinum Extract (klon srebrzysty, Sugar maple) - Substancja czynna, otrzymywana z kory klonu srebrzystego. Garbniki i saponiny (silnie pieniące się glikozydy sterydowe) używane są m.in. jako środki emulgujace. Cukier klonowy ma działanie nawilżające. Oddziaływanie na skórę korzystne.

Hydroxypropyl Methylcellulose - hypromeloza; hydroksypropylometyloceluloza. Pochodna celulozy, czyli związku należącego do węglowodanów, któe nie są trawione przez enzymy amylolityczne wytwarzane przez organizm ludzki. Hypromeloza używana jest w przemyśle spożywczym i farmaceutycznym między innymi jako substancja pomocnicza i wypełniająca w kapsułkach i tabletkach, gdzie w zależności od rodzaju, opóźniać może zwolnienie substancji czynnej do przewodu pokarmowego i opóźnić w czasie wchłanianie. Hypromeloza wchodzi w skład wielu suplementów diety, przyjmowana w skrajnie wysokich dawkach może mieć właściwości przeczyszczające. Nie ulega trawieniu w jelicie cienkim, dalej rozkładana jest przez mikroflorę jelitową.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów (nie mniej jednak badania wykazały,
że ma szkodliwe oddziaływanie na mózg i układ nerwowy u zwierząt).

Methylparaben - najlepiej przebadany konserwant, najbezpieczniejszy. Substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem).
W produkcie może go być maksymalnie 0,4 %. Stosowany w kosmetyce, żywności i lekach.
Składnik zaburzający GOSPODARKĘ HORMONALNĄ.

Benzoic Acid - konserwant pochodzenia chemicznego. Może wywołać reakcję alergiczną.

Dehydroacetic Acid - konserwant pochodzenia chemicznego. Może wywołać reakcję alergiczną.

Polyaminopropyl Biguanide - konserwant, powoduje zahamowanie rozwoju mikroorganizmów, nie tylko podczas procesu powstawania kosmetyku ale także
w momencie jego stosowania.

Parfum – substancja zapachowa

Butylphenyl - składnik kompozycji zapachowej. Może wywoływać alergię.

Cl 77007, Cl 60730, Cl 166035 – barwniki.


Czy kupię ponownie:
Myślę, że tak. Polubiłam ten kosmetyk, dobrze się u mnie sprawdza, jest dość tani, więc nie widzę powodu by nie kupić go ponownie. 


Pozdrawiam,
Katalina :*

czwartek, 2 maja 2013

Kredka kredce nierówna - ołówek do brwi Inglot #515

Hej wszystkim!

     Postanowiłam podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat pewnej kredki do brwi, którą kupiłam jakiś czas temu. Jest to wysuwany ołówek od Inglota, o numerze 515.

     Zacznę od tego, że natura okazała się dla mnie nad wyraz łaskawa, ponieważ obdarzyła mnie ciemną oprawą oczu i niemal idealnymi łukami brwi, przy których nie muszę prawie nic robić. Są dość wąskie, ładnie ukształtowane i wymagają co najwyżej okazjonalnego usunięcia zabłąkanego włoska oraz delikatnego podkreślenia ot tak, żebym czuła się bardziej komfortowo.

     Metodą prób i błędów wynalazłam dwie kredki, które najlepiej się u mnie sprawdzają: jasnobrązową z Essence oraz przeznaczoną dla blondynek kredkę z Yves Rocher. Niestety mojej ulubienicy z Essence nie widziałam już tak długo, że obawiam się, czy przypadkiem nie zaprzestano jej produkcji, tymczasem ta z YR ma swoje "plusy dodatnie i plusy ujemne", co sprowokowało mnie do poszukiwań analogicznych produktów innych firm. Tak właśnie trafiłam do sklepu Inglota i weszłam w posiadanie dzisiejszej bohaterki:





Dostępność: 
Sklepy i stoiska Inglot

Cena: 
40zł, lecz zdarzają się "promocje", podczas których możecie po wydaniu określonej sumy nabyć tę kredkę za 30zł. Byłabym zapomniała. Otrzymujemy temperówkę w gratisie... Bez komentarza.




Pojemność: 
0,20g / 0,007 US oz
Co w przełożeniu na mowę ludzką oznacza, że otrzymujemy mniej-więcej 2,5 w porywach do 3 cm wysuwanego grafitu, co w moim odczuciu jest jak kradzież w biały dzień.

Trwałość:
24 miesiące

Opakowanie:
To w zasadzie największa zaleta tej kredki. Opakowanie jest szalenie estetyczne, niemalże luksusowe. Otrzymujemy bowiem  srebrzysto-metaliczne cacko z wysuwaną kredką po jednej stronie, oraz wygodnym grzebyczkiem po drugiej. Ładny, estetyczny, funkcjonalny gadżet.




 
Konsystencja:
Na mój gust zbyt woskowata. Pigmentu w niej niewiele, co wespół z miękką, woskowatą teksturą powoduje, że zużywa się w ekspresowym tempie. Nieumiejętnie użyta może sprawić, że włoski brwi skleją się w kępki co u osób z rzadkimi brwiami może zaowocować nieestetycznymi prześwitami.

Aplikacja i działanie:
Kredka sama w sobie jest dość wygodna w użyciu, lecz zarazem bardzo irytująca. Sam fakt, że w cenie 40zł otrzymujemy marne 2,5-3cm produktu wywołuje we mnie złość. Konsystencja dodatkowo przyśpiesza zużycie kredki. Wszystko razem powoduje, że jest ona potwornie nieekonomiczna, a w dodatku niewielka zawartość pigmentu w graficie tak czy inaczej wymusza zastosowanie dodatkowego kosmetyku - najlepiej pudrowego - którym można by było utrwalić makijaż brwi. Innymi słowy, cholerstwo jest drogie, nieekonomiczne, niesamodzielne (jeśli można tak powiedzieć o kosmetyku), co zebrane do kupy sprawia, że jestem do Inglotowej kredki nastawiona zdecydowanie negatywnie. I piszę to z przykrością, ponieważ doskonale wiecie, jak bardzo lubię firmę Inglot. Niestety owo srebrne cacko okazało się w moim przypadku bublem.

Skład:



Czy kupię ponownie:
Nie, ponieważ uważam, że w takiej cenie mogę kupić coś znacznie lepszego i bardziej ekonomicznego w użyciu. Mimo że zasadniczo wygląda znośnie na brwiach... Innymi kosmetykami (tańszymi, bardziej praktycznymi i ekonomicznymi) jestem w stanie uzyskać lepszy efekt.

Dla zainteresowanych mała prezentacja kredki w akcji:

Brew bez jakichkolwiek wspomagaczy

Brew podkreślona kredką Inglot

Brew podkreślona kredką i wyczesana dołączonym grzebyczkiem

Tyle w temacie...

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*

środa, 1 maja 2013

Papierowe Róże

Witajcie!

     Majówka trwa w najlepsze i choć moja jest w tym roku dość niestandardowa, korzystam z lekkiej nadwyżki wolnego czasu w takim stopniu, w jakim mogę. Jednym ze sposobów na wykorzystanie takiej nadwyżki jest oczywiście testowanie nowości, a następnie dzielenie się z Wami efektami testów.

     Jak wiecie od dłuższego czasu współpracuję z KKcenterHK. Jakiś czas temu zaproponowali mi przetestowanie kolejnej ciekawej nowości z ich oferty. Mój wybór padł na papierowe rzęsy, ponieważ widziałam je u kilku youtubowiczek i nie ukrywam, że bardzo mnie zaintrygowały. 




     Model który spodobał mi się  najbardziej przedstawia róże, pochodzi z edycji walentynkowej i ma numer ES-PAPER-6




     Dlaczego akurat te rzęsy? Jak wspomniałam, głównym powodem była ciekawość, chęć sprawdzenia na samej sobie jak sprawuje się tak niecodzienna ozdoba, bo to oczywiste, że produkt tego rodzaju nie nadaje się do noszenia ot tak.


Dostępność: 
Sklep KKcenterHK

Cena:
USD$21.50

Pojemność:
Rzęsy sprzedawane są po jednej parzę w opakowaniu - tak jak widzicie na załączonych zdjęciach.

Trwałość:
Tutaj sytuacja może przedstawiać się bardzo różnie z osoby na osobę. Wszystko zależy od tego jak obchodzicie się z rzęsami, jaki jest Wasz stopień zaawansowania w stosowaniu tego typu rzeczy. Obstawiam, że przy "średniej ręce" ich żywotność wyniesie przeciętnie 3 użycia, jednak powtarzam - to produkt tak specyficzny, że może zachowywać się rozmaicie. 




Opakowanie:
Większość artystycznych rzęs oferowanych w sklepie pakowana jest w podobne pudełeczka - plastikowe, względnie trwałe, z przejrzystym wieczkiem i dość bezpiecznym zapięciem. Niestety opakowanie nie zawiera kleju do rzęs, zatem o ten musicie postarać się we własnym zakresie.

Aplikacja i komfort noszenia:
Nie będę czarować - te rzęsy wymagają wprawnej ręki. Są trudniejsze w aplikacji od zwykłych rzęs, choć patrząc przekrojowo przez inne artystyczne modele, których miałam okazję używać, są dość przyjazne.

Jest to jedna z par, w przypadku których bardziej niż kiedykolwiek warto, a nawet trzeba zacząć od przymiarki. Cała reszta wygląda mniej-więcej tak samo jak w przypadku każdych innych rzęs, przy czym należy pamiętać, że pracujemy z papierem zatem wskazana jest ostrożność w aplikacji i umiar w nakładaniu kleju ;)





     Przytwierdzone do powieki są nieco wyczuwalne, jednak nie odczuwałam żadnego dyskomfortu w trakcie ich noszenia. Trzymają się pewnie, choć oczywiście wszystko zależy od kleju jakiego użyjecie. Ich kształt jest nietypowy, przez co oczy mogą wyglądać dość specyficznie. Nie każdemu będzie to odpowiadać, jednak raz jeszcze - są to rzęsy, których nie będziecie używać w typowych sytuacjach dnia codziennego. Myślę, że warto jest dać im szansę czy to przy okazji sesji zdjęciowych, czy też jakiejś imprezy tematycznej. Są nietuzinkowe, oryginalne i mogą stanowić ciekawe uzupełnienie prostego makijażu. 




     Otwarta pozostaje kwestia relacji ceny do możliwej ilości użyć. Wiadomo, nie jest to najtańsza rzecz, a jej przeznaczenie jest dość mocno sprecyzowane. Z tego względu poleciłabym ten produkt raczej osobom zawodowo związanym z wizażem, ewentualnie tym z Was, którzy lubią wykorzystywać w swoich malunkach nietypowe akcesoria.
     W temacie ilości użyć i/lub efektu końcowego na oczach ciekawą alternatywą może się okazać rozcięcie rzęs na mniejsze elementy, a następnie rozmieszczenie ich w bardziej autorski sposób. Z pewnością ta metoda okaże się również łatwiejsza dla użytkowników, którzy nie mają dużego doświadczenia w stosowaniu bardziej wymyślnych modeli rzęs.

     Co sądzicie o papierowych wykrajankach w charakterze sztucznych rzęs? Zastosowalibyście na sobie taką ozdobę, a może jest kompletnie nie w Waszym stylu?

Pozdrawiam ciepło,
Katalina