środa, 28 sierpnia 2013

Miodzio: TBS HoneymaniaTM



Witam ponownie!

     Jakiś czas temu na facebookowej stronie TBS pojawiła się informacja o możliwości przetestowania nowego kosmetyku – masła do ciała HoneymaniaTM, w którym jak sama nazwa wskazuje, pierwsze skrzypce ma grać miód.
     Tak się składa, że jestem fanką wszystkiego co miodowe, więc jak mawia klasyk, oczywistą oczywistością było to, że się zgłoszę. A że mi się poszczęściło, weszłam w poczet 150 testerek rzeczonego masła. 




     Na wstępie muszę podkreślić, że opinia którą Wam zaprezentuję powstała w oparciu o dwutygodniowe testy mazidła, zatem bliżej jej do wstępnego wrażenia aniżeli pełnej recenzji z długofalowego użytkowania. Przyznam jednak otwarcie, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona efektem używania tego masełka.

Dostępność:
Sklepy TBS

Pojemność:
Dysponuje opakowaniem o pojemności 50ml / 1,69OZ

Trwałość:
12 miesięcy

Opakowanie:
Proste, zakręcane plastikowe pudełeczko w przyciągającym wzrok żółto-pomarańczowym kolorze. Wygodne, ozdobione ciekawą, miodową grafiką.




Konsystencja:
Gęsta, zbita. Jak dla mnie idealnie maślana. Jest to po prostu masło, nie zaś balsam który je tylko udaje.

Zapach:
Jego byłam bardzo ciekawa! Pierwsze co zrobiłam po otrzymaniu masła, to odkręciłam opakowanie i solidnie się zaciągnęłam. Zapach jest wspaniały, choć na dobrą sprawę z miodem nie ma nic wspólnego. Pachnie jak słodko-kwiatowe perfumy. Zapach jest bardzo intensywny i utrzymuje się na ciele długo po aplikacji. Zaryzykuję stwierdzenie, że spokojnie byłby w stanie zastąpić perfumy niejednej kobiecie. I będzie ów zapach odbierany w zależności od upodobań jako zaleta lub jako wada. Ja odbieram go zdecydowanie pozytywnie, choć jak wspomniałam, nie jest to typowo miodowy aromat.




Aplikacja i działanie:
Produkt nanosi się przyjemnie, bo mimo zbitej konsystencji łatwo rozprowadza się na ciele, nie zostawia tłustej warstwy, czy lepkiej powłoki. Szybko się wchłania i autentycznie koi skórę! Nie wiem, czy pamiętacie, jak wspominałam Wam że po opalaniu zrobiła się sucha jak wiór? Niestety zaczęła mi schodzić. A jednak po dwóch – trzech użyciach masła wszystkie odstające skórki niemal zniknęły, a sama skóra zrobiła się cudownie miękka i odczuwalnie nawilżona. Byłam szczerze zdumiona, bo nie spodziewałam się tak szybkich efektów i aż żałuję, że nie mam większego opakowania. Poważnie rozważam zakup pełnowymiarowego pudełeczka, jeśli trafię na nie w sklepie.

Skład:




Pozdrawiam, 
Katalina

niedziela, 25 sierpnia 2013

Masa fajności!

Hej Misiaki!

     Właśnie sobie uświadomiłam, że za tydzień będzie już wrzesień. W moim przypadku niewiele to zmieni, bo wakacji nie mam od lat. Tydzień temu wróciłam za to z krótkiego urlopu, więc nie mam powodów do narzekania. Jak zwykle pod koniec urlopu, zastanawiałam się czym przywita mnie rzeczywistość. Okazało się, że powitanie było radosne i serdeczne. Miniony tydzień obfitował w różne niespodzianki i miłe spotkania. Przede wszystkim jednak upłynął pod znakiem nadrabiania zawodowych zaległości - ale o tym nie ma sensu tutaj pisać ;)

     W poniedziałek wybrałyśmy się ze Słomką do Kasi. Podczas naszego ostatniego lipcowego spotkania, Kasia rozdała nam zaproszenia do Obsessive Studio i nareszcie nadarzyła się sposobność, by je wykorzystać. 




     Ponieważ od pewnego czasu walczę o poprawę kondycji moich paznokci, zdecydowałam się na manicure japoński. Najpierw musiałam sprawdzić na czym taki zabieg polega, bo wcześniej nigdy o nim nie słyszałam, a okazuje się że to naprawdę świetna sprawa! Sprowadza się on do intensywnego nacierania płytki paznokcia odpowiednimi substancjami, mającymi poprawić jej kondycję (przykładowo witamina A + E, pyłek pszczeli, krzmionka, keratyna). W pierwszej kolejności w ruch idzie pasta, następnie puder. Po zabiegu paznokcie są wzmocnione i odżywione, zyskują piękny różowy połysk. Oto jak wyglądały moje:




Nie powiem Wam co zrobiła Słomka - niech sama się pochwali :D

***

     Następnego dnia wybrałam się do swojego okulisty na zaległe badanie wzroku. Nie jest źle - w ciągu całego roku, wada pogłębiła mi się w jednym oku o zawrotną liczbę 0,25! Ciekawostka przyrodnicza: wzrok pogarsza mi się konsekwentnie tylko w jednym oku. W drugim od dawna pozostaje bez zmian.

***

     Dostałam również przesyłkę-niespodziankę. Nie wiem, czy śledzicie zapiski na blogu Aferkowo Małe? Jeśli nie, to polecam, bo to niezłe źródło informacji :D. W każdym razie nie tak dawno pojawiła się informacja o Aferze Miodowej wynikłej w efekcie jak sądzę czyjegoś niedoświadczenia. Nieprzyjemna sprawa i mam nadzieję, ze istotnie nie doszło do wycieku żadnych danych osobowych... W każdym razie byłam jedną z osób, które zgłosiły się do testów i jak się okazało, przeszłam selekcję (a może TBS po wycieku zdecydował się wysłać masła do wszystkich? Nie wiem). 




     Tak czy inaczej, masło dostałam, teraz się nacieram, a o efektach dam znać, jak zużyję zawartość pudełka.

***

     Jest jeszcze kochana ❤ Kinga ❤ która przysłała mi obłędną paczkę prosto z Blackpool :) Byłyśmy umówione na róż ze Sleeka, dwa Color Tattoos i korektor, a zobaczcie co znalazłam w paczce:



     Cuda! Istne cuda! Zmacałam już prawie wszystko i po prostu skaczę ze szczęścia :D Dziękuję! ❤

***

     W minionym tygodniu działo się jeszcze kilka innych, blogowych i nie blogowych fajności, więc reasumując, tych siedem dni okazało się dla mnie aż nader łaskawych! Nie wiem, czym zasłużyłam na tyle pozytywnej energii, ale serdecznie dziękuję! ^___^

     U progu nowego tygodnia życzę Wam, kochani, permanentnego uśmiechu losu, samych radości i słońca, słońca, słońca...

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*

Instrukcja obsługi Kasi, czyli: 50 faktów o mnie!

Hej Misiaki!

     Nie ma sensu uciekać w przydługie wstępy. Fakty są takie, że kolejny tag wziął szturmem całą społeczność internetową. A że jest fajny i z jajem, zdecydowałam się dołożyć swoje trzy grosze. To bodaj najbardziej ekshibicjonistyczny wpis, jaki kiedykolwiek popełniłam.

Oto jest 50 faktów na mój temat:


1. Wiele razy wspominałam o tym, jak ważna jest dla mnie muzyka i jak intensywnie na mnie oddziałuje. Jednak co ciekawe, moja muzyczna historia jest dość wyboista… Wychowałam się na starym, dobrym klasycznym rocku. Zdecydowana większość wykonawców, których pamiętam z dzieciństwa grała mniej lub bardziej rockowo – zasługa gustów muzycznych mojego taty.
     A jednak nawet mnie nie ominęło boysbandowe szaleństwo… Wyobraźcie sobie, że przez długie lata byłam wierną i zagorzałą fanką Backstreet Boys :D W swoim czasie miałam wszystkie ich albumy i słuchałam ich do znudzenia. Jeszcze wcześniej, pałałam przeogromnym uwielbieniem do muzyki Mariah Carey i to akurat zostało mi do tej pory – bardzo lubię jej wczesną twórczość.
     Na „właściwy” tor wskoczyłam późno, bo dopiero na studiach i wielką zasługę miał w tym mój przyjaciel Michał. Teraz słucham różnych rzeczy, nie ograniczając się do żadnego konkretnego gatunku, ALE rock i metal zajmują na mojej prywatnej liście honorowe miejsce ;)…

2.  Pozostając w klimacie muzycznym, mam świra na punkcie dźwięku gitary elektrycznej! Kiedy słyszę gitarę mam jak Agnieszka Chylińska,gdy słuchała Kamila Bednarka w „Mam Talent” . Gdy słyszę gitarę, zaczyna się magia. Odpływam. Rozpływam się.

3. Kolejny fakt, poniekąd związany z poprzednimi: uwielbiam skórę. Skórzane ubrania i akcesoria: paski, buty, torebki i co tam jeszcze. I tak, ze skóry naturalnej. Tak, ze zwierząt. Nie, nie czuję się z tego powodu winna.

4. Czytadła towarzyszyły mi od zawsze. Czytam dużo i często. To się raczej nigdy nie zmieni. A na osoby, które chełpią się tym, że nie czytają, patrzę nie tyle nawet z politowaniem, co z kompletnym brakiem zrozumienia, bo autentycznie nie rozumiem, jak można czuć dumę z tego że się nie czyta. Dla mnie to aż nader klarowny dowód czyjejś ignorancji. Tyle w temacie.

5. Bywam bardzo radykalna w swoich poglądach. Czasem wygłaszam je na głos, czasem zachowuję dla siebie, nie mniej jednak są takie kwestie, w przypadku których zapalam się jak pochodnia i płonę, póki nie spalę wszystkiego wokół. 
  
6. Logiczną konsekwencją poprzedniej informacji jest to, że miewam napady złości. A nawet furii. Generalnie staram się być osobą spokojną i wyważoną i nawet mi się to udaje bez większych starań, jednak kiedy skumuluje się we mnie jakiś ładunek emocjonalny – eksploduję, a wtedy nie ma zmiłuj. Innymi słowy, jestem podręcznikowym przypadkiem zmiennej kobiecej natury: od spokoju graniczącego z nudą, po siejącą spustoszenie złość. Lubię tłumaczyć to rodowodem mojego imienia, otóż:

Katarzyna to imię kontrastów. Przeciwieństwa znajdziemy już w samym jego znaczeniu . To greckie imię wywodzi się od słowa katharos – „prawy”, „uczciwy, „czysty”, „bez skazy”. Niektórzy twierdzą, że powstało ze słowa kathaireo co oznacza „niszczę”, „zabijam”. W imieniu siły tworzące ścierają się niszczącymi. Katarzyny cechuje indywidualizm, silna osobowość. Mają własne zdanie, którego usilnie bronią. Nie lubią podporządkowywać się innym. Cenią sobie prawdę i szczerość, nie cierpią dwulicowości i nieuczciwości. Dziewczyny o tym imieniu łatwo wyprowadzić z równowagi, szybko się denerwują i działają impulsywnie. Kasie łatwo przyswajają wiedzę, lubią czytać książki, kochają dzieci i przyrodę. Idealnym dla nich kolorem jest kolor miłości czyli czerwień.

I co tu dużo mówić, z opisem tym zgadzam się w zasadzie co do joty.
Szekspirowska złośnica i ja mamy ze sobą wiele wspólnego.

7. Nawiążę do wymienionej w powyższym opisie informacji: nie lubię się podporządkowywać. Ooooch, jakże mnie wkurza, kiedy jakaś „siła wyższa” próbuje narzucić mi swoją wolę i wymusić na mnie konkretne zachowanie! Powoduje to we mnie automatyczny opór. Często, kiedy ktoś coś mi nakazuje – robię dokładnie odwrotnie. Ot, kobieca logika.

8. Co ciekawe, powyższa zasada ma się totalnie nijak to sfery uczuciowej, ponieważ u mężczyzn fascynuje mnie siła, wola, moc wynikająca z pewności siebie, inteligencji i charakteru. Jestem bardzo silną osobowością i podświadomie szukam mężczyzny, którego charakter jest jeszcze silniejszy niż mój własny. I kiedy trafiam na kogoś takiego nie mam problemów z oddaniem mu steru.


9. Mam specyficzne poczucie humoru. Bardzo często włącza mi się „tryb brojka”, a wtedy aż mnie nosi żeby coś zmajstrować, spsocić, zepsuć, zrobić komuś dowcip. Bywam też sarkastyczna i złośliwa. Nie zawsze i nie w każdej sytuacji, ale z reguły im mniej się staram, im swobodniej się czuję w czyimś towarzystwie, z tym większą siłą objawia się u mnie ta cecha. Dodam również, że bardzo ją cenię u innych. Uwielbiam ludzi, którzy potrafią jednym celnym tekstem wysadzić kogoś z siodła. Podziwiam ich, bo sama nie mam tej lekkości i „szybkostrzelności”. Takich ludzi szukam i w takim towarzystwie czuję się fantastycznie – nawet jeśli jakiś tekst pacnie mnie rykoszetem, co wbrew pozorom zdarza się częściej niż rzadziej ;).

10. Z drugiej strony, bywam bardzo zachowawcza. Są sytuacje, gdy nie wiem jak się zachować, albo też przez szacunek dla drugiej osoby wchodzę w rolę grzecznej, spokojnej, cichej Kasi. I nie jest to maska, po prostu są takie sytuacje, kiedy zależy mi na tym by zostać pozytywnie odebraną. Albo też chcę zachować się w sposób przyzwoity i profesjonalny – choćby w pracy. Albo zwyczajnie ktoś mnie krępuje, lub rozprasza. Uderzam wówczas w dość formalny ton, który jedna z moich koleżanek określiła mianem „ściany lodu” ;). Po prostu ukrywam swoje rozproszenie, skrępowanie, czy jakkolwiek tego inaczej nie nazwać, za barierą rzeczowości.

11. Jednym z efektów ubocznych mojego specyficznego poczucia humoru jest to, że niestety (a może stety?) prawie wszystko mi się kojarzy. I w związku z tym momentami trudno mi zachować w pewnych sytuacjach powagę…

12. Przeklinam. Czasami częściej, czasami prawie wcale, ale przeklinam od lat, niekiedy bardzo siarczyście. I jak sądzę to się nie zmieni ;). Jednocześnie nie cierpię tzw. „przecinków”, czyli rzucania mięsem gdzie popadnie dla samego rzucania. Takie zachowanie odbieram już jako zwyczajny brak kultury.

13. Gadam jak potłuczona. Po mojemu. I tego mojego gadania często reszta świata kompletnie nie rozumie. Mam w zwyczaju używać własnych określeń na coś, sięgać po daleko idące skróty myślowe, albo jak to się mówi, owijać w bawełnę zanim przejdę do sedna sprawy. Taka moja natura.

14. Lubię alkohol. A piwo najbardziej. A piwo miodowe, to już w ogóle! Oj, lubię, lubię!

15. Co jeszcze lubię? Ano lubię tańczyć. Po ostatnich tańcach nabawiłam się kontuzji kolana ;). Kiedy słyszę jakiś fajny kawałek, to aż mnie nosi i odruchowo zaczynam się bujać.

16. Lubię flirtować! ;) Jestem w tym bardzo dobra, pod warunkiem, że mi nie zależy. Kiedy mi zależy – język staje mi kołkiem w gardle i za diabła nie jestem w stanie wydusić z siebie czegokolwiek sensownego.

17. Bywam kompletnie roztrzepana i rozkojarzona. W takich chwilach nie ogarniania czuję się jak ostatnia sierota, ale cóż, zdarza się…

18. Mam predyspozycje do pracoholizmu.

19. Moje ulubione kwiaty to orchidee, lilie, storczyki… Ubóstwiam ich upajający zapach i bajeczne kształty kielichów. Są niesamowicie zmysłowe, jeśli można w ogóle użyć takiego określenia w odniesieniu do kwiatów. Przeogromnym sentymentem darzę również frezje.

20. Moje ulubione kolory to czerwień wina, fiolet i czerń.

21. Pozostając przy kolorach, mam tendencję do „przejmowania” kolorystyki od moich aktualnych obiektów westchnień. Nie wiem czemu tak się dzieje, to jedna z tych podświadomych reakcji mojego „jestestwa”.

22. Wcześniej pisałam, że lubię skórę. Chyba nikogo nie zaskoczę pisząc, że równie mocno wielbię ćwieki, sprzączki, i inne ozdoby o rockowych konotacjach.

23. Zawsze uważałam się za humanistkę, choć nie miałam jakiejś szczególnej awersji do przedmiotów ścisłych. W liceum byłam w klasie humanistycznej. Studiowałam na humanistycznej uczelni dziennikarstwo i public relations. A zgadnijcie co robię teraz? Jestem specjalistą do spraw wdrożeń w firmie produkującej systemy informatyczno-finansowe. Iście logiczna konsekwencja, nieprawdaż? :D Na marginesie dodam, że uwielbiam swoją pracę!

24. Bardzo lubię nosić szpilki! Większość moich butów ma średnio 10cm obcasy.

25. Nie lubię natomiast wiązać włosów, choć podobno lepiej wyglądam, gdy są jakoś upięte. Zdecydowanie bardziej wolę siebie w wydaniu rozpuszczonym i mniej lub bardziej rozczochranym – w stylu „out of bed”.

26. Zdarza mi się wtrącać do wypowiedzi słowa, lub całe sformułowania w innych językach, przykładowo po angielsku, francusku lub hiszpańsku. Po części wiąże się to z faktem, że przez kilka lat pracowałam w firmie, o międzynarodowym zasięgu, przez co musiałam na co dzień posługiwać się językiem angielskim, a na porządku dziennym były rozmaite, najczęściej humorystyczne, wtrącenia w obcej mowie.

27. Nie lubię się kłócić, zdecydowanie wolę żyć z ludźmi w zgodzie. Ale jednocześnie doskonale wiem co powiedzieć, by zranić kogoś celnie i głęboko.

28. Lepiej dogaduję się z chłopakami niż z dziewczynami. Większość moich znajomych stanowią mężczyźni.

29. Mam wielką słabość do długowłosych mężczyzn. Zawsze przyciągali moją uwagę. Jest w tym jakaś dzikość, pierwotna siła, wolność…

30. Niskie i głębokie męskie głosy podnoszą mi włoski na karku i wywołują przyjemne dreszcze na całym ciele. Czy muszę mówić więcej?

31. Doceniam ludzi, którzy umiejętnie dobranymi perfumami podkreślają swoją osobowość. Natomiast nie znoszę kiedy ktoś traktuje je jak wodę i oblewa się nimi skazując otoczenie na duszącą, zabójczą niemal chmurę zapachu.

32. Z natury jestem sową, co znaczy że uwielbiam przesiadywać po nocach i robić różne rzeczy, po czym (o ile mogę) odsypiać to dłuuugo, długo. Bardzo nie lubię wczesnych pobudek! Tak się jednak składa, że każdego dnia w tygodniu wstaję o 6:00 rano. Życie.

33. Kawa! Napój, bez którego nie wyobrażam sobie funkcjonowania! Nie dlatego, że stawia mnie rano na nogi, nie. Tyle jej wypiłam, że często żartuję, iż zapewne płynie ona w moich żyłach zamiast krwi. Po prostu bardzo lubię jej smak.

34. A skoro pojawił się wątek krwi, wspomnieć muszę o tym, że… jej widok sprawia, że robi mi się słabo i muszę się bardzo starać, by w krwawych sytuacjach nie zemdleć. W świetle różnych moich fascynacji oznacza to zapewne, że marny byłby ze mnie wampir ;)

35. Nigdy niczego nie złamałam. Nigdy nie chorowałam też na żadną chorobę zakaźną. Miałam natomiast wątpliwą przyjemność być obiektem operacji chirurgicznej przeprowadzonej bez znieczulenia. Potworny ból. Nie polecam.

36. Jestem typem „przytulanki”, ale ta strona mojej natury zarezerwowana jest dla osób, które dobrze znam, którym ufam i przy których czuję się w pełni swobodnie.

37. Zrobiłam sobie kiedyś test osobowości i wyszło mi, że mam naturę wilka.



38. Jestem kociarą bez kota. Kocham zwierzęta jako takie, ale koty zajmują w moim sercu wyjątkowe miejsce i tak było zawsze. Jak dziś pamiętam siebie z okresu przedszkolnego, goniącą po podwórku za kotami, latającą po piwnicach „bo kotka się okociła” i spędzającą długie godziny na mizianiu puchatych, mruczących indywidualności. Jeden z moich kolegów powiedział mi kiedyś, że jego zdaniem kobiety są jak koty, a koty jak kobiety i szczerze mówiąc nawet się z tą teorią zgadzam. Własnego kota nie mam, bo póki co mieć nie mogę, ale jak tylko będę mogła mieć – mieć będę :D

39. Uwielbiam morze, kocham pływać! W morzu czuję się jak, nomen omen, ryba w wodzie ;)

40. Unikam niepotrzebnego roztrząsania tematów i zastanawiania się nad czymś ponad normę. Prowadzi to tylko do wynajdywania powodów, by czegoś nie robić, dlatego właśnie wolę nie mieć zbyt dużo czasu do zastanowienia i po prostu DZIAŁAĆ!

41. NIENAWIDZĘ ZIMY!!! Śniegu, chłodu, breji pośniegowej, szarugi, breakdance’a na chodnikach, tego że tak wcześnie robi się ciemno… Mogłabym długo wymieniać.

42. Jako solenizantka z pierwszego stycznia, mam fajerwerki z okazji każdych urodzin. Ha! Niech ktoś mnie przebije! :P

43. Nie szafuję słowem „przyjaciel”. Ma ono dla mnie ogromną wagę i znaczenie. Jedynie garstkę ludzi uważam za swoich prawdziwych przyjaciół.

44. Bywam uparta jak osioł. Jeśli czegoś bardzo chcę, nie spocznę dopóki nie dopnę swego. Kluczem jest właściwa motywacja.

45. Staram się otaczać ekstrawertykami. Ludźmi głośnymi, wylewnymi, emanującymi na całe otoczenie pozytywną energią, bo pomagają mi oni odkryć w sobie te same cechy. Dzięki nim sama staję się odrobinę bardziej otwarta.

46. Moje ulubione kino to thrillery, horrory, filmy akcji i komedie sensacyjne. Nie znoszę wszelkiej maści dramatów i melodramatów, bez względu na to jak by nie były górnolotne, wiekopomne, wzniosłe… bla, bla, bla. NUDAAAAAAAA!

47. Moim życiem niestety rządzą emocje.

48. Od zawsze fascynowały mnie ruiny. Domy, dwory, zamczyska w różnym stadium rozpadu. Kiedyś nawet chciałam zostać archeologiem, by móc jeździć po świecie, odkrywać i zwiedzać takie miejsca.

49. Jestem uzdolniona plastycznie i mam artystyczną duszę. Aby żyć pełnią życia, muszę coś tworzyć inaczej czuję się niekompletna.

50. Cierpliwość nie jest moją cnotą. Jak śpiewał Freddie Merkury: „I want it all and I want it now!”


Koniec obnażania się ;)
Pozdrawiam, Kat

sobota, 17 sierpnia 2013

Wszystko co dobre szybko się kończy

Hej Misiaki!

     Tak jak widzicie w tytule - wszystko co dobre, szybko się kończy... Mój urlop również ;) Ten rok jak dotąd nie rozpieszczał mnie pod względem dni wolnych, bo musiałam dwukrotnie przekładać jeden z zaplanowanych przeze mnie urlopów. Kiedy wreszcie udało mi się dodrapać do kolejnego, okazało się że będzie nie tylko krótszy niż przewidywałam, ale także plany, które w związku z nim miałam posypią się jak domek z kart, ale mówi się trudno. Najważniejsze, ze wypoczęłam, złapałam trochę słońca, nadrobiłam część zaległości. Pomyślałam, że w związku z tym zrobię też małe podsumowanie na blogu, ot kilka informacji z życia wziętych w formie nieco rozszerzonego "tygodnia w zdjęciach".

     Z góry uprzedzam, że będzie to wpis dla długodystansowców ;)

Fruttini Cherry Vanilla




     Na pierwszy ogień: masło do ciała, któremu bliżej do balsamu niż masła: Fruttini Cherry Vanilla. Być może pamiętacie, jak dość dawno temu pisałam Wam z entuzjazmem, że upolowałam w Hebe dwa masła z Fruttini: Cherry Vanilla i Cranberry Choc. Moja radość była ogromna, bo z dawnych lat, gdy jeszcze chodziłam do liceum, pamiętam masło Fruttini na bazie miodu, które uwielbiałam i kupowałam w hurtowych ilościach. 
     Nie wiem co się stało, ale Cherry Vanilla rozczarowało mnie. Owszem, zapach ładny, nawet bardzo ładny! W dodatku utrzymuje się dość długo na ciele. Niestety właściwości pielęgnacyjnych... jak na lekarstwo. Zazwyczaj nie mam wymagającej skóry, jednak ostatnio korzystałam z każdej możliwości podłapania słońca, przez co moja skóra bardzo się wysuszyła i wymagała intensywniejszego niż zazwyczaj nawilżenia. Masło Fruttini nie poradziło sobie z tym z najmniejszym stopniu.


Drobinki, czyli moja próba ozłocenia się

     W pewnym momencie zaczęłam kombinować z tym masłem, by jakoś je "podrasować" i tym samym wywołać u mnie większy entuzjazm w związku z nim. Wzięłam zatem złoty pigment, którego nie używałam, pokruszyłam tez dwa złote cienie i wsypałam je do masła. Owszem, efekt wizualny na skórze był świetny - złote iskierki pięknie mieniące się w słońcu cieszyły oko, jednak nie rozwiązało to podstawowego problemu - moja skóra potrzebowała nawilżenia. W związku z tym, zdecydowałam się wykorzystać resztkę pozostałego balsamu do kolejnego peelingu DIY.


Peeling DIY



     Poza resztką balsamu, jako bazą mojego peelingu, dołożyłam do niego mnóstwo kawy (w przybliżeniu ilość równa filiżankom z 2-3 dni ), odrobinę cynamonu, cukier. Zastanawiam się tez czy by nie dodać maku dla poprawienia ścieralności.


Jeśli powiększycie zdjęcie, zobaczycie złote drobinki z balsamu. Ot taka wartość dodana ;)


Całość w pudełeczku po maśle Cien :)

     Na zapach składa się mieszanka kawy i cynamonu, bardzo miła dla mojego nosa. Póki co jest to chyba najbardziej udana spośród przygotowanych przeze mnie mikstur peelingujących.


Perfumy

     Pozostając w świecie zapachów, muszę wspomnieć o próbkach z perfumerii Quality, które ostatnimi czasy namiętnie testowałam. 




     Na zdjęciu widać sześć z dziewięciu fiolek, które otrzymałam. Tych sześć zużyłam, zaś pozostałe trzy - moje ulubione - trzymam na specjalne okazje :). Co mogę powiedzieć? Z trio Veni, Vidi, Vici Histoires de Parfums, Veni spodobał mi się najbardziej i nosiłam go z prawdziwą przyjemnością. Pozostałe dwa, choć intrygujące na swój sposób, jakoś się ze mną "gryzły". Nie czułam się w stu procentach sobą nosząc te kompozycje. Dla ciekawskich, oto nuty wszystkich kompozycji:

Veni: nutami głowy są kardamon, cynamon, galbanum i lawenda; nutami serca są nagietek, szafran i drzewo gwajakowe; nutami bazy są paczula, mech dębowy, szara ambra, karmel, wanilia, piżmo i benzoes.
Vidi: nutami głowy są ogórek i kardamon; nutami serca są róża, cyklamen i szafran; nutami bazy są kocanka, piżmo, szara ambra, wanilia i nuty drzewne.
Vici:  nutami głowy są dzięgiel, kardamon, czerwone jagody, bazylia, liść fiołka, galbanum i aldehydy; nutami serca są irys, osmantus, kadzidło i nasiona selera; nutami bazy są paczula, piżmo, cedr i malina. 

     Z innych kompozycji, Oud Cashmere Mood Maison Francis Kurkdjian, był ciekawy, choć nie w moim typie (benzoes, wanilia, labdanum, oud), za to Oud Velvet Mood Maison Francis Kurkdjian kompletnie nie przypadł mi do gustu (szafran, cejloński cynamon, oud, balsam copahu). Podobnie jak Flash Back marki Olfactive Studio (rabarbar, pomarańcza, grejpfrut, zielone jabłko, różowy pieprz, ambra, piżmo, wetyweria, cedr). 

     Ogólny bilans zapachowy i tak wypada dobrze, bo ostatni z agarowej trójcy Kurkdjiana, Oud Silk Mood, bardzo mi się podoba - głównie z powodu pięknie układającej się na moim ciele róży. Perfumy zawierają takie składniki, jak róża bułgarska, oud, rumianek i papirus. Pozostają jeszcze Loukhoum i Mistral Patchouli, oba opisane wcześniej na blogu. Loukhoum spodobał mi się do tego stopnia, że zastanawiam się, czy bo sobie nie sprawić całego flakonu, ale decyzja nie jest łatwa, bo perfumy te do najtańszych się nie zaliczają...


Maskowanie

     Ponieważ w tym roku wyjątkowo nabrałam ochoty na łapanie słońca, co od dawna mi się nie zdarzało, przy okazji trochę się opaliłam. Tym samym moje podkłady stały się zbyt jasne. Stwierdziłam, że nie będę kupować niczego nowego, a zamiast tego sama zmajstruję odpowiednią dla siebie mieszankę.




     Zostało mi trochę podkładu z Bourjois w najjaśniejszym odcieniu, mam też dwa bronzery. Postanowiłam zatem sproszkować nieco ziemi egipskiej i wymieszać ją z podkładem. W ten sposób przyciemniłam jego kolor i dopasowałam idealnie do mojego obecnego kolorytu. Bronzer z MAC, który wcześniej był dla mnie odrobinę zbyt ciemny, teraz okazał się dokładnie tym, czego mi trzeba :). Do tego odrobina rozświetlacza  Sun Beam Benefitu i jestem gotowa na podbój świata ;)


     I w taki sposób dobrnęłam do końca wpisu - jeśli jeszcze to czytacie, gratuluję wytrwałości! Pozdrawiam serdecznie,

Katalina



Estee Lauder Pure Color Long Lasting Lipstick: Abstract Violet

Hej Misiaki!

     O produktach do ust piszę sporadycznie, bo nie zawsze jest o czym pisać. Inna sprawa, że przeważnie pomadki i błyszczyki, których używam mają jasne, neutralne odcienie, które nie wyglądają jakoś przesadnie spektakularnie. Tym razem jednak chcę się z Wami podzielić kilkoma słowami na temat szminki (tak, wiem że wiele z Was nie cierpi tego słowa :P ) od Estee Lauder, z serii Pure Color.




     Jest to jeden z niewielu prawdziwie luksusowych kosmetyków kolorowych jakie posiadam, a zdobyłam go dzięki wygranej u Taniki. Początkowo, kiedy otworzyłam opakowanie i ujrzałam kolor, przeraziłam się, ponieważ dla mnie - przyzwyczajonej do spokojnych i bynajmniej nie krzykliwych odcieni - kolor 64 Abstract Violet był jak podróż rakietą na drugi koniec galaktyki. Ale jak się okazało, nawet ja nie jestem niereformowalna :D




Dostępność: 
Perfumerie pokroju Sephory, Douglasa, czy Marionnaud. Internet.

Cena: 
Różnie, od 90+ do 120zł.

Gramatura: 
13oz/3,8g

Trwałość:
Brak danych




Opakowanie:
Przepiękne! Złote, metaliczne, z tworzywowym zakończeniem prezentującym kolor pomadki. Mamy też pięknie wygrawerowane logo umieszczone na złączeniu obu elementów.

Wykończenie:
Satynowe z lekkim shimmerem.  Pomadka jest kremowa, ale zawiera masę drobniuteńkich iskierek, które lekko opalizują gdy pada na nie światło. Możecie to w pewnym stopniu zaobserwować na powyższym zdjęciu.




Zapach:
Jeden z niewątpliwych atutów  pomadki! Ile to razy kupowałam jakiś produkt, po czym po kilku użyciach okazywało się, że jego zapach zniechęca mnie do dalszego stosowania. Tutaj nie ma tego problemu, bo szminka ma piękny zapach, który momentami kojarzy mi się z konfiturą różaną. Taki swojski, nieco staroświecki, ale bardzo przyjemny aromat, wyczuwalny w pewnym stopniu nawet po nałożeniu.





Moje wrażenia:
Pomadka Pure Color reklamowana jest jako długotrwała i tutaj zgodzę się tylko częściowo. Typowe produkty do ust typu long lasting zazwyczaj mają dość suchą konsystencję, przez co nie ścierają się tak łatwo z ust. Pure Color jest bardzo kremowa i nie zmienia się to po nałożeniu jej na usta - wciąż jest bardzo kremowa, co ma swoje wady i zalety. 

Na plus niewątpliwie należy odnotować niezwykły komfort  noszenia, bo daje ustom uczucie nawilżenia i sprawia że stają się  miękkie i całuśne. Nosi się istotnie dość długo, bo kilka godzin (zakładając, że nie będziemy w tym czasie jeść). Ściera się równomiernie i nie tworzy żadnych nieestetycznych prześwitów, nie osadza się również w kącikach ust czy załamaniach warg. Nie migruje poza kontur ust nawet jeśli nie użyjemy konturówki.

Minusem jest jednak to, że wystarczy nieopacznie przesunąć czymś po ustach w chwili zapomnienia, a kolor rozmaże się w mgnieniu oka - to efekt uboczny wspomnianej kremowości. Po prostu pomadka nie zastyga na ustach. Jednych to ucieszy, innych rozczaruje. Mi to nie przeszkadza. Kolejnym minusem z pewnością będzie też cena, ale nie ma co zaglądać sobie wzajemnie w portfele - każda z nas wie najlepiej ile i na co jest skłonna wydać ;)




     Trochę potrwało nim przekonałam się do odcienia Abstract Violet, ale teraz kiedy już go oswoiłam, mogę śmiało stwierdzić, że nie będzie się u mnie kurzył. Sprawdza się idealnie jako dopełnienie prostego makijażu oczu, a w towarzystwie grubej czarnej kreski nabiera klimatu retro. Ciekawą alternatywą jest roztarcie odrobiny koloru na ustach na podobieństwo "lip tintu" - w ten sposób kolor staje się subtelniejszy a całość bardziej dziewczęca. Sposobów jest wiele :)


Pozdrawiam,
Kat

środa, 14 sierpnia 2013

Cien Bodycare: Masło do ciała do skóry suchej i normalnej

Hej Misiaki!

     Jeśli chodzi o smarowidła do ciała, jestem trudną zawodniczką. Moja skóra w tym temacie nie jest wymagająca, za to mój zmysł węchu i syndrom lenia - jak najbardziej. 

     W dużym uogólnieniu wygląda to tak, że mój balsam/masło/olejek ... niepotrzebne skreślić ... musi:
☘ ładnie pachnieć, abym miała motywację do jego regularnego stosowania
☘ mieć funkcjonalne opakowanie, aby ograniczyć dodatkowe tańce nad pojemnikiem czy butelką
☘ mieć sensowny skład - nie jestem naiwna i wiem, że większość kosmetyków zawiera chemiczne wspomagacze nie zawsze dla nas odpowiednie, jednak o ile wszystko mieści się w granicach zdrowego rozsądku, nie rwę włosów z głowy
☘ kosztować odpowiednio do oferowanej jakości - a nie czarujmy się, wiele firm każe sobie słono płacić za markę, nie zaś za zawartość opakowania. Często okazuje się, że produkt kosztuje koło 100zł a w składzie mamy totalny syf.

     Masło, o którym dzisiaj Wam opowiem, pozytywnie mnie zaskoczyło, dlatego zdecydowałam się o nim napisać - wiem, że są jeszcze gdzieniegdzie dostępne, a moim zdaniem warto po nie sięgnąć choćby po to by spróbować czegoś innego niż zazwyczaj.




Dostępność: 
Sklepy Lidl

Cena: 
O ile dobrze pamiętam: 14,99zł 

Pojemność: 
400ml (!)

Trwałość:
 Data na opakowaniu.




Opakowanie:
Bardzo przyciąga wzrok! Zasuwa skojarzenia z wekami - jest wykonane z twardego, dobrej jakości plastiku. Powiem szczerze, że to opakowanie było głównym powodem, dla którego kupiłam to masełko, ponieważ miałam zamiar wykorzystać je do przechowywania moich peelingów DIY. Warto wspomnieć, że zamknięcie chodzi dość opornie, jest hałaśliwe i może być kłopotliwe w normalnym użytkowaniu. Osobiście otwierałam i zamykałam pudełko przez ręcznik, aby wygłuszyć stuk i ograniczyć ewentualność np połamania na nim paznokci ;)

Konsystencja:
Maślano-żelowa. Bardzo ciekawa, bo treściwa, ale nie bardzo tłusta. Jak dla mnie optymalna.




Zapach:
Dostępne są trzy warianty: kokos, kakao i mango. Mnie się podoba, natomiast są osoby, którym zapach kojarzy się chemicznie.

Aplikacja i działanie:
Używałam masła na dwa sposoby: tradycyjnie oraz metodą na "balsam pod prysznic", czyli najpierw mycie, potem nacieranie, spłukanie ciała i voila. W obu przypadkach efekty były bardzo zadowalające! Konsystencja jak wspomniałam, jest bardzo fajna - niby maślana, ale nieco żelowa, taka jakby śmietankowa. Wchłania się bardzo szybko, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. O ile nie zbombardujemy ciała nadprogramową ilością mazidła, nie pozostawi ono na skórze lepiej warstwy. Produktu używa się bardzo przyjemnie (pomijając pewne problemy z opornym otwieraniem/zamykaniem pudełka). Skóra po nim jest nawilżona i miła w dotyku. Mnie osobiście masło Cien bardzo przypadło do gustu.




Skład:

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Glycine Soja Oil - olej sojowy, tani w pozyskiwaniu, łagodny. Stosowany w kosmetyce jako olej bazowy.

Cetearyl Alcohol  - kat. emulgatory/emolienty/regulatory lepkości. Biała, woskowata substancja nadająca skórze miękkość i gładkość, natłuszcza.

Glyceryl Stearate SE – emolient, działa jak smar na powierzchni skóry, nadaje jej gładkość i miękkość, łatwo się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Pochodzenie roślinne.

Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Caprylic/Capric Triglyceride -  mieszanina roślinnych kwasów tłuszczowych, zawierająca w sobie najlepsze własności oleju kokosowego i palmowego, które są zestryfikowane z gliceryną. Olej ten polecany jest do skóry wrażliwej, skłonnej do przesuszania. Substancja natłuszczająca, wygładzająca, zapewniająca prawidłową ochronę. Sprawia, że skóra jest miękka, elastyczna i gładka. Lipid ten posiada właściwości konserwujące.

Ethylhexyl Stearate – emolient tłusty. Może być komedogenny. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), co zapobiega odparowywaniu wody. Zmiękcza i wygładza skórę/włosy.

Coconut Oil (Cocos Nucifera Oil) - olej kokosowy, ma działanie łagodzące, chłodzące i odżywcze. Działa również odkażająco i bakteriobójczo. Często stosowany jako olej bazowy, szczególnie w kosmetykach do pielęgnacji włosów oraz tzw. masłach do ciała, także jako środek poprawiający konsystencję.

Myristyl Myristate - ciekły wosk. emolient tzw. tłusty. Jeśli jest stosowany na skórę w stanie czystym, może być komedogenny, czyli sprzyjać powstawaniu zaskórników. Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy.

Olea Europaea Fruit Oil - Olej z owoców oliwki europejskiej. Ma działanie regenerujące, wygładzające oraz nawilżające, uelastycznia skórę i poprawiają jej napięcie. Zawiera witaminy i związki mineralne (witaminy z grupy B, fosfor, żelazo, witaminy C i E).
Idealna do skóry suchej, radzi sobie dobrze z cellulitem.

Parfum - substancja zapachowa.

Panthenol - Nawilża, działa przeciwzapalnie, jest naturalnym prekursorem witaminy B5 (kwasu pantotenowego), substancji bardzo szeroko rozpowszechnionej
w przyrodzie, obecnej w każdej żywej tkance. Pantenol może występować w postaci dwóch odmian (izomerów) określanych literami D- i L-. Tylko jedna z nich (D-pantenol) wykazuje aktywność biologiczną, izomer L- jest nieczynny i nie ulega przekształceniu w witaminę B5.
Ma silne własności higroskopijne. Pantenol należy do silnie działających stymulatorów wzrostu i odnowy komórek, zarówno naskórka jak i skóry właściwej. Wykazuje silne działanie gojące przy różnych rodzajach uszkodzeń skóry i błon śluzowych, łagodzi podrażnienia i nieprzyjemne objawy wywołane czynnikami alergogennymi.

Cetiol CC (Dicaprylyl Carbonate) - jest wielofunkcyjnym emolientem poprawiający stabilność emulsji z filtrami chemicznymi i fizycznymi, ma delikatny zapach oraz skutecznie oczyszcza skórę.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów (nie mniej jednak badania wykazały, że ma szkodliwe oddziaływanie na mózg i układ nerwowy u zwierząt).

Stearic Acid - kwas stearynowy otrzymywany z naturalnych wosków, składnik konsystencjotwórczy, stabilizator emulsji. Ułatwia docieranie substancji aktywnych w głębsze warstwy naskórka.

Carbomer - Wywołuje stan zapalny swędzenie skóry po którym pojawia się pokrzywka. Po dostaniu się do oczu – stan zapalny spojówek i łzawienie.

Tetrasodium EDTA (wersenian czterosodowy) - Przyjmuje się, że EDTA stosowany w niskich dawkach jest nieszkodliwy dla organizmu. Jednak w dużym stężeniu, jest substancją drażniącą skórę i błony śluzowe. Szczególnie groźny jest w formie rozproszonej w powietrzu. Sole kwasu EDTA rozpylone w naszym otoczeniu, mogą powodować nieżyt spojówek, kaszel oraz duszności. Dlatego też, warto unikać EDTA zawartych w kosmetykach w aerozolu.
W połączeniu ze związkami azotowymi, EDTA tworzy nitrozaminy, które mają działanie rakotwórcze.
Kosmetyków z EDTA nie należy stosować zwłaszcza wtedy, gdy przyjmujemy leki zawierające cynk, żelazo, miedź, glin, ołów i bizmut. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż EDTA ma działanie wiążące metale ciężkie. Odradza się również stosowanie kosmetyków z EDTA w przypadku zażywania antybiotyków.

Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, dodatkowo jest humektantem (działa nawilżająco).

Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate - przeciwutleniacz, stabilizator formy kosmetyku.

Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie ochronne antyoksydantów, używany jako zmiękczacz, środek konserwujący, przeciwutleniacz.

Sodium Hydroxide - wodorotlenek sodu, nadaje odpowiednie pH, konserwuje.   




poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Upór popłaca!

Hej Misiaki!

     Cieni w kremie Maybelline Color Tattoo nikomu przedstawiać nie muszę - są dostępne od dawna. Zdobyły sobie rzeszę wiernych fanów na całym świecie. Przez wielu porównywane są do paint potów firmy MAC. 
     Mają jednak jeden zasadniczy minus. Właściwie dwa. Pierwszym jest dostępność, drugim zaś kolorystyka. Obie cechy przeplatają się ze sobą i w efekcie okazuje się, że w różnych częściach świata dostępne są tylko niektóre z oferowanych odcieni, w dodatku nie zawsze te najbardziej udane.

     Do tej pory miałam w swoich zbiorach trzy kolory:
❁ 15-Endless Purple
❁ 35-On and on Bronze
❁ 40-Permanent Taupe
     Fiolet dostałam w prezencie od kochanej Simply :*, pozostałe dwa kupiłam w Rossmannie.

     Zapewne nikogo nie zaskoczę pisząc, że kolorowe tatuaże zrewolucjonizowały mój makijaż oczu od pierwszego użycia. Są to mega wszechstronne produkty! Można stosować je jako bazę pod cienie, albo jako cienie same w sobie. Dzięki temu, że zastygają po nałożeniu, nie wymagają żadnego dodatkowego utrwalania i wytrzymują bez uszczerbku na powiekach cały dzień. Można także wykorzystać je do robienia kresek, jak typowe eyelinery w żelu.

     I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie wspomniana przed chwilą dostępność. Bo nie wiem jak Was, ale mnie krew zalewa, kiedy widzę świeżutką i pachnącą serię nowości wypuszczoną... tylko na rynek amerykański. Tak było w przypadku dwóch gagatków, które wpadły mi w oko: 
❁ Pięknym, słonecznie pomarańczowym: 10 - Fierce & Tangy oraz 
❁ Śliwkowo-bordowym cudzie: 30 - Pomegranate Punk



     Właśnie te dwa kolory najbardziej zadziałały mi na wyobraźnię i od pierwszej chwili zapałałam żądzą ich posiadania. Problem polegał na tym, że nie miałam skąd ich wziąć. Ale przecież kobiety słyną ze swojego uporu...
     Byłam do tego stopnia zdeterminowana by zdobyć wspomniane Color Tattoos, że przetrzepałam sieć wzdłuż i wszerz, tropiłam, śledziłam, aż wyśledziłam! I nic to, że oba produkty pochodzą z drugiej ręki. Jeden został zmacany raz, drugi dwa razy, więc ubytek jest praktycznie żaden, a że mam na podorędziu płyn do dezynfekcji kosmetyków, bakterie mi niestraszne.


     Co mogę powiedzieć o samych cieniach? Różnią się między sobą nie tylko kolorem, ale i konsystencją. 


10. Fierce & Tangy



     Fierce & Tangy jest niemal matowy. Nie aż tak bardzo jak Permanent Taupe, ale dużo bardziej niż przykładowo Endless Purple, który daje lekko opalizującą poświatę. Jest stosunkowo miękki, dobrze się rozciera, choć jak to ma miejsce w przypadku tatuażowych matów, wymaga nieco więcej zachodu niż odcienie bardziej perłowe.


30 - Pomegranate Punk



     Pomegranate Punk ma idealną konsystencję! Delikatną, maślaną, nakłada się na powiekę jak marzenie. Ma perłowe wykończenie, które przypomina mi nieco On and on Bronze, którego bardzo lubię. Jest też nieco mniej kryjący niż Fierce & Tangy.

     Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądają oba kolory roztarte na skórze, sfotografowane z lampą i przy świetle dziennym.


     Powiem Wam, że zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam kupując oba kolory w ciemno, ale teraz kiedy już je dokładnie obejrzałam, zmacałam i popróbowałam, jestem bardzo zadowolona! Nie żałuję ani odrobinki.
     Są to takie kolory, po które uwielbiam sięgać, które moim zdaniem sprawdzą się zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym. W dodatku dla dziewczyn, które tak jak ja mają zielone oczy, to idealne odcienie!

     Jeśli zastanawiacie się czy by nie kupić wspomnianych kolorów i będziecie miały ku temu okazję - nie wahajcie się, bo warto.

Pozdrawiam, 
Katalina

niedziela, 11 sierpnia 2013

Dzienny, graficzny: soczyste pomarańcze

Hej Misiaki!

     Kiedy cofam się pamięcią do początków mojego blogowania, przypominam sobie, że publikowane przeze mnie wpisy dotyczyły w 99% makijażu. Ze świecą można by wówczas szukać czegokolwiek co makijażem nie było. Tymczasem teraz tendencja wyraźnie się odwróciła. Skąd ta zmiana?

     Chyba każdy albo prawie każdy ma w swoim życiu takie momenty, kiedy odkrywa, że niegdysiejsze fascynacje odeszły w cień i zostały zastąpione czymś nowym. W moim przypadku okazało się, że dawna radość związana z tworzeniem makijaży artystycznych stopniowo ustępowała. Nie mam teraz ani okazji ani nadmiernych chęci do szalonych, rzucających się do oczu jadowitością form i kolorów makijaży. Stopniowo i konsekwentnie schodzę z ilości posiadanych przeze mnie kosmetyków kolorowych i fajnie mi z tym. 




     Jednak czasami nachodzą mnie jeszcze jakieś przebłyski powodujące, że siadam przed lustrem i maluję coś nieco bardziej wymagającego niż typowy makijaż dzienny. I dzisiaj pokażę Wam właśnie jeden z takich przebłysków. Prosta, graficzna propozycja wykonana jedną z moich ulubionych technik. Kolorystyka kompletnie nie pasuje do mojego typu urody, ale akurat tamtego dnia miałam ochotę na soczyste pomarańcze. Zainteresowanych zapraszam dalej :)


     Do wykonania dzisiejszego makijażu użyłam palety Paraguaya marki Sleek. Na poniższym zdjęciu zaznaczyłam numerkami cienie. Numerki opisałam właściwymi nazwani pod zdjęciem. W opisie makijażu będę używała już konkretnych nazw cieni.




1. Parfait
2. Blush
3. Cameo
4. Persian Orange
5. Peach Gold
6. Sandstone
7. Bellini
8. Redstone
9. Persimmon
10. Tangelo
11. Bittersweet
12. Stone

Makijaż krok po kroku:

1. Jak zwykle w moich makijażach graficznych, zaczynam od kredki. Wybrałam miękką, czarną i łatwo rozcieralną. Zaznaczyłam nią zewnętrzne V oka zaczynając przy rzęsach, mniej-więcej na wysokości zewnętrznego krańca tęczówki, linię wyciągnęłam ukośnie ku górze aż do załamania powieki, następnie wzdłuż załamania na zewnętrznej połowie długości.


2. Przy pomocy małego płaskiego pędzelka rozcieram głównie zewnętrzne granice kredki, aby nieco zmiękczyć jej rysunek.


3. Cieniowanie ruchomej powieki rozpoczynam nieco przewrotnie, to znaczy od najciemniejszego koloru w wewnętrznym kąciku, przechodząc stopniowo w jaśniejsze im bardziej zbliżam się do zewnętrznego kącika oka.
Kolejno, Persimmon:


Redstone:


 Blush:


4. Cieniem Bittersweet, czyli matowym, średnim brązem utrwalam roztartą czarną kredkę. Cień pomoże jeszcze bardziej rozdymić ciemną część makijażu, przez co stanie się jeszcze bardziej "noszalny" ;)


5. Na łuk brwiowy powędrował Sandstone.


6. Cieniowanie dolnej powieki będzie już bardziej tradycyjne. Zaczynam od wewnętrznego kącika i jasnego, bardzo perłowego Parfait:


7. Ponownie sięgam po Persimmon i nanoszę na środkową część dolnej powieki:


8. W zewnętrznym kąciku wykańczam cieniem Bittersweet.


9. Na zakończenie obrysowałam górną i dolną linię wodną oczu czarną żelową kredką i dokładnie wytuszowałam rzęsy.


    Na zakończenie jeszcze raz całość, choć w tym przypadku jestem zdania, że makijaż lepiej wypada na samym zbliżeniu oka niż na całej twarzy ;) Ot, nie moja kolorystyka.




     Na twarzy miałam tradycyjnie Revlon ColorStay w odcieniu Buff, na policzkach neutralny róż (nie pamiętam niestety jaki), na ustach bezbarwny błyszczyk.
     Jak się Wam podoba moja graficzna propozycja makijażu na dzień?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina