środa, 28 sierpnia 2013

Miodzio: TBS HoneymaniaTM



Witam ponownie!

     Jakiś czas temu na facebookowej stronie TBS pojawiła się informacja o możliwości przetestowania nowego kosmetyku – masła do ciała HoneymaniaTM, w którym jak sama nazwa wskazuje, pierwsze skrzypce ma grać miód.
     Tak się składa, że jestem fanką wszystkiego co miodowe, więc jak mawia klasyk, oczywistą oczywistością było to, że się zgłoszę. A że mi się poszczęściło, weszłam w poczet 150 testerek rzeczonego masła. 




     Na wstępie muszę podkreślić, że opinia którą Wam zaprezentuję powstała w oparciu o dwutygodniowe testy mazidła, zatem bliżej jej do wstępnego wrażenia aniżeli pełnej recenzji z długofalowego użytkowania. Przyznam jednak otwarcie, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona efektem używania tego masełka.

Dostępność:
Sklepy TBS

Pojemność:
Dysponuje opakowaniem o pojemności 50ml / 1,69OZ

Trwałość:
12 miesięcy

Opakowanie:
Proste, zakręcane plastikowe pudełeczko w przyciągającym wzrok żółto-pomarańczowym kolorze. Wygodne, ozdobione ciekawą, miodową grafiką.




Konsystencja:
Gęsta, zbita. Jak dla mnie idealnie maślana. Jest to po prostu masło, nie zaś balsam który je tylko udaje.

Zapach:
Jego byłam bardzo ciekawa! Pierwsze co zrobiłam po otrzymaniu masła, to odkręciłam opakowanie i solidnie się zaciągnęłam. Zapach jest wspaniały, choć na dobrą sprawę z miodem nie ma nic wspólnego. Pachnie jak słodko-kwiatowe perfumy. Zapach jest bardzo intensywny i utrzymuje się na ciele długo po aplikacji. Zaryzykuję stwierdzenie, że spokojnie byłby w stanie zastąpić perfumy niejednej kobiecie. I będzie ów zapach odbierany w zależności od upodobań jako zaleta lub jako wada. Ja odbieram go zdecydowanie pozytywnie, choć jak wspomniałam, nie jest to typowo miodowy aromat.




Aplikacja i działanie:
Produkt nanosi się przyjemnie, bo mimo zbitej konsystencji łatwo rozprowadza się na ciele, nie zostawia tłustej warstwy, czy lepkiej powłoki. Szybko się wchłania i autentycznie koi skórę! Nie wiem, czy pamiętacie, jak wspominałam Wam że po opalaniu zrobiła się sucha jak wiór? Niestety zaczęła mi schodzić. A jednak po dwóch – trzech użyciach masła wszystkie odstające skórki niemal zniknęły, a sama skóra zrobiła się cudownie miękka i odczuwalnie nawilżona. Byłam szczerze zdumiona, bo nie spodziewałam się tak szybkich efektów i aż żałuję, że nie mam większego opakowania. Poważnie rozważam zakup pełnowymiarowego pudełeczka, jeśli trafię na nie w sklepie.

Skład:




Pozdrawiam, 
Katalina

niedziela, 25 sierpnia 2013

Masa fajności!

Hej Misiaki!

     Właśnie sobie uświadomiłam, że za tydzień będzie już wrzesień. W moim przypadku niewiele to zmieni, bo wakacji nie mam od lat. Tydzień temu wróciłam za to z krótkiego urlopu, więc nie mam powodów do narzekania. Jak zwykle pod koniec urlopu, zastanawiałam się czym przywita mnie rzeczywistość. Okazało się, że powitanie było radosne i serdeczne. Miniony tydzień obfitował w różne niespodzianki i miłe spotkania. Przede wszystkim jednak upłynął pod znakiem nadrabiania zawodowych zaległości - ale o tym nie ma sensu tutaj pisać ;)

     W poniedziałek wybrałyśmy się ze Słomką do Kasi. Podczas naszego ostatniego lipcowego spotkania, Kasia rozdała nam zaproszenia do Obsessive Studio i nareszcie nadarzyła się sposobność, by je wykorzystać. 




     Ponieważ od pewnego czasu walczę o poprawę kondycji moich paznokci, zdecydowałam się na manicure japoński. Najpierw musiałam sprawdzić na czym taki zabieg polega, bo wcześniej nigdy o nim nie słyszałam, a okazuje się że to naprawdę świetna sprawa! Sprowadza się on do intensywnego nacierania płytki paznokcia odpowiednimi substancjami, mającymi poprawić jej kondycję (przykładowo witamina A + E, pyłek pszczeli, krzmionka, keratyna). W pierwszej kolejności w ruch idzie pasta, następnie puder. Po zabiegu paznokcie są wzmocnione i odżywione, zyskują piękny różowy połysk. Oto jak wyglądały moje:




Nie powiem Wam co zrobiła Słomka - niech sama się pochwali :D

***

     Następnego dnia wybrałam się do swojego okulisty na zaległe badanie wzroku. Nie jest źle - w ciągu całego roku, wada pogłębiła mi się w jednym oku o zawrotną liczbę 0,25! Ciekawostka przyrodnicza: wzrok pogarsza mi się konsekwentnie tylko w jednym oku. W drugim od dawna pozostaje bez zmian.

***

     Dostałam również przesyłkę-niespodziankę. Nie wiem, czy śledzicie zapiski na blogu Aferkowo Małe? Jeśli nie, to polecam, bo to niezłe źródło informacji :D. W każdym razie nie tak dawno pojawiła się informacja o Aferze Miodowej wynikłej w efekcie jak sądzę czyjegoś niedoświadczenia. Nieprzyjemna sprawa i mam nadzieję, ze istotnie nie doszło do wycieku żadnych danych osobowych... W każdym razie byłam jedną z osób, które zgłosiły się do testów i jak się okazało, przeszłam selekcję (a może TBS po wycieku zdecydował się wysłać masła do wszystkich? Nie wiem). 




     Tak czy inaczej, masło dostałam, teraz się nacieram, a o efektach dam znać, jak zużyję zawartość pudełka.

***

     Jest jeszcze kochana ❤ Kinga ❤ która przysłała mi obłędną paczkę prosto z Blackpool :) Byłyśmy umówione na róż ze Sleeka, dwa Color Tattoos i korektor, a zobaczcie co znalazłam w paczce:



     Cuda! Istne cuda! Zmacałam już prawie wszystko i po prostu skaczę ze szczęścia :D Dziękuję! ❤

***

     W minionym tygodniu działo się jeszcze kilka innych, blogowych i nie blogowych fajności, więc reasumując, tych siedem dni okazało się dla mnie aż nader łaskawych! Nie wiem, czym zasłużyłam na tyle pozytywnej energii, ale serdecznie dziękuję! ^___^

     U progu nowego tygodnia życzę Wam, kochani, permanentnego uśmiechu losu, samych radości i słońca, słońca, słońca...

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*

sobota, 17 sierpnia 2013

Wszystko co dobre szybko się kończy

Hej Misiaki!

     Tak jak widzicie w tytule - wszystko co dobre, szybko się kończy... Mój urlop również ;) Ten rok jak dotąd nie rozpieszczał mnie pod względem dni wolnych, bo musiałam dwukrotnie przekładać jeden z zaplanowanych przeze mnie urlopów. Kiedy wreszcie udało mi się dodrapać do kolejnego, okazało się że będzie nie tylko krótszy niż przewidywałam, ale także plany, które w związku z nim miałam posypią się jak domek z kart, ale mówi się trudno. Najważniejsze, ze wypoczęłam, złapałam trochę słońca, nadrobiłam część zaległości. Pomyślałam, że w związku z tym zrobię też małe podsumowanie na blogu, ot kilka informacji z życia wziętych w formie nieco rozszerzonego "tygodnia w zdjęciach".

     Z góry uprzedzam, że będzie to wpis dla długodystansowców ;)

Fruttini Cherry Vanilla




     Na pierwszy ogień: masło do ciała, któremu bliżej do balsamu niż masła: Fruttini Cherry Vanilla. Być może pamiętacie, jak dość dawno temu pisałam Wam z entuzjazmem, że upolowałam w Hebe dwa masła z Fruttini: Cherry Vanilla i Cranberry Choc. Moja radość była ogromna, bo z dawnych lat, gdy jeszcze chodziłam do liceum, pamiętam masło Fruttini na bazie miodu, które uwielbiałam i kupowałam w hurtowych ilościach. 
     Nie wiem co się stało, ale Cherry Vanilla rozczarowało mnie. Owszem, zapach ładny, nawet bardzo ładny! W dodatku utrzymuje się dość długo na ciele. Niestety właściwości pielęgnacyjnych... jak na lekarstwo. Zazwyczaj nie mam wymagającej skóry, jednak ostatnio korzystałam z każdej możliwości podłapania słońca, przez co moja skóra bardzo się wysuszyła i wymagała intensywniejszego niż zazwyczaj nawilżenia. Masło Fruttini nie poradziło sobie z tym z najmniejszym stopniu.


Drobinki, czyli moja próba ozłocenia się

     W pewnym momencie zaczęłam kombinować z tym masłem, by jakoś je "podrasować" i tym samym wywołać u mnie większy entuzjazm w związku z nim. Wzięłam zatem złoty pigment, którego nie używałam, pokruszyłam tez dwa złote cienie i wsypałam je do masła. Owszem, efekt wizualny na skórze był świetny - złote iskierki pięknie mieniące się w słońcu cieszyły oko, jednak nie rozwiązało to podstawowego problemu - moja skóra potrzebowała nawilżenia. W związku z tym, zdecydowałam się wykorzystać resztkę pozostałego balsamu do kolejnego peelingu DIY.


Peeling DIY



     Poza resztką balsamu, jako bazą mojego peelingu, dołożyłam do niego mnóstwo kawy (w przybliżeniu ilość równa filiżankom z 2-3 dni ), odrobinę cynamonu, cukier. Zastanawiam się tez czy by nie dodać maku dla poprawienia ścieralności.


Jeśli powiększycie zdjęcie, zobaczycie złote drobinki z balsamu. Ot taka wartość dodana ;)


Całość w pudełeczku po maśle Cien :)

     Na zapach składa się mieszanka kawy i cynamonu, bardzo miła dla mojego nosa. Póki co jest to chyba najbardziej udana spośród przygotowanych przeze mnie mikstur peelingujących.


Perfumy

     Pozostając w świecie zapachów, muszę wspomnieć o próbkach z perfumerii Quality, które ostatnimi czasy namiętnie testowałam. 




     Na zdjęciu widać sześć z dziewięciu fiolek, które otrzymałam. Tych sześć zużyłam, zaś pozostałe trzy - moje ulubione - trzymam na specjalne okazje :). Co mogę powiedzieć? Z trio Veni, Vidi, Vici Histoires de Parfums, Veni spodobał mi się najbardziej i nosiłam go z prawdziwą przyjemnością. Pozostałe dwa, choć intrygujące na swój sposób, jakoś się ze mną "gryzły". Nie czułam się w stu procentach sobą nosząc te kompozycje. Dla ciekawskich, oto nuty wszystkich kompozycji:

Veni: nutami głowy są kardamon, cynamon, galbanum i lawenda; nutami serca są nagietek, szafran i drzewo gwajakowe; nutami bazy są paczula, mech dębowy, szara ambra, karmel, wanilia, piżmo i benzoes.
Vidi: nutami głowy są ogórek i kardamon; nutami serca są róża, cyklamen i szafran; nutami bazy są kocanka, piżmo, szara ambra, wanilia i nuty drzewne.
Vici:  nutami głowy są dzięgiel, kardamon, czerwone jagody, bazylia, liść fiołka, galbanum i aldehydy; nutami serca są irys, osmantus, kadzidło i nasiona selera; nutami bazy są paczula, piżmo, cedr i malina. 

     Z innych kompozycji, Oud Cashmere Mood Maison Francis Kurkdjian, był ciekawy, choć nie w moim typie (benzoes, wanilia, labdanum, oud), za to Oud Velvet Mood Maison Francis Kurkdjian kompletnie nie przypadł mi do gustu (szafran, cejloński cynamon, oud, balsam copahu). Podobnie jak Flash Back marki Olfactive Studio (rabarbar, pomarańcza, grejpfrut, zielone jabłko, różowy pieprz, ambra, piżmo, wetyweria, cedr). 

     Ogólny bilans zapachowy i tak wypada dobrze, bo ostatni z agarowej trójcy Kurkdjiana, Oud Silk Mood, bardzo mi się podoba - głównie z powodu pięknie układającej się na moim ciele róży. Perfumy zawierają takie składniki, jak róża bułgarska, oud, rumianek i papirus. Pozostają jeszcze Loukhoum i Mistral Patchouli, oba opisane wcześniej na blogu. Loukhoum spodobał mi się do tego stopnia, że zastanawiam się, czy bo sobie nie sprawić całego flakonu, ale decyzja nie jest łatwa, bo perfumy te do najtańszych się nie zaliczają...


Maskowanie

     Ponieważ w tym roku wyjątkowo nabrałam ochoty na łapanie słońca, co od dawna mi się nie zdarzało, przy okazji trochę się opaliłam. Tym samym moje podkłady stały się zbyt jasne. Stwierdziłam, że nie będę kupować niczego nowego, a zamiast tego sama zmajstruję odpowiednią dla siebie mieszankę.




     Zostało mi trochę podkładu z Bourjois w najjaśniejszym odcieniu, mam też dwa bronzery. Postanowiłam zatem sproszkować nieco ziemi egipskiej i wymieszać ją z podkładem. W ten sposób przyciemniłam jego kolor i dopasowałam idealnie do mojego obecnego kolorytu. Bronzer z MAC, który wcześniej był dla mnie odrobinę zbyt ciemny, teraz okazał się dokładnie tym, czego mi trzeba :). Do tego odrobina rozświetlacza  Sun Beam Benefitu i jestem gotowa na podbój świata ;)


     I w taki sposób dobrnęłam do końca wpisu - jeśli jeszcze to czytacie, gratuluję wytrwałości! Pozdrawiam serdecznie,

Katalina



Estee Lauder Pure Color Long Lasting Lipstick: Abstract Violet

Hej Misiaki!

     O produktach do ust piszę sporadycznie, bo nie zawsze jest o czym pisać. Inna sprawa, że przeważnie pomadki i błyszczyki, których używam mają jasne, neutralne odcienie, które nie wyglądają jakoś przesadnie spektakularnie. Tym razem jednak chcę się z Wami podzielić kilkoma słowami na temat szminki (tak, wiem że wiele z Was nie cierpi tego słowa :P ) od Estee Lauder, z serii Pure Color.




     Jest to jeden z niewielu prawdziwie luksusowych kosmetyków kolorowych jakie posiadam, a zdobyłam go dzięki wygranej u Taniki. Początkowo, kiedy otworzyłam opakowanie i ujrzałam kolor, przeraziłam się, ponieważ dla mnie - przyzwyczajonej do spokojnych i bynajmniej nie krzykliwych odcieni - kolor 64 Abstract Violet był jak podróż rakietą na drugi koniec galaktyki. Ale jak się okazało, nawet ja nie jestem niereformowalna :D




Dostępność: 
Perfumerie pokroju Sephory, Douglasa, czy Marionnaud. Internet.

Cena: 
Różnie, od 90+ do 120zł.

Gramatura: 
13oz/3,8g

Trwałość:
Brak danych




Opakowanie:
Przepiękne! Złote, metaliczne, z tworzywowym zakończeniem prezentującym kolor pomadki. Mamy też pięknie wygrawerowane logo umieszczone na złączeniu obu elementów.

Wykończenie:
Satynowe z lekkim shimmerem.  Pomadka jest kremowa, ale zawiera masę drobniuteńkich iskierek, które lekko opalizują gdy pada na nie światło. Możecie to w pewnym stopniu zaobserwować na powyższym zdjęciu.




Zapach:
Jeden z niewątpliwych atutów  pomadki! Ile to razy kupowałam jakiś produkt, po czym po kilku użyciach okazywało się, że jego zapach zniechęca mnie do dalszego stosowania. Tutaj nie ma tego problemu, bo szminka ma piękny zapach, który momentami kojarzy mi się z konfiturą różaną. Taki swojski, nieco staroświecki, ale bardzo przyjemny aromat, wyczuwalny w pewnym stopniu nawet po nałożeniu.





Moje wrażenia:
Pomadka Pure Color reklamowana jest jako długotrwała i tutaj zgodzę się tylko częściowo. Typowe produkty do ust typu long lasting zazwyczaj mają dość suchą konsystencję, przez co nie ścierają się tak łatwo z ust. Pure Color jest bardzo kremowa i nie zmienia się to po nałożeniu jej na usta - wciąż jest bardzo kremowa, co ma swoje wady i zalety. 

Na plus niewątpliwie należy odnotować niezwykły komfort  noszenia, bo daje ustom uczucie nawilżenia i sprawia że stają się  miękkie i całuśne. Nosi się istotnie dość długo, bo kilka godzin (zakładając, że nie będziemy w tym czasie jeść). Ściera się równomiernie i nie tworzy żadnych nieestetycznych prześwitów, nie osadza się również w kącikach ust czy załamaniach warg. Nie migruje poza kontur ust nawet jeśli nie użyjemy konturówki.

Minusem jest jednak to, że wystarczy nieopacznie przesunąć czymś po ustach w chwili zapomnienia, a kolor rozmaże się w mgnieniu oka - to efekt uboczny wspomnianej kremowości. Po prostu pomadka nie zastyga na ustach. Jednych to ucieszy, innych rozczaruje. Mi to nie przeszkadza. Kolejnym minusem z pewnością będzie też cena, ale nie ma co zaglądać sobie wzajemnie w portfele - każda z nas wie najlepiej ile i na co jest skłonna wydać ;)




     Trochę potrwało nim przekonałam się do odcienia Abstract Violet, ale teraz kiedy już go oswoiłam, mogę śmiało stwierdzić, że nie będzie się u mnie kurzył. Sprawdza się idealnie jako dopełnienie prostego makijażu oczu, a w towarzystwie grubej czarnej kreski nabiera klimatu retro. Ciekawą alternatywą jest roztarcie odrobiny koloru na ustach na podobieństwo "lip tintu" - w ten sposób kolor staje się subtelniejszy a całość bardziej dziewczęca. Sposobów jest wiele :)


Pozdrawiam,
Kat

środa, 14 sierpnia 2013

Cien Bodycare: Masło do ciała do skóry suchej i normalnej

Hej Misiaki!

     Jeśli chodzi o smarowidła do ciała, jestem trudną zawodniczką. Moja skóra w tym temacie nie jest wymagająca, za to mój zmysł węchu i syndrom lenia - jak najbardziej. 

     W dużym uogólnieniu wygląda to tak, że mój balsam/masło/olejek ... niepotrzebne skreślić ... musi:
☘ ładnie pachnieć, abym miała motywację do jego regularnego stosowania
☘ mieć funkcjonalne opakowanie, aby ograniczyć dodatkowe tańce nad pojemnikiem czy butelką
☘ mieć sensowny skład - nie jestem naiwna i wiem, że większość kosmetyków zawiera chemiczne wspomagacze nie zawsze dla nas odpowiednie, jednak o ile wszystko mieści się w granicach zdrowego rozsądku, nie rwę włosów z głowy
☘ kosztować odpowiednio do oferowanej jakości - a nie czarujmy się, wiele firm każe sobie słono płacić za markę, nie zaś za zawartość opakowania. Często okazuje się, że produkt kosztuje koło 100zł a w składzie mamy totalny syf.

     Masło, o którym dzisiaj Wam opowiem, pozytywnie mnie zaskoczyło, dlatego zdecydowałam się o nim napisać - wiem, że są jeszcze gdzieniegdzie dostępne, a moim zdaniem warto po nie sięgnąć choćby po to by spróbować czegoś innego niż zazwyczaj.




Dostępność: 
Sklepy Lidl

Cena: 
O ile dobrze pamiętam: 14,99zł 

Pojemność: 
400ml (!)

Trwałość:
 Data na opakowaniu.




Opakowanie:
Bardzo przyciąga wzrok! Zasuwa skojarzenia z wekami - jest wykonane z twardego, dobrej jakości plastiku. Powiem szczerze, że to opakowanie było głównym powodem, dla którego kupiłam to masełko, ponieważ miałam zamiar wykorzystać je do przechowywania moich peelingów DIY. Warto wspomnieć, że zamknięcie chodzi dość opornie, jest hałaśliwe i może być kłopotliwe w normalnym użytkowaniu. Osobiście otwierałam i zamykałam pudełko przez ręcznik, aby wygłuszyć stuk i ograniczyć ewentualność np połamania na nim paznokci ;)

Konsystencja:
Maślano-żelowa. Bardzo ciekawa, bo treściwa, ale nie bardzo tłusta. Jak dla mnie optymalna.




Zapach:
Dostępne są trzy warianty: kokos, kakao i mango. Mnie się podoba, natomiast są osoby, którym zapach kojarzy się chemicznie.

Aplikacja i działanie:
Używałam masła na dwa sposoby: tradycyjnie oraz metodą na "balsam pod prysznic", czyli najpierw mycie, potem nacieranie, spłukanie ciała i voila. W obu przypadkach efekty były bardzo zadowalające! Konsystencja jak wspomniałam, jest bardzo fajna - niby maślana, ale nieco żelowa, taka jakby śmietankowa. Wchłania się bardzo szybko, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. O ile nie zbombardujemy ciała nadprogramową ilością mazidła, nie pozostawi ono na skórze lepiej warstwy. Produktu używa się bardzo przyjemnie (pomijając pewne problemy z opornym otwieraniem/zamykaniem pudełka). Skóra po nim jest nawilżona i miła w dotyku. Mnie osobiście masło Cien bardzo przypadło do gustu.




Skład:

Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Glycine Soja Oil - olej sojowy, tani w pozyskiwaniu, łagodny. Stosowany w kosmetyce jako olej bazowy.

Cetearyl Alcohol  - kat. emulgatory/emolienty/regulatory lepkości. Biała, woskowata substancja nadająca skórze miękkość i gładkość, natłuszcza.

Glyceryl Stearate SE – emolient, działa jak smar na powierzchni skóry, nadaje jej gładkość i miękkość, łatwo się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Pochodzenie roślinne.

Glycerin - Naturalna gliceryna jest uzyskiwana przez zmydlanie tłuszczy roślinnych, głównie tłuszczu kokosowego. Gliceryna w naturalny sposób osłania skórę, przenikając do przestrzeni międzykomórkowych, gdzie wiąże ilość wody niezbędną do zachowania prawidłowego nawilżenia skóry. Ma doskonałe właściwości łagodzące, skutecznie nawilża przesuszoną skórę ze skłonnościami do pierzchnięcia nadmiernie wysuszoną. Wygładza, poprawia elastyczność, reguluje procesy prawidłowej odnowy naskórka.

Caprylic/Capric Triglyceride -  mieszanina roślinnych kwasów tłuszczowych, zawierająca w sobie najlepsze własności oleju kokosowego i palmowego, które są zestryfikowane z gliceryną. Olej ten polecany jest do skóry wrażliwej, skłonnej do przesuszania. Substancja natłuszczająca, wygładzająca, zapewniająca prawidłową ochronę. Sprawia, że skóra jest miękka, elastyczna i gładka. Lipid ten posiada właściwości konserwujące.

Ethylhexyl Stearate – emolient tłusty. Może być komedogenny. Tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), co zapobiega odparowywaniu wody. Zmiękcza i wygładza skórę/włosy.

Coconut Oil (Cocos Nucifera Oil) - olej kokosowy, ma działanie łagodzące, chłodzące i odżywcze. Działa również odkażająco i bakteriobójczo. Często stosowany jako olej bazowy, szczególnie w kosmetykach do pielęgnacji włosów oraz tzw. masłach do ciała, także jako środek poprawiający konsystencję.

Myristyl Myristate - ciekły wosk. emolient tzw. tłusty. Jeśli jest stosowany na skórę w stanie czystym, może być komedogenny, czyli sprzyjać powstawaniu zaskórników. Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni (jest to pośrednie działanie nawilżające), przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy.

Olea Europaea Fruit Oil - Olej z owoców oliwki europejskiej. Ma działanie regenerujące, wygładzające oraz nawilżające, uelastycznia skórę i poprawiają jej napięcie. Zawiera witaminy i związki mineralne (witaminy z grupy B, fosfor, żelazo, witaminy C i E).
Idealna do skóry suchej, radzi sobie dobrze z cellulitem.

Parfum - substancja zapachowa.

Panthenol - Nawilża, działa przeciwzapalnie, jest naturalnym prekursorem witaminy B5 (kwasu pantotenowego), substancji bardzo szeroko rozpowszechnionej
w przyrodzie, obecnej w każdej żywej tkance. Pantenol może występować w postaci dwóch odmian (izomerów) określanych literami D- i L-. Tylko jedna z nich (D-pantenol) wykazuje aktywność biologiczną, izomer L- jest nieczynny i nie ulega przekształceniu w witaminę B5.
Ma silne własności higroskopijne. Pantenol należy do silnie działających stymulatorów wzrostu i odnowy komórek, zarówno naskórka jak i skóry właściwej. Wykazuje silne działanie gojące przy różnych rodzajach uszkodzeń skóry i błon śluzowych, łagodzi podrażnienia i nieprzyjemne objawy wywołane czynnikami alergogennymi.

Cetiol CC (Dicaprylyl Carbonate) - jest wielofunkcyjnym emolientem poprawiający stabilność emulsji z filtrami chemicznymi i fizycznymi, ma delikatny zapach oraz skutecznie oczyszcza skórę.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów (nie mniej jednak badania wykazały, że ma szkodliwe oddziaływanie na mózg i układ nerwowy u zwierząt).

Stearic Acid - kwas stearynowy otrzymywany z naturalnych wosków, składnik konsystencjotwórczy, stabilizator emulsji. Ułatwia docieranie substancji aktywnych w głębsze warstwy naskórka.

Carbomer - Wywołuje stan zapalny swędzenie skóry po którym pojawia się pokrzywka. Po dostaniu się do oczu – stan zapalny spojówek i łzawienie.

Tetrasodium EDTA (wersenian czterosodowy) - Przyjmuje się, że EDTA stosowany w niskich dawkach jest nieszkodliwy dla organizmu. Jednak w dużym stężeniu, jest substancją drażniącą skórę i błony śluzowe. Szczególnie groźny jest w formie rozproszonej w powietrzu. Sole kwasu EDTA rozpylone w naszym otoczeniu, mogą powodować nieżyt spojówek, kaszel oraz duszności. Dlatego też, warto unikać EDTA zawartych w kosmetykach w aerozolu.
W połączeniu ze związkami azotowymi, EDTA tworzy nitrozaminy, które mają działanie rakotwórcze.
Kosmetyków z EDTA nie należy stosować zwłaszcza wtedy, gdy przyjmujemy leki zawierające cynk, żelazo, miedź, glin, ołów i bizmut. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż EDTA ma działanie wiążące metale ciężkie. Odradza się również stosowanie kosmetyków z EDTA w przypadku zażywania antybiotyków.

Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, dodatkowo jest humektantem (działa nawilżająco).

Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate - przeciwutleniacz, stabilizator formy kosmetyku.

Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie ochronne antyoksydantów, używany jako zmiękczacz, środek konserwujący, przeciwutleniacz.

Sodium Hydroxide - wodorotlenek sodu, nadaje odpowiednie pH, konserwuje.   




poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Upór popłaca!

Hej Misiaki!

     Cieni w kremie Maybelline Color Tattoo nikomu przedstawiać nie muszę - są dostępne od dawna. Zdobyły sobie rzeszę wiernych fanów na całym świecie. Przez wielu porównywane są do paint potów firmy MAC. 
     Mają jednak jeden zasadniczy minus. Właściwie dwa. Pierwszym jest dostępność, drugim zaś kolorystyka. Obie cechy przeplatają się ze sobą i w efekcie okazuje się, że w różnych częściach świata dostępne są tylko niektóre z oferowanych odcieni, w dodatku nie zawsze te najbardziej udane.

     Do tej pory miałam w swoich zbiorach trzy kolory:
❁ 15-Endless Purple
❁ 35-On and on Bronze
❁ 40-Permanent Taupe
     Fiolet dostałam w prezencie od kochanej Simply :*, pozostałe dwa kupiłam w Rossmannie.

     Zapewne nikogo nie zaskoczę pisząc, że kolorowe tatuaże zrewolucjonizowały mój makijaż oczu od pierwszego użycia. Są to mega wszechstronne produkty! Można stosować je jako bazę pod cienie, albo jako cienie same w sobie. Dzięki temu, że zastygają po nałożeniu, nie wymagają żadnego dodatkowego utrwalania i wytrzymują bez uszczerbku na powiekach cały dzień. Można także wykorzystać je do robienia kresek, jak typowe eyelinery w żelu.

     I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie wspomniana przed chwilą dostępność. Bo nie wiem jak Was, ale mnie krew zalewa, kiedy widzę świeżutką i pachnącą serię nowości wypuszczoną... tylko na rynek amerykański. Tak było w przypadku dwóch gagatków, które wpadły mi w oko: 
❁ Pięknym, słonecznie pomarańczowym: 10 - Fierce & Tangy oraz 
❁ Śliwkowo-bordowym cudzie: 30 - Pomegranate Punk



     Właśnie te dwa kolory najbardziej zadziałały mi na wyobraźnię i od pierwszej chwili zapałałam żądzą ich posiadania. Problem polegał na tym, że nie miałam skąd ich wziąć. Ale przecież kobiety słyną ze swojego uporu...
     Byłam do tego stopnia zdeterminowana by zdobyć wspomniane Color Tattoos, że przetrzepałam sieć wzdłuż i wszerz, tropiłam, śledziłam, aż wyśledziłam! I nic to, że oba produkty pochodzą z drugiej ręki. Jeden został zmacany raz, drugi dwa razy, więc ubytek jest praktycznie żaden, a że mam na podorędziu płyn do dezynfekcji kosmetyków, bakterie mi niestraszne.


     Co mogę powiedzieć o samych cieniach? Różnią się między sobą nie tylko kolorem, ale i konsystencją. 


10. Fierce & Tangy



     Fierce & Tangy jest niemal matowy. Nie aż tak bardzo jak Permanent Taupe, ale dużo bardziej niż przykładowo Endless Purple, który daje lekko opalizującą poświatę. Jest stosunkowo miękki, dobrze się rozciera, choć jak to ma miejsce w przypadku tatuażowych matów, wymaga nieco więcej zachodu niż odcienie bardziej perłowe.


30 - Pomegranate Punk



     Pomegranate Punk ma idealną konsystencję! Delikatną, maślaną, nakłada się na powiekę jak marzenie. Ma perłowe wykończenie, które przypomina mi nieco On and on Bronze, którego bardzo lubię. Jest też nieco mniej kryjący niż Fierce & Tangy.

     Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądają oba kolory roztarte na skórze, sfotografowane z lampą i przy świetle dziennym.


     Powiem Wam, że zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam kupując oba kolory w ciemno, ale teraz kiedy już je dokładnie obejrzałam, zmacałam i popróbowałam, jestem bardzo zadowolona! Nie żałuję ani odrobinki.
     Są to takie kolory, po które uwielbiam sięgać, które moim zdaniem sprawdzą się zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym. W dodatku dla dziewczyn, które tak jak ja mają zielone oczy, to idealne odcienie!

     Jeśli zastanawiacie się czy by nie kupić wspomnianych kolorów i będziecie miały ku temu okazję - nie wahajcie się, bo warto.

Pozdrawiam, 
Katalina

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wielka niespodzianka, wielka radość

Hej Misiaki!

     Tym razem taki wpis na szybko. Ci z Was, którzy czasem zaglądają do Sabbath z pewnością znają perfumerię orientalną Yasmeen. Jeśli lubicie otaczać się zapachami rodem z baśni 1001 nocy - koniecznie zajrzyjcie na stronę perfumerii! 




     W przeszłości miałam niesamowite szczęście wygrać zestaw próbek od Yasmeen, dzięki czemu poznałam jednego z moich aktualnych wonnych ulubieńców - perfumy Rasha Rasasi, które zawładnęły moimi zmysłami. 

Zainteresowanych zapachem odsyłam tutaj -> recenzja Rasha Rasasi.

A wielbicieli makijaży orientalnych tu -> makijaż inspirowany perfumami Rasha Rasasi.

     Wtedy też postanowiłam, że kupię sobie pełnowymiarowy flakon tegoż pachnidła. Długo, nieprzyzwoicie długo czekałam, aż stanie się to możliwe, ale ostatnio w końcu złożyłam zamówienie. Oprócz Rashy zamówiłam także próbkę innego zapachu poleconego mi przez Sabbath, mianowicie Arabian Oud Lamsa. Przesyłka dotarła do mnie lotem błyskawicy, ale kiedy ją rozpakowała, moim oczom ukazał się taki oto widok:


Wewnątrz kartonika znajdował się mój flakon.


A ponieważ perfumy mają postać olejku, aplikacja przebiega odpowiednio do formy:


     Ale, ale! Co takiego było w drugim zawiniątku? Ano oczywiście moja Lamsa, ale nie tylko ona! Poza Lamsą znalazłam także takie oto cuda:


     10 (słownie dziesięć) próbek!!! Gdybyście mogli zobaczyć moją minę kiedy odpakowałam zawiniątko! Do przesyłki dołączony był przemiły liścik. Aby nie rozwodzić się w szczegółach powiem tylko, że byłam i wciąż jestem zachwycona!
     A jakie kompozycje znalazłam w swojej przesyłce? Oto one:
- Arabian Oud Lamsa - coś pięknego! Na początek soczysta cierpkość jabłka, po której stopniowo acz konsekwentnie wkracza przy waniliowym akompaniamencie słodycz miodu.
- Arabian Oud Sharhazad - piękny, a jednocześnie najbardziej "europejski" (?) w odbiorze dla mojego nosa
- Inserah Gold
- Sharina - niezupełnie "moja" ale zaintrygowała mnie szalenie
- Mukhalat Al Oudh
- Bent El Ezz Nabah - niecodzienny jak na zapach orientu - lekki, owocowy, piękny!
- Arabian Oud Hayati - również wydaje mi się nieco "europejski", co w żadnym razie nie ujmuje mu piękna i typowego dla orientu bogactwa kompozycji
- Ashaar Dla Niej - zapach niemal świeży, kwiatowo-owocowy. Jak dla mnie istne zjawisko, bo nie spodziewałam się takiej świeżości po perfumach z tej rodziny.
- Arabian Oud Gharam - intrygujący, niecodzienny, zachęca do dalszych testów. A flakon to istne cudo! Sprawdźcie sami KLIK
- Dhanal Oudh Nashwah
- Arba Wardat - roślinno-owocowy zapach z korzennym podbiciem, subtelny i piękny.

     To niesamowite jak różne potrafią być zapachy orientu! Przyznaję, że nie byłam świadoma tego, zdawałoby się, oczywistego faktu. Na szczęście teraz mam okazję nadrobić zaległości i być może zauroczyć się kolejną magiczną kompozycją :)

Pozdrawiam serdecznie,
Katalina

sobota, 3 sierpnia 2013

Letnia bryza: Mistral Patchouli

Hej Misiaki!

     Przez wszystkie lata, kiedy prowadzę bloga, o perfumach pisałam raptem kilka razy. Bo i po co miałam pisać, skoro w sieci jest mnóstwo ludzi, którzy robią to milion razy lepiej ode mnie, że wspomnę tylko o Sabbath, czy Weronice. A jednak ostatnio mi się odmieniło, bo i tak się złożyło, że trafiłam na kilka perfum, które podziałały mi na wyobraźnię i przedarły się piętro wyżej tradycyjnego "uwielbiam ten zapach!".

     Dlatego dzisiaj, korzystając z tego, że pogoda jest idealna, aby podzielić się z Wami tym właśnie zapachem, przechodzę do sedna. Oto Mistral Patchouli od Atelier Cologne! Zapach, który nie powinien mi się podobać. Który w żadnym razie nie miał prawa stać się czymś, po co chciałabym sięgać odruchowo w gorące letnie dni. Który wbrew wszystkim moim uprzedzeniom i wątpliwościom szalenie przypadł mi do gustu!
     Jest to zapach, który wpadł mi w ręce przy okazji rozdania u Sabbath, o którym już Wam wspominałam i paradoksalnie okazał się jednym z moich zdecydowanych faworytów całego zestawu. W życiu by mi to nie przyszło do głowy, zwłaszcza biorąc pod uwagę nuty zapachowe kompozycji! 

Anyż?! Geranium?! NIGDY!

     A JEDNAK! Tuż po zaaplikowaniu perfum na skórę wyczułam zapach, który mi osobiście kojarzy się z trawą cytrynową - lekki, cytrusowy, ale nie przytłaczająco cytrusowy. Świeży, acz ździebko słodkawy. W sam raz. Zaraz potem pojawił się ów szatański anyż... I tak, był wyraźnie i jednoznacznie anyżowy. Tego zapachu nie sposób pomylić z czymkolwiek innym, zwłaszcza kiedy się go NIE LUBI :P I tutaj przeżyłam szok, albowiem w jakiś pokrętny i totalnie niezrozumiały dla mnie sposób, ów anyż w połączeniu ze wspomnianą cytrusowością spodobał mi się. Gdzieś tam na progu świadomości wydawało mi się, że w tle wyczułam jeszcze odrobinę mięty, choć po prześledzeniu nut zapachowych nie znalazłam nic o mięcie... O trawie cytrynowej w sumie też nie... Nie wiem, nie pytajcie mnie - piszę jak czuję.

     Kiedy już zdążyłam ochłonąć po zaskoczeniu jakie wywołał we mnie anyżowy szatan wytarzany w trawie, pojawiło się geranium. Cierpkie, gorzkawe i świetnie oddające zapach, który pamiętam z dzieciństwa, a którego nigdy, ale to nigdy nie darzyłam sympatią. I tu kolejna niespodzianka. Geranium stało się idealnym dopełnieniem kompozycji - wyrównało i skontrowało słodycz, którą czułam na początku, dodało świeżości, pogłębiło i jakby wzmocniło tony cytrusowe.
     Trochę żałuję, że nie jest trwalszy. Na moim ciele wytrzymuje 4 do 5 godzin. Nie jest również jednym z tych zapachów, które od pierwszej chwili "dają  po nosie". Jest dosyć wyrazisty, ale żaden z niego killer - przyzwoity zapach na letni dzień :)


źródło

     Poczułam się tak, jakbym spacerowała nadmorskim bulwarem, owiana bryzą znad wody, ogrzana popołudniowym słońcem. Wiecie jak to jest, kiedy wybieracie się na niedzielny popołudniowy spacer wzdłuż tych rozstawianych wszędzie na okres letni ogródków restauracyjnych? Idziecie sobie nieśpiesznie, cieszycie się ciepłem słońca, kojącym orzeźwieniem lekkiego wiatru, wdychając zapach kwiatów zawieszonych na płotkach okalających ogródki. Takie mam właśnie skojarzenia z Mistral Patchouli.

    I lubię go! Mimo wszystko, wbrew zdrowemu rozsądkowi, lubię go!

Nuta głowy: anyż gwiazdkowaty
Nuty serca: geranium i irys
Nuta bazy: paczula

Tutaj możecie dowiedzieć się więcej na temat wspomnianego zapachu.