niedziela, 29 września 2013

Co nieco ciuchowego szaleństwa...

Hej Misiaki!

     Kolejny nie-kosmetyczny wpis w moim wykonaniu. Ty razem na wniosek Iwetto, która przy okazji jednej z poprzednich notek powiedziała, że ciuchy zasługują na własną notkę. Wpis będzie typowo "wieszakowy" ponieważ nie mam warunków do robienia zdjęć ze stylizacjami, niestety...

OK, jedzim z koksem!

1. Na pierwszy ogień moje cudowne maleństwo. Prezent, który sprawiłam sobie sama z okazji wypłaty ekwiwalentu za półroczny urlop... Moja turkusowa skórka z Ochnika.



2. Pierwszy od dawna ciuch w bordowym kolorze, po który sięgnęłam. Jak tylko go założyłam, pomyślałam "Tak jest! O to chodziło!" Uwielbiam takie kolory! Bluzka sama w sobie jest dość zwyczajna, ale lubię ją. Nabyta w New Yorkerze.



3. Kolejny nabytek z New Yorkera. Koszula jak koszula - przyda się w każdej szafie. A że lubię koszule, a ten konkretny krój jest idealny dla mojej sylwetki, mam ich łącznie... sześć ;). Dwie bakłażanowe (w różnych rozmiarach), czarną, granatową, niebieską i szarą. Polecam, bo leżą jak szyte na miarę.




4. Ciuch, który wywołał mnie do tablicy wielkim "K" na froncie. Sweter-gigant, w którym czuję się 10 lat młodsza ;) Warto mieć coś takiego w szafie. Ten konkretny egzemplarz pochodzi z H&M.




5. Swetro-wdzianko z Orsaya spodobało mi się w zasadzie od pierwszego wejrzenia. Kolor, krój - idealnie wpasowują się w jesienny klimat. W dodatku był na przecenie, więc jak tu nie brać.




6. Kupiłam też spodnie, ale musiałam mieć chyba jakieś zaćmienie mózgu, bo kupiłam o rozmiar za duże :/  Jak będzie mi się chciało, to postaram się je przerobić, ale zabawy z tym byłoby dużo, więc może będę je nosić takimi jakie są. Powinny być "skinny", są "loose". Nie ma sensu ich pokazywać, więc tylko podlinkuję Wam model KLIK.

     To z grubsza wszystko. Paru rzeczy nie pokazałam, ale wszystkie one są w jesiennym klimacie. Tak jak lubię :) Pozdrawiam i życzę słonecznego popołudnia!

Katalina

piątek, 27 września 2013

Czasami trzeba zrobić coś inaczej...

Hej Misiaki!

     Przed tygodniem ogarnął mnie przedziwny stan. To był dość specyficzny dla mnie czas, bardzo intensywny. Czułam się jakby umieszczono mnie w oku cyklonu - wokół mnie wszystko szalało i wirowało, jedynie ja trwałam w bezruchu jak jakaś rzeźba pośrodku zatłoczonego placu. W takich chwilach człowiekowi przychodzą do głowy najróżniejsze myśli. Ja sama czułam, że jeśli coś - cokolwiek - w moim życiu się nie zmieni, oszaleję. I wtedy podjęłam bardzo radykalną jak dla mnie i totalnie spontaniczną (co nieczęsto mi się zdarza) decyzję - obcinam włosy!
     Dla wielu osób to błahostka. Ot kilka kłaków, które prędzej czy później odrosną. U mnie jednak każda decyzja odnośnie moich włosów okupiona jest długim procesem myślowym. Traktuję je niemal symbolicznie. Tym razem poszłam na żywioł, opętana myślą, że zawsze robię wszystko tak samo, według ściśle wyznaczonego, utartego wzorca. Postanowiłam to zmienić. Efekt? 




     Tak krótkich włosów nie miałam od 13 lat. Dziwnie się z nimi czuję. Czasami się cieszę, czasami żałuję, ale to raczej normalne. Na zdjęciu wyglądają na dłuższe niż są. W rzeczywistości nie sięgają nawet do ramion. Zastanawiałam się, czy ujawnić się teraz, czy odczekać jakiś czas, ale część z Was i tak już mnie widziała, więc odwlekanie tego w czasie byłoby bez sensu.
     Jak zareagowało otoczenie? Bardzo różnie. Niektórzy nie skomentowali tego ani słowem, z kolei reakcja innych była bardzo żywiołowa i niekiedy mocno dla mnie zaskakująca. 
     Dla mnie samej był to pewnego rodzaju przełom, zarówno w postrzeganiu samej siebie, jak i ludzi dookoła mnie. Uświadomiłam sobie kilka rzeczy, wyciągnęłam kilka wniosków, podjęłam kilka decyzji. Zmieniła się nie tylko moja fryzura.
     Ale czasami zmiany są konieczne. Czasami trzeba zrobić coś inaczej niż zwykle licząc na to, że wyniknie z tego coś dobrego.


Pozdrawiam,
Katalina

niedziela, 22 września 2013

Zapach kobiety

     Nie miałam pojęcia jaki tytuł nadać temu wpisowi. Wiedziałam jedynie, że bez względu na wszystko muszę opisać choć w kilku słowach Arabian Oud Gharam, ponieważ to jeden z tych zapachów, które szalenie mi się spodobały!

     Pierwszy raz natrafiłam na niego kilka miesięcy temu, gdy przeglądałam stronę perfumerii Yasmeen. Moją uwagę przykuł wówczas niebanalny flakon, w którym zamknięto perfumy. Jeden z piękniejszych flakonów jakie widziałam na oczy. [KLIK] Kunsztownie wykonana czarka w kształcie serca wisząca na łagodnie wygiętym pałąku. Cudowne, misterne rzeźbienia, które dla miłośników takich klimatów są pieszczotą samą w sobie. W takiej formie można nabyć perfumy w olejku. Jest też wersja alternatywna [KLIK], ta z kolei ma minimalistyczną jak na tę stylistykę podstawkę i skrywa wodę perfumowaną.

     Przez długi czas byłam przekonana, że nie będzie mi dane bliższe spotkanie z tą kompozycją, jednak właśnie wtedy do zamówienia, które złożyłam w Yasmeen, dostałam w prezencie zestaw próbek. Pisałam Wam o tym w TYM wpisie. Wśród próbek znalazłam i Gharam, co szalenie mnie ucieszyło!

     Pierwszy nieśmiały test zapachu był jak pacnięcie po nosie, ponieważ popełniłam klasyczny błąd i... sztachnęłam się prosto z fiolki. Poczułam niesamowicie świeżą, bardzo zieloną chmurę zapachu, solidnie podbitą alkoholem. Odstawiłam próbkę. Ochłonęłam. Sięgnęłam po nią ponownie i zabrałam się do tematu jak należy. I wtedy zakosztowałam w pełni zmysłowej przyjemności, jaką Gharam ma do zaoferowania.
     Ten zapach jest jak spacer po sadzie, gdy świat wciąż pogrążony jest we śnie, gdy wszystko dookoła tonie w półmroku. Rześkie powietrze leniwie porusza liśćmi owocowych drzew. Pierwsze promienie słońca błyszczą jak diamenty w kroplach rosy pokrywających owoce i kwiaty. W pierwszej chwili daje się odczuć słodkawą cierpkość jabłek, jednak po kilku minutach coraz wyraźniej dochodzą do głosu kwiaty. Kwiaty ciepłe, kobiece, łagodnie zmysłowe i otulające. W miarę upływu czasu zapach staje się coraz cieplejszy, subtelnieje, nabiera nieco owocowej słodyczy i piżmowej miękkości. Odpręża, rozleniwia w dobrym rozumieniu tego słowa, napełnia spokojem, uszczęśliwia. To piękna, niesamowicie kobieca kompozycja, którą nosi się z ogromną przyjemnością. I choć zaliczyłabym ją do tych łagodnych, w żadnym razie nie można nazwać jej banalną. Jest subtelna, ale zarazem elegancka. Po prostu: zapach kobiety.

Pozdrawiam serdecznie,
Katalina

   

Nuty głowy: kwiat jabłoni, heliotrop, jaśmin
Nuty serca: frezja, hibiskus, róża
Nuty bazy: marakuja, skórka z cytryny, piżmo

Autorką drugiej fotografii jest wspominana już kiedyś przeze mnie Svetlana Belyaeva.


sobota, 21 września 2013

Coś dla wrażliwców: Olsson Scandinavia

Hej Misiaki!

     Dzisiaj będzie włosowo. Znowu. Ostatnio dużo się dzieje na mojej głowie, ale o tym opowiem kiedy indziej. Tym razem chciałabym podzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat szamponu, którego używam od ostatnich kilku tygodni. Mowa o łagodnym szamponie do włosów suchych i normalnych marki Olsson Scandinavia.




     Warto w tym miejscu wspomnieć, że mimo iż na opakowaniu mamy wzmiankę "normal/dry", szampon przeznaczony jest do wszystkich rodzajów włosów. Głównymi obietnicami, jakie składa producent w przypadku tego kosmetyku są:
- nawilżenie
- wzmocnienie
- odbudowa
- miękkość
- ułatwienie stylizacji
- oczyszczenie skóry głowy

Dostępność: 
Strona internetowa firmy KLIK

Cena:
49zł

Pojemność: 
325ml

Trwałość:
12 miesięcy od otwarcia.




Opakowanie:
Stojąca na głowie tuba, wykonana z miękkiego tworzywa, zamykana zatrzaskowo. Zazwyczaj podoba mi się takie rozwiązanie, jednak wydaje mi się, że w tym przypadku z uwagi na konsystencję kosmetyku właściwsza byłaby standardowa butelka, dozownik z pompką, albo coś w tym rodzaju. Szata graficzna opakowania jest raczej neutralna, nie atakuje oczu natłokiem ozdobników. Wygląda schludnie, porządnie i przejrzyście podaje niezbędne informacje na temat szamponu.




Konsystencja:
Bardzo rzadka, niemal płynna. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, bo otworzyłam wylot butli i BAM! Stąd też moja wcześniejsza uwaga co do opakowania. Przy tak rzadkiej konsystencji aż się prosi o pompkę lub coś TAKIEGO.




Zapach:
Bardzo lekki, praktycznie niewyczuwalny, neutralny.

Aplikacja i działanie:
     Sięgając po ten szampon miałam kilka obaw. Głównie w związku z tym, że moje włosy potrafią reagować rozmaicie na szampony, które nie mają na opakowaniu napisane czarno na białym "przeciwłupieżowy".  W dodatku lubią się plątać, czasem bywają szorstkawe. No i przetłuszczają się niestety. Całe szczęście okazało się, że nie ma powodu do strachu. Szampon Olsson jest jednym z dwóch nie-przeciwłupieżowych, które nie spowodowały u mnie wysypu. Już choćby za to należy mu się ogromny plus! Podejrzewam, że to zasługa zinc coceth sulfate w składzie. 
     Ciężko mi się wypowiadać na temat właściwości odbudowujących szamponu, natomiast zdecydowanie potwierdzam informacje o uelastycznieniu i dodaniu miękkości. Specjalnie przez kilka dni z rzędu (myję włosy codziennie) nie stosowałam żadnych dodatkowych balsamów, czy odżywek. Mimo to włosy nie plątały się, były miękkie i łatwo się rozczesywały. Dobrze sobie radzi z domywaniem olejów, fajnie oczyszcza skórę głowy.
     Jestem przyjemnie zaskoczona i naprawdę zadowolona z szamponu Olsson. Pomijając opakowanie, jest to naprawdę fajny produkt - wydajny, skuteczny i - co dla mnie bardzo ważne - nadaje się do częstego używania, czego nie można powiedzieć o wielu szamponach.




Skład:


Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Sodium Laureth Sulfate - sól sodowa siarczanu oksyetylenowanego alkoholu laurylowego. Jest to anionowa substancja powierzchniowo czynna, podstawowy składnik myjący. Bardzo dobrze myje, ale tworzy niestabilną pianę o słabych właściwościach użytkowych.

Glycerin – humektanty/środki rozpuszczające. Pochodzenie różne (także petrochemiczne), zatrzymuje wodę w skórze, nawilża, daje wrażenie miękkiej skóry.

Sodium cocoamphoacetate – Mieszanina soli sodowych glicynianów kwasów tłuszczowych oleju kokosowego. Bardzo łagodna dla skóry substancja myjąca. Usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów. Wygładza włosy, nadaje połysk. Dodatek amfoterycznych substancji powierzchniowo czynnych w kosmetykach myjących powoduje łagodzenie ewentualnego działania drażniącego wywołanego przez anionowe substancje powierzchniowo czynne jak np. Sodium Laureth Sulfate. Substancja pianotwórcza i stabilizująca pianę w kosmetykach myjących. Stosowana z anionowymi substancjami powierzchniowo czynnymi powoduje wzrost ilości i stabilności tworzącej się piany.

Sodium Chloride - chlorek sodu, w kosmetykach odpowiada za lepkość produktu.

Disodium Laureth Sulfosuccinate - Anionowa substancja powierzchniowo czynna, wrażliwa na zmiany pH. Substancja myjąca - usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów. Bardzo łagodna dla skóry i błon śluzowych. Dodawana do kosmetyku w celu poprawy klarowności. Substancja pianotwórcza, stabilizująca i poprawiająca jakość piany w mieszaninie z niejonowymi substancjami powierzchniowo czynnymi.

Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride (Guar hydroksypropylowy) - otrzymywany z ziaren indiańskiego drzewka, sproszkowany. Wzmacnia włosy, uelastycznia i ułatwia ich rozczesywanie.

Zinc coceth sulfate - Jest wielofunkcyjną substancją powierzchniowo czynną. Posiada własności przeciwłupieżowe. Wykazuje skuteczność antybakteryjną. Zapobiega nieprzyjemnemu zapachowi skóry głowy i włosów. Przywraca skórze fizjologiczne pH, które jest bardzo ważne w utrzymaniu efektu deodoryzującego. Jako surfaktant jest łagodny dla skóry i oczu, ma dobre właściwości pianotwórcze i jest biodegradowalny.

Panthenol - Nawilża, działa przeciwzapalnie, jest naturalnym prekursorem witaminy B5 (kwasu pantotenowego), substancji bardzo szeroko rozpowszechnionej
w przyrodzie, obecnej w każdej żywej tkance. Pantenol może występować w postaci dwóch odmian (izomerów) określanych literami D- i L-. Tylko jedna z nich (D-pantenol) wykazuje aktywność biologiczną, izomer L- jest nieczynny i nie ulega przekształceniu w witaminę B5.
Ma silne własności higroskopijne. Pantenol należy do silnie działających stymulatorów wzrostu i odnowy komórek, zarówno naskórka jak i skóry właściwej. Wykazuje silne działanie gojące przy różnych rodzajach uszkodzeń skóry i błon śluzowych, łagodzi podrażnienia i nieprzyjemne objawy wywołane czynnikami alergogennymi.

Aloe Barbadensis Leaf Extract - wyciąg z liści aloesu. Nawilża i koi skórę. Utrzymuje wilgotność, działa przeciwzapalnie, łagodząco, posiada właściwości filtrujące promienie słoneczne. Pobudza regenerację naskórka i ziarnowanie tkanki łącznej właściwej. Stosuje się go w pielęgnacji cery suchej, dojrzałej jak i trądzikowej. Nawilża skórę wnikając w jej głębsze warstwy.

Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie ochronne antyoksydantów, używany jako zmiękczacz, środek konserwujący, przeciwutleniacz.

Phenoxyethanol - jest półsyntetycznym środkiem konserwującym, który staje się coraz powszechniej używany w kosmetykach naturalnych, jest uważany za bezpieczniejszą alternatywę dla parabenów (nie mniej jednak badania wykazały,
że ma szkodliwe oddziaływanie na mózg i układ nerwowy u zwierząt).

Sodium Benzoate - konserwant. Osoby ze skłonnością do alergii powinny unikać tego składnika. Uniemożliwia on rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed nadkażeniem bakteryjnym, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem).

 

 Miałyście styczność z kosmetykami tej marki? Co o nich sądzicie?

Pozdrawiam,
Kat.

niedziela, 15 września 2013

Wpół do jesieni

Hej, Misiaki!

     Znowu zbliża się ten czas w roku, kiedy zaczynam odczuwać w kościach zbliżającą się jesień. I jak zawsze fakt ten niesamowicie mnie cieszy. Podejrzewam, że jestem w mniejszości, ponieważ zazwyczaj słyszy się podobne głosy w odniesieniu do lata. No cóż, nie jestem jakoś ekstremalnie pro-letnia, za to jesień zawsze fajnie mnie nastraja. No i kolory, ach, kolory! Takie moje :)

     Po raz kolejny zabierając się do pisania stwierdziłam, że w zasadzie nie jestem w nastroju do tworzenia czegoś skierowanego wybitnie na jeden temat. Jakoś lepiej mi się ostatnio tworzy mieszanki wybuchowe wszelakiej maści.

     Zacznę od włosów, bo w ostatnim czasie ździebko się zmieniły. W sumie przypadkiem. Kupiłam sobie farbę w kolorze jasno-kasztanowym. Nie wiedzieć czemu sądziłam, że na głowie wyjdzie mi coś na kształt jasno-średniego brązu, tymczasem moje włosy zrobiły się niemal czarne... O takie:




     Nie będę Wam wciskać kitu i przyznam, że najbardziej lubię się właśnie w takim wydaniu i pewnie gdyby nie fakt, że czernie są bardzo trudne w utrzymaniu na mojej głowie, farbowałabym się tak na okrągło. Ale są. Te z Was, które nie mają gęstej szopy grubych włosów zrozumieją co mam na myśli. Moje włosy są cienkie i proste jak druty, w dodatku szybko się przetłuszczają, przez co niestety wymagają ciągłego układania, stroszenia, dodawania objętości na wszelkie możliwe sposoby. A ciemne odcienie są bezlitosne i bardzo wymagające.
     Tak czy inaczej, moje bezpośrednie otoczenie nie zareagowało na zmianę jakoś szczególnie. Właściwie poza dwiema osobami wcale nie zareagowało ;) Udało mi się za to po raz kolejny zaskoczyć kogoś swoim wiekiem. Nie wiem, czy to ja się tak dobrze trzymam, czy też inni nie są w stanie właściwie ocenić mojego wieku, a może zwyczajnie chcą być uprzejmi? W każdym razie miło jest usłyszeć, że wygląda się na mniej niż się ma ;) Heh, wychodzi moja kobieca próżność.


     Nadchodząca jesień wyzwoliła we mnie głód koloru!
Zapragnęłam zanurzyć się w rudościach, burgundach, miedzi, złocie, fuksji i fiolecie. Marzy mi się grubaśny, długaśny rozpinany sweter w takich kolorach. Ruszyłam na ubraniowe łowy, ponieważ po bardzo długim czasie gdy w sklepach nie można było dostać czegokolwiek bordowego, nagle znów go wszędzie pełno (YEAH!). W ogóle jesienią pojawiają się takie "moje" rzeczy - z fakturą, ciekawymi detalami, skórzanymi elementami, jakimiś metalowymi ozdobami. Normalnie raj. Już teraz kupiłam sobie parę butów, spodnie, bluzkę, koszulę i "swetro-wdzianko". Tak, mam problem... Patrząc na to co i w jakich ilościach kupuję, powinnam zostać blogerką modową. Ale bez obaw, to raczej nie nastąpi.

     Na potwierdzenie zaprezentuję Wam mój ostatni kosmetyczny nabytek.
Przeglądając serwis Allegro, natrafiłam na miniaturki OPI i dwa zestawy momentalnie wpadły mi w oko. Każda z buteleczek ma pojemność 3,75 ml, czyli jest malutka, jednak dzięki temu mam pewność, że zużyję lakier do cna.

1. Little Bits of Chic, San Francisco Collection by OPI



     Bardzo trudno jest je sfotografować jednocześnie oddając ich właściwy kolor, zatem TUTAJ znajdziecie zdjęcie całej, liczącej 15 kolorów serii. Moja czwórka podoba mi się najbardziej ze wszystkich odcieni. Ewentualnie połakomiłabym się jeszcze na 'Lost on Lombard'.
     Zestaw zawiera: 'First Date at the Golden Gate' (kremowa, ceglana czerwień), 'Muir Muir on the Wall' (boski burgund ze złotym poblaskiem), 'In the Cable Car-Pool Lane' (kremowy bakłażan), 'Peace & Love & OPI' (zielono-fioletowa benzynka). Kolory jakby zaprojektowane specjalnie dla mnie!

2. Oz the Great and Powerful 



     Całą kolekcję możecie zobaczyć TUTAJ. Zawiera 7 kolorów, z czego trzy to bezpieczne, miłe dla oka nudziaki, jeden piasek oraz trzy brokaty. 
     Mój zestaw zawiera: 'I Theodora You' (półprzejrzysty blady róż), 'Don't Burst My Bubble' (jasny beż), 'Glints of Glinda' (kolejny, tym razem ciemniejszy beż), 'What Wizardry is This?' (złoto-brązowy piasek).


     Pozostając w temacie kolorów, jakiś czas temu przyszła do nie wygrana w konkursie u Hexxany, a była nią magnetyczna paletka Artdeco z trzema dowolnie przeze mnie wybranymi cieniami. Póki co tylko zasygnalizuję temat, ale z pewnością jeszcze go rozwinę, bo kasetka, jak i cienie bardzo mi się spodobały! A w prezencie od sklepu iGruszka dostałam jeszcze tusz do rzęs. Przemiły gest! :)



     Na zakończenie jeszcze jedno miłe zaskoczenie. Jak wiecie, nosze soczewki kontaktowe, a że w internecie są one tańsze niż w gabinecie, gdzie je wcześniej kupowałam, od jakiegoś czasu składam zamówienia online. Zdecydowałam się na zakup za pośrednictwem strony bezokularow.pl już po raz drugi. Kupiłam zestaw trzech par soczewek, które zazwyczaj noszę oraz dobrałam do nich płyn. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w paczuszce znalazłam parę miesięcznych soczewek silikonowo-hydrożelowych dodanych w gratisie! Były też dwa kupony zniżkowe: jeden do drogerii internetowej, drugi do sklepu z ubraniami i akcesoriami. Wspaniała niespodzianka!





     Początkowo chciałam poczekać z tym wpisem aż przyjdzie do mnie paczka z nową paletą Sleek Vintage Romance (tak, tak, ja TEŻ ją kupiłam), ale przecież zawsze mogę popełnić osobny wpis ;).

     A póki co, życzę Wam wszystkim miłego niedzielnego wieczoru! Do usłyszenia niebawem!
Katalina