niedziela, 27 października 2013

Autumn in the city

Hej Misiaki!

     Jesień w pełni. Staram się ją chłonąć jak tylko się da, choć nie zawsze jest ku temu okazja. Przyznałam się już Wam kiedyś w dość zawoalowany sposób, że jestem pracoholiczką, teraz potwierdzam to głośno i wyraźnie. A ostatni tydzień sprawił, że moje oddanie pracy miało szansę rozwinąć w pełni skrzydła ;) Mówiąc po ludzku - nadgodziny.


Bulwar w Gdyni - idealne miejsce na każdą porę roku!

     Za to wczoraj spędziłam calutki dzień poza domem i robiłam wszystko, byle tylko o pracy nie myśleć. Co robiłam? Zaczęłam od wypadu do nowo otwartego przybytku handlowego w Gdyni: CH Riviera. Szumnie zapowiadane otwarcie, masa eventów, masa sklepów, wielka przestrzeń... Ufff! Powiem Wam, że czułam się zagubiona przemierzając w pojedynkę korytarze nowej świątyni konsumpcji. Lubię kręcić się po galeriach handlowych - mało która kobieta nie lubi - ale zazwyczaj muszę pokręcić się po danym miejscu więcej niż raz, by poczuć się tam w miarę normalnie. Riviera mnie przytłoczyła. Podejrzewam jednak, że kiedy pojawię się tam następnym razem będzie już dużo lepiej. Ale żeby nie było tak pesymistycznie - z tej przygody wyszłam z kilkoma rzeczami.

Cel: bordowy płaszcz!
Od pewnego czasu chodził mi po głowie zakup bordowego płaszcza. To mój ukochany kolor i nigdy mi go za wiele, poza tym ostatnio pokochałam dodatki w kolorach rdzy i gorących pomarańczy. I proszę bardzo! W Pull & Bear udało mi się dorwać coś idealnego! KLIK Fason i kolor są zupełnie z mojej bajki. Jedyne co mnie bawi to opis produktu. Kochani, płaszcz wykonano niemal w całości z poliestru. Ma tam jakąś minimalną domieszkę wiskozy i elastanu, ale lwia część to poliester, tymczasem na stronie stoi napisane "wełniany płaszcz". Trololo. Ale i tak go uwielbiam.

Seksowne opakowanie.
Drugi celny strzał zaliczyłam w Stradivariusie. Nie chadzam tam zbyt często, bo ich rozmiarówka jest kompletnie wykoślawiona więc nigdy nie wiem po co sięgać. Przykład? Nabyłam u nich żywicowane, bordowe spodnie KLIK. Miałam już kiedyś bardzo podobne, ale od tamtej pory mi się schudło, spodnie leżały na mnie źle, więc je oddałam. Ale ponieważ idealnie wpasowują się w mój styl i upodobania, kupiłam kolejne. I tak jak zazwyczaj noszę rozmiar 36-38, tak w Stradivariusie nie mam co schodzić poniżej 40, chyba że chcę nabawić się depresji. Ale czasem warto przymknąć oko na rozmiar, zwłaszcza gdy w grę wchodzi cena. Niemal identyczne spodnie możecie dostać w Reserved, niestety ichnie ceny oscylują wokół 130zł. 40zł różnicy to dużo! Biorąc to pod uwagę, jestem skłonna patatajtać w rozmiarze 40 ^___^

Czy w CH Riviera jest salon MAC? 
Odkąd pojawiły się słuchy, że Riviera się buduje, w środowisku trójmiejskich blogerek pojawił się news, że kopnie nas zaszczyt i MAC w końcu przestanie strzelać focha na województwo pomorskie. Niestety, mili moi, MACowa królewna najwyraźniej wciąż się fochuje. Oh well, jakoś to przeżyję, zwłaszcza że tych kilka produktów z MAC, które mam, lub miałam jakoś nie zatrzęsło moim światem.

TK MAXX
Zaskoczył mnie. Pierwszy raz tam trafiłam i nie ukrywam, że byłam bardzo ciekawa co zastanę w środku. Tam jest wszystko! Wszystko! Buty, zabawki, bielizna, piżamy, ubrania letnie, zimowe, wazony, bombki, ramki, garnki, słodycze, kosmetyki... można dostać oczopląsu. Niestety rozmieszczenie ciuchów bardzo mnie rozczarowało, bo patrząc na to wszystko czułam się jak w gigantycznym lumpeksie. I żeby była jasność, nie mam nic do lumpeksów, bo przez lata niejednokrotnie udawało mi się dorwać jakąś perełkę w tym czy tamtym ciuchlandzie. Po prostu poczułam się po raz kolejny przytłoczona. Pewnie innego dnia spokojnie zabrałabym się do buszowania, ale tamtej soboty po prostu nie miałam na to siły. Jednak nie wyszłam z pustymi rękami, o nie!




     Ile to razy czytałam na Waszych blogach o lakierach Color Club dostępnych w TK Maxx i przeklinałam fakt, że nie mogę sama się za nimi rozejrzeć. Wykorzystałam swoją okazję. Powyższy zestaw z serii Girl About Town kupiłam w zasadzie tylko dla jednego lakieru: The Uptown, który jest ucieleśnieniem tego co obecnie mnie zachwyca w lakierach: ciemna baza, a  niej miliardy flakeów mieniące się boskimi, jesiennymi odcieniami. CUDO!!! W TK Maxxie możecie capnąć pełną kolekcję, ale jak wspomniałam, zależało mi tylko na tym jednym kolorze, więc zdecydowałam się na mały zestaw. Patrząc na kolory, wiem, że każdy z nich będzie mi się nosiło z wielką przyjemnością.

☻ Opuściwszy Rivierę ruszyłam nad morze. To już tradycja - jak jestem w Gdyni, muszę iść na bulwar i koniec.




     A na bulwarku, siedząc w znajomej scenerii, sączyłam z szerokim uśmiechem na ustach grzańca z imbirowym przytupem. Coś wspaniałego!

☻ Wracając do mojego pracoholizmu. Wiadomo, że czasem trzeba oderwać się od pracy i ogólnie od wszystkiego. Wielu blogerów często pisze, że blog to dla Was takie właśnie miejsce, gdzie możecie się oderwać od rzeczywistości i odstresować. Cóż, widocznie jestem jedną z niewielu, dla których tak to nie działa. A może po prostu się starzeję? W każdym razie często okazuje się, że w wolnych chwilach wolę robić wszystko, tylko nie siedzieć w blogosferze. Taka ze mnie niewdzięcznica. Co robię ostatnio?




     Dziergam sobie szalik. Nic nadzwyczajnego. Prosty, ażurowy wzór, czarna włóczka z opalizującymi na pomarańczowo i zielono drobinkami. Będzie fajny otulacz :)

Pazurki
Mówiłam Wam, że mam nawrót choroby pod tytułem "zdobienie paznokci". Właśnie idzie do mnie zestaw pędzelków do robienia zdobień. Nigdy żadnego nie miałam, więc jestem ciekawa. A tymczasem mam manię na czerwienie w różnej formie.




     Ten magnetyczny czarodziej z Golden Rose, o numerze #08 o mały włos nie został przeze mnie wyrzucony. I to kilka razy. Zawsze obracałam go w dłoniach, przyglądałam mu się uważnie i zastanawiałam się po co go jeszcze trzymam, w końcu nigdy go nie używam. Jednego dnia się przełamałam i po niego sięgnęłam. Zachwycił mnie totalnie! Wzbudził również małe poruszenie wśród moich koleżanek ;)

     Drugi lakier, który mnie zachwycił kupiłam wczoraj w Hebe. Pochodzi z firmy Kinetics Professional - jak dotąd kompletnie mi nieznanej. Kolor mnie oszołomił, to mój idealny odcień czerwieni. Nosi nazwę Red Gown. Na poniższym zdjęciu widzicie jedną warstwę. Lakier jest obłędnie napigmentowany! Jeśli okaże się trwały, wrócę do Hebe i kupię ich więcej. 




☻ Jak jeszcze umilam sobie jesienne wieczory? A tak:




     Kawo-kakao z domieszką mleka. Wyśmienite! A żeby umilić sobie picie kawy i herbaty także w pracy, kupiłam sobie taki oto kubek:




     Przyznacie że jajcarski :D I sam w sobie stanowi temat niekończących się rozmów. Nie wiem już ile razy robiąc w pracy kawę czy herbatę byłam o niego zagajana. Ale nie zamierzam się skarżyć, bo dzięki temu bez zbędnej "spiny" poznałam kilka sympatycznych osób :). 

☻ Nie byłabym sobą, gdyby nie pojawiły się świece. U Was przeważnie widuję woski, jednak mnie one kompletnie nie kręcą - zdecydowanie bardziej wolę świece i olejki. Aktualnie miałam wielką przyjemność zaciągać się zapachem drzewa sandałowego. Na marginesie, polecam produkty Bolsius - warte są każdej złotówki.




... Było też spore rozczarowanie muffinkowymi świecami z Rossmanna. Pachną ładnie ale tylko stojąc na półce w sklepie. Zapalone nie dają żadnego zapachu. No cóż, przynajmniej robią nastrój.




☻ A co nie zapachniało świecąc, roztoczyło aromat wprost z mojej skóry. Ostatnio wzięłam się pełną parą za próbki zapachów, które dostałam z drogerii Yasmeen. O Gharam już Wam pisałam. 

     W ciągu ostatnich dni nosiłam Insherah Gold od Rasasi. Zapach ten okazał się dla mnie trudny w codziennym noszeniu i dość przytłaczający. Jest niezwykle mocny i intensywny, ma również wielogodzinną projekcję, co w tym przypadku okazało się dla mnie męczące. Nuty zapachowe nie sugerowały aż takich rozterek:
Nuty głowy: cytryna, goździk
Nuty serca: irys, drzewo sandałowe
Nuty bazy: nuty drzewne, piżmo.
Patrząc na nie, spodziewałam się pachnidła, które będzie na mnie leżało niczym druga skóra. Tak się jednak złożyło, że cytryna, która w Insherah Gold zdecydowanie dominuje, w miarę upływu czasu ewoluuje w dość dziwny dla mnie sposób i z każdą mijającą godziną męczy mnie i drażni coraz bardziej. Nasuwa mi skojarzenia rodem z półki z chemią gospodarczą. Świdruje mi w nosie, przeszywa nieprzyjemnie zmysły. To po prostu nie mój zapach i tyle.

     Zupełnie inaczej mają się sprawy z kolejną kompozycją Rasasi: Ashaar Dla Niej. Jest to niesamowicie kobieca mieszanka, która naniesiona na skórę rozkwita bukietem otulających, ciepłych i zmysłowych woni.
Nuty głowy: mandarynka, bergamotka, czarna porzeczka
Nuty serca: konwalia, brzoskwinia, jabłko, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: wanilia, piżmo, ambra, oud.
Tutaj trwałość jest już nieco gorsza, ale i ciężko przyrównywać wodę perfumowaną do olejku. Zapach w pierwszej chwili jest zdecydowany i dość intensywny, jednak już po kilku minutach traci ostrość i wtapia się w ciało. Ashaar nosi mi się jak dotąd bardzo przyjemnie. I to moje przekleństwo, niestety, ponieważ od jakiegoś czasu na mojej chciejliście pojawia się coraz to nowy zapach, który "absolutnie muszę kupić, bo jak się skończy to będzie dramat" ;) Rozumiecie co mam na myśli? Na szczycie gości opisywany już przeze mnie Loukhoum, którego zakup wciąż odkładam ponieważ cena flakonu to - bagatela - 465zł... Ashaar jest niebezpiecznie blisko bycia wciągniętym na listę. Pożyjemy, zobaczymy.


A póki co pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję do zobaczenia niebawem :)
Katalina :*


niedziela, 20 października 2013

Makijaż: Klasyka inaczej

Hej Misiaki!


     W maju napisałam dla Was recenzję wyjątkowych, papierowych rzęs (dla zainteresowanych - KLIK) . Pamiętam, że padło wówczas wiele głosów na "nie" i poniekąd rozumiem dlaczego - tego typu rzęsiska nie nadają się dla każdego i na każdą okazję. To produkt typowo sesyjny, ewentualnie imprezowy. 




     Pomyślałam więc, że pokażę Wam sam makijaż, jaki wykonałam wówczas jako tło dla prezentacji rzęs. Jego siłą jest prostota i dość klasyczny rysunek oczu i ust. Wygląda przy tym na tyle efektownie, by sprawdzić się w wielu sytuacjach.




     Jak widzicie, połączyłam tu klasykę z nieco "arabskim" kształtem linera na oczach, a aby nie było tak nudno, dodałam na oczach odrobinę pasującego do pomadki koloru. Oto cienie, jakich użyłam:



Zaczynamy!


     Zazwyczaj zaczynam makijaż oczu od podkreślenia brwi i nałożenia bazy na powieki. Tak też było w tym przypadku. Następnie, sięgnęłam po matowy cień w kolorze mojej skóry i nałożyłam go na cały łuk brwiowy.



     Ruchomą część powieki pokryłam cieniem w takim samym kolorze, jednak o perłowej fakturze. Użyłam pojedynczego wypiekanego cienia z Bourjois, który jak na perłę, ma niesamowicie miękką i przyjemną formułę, dzięki czemu mimo perłowego wykończenia nie funduje nam na oczach kuli dyskotekowej.




Odrobina wylądowała również na dolnej powiece. Dzięki temu, że perła znajduje się tylko w wybranych miejscach, oko będzie "łapało" światło w subtelny, lecz efektowny sposób, nie atakując nachalnie drobinkami, czy też przesadnie metaliczną fakturą.




     Eyelinerem w pisaku wyznaczyłam ogólny zarys makijażu. Chciałam osiągnąć nieco "romboidalny" kształt, a że tak było mi wygodniej... Oczywiście jeśli wolicie, możecie od razu pociągnąć pełną kreskę i dopiero na końcu połączyć ją z dolną powieką.





     Jak widzicie, w wewnętrznym kąciku wyciągnęłam linię dość głęboko w dół. Chciałam w ten sposób zmienić odrobinę kształt oka i nadać makijażowi lekko wschodniego charakteru. Również z tego powodu postanowiłam obrysować czernią całe oko. Jeśli macie małe oczy, zrezygnujcie z tego kroku.




     Dla urozmaicenia wymyśliłam sobie akcent kolorystyczny w mojej ulubionej tonacji. Przy pomocy ukośnie ściętego, cienkiego pędzelka domalowałam kreskę powyżej czerni.




     Na tym etapie warto odsunąć się od lustra i ocenić całość pod kątem ewentualnych poprawek. Moje oczy są dość okrągłe, zatem aby nadać im bardziej migdałowy kształt konieczne było przyciemnienie dolnych rzęs i linii wodnej. Jeśli natura obdarzyła Was kocimi oczyma, możecie podarować sobie ten krok. Nie posłuży on również posiadaczkom małych oczu, ponieważ dodatkowo pomniejszy je optycznie.




 Tusz dopełnia całość.




     Ten makijaż aż się prosił o czerwone usta! Było to oczywiste nawet dla mnie, mimo że na co dzień w zasadzie nigdy po ciemne pomadki nie sięgam. 




     Resztę twarzy potraktowałam dość neutralnie, minimalnie konturując, dodając tu i ówdzie nieco rozświetlacza, dopełniając różem w kolorze naturalnego rumieńca. Całość prezentuje się następująco:






Użyte produkty:
Twarz
- Revlon Colorstay #150 Buff
- Bourjois Healthy Mix Correcting Concealer #51
- Sephora Compact Powder Foundation #D20
- IKOS Ziemia Egipska
- Essence Sun Club Highlighter Powder #01 Summer Glow
- Make Up Store Bush Complex #OK1
- Brwi: INGLOT 452 P, INGLOT 358 M
Oczy
- Artdeco Eyeshadow Base
- INGLOT 352 M, Bourjois #08, L’Oreal #S3 Disco Smoking
- Max Factor eye pencil #090 Natural Glaze
- PUPA Multiplay #09
- Grashka eyeliner
- Lovely Curling Pump Up Mascara
Usta
- Maybelline Super Stay 10h Tint Gloss


    
Hmm... odgrzebując tę propozycję nabrałam ochoty do zabawy kolorowymi kreskami na oczach ;) Mam nadzieję, że moja propozycja przypadła Wam do gustu. Pozdrawiam serdecznie i do następnego!

Katalina :*

czwartek, 17 października 2013

Motyla noga... eee, skrzydło...

Hej Misiaki!

     Najwyraźniej upodobałam sobie pisanie o tuszach do rzęs... W ostatnim wpisie omawiałam Glamour Max od Bourjois, zaś tym razem chciałabym wspomnieć o False Lash Wings Butterfly Effect Fibers marki L'oreal. Tusz ten dostałam od Angel, na której nie wywarł przesadnie fantastycznego wrażenia. Spytała, czy mam ochotę się nim pobawić, a że miałam...

Od czego by tu zacząć? Może posłużę się swoją tradycyjną rozpiską.




Dostępność:
Drogerie małe i duże, internet... Gdzie chcecie.

Cena:
W sieci ceny zaczynają się od około 40zł. Patrząc przekrojowo, wychodzi średnio 50zł, czyli nie tak mało.

Pojemność: 
7ml.

Trwałość:
Opakowanie obiecuje pół roku zabawy.



 
Opakowanie:
     Gabarytowo przypomina inne maskary L'oreala. Samo opakowanie jest srebrne, lustrzane, usiane paskami, mającymi jak mniemam symbolizować owe obiecane rzęsy do nieba, tudzież motyle skrzydła. Nie powiem, całkiem przyjemne, choć ścierające się czarne tło spod napisów nie wygląda jakoś specjalnie elegancko.
     Szczoteczka jest bodaj najciekawszym elementem tegoż produktu. Jest niecodzienna, przynajmniej ja nie miałam wcześniej do czynienia z niczym podobnym.




     Jak widzicie, jest jednostronnie wyprofilowana w taki sposób by naturalnie łapać i wyciągać na zewnątrz rzęsy z zewnętrznych kącików oczu. Niby genialne - tak mi się początkowo zdawało - acz w praktyce niejednokrotnie okazywało się, że ten właśnie kształt dość dziwnie oddziaływał na moje rzęsy i ich ułożenie. Sklejał, zbijał je do środka,  albo robił coś a la owadzie nóżki. No bez kitu - butterfly effect!
     Na dowód macie fotkę przedstawiającą jedno z moich pierwszych podejść do wspomnianej maskary:




     Po mojemu, wyszło odrobinę smętnie - zwłaszcza w tym nieszczęsnym zewnętrznym kąciku, który jakoby miał być bajecznie wydłużony i zagęszczony.

Konsystencja:
     W niej upatruję głównego winowajcę. Tusz jest bardzo rzadki, co w połączeniu z taką a nie inną szczoteczką, zamiast budować nam długość i objętość, skleja, zbija w kępki i generalnie nie dodaje uroku... 

Ale, ale! Czemu by nie poeksperymentować? pomyślałam.

     Wtedy właśnie zdecydowałam się dać insektowi pooddychać i zostawiłam go odkręconego na jakąś godzinę. A potem robiłam tak jeszcze ze dwa razy, aby nabrał mocy.

Aplikacja i działanie:
     Okazało się to dobrym posunięciem. Tusz odrobinę zgęstniał, a tym samym zaczął lepiej współpracować z kształtem szczoteczki, jednak w dalszym ciągu nie robił takiego szału, jaki zapowiadał spot reklamowy (niespodzianka).




     Tak, czy inaczej rezultat jaki udało mi się uzyskać był już nieco bliższy akceptowalnemu. Może nie tak dobry, jak w przypadku innych maskar, które lubię, ale na tyle przyzwoity, by móc z czystym sumieniem wyjść rano z domu do pracy. 

     Z moich obserwacji wynika, że "false lash" efektu wspomnianym tuszem raczej nie osiągniemy. Tym bardziej nie "butterfly wings'ów" - co najwyżej "butterfly leggs'y". Fibers? Nie zauważyłam. 




     Tusz ten pozwoli osiągnąć naszym rzęsom raczej dzienny wygląd, bez żadnej konkretnie podrasowanej objętości. Warto też mieć pod ręką jakiś grzebyczek do rozczesywania rzęs - okazuje się nader przydatny. Na załączonych powyżej zdjęciach, jak się domyślacie, nie użyłam go, aby jak najdokładniej zobrazować działanie tuszu bez wspomagania. 
     Na co dzień niestety wymaga ode mnie nieco więcej uwagi niż moje wcześniejsze cacko, jednak jestem w stanie uzyskać nim przyzwoity i zadowalający mnie efekt. Pocieszające jest również to, że w miarę upływu czasu jest coraz mniej kłopotliwy i coraz lepiej współpracuje bez konieczności machania grzebykiem.

     Koniec końców jestem jednak zdania, że maskara wyceniona na pół bańki powinna oferować coś więcej. Tym bardziej, że taki tusz Lovely za niespełna 9-10zł działa u mnie jak marzenie. Cóż, romansu z tego nie będzie.


Miałyście? Próbowałyście? Co sądzicie na jego temat?

Pozdrawiam,
Katalina

sobota, 12 października 2013

Glamour na maxa, czyli rozmiar ma znaczenie!

Hej Misiaki!

     Tusz do rzęs - ważna sprawa! Przynajmniej dla mnie, jako że natura nie była dla mnie w temacie rzęs zbyt łaskawa. Względem tuszy jestem zatem wymagająca i krytyczna, mimo to udało mi się znaleźć kilku naprawdę godnych uwagi przedstawicieli gatunku. 

      Nie będę silić się na suspensowe zagajenia typu "czy omawiany tusz zdobył moje serce?", bo a) uważam je za ździebko głupawe, b) za równie głupawe uważam sformułowanie, że kosmetyk zdobył czyjeś serce... Napiszę zatem, że tusz Volume Glamour MAX od Bourjois to kawał fajnej maskary. Jeśli jesteście ciekawi co takiego mi się w niej podoba, zapraszam do lektury.




     Jest to pierwszy i jak dotąd jedyny tusz marki Bourjois, jakiego próbowałam. Podchodziłam do niego, nie wiedzieć czemu, dość sceptycznie. W dodatku jest to wersja wodoodporna, a po taką formułę sięgam niezmiernie rzadko. Kupiłam gagatka korzystając z majowej promocji w Rossmannie, więc kosztował mnie tylko 29,39zł.




     Wybrałam oczywiście czerń. W przeszłości lubiłam romansować z kolorowymi tuszami, jednak od dłuższego czasu jestem wierna klasyce. Cóż takiego ujęło mnie w burżuju? Szczoteczka, która mimo konkretnego rozmiaru nie utrudnia aplikacji. Jest gęsta, przez co nabiera sporo produktu, a to zazwyczaj niepokoi w przypadku maskar, bo często oznacza posklejane rzęsy. Na szczęście nie w tym przypadku.




     Budowa szczoteczki bardzo ułatwia rozczesywanie rzęs. Owszem, bombardujemy je toną tuszu na raz, ale przy okazji perfekcyjnie je rozdzielamy. Idealne combo. 
     Polubiłam również formułę tuszu. Średniej gęstości krem idealnie współgra ze sporą, gęstą szczoteczką i umożliwia stopniowe budowanie intensywności efektu. Jedna warstwa umożliwi uzyskanie bardzo przyzwoitego, wyrazistego efektu.




     Przy dwóch warstwach rezultat jest już bardziej dramatyczny i taki właśnie mi odpowiada. Tak używałam go najczęściej.




     A żeby udowodnić Wam, że można jeszcze bardziej podkręcić efekt, oto zdjęcie prezentujące trzy warstwy tuszu. Ok, to już definitywnie nie wygląda naturalnie, ale osobiście bardzo podoba mi się efekt sztucznych rzęs bez sztucznych rzęs.




     Na zakończenie jeszcze rzut oka na całą twarz. Zdjęcie zrobiłam w przeddzień postrzyżyn, stąd długie włosy... Ech, tęskno mi trochę za nimi... 




     Z całą pewnością prędzej czy później znów sięgnę po ten tusz. Może niekoniecznie w wersji wodoodpornej, nie mniej jednak teraz gdy go wypróbowałam, wiem że stać go na wiele. Wart jest każdej złotówki.

Serdecznie polecam,
Katalina


niedziela, 6 października 2013

Stemplujemy!

Hej Misiaki!

     Ostatnio na nowo dałam się ponieść paznokciowej fascynacji. Przez długi czas nie zawracałam sobie tym głowy, aż tu nagle naszła mnie ochota na eksperymenty.
     Niedawno pisałam Wam o brokacie. Tym razem będzie o stempelkach. Jak sądzę, większość z Was choć raz słyszała o systemie Konad - od niego wszystko się zaczęło. W tej chwili w sieci można znaleźć całą masę produktów na nim wzorowanych. Sama przetestowałam zarówno oryginał, jak i dwie alternatywy i dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o jednej z nich.

     Zestaw, który Wam dziś pokażę wybrałam sobie z asortymentu sklepu KKcenterHK. W jego skład wchodzi kanciasta blaszka z dziewięcioma wzorami do stempli SPPMM70 oraz stempel wraz z plastikowym zgarniaczem nadmiaru lakieru JR1140.




Dostępność: 

Cena: 
blaszka - USD$5.05
zestaw do stemplowania -  USD$4.50





Opakowanie:
Blaszka i zastaw do stemplowania przyszły zapakowane w dwie odrębne saszetki strunowe, co w przypadku zestawu ze stemplem jest dość naciąganym wyjściem, ale ujdzie w tłoku.

Działanie:
Jak wspomniałam, miałam już okazję korzystać z kilku rodzajów tego systemu. Zaczęłam od Essence, który po krótkim czasie użytkowania zraził mnie do siebie, więc się go pozbyłam. Po długiej przerwie nabyłam oryginalny system Konad, który oddemonizował mi stemplowe wzory, jednak wciąż zdarzały się momenty kiedy miałam pewne kłopoty z przeniesieniem wzoru z płytki na paznokieć (zapewne kwestia użytych "specjalnych" lakierów). W przypadku zestawu z KKcenterHk poszło gładziutko.




      Jak widzicie, na palcu serdecznym lewej ręki kwiatek wygląda jak "poruszony". To efekt próby połączenia dwóch połówkowych stempli w jeden wzór. Na drugiej dłoni zrezygnowałam już z tego pomysłu. Moje ogólne refleksje są bardzo pozytywne. Fakt faktem, że z początku podchodziłam sceptycznie do konadowej alternatywy mając w pamięci porażkę w wykonaniu Essence, jednak jak się okazało, moje obawy były niepotrzebne. 





     Przede wszystkim bardzo spodobało mi się, że zbieracz lakieru zrobiony jest z plastiku i nie ma wyrzezanych wszystkich tych żłobień, które znajdziemy na konadowskiej żyletce. Nie lubię ich, bo lubi się w nie wdzierać lakier i potem trudno je doczyścić. Tu nie ma tego problemu, podobnie jak odpada irytujące zgrzytanie metalem żyletki o metal talerzyka do stempli. Sam stempel jest ok - nie za twardy, nie za miękki, nie wykazuje tendencji do zbytniego wciskania się w obudowę. Jak dla mnie - wygodny w użyciu.





     Płytka również okazała się celnym strzałem. Od konadowskich różni się jedynie kształtem. Wzorki wyżłobione są bardzo precyzyjnie, fajnie łapią lakier. Tym razem do wykonania zdobienia użyłam zwykłych lakierów, nie zaś tych "profesjonalnych", szybkoschnących i o dziwo efekt był lepszy niż normalnie. To znak na przyszłość :D Wracając do płytki, zawiera ona zestaw wzorków dobrany w taki sposób, że można używać ich pojedynczo, jak również budować na ich podstawie coś na kształt "rodziny wzorków", gdzie każdy z paznokci będzie miał inne zdobienie, a mimo wszystko całość będzie wyglądała jak element spójnej całości. 




     Dla przykładu pokazuję Wam obie opcje. OK, bez przydługich dywagacji dodam celem podsumowania, że cały prezentowany dziś zestaw pozytywnie mnie zaskoczył i przywrócił chęci do eksperymentowania ze zdobieniami. Jak dla mnie świetna sprawa, zatem serdecznie polecam, zwłaszcza tym z Was, którzy chcą zmajstrować coś fajnego na paznokciach, a nie mają przesadnie rozbudowanych zdolności manualnych ;)

Ściskam i pozdrawiam,
Kat :*