wtorek, 31 grudnia 2013

Stemplowania ciąg dalszy: KKCenterHk SPPMB117 i SPPMB28

Hej Misiaki!

     Witam Was ostatnim, jak sądzę, wpisem w tym roku. Wspominałam Wam, że od jakiegoś czasu po raz kolejny mam ochotę eksperymentować z paznokciami. Jedną z metod jakie stosowałam był system Konad. Później miałam okazję przetestować jedną z blaszek oferowanych przez KKCenterHk KLIK i moje wrażenia były bardzo pozytywne. Do tego stopnia, że gdy nadarzyła się okazja, postanowiłam sprawdzić dwie kolejne.




     Zdecydowałam się na SPPMB117 i SPPMB28 od N.Nail. Bez owijania w bawełnę, mam bardzo mieszane uczucia w odniesieniu do tych płytek...

     Wiadomo jak się ich używa. Przede wszystkim należy zdjąć z nowej płytki zabezpieczającą ją folię samoprzylepną, następnie wybrany wzór pokryć lakierem, usunąć jego nadmiar a pozostały w formie kolor przenieść za pomocą stempla na paznokieć. Wydaje się proste. W przypadku systemu Konad jest proste. Ba, nawet w przypadku poprzedniej płytki z KKCenterHk takie było! Nie wiem zatem co się stało, ale tym razem stemplowanie szło mi niewyobrażalnie opornie i wywołało we mnie ogromną frustrację, ale po kolei.

✦ Pierwsza z płytek, SPPMB117 ma do zaoferowania wzory przypominające tatuaże. Prezentuje się następująco:





     I teraz niestety nastąpi kilka gorzkich słów prawdy, ponieważ próba wydobycia czegoś przyzwoicie wyglądającego z tej płytki sprawiła, że u progu świąt klęłam tak, że niejeden szewc mógłby się ode mnie sporo nauczyć.
     Próbowałam z różnymi lakierami: do stemplowania, zwykłymi, wzorkowymi - efekt był w mniejszym lub większym stopniu zbliżony. Musiałam z tą płytką działać, jakbym była na turbodoładowaniu inaczej na stempel nie przenosiła się ani odrobina lakieru. A nawet jeśli działałam bardzo szybko, nie miałam pewności, że złapię cokolwiek na stempel. W większości przypadków odbijała się połowa wzoru, albo nawet nie tyle.
     Oto co udało mi się zdziałać po kilku nieudanych podejściach:







     Efekt może nie jest tragiczny, ale nie nazwałabym go również dobrym. W każdym razie sporo się nadenerwowałam próbując uzyskać coś co wyglądałoby znośnie.

     W przypadku drugiej płytki było lepiej, choć nie tak dobrze jak z SPPMM70 opisywaną kilka tygodni temu.


✦ Druga płytka, SPPMB28 jest bardzo dziewczęca. Znajdziemy tu kwiatki, motyla, deser i inne równie urocze wzory. 





     Tutaj obyło się bez dramatu, jaki towarzyszył poprzedniej płytce, jednak i w tym przypadku zdarzało się, że nie udało się usunąć całego nadmiaru lakieru z formy, albo też wzór nie chciał w całości przenieść się na stempel. Nie mam pojęcia czemu to przypisać, bo jak wspomniałam, nie miałam takich problemów z poprzednimi płytkami. Wyjątkiem, który przychodzi mi do głowy były płytki Essence - z nich rzeczywiście ciężko było coś wydusić... W każdym razie, oto jakie wzory udało mi się zrobić powyższą płytką:








     Jak widać, jest znośnie ale szału nie ma. I nawet nie mogę zwalić tego na karb braku umiejętności, bo co jak co, ale pieczątki stawiać potrafię :P Wygląda na to, że nawet w przypadku czegoś, zdawałoby się, tak bezproblemowego jak płytka do stemplowania zdarzają się egzemplarze mniej i bardziej udane.

Nic to, pozdrawiam Was serdecznie i już teraz życzę Wam wszystkiego najwspanialszego w nowym, 2014 roku.

KKcenterhk125x125jpg banner 

Katalina :*


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Kolorowe kredki, czyli Bourjois Color Boost



Hej Misiaki!

     Niedawno pisałam Wam o jednej pomadce, a już serwuję kolejny wpis tego samego gatunku. Tworzenie szminki, czy balsamu do ust w formie kredki nie jest żadną nowością. Tego typu produkty są dostępne na naszym rynku już od dłuższego czasu, a że są szalenie wygodne w użyciu, szybko zyskały sobie rzeszę wiernych fanek. Wykorzystało to mnóstwo firm kosmetycznych, wypuszczając własne wariacje na temat kredki.




     Jednym z pionierów w polskich drogeriach stała się marka Bourjois, która około wakacji wypuściła serię czterech kolorów (obecnie wzbogaconą o dwa kolejne) pod nazwą Color Boost. I chociaż wiem, że większość z Was poznała już ich możliwości, zdecydowałam się o nich napisać. Dlaczego? Ponieważ są to produkty, które bardzo przypadły mi do gustu i które z czystym sumieniem mogę polecić każdej dziewczynie.

Dostępność:
Drogerie Rossmann, Superpharm, Hebe, internet.

Cena:
Średnio 25zł, choć zdarzają się promocje, podczas których można nabyć kredkę za +/- 20zł.

Pojemność:
2,75g

Trwałość:
18 miesięcy




Opakowanie:
Plastikowa kredka ze srebrną końcówką, która służy jako pokrętło umożliwiające wysunięcie rysika pomadki z obudowy. I chociaż podoba mi się ogólny koncept, to jednak mam pewne uwagi/zarzuty pod jego adresem. Trwałość napisów na opakowaniu pozostawia wiele do życzenia. Ściera się praktycznie od ręki. Na zdjęciach widzicie jak wygląda nówka sztuka oraz ten sam produkt po krótkim okresie użytkowania. I nie musicie nawet się starać – litery znikają same.
Zdecydowanie podoba mi się to, że kredka jest wysuwana i nie trzeba jej temperować. Dzięki temu aplikacja jest dziecinnie prosta.




Konsystencja:
Rysik/sztyft kredki ma konsystencję typową dla pomadek do ust. W tym przypadku jest ona zbita, ale bez jakichkolwiek problemów przenosi się na usta. Ma bardzo nawilżającą, nabłyszczającą formułę, przywodzącą na myśl miksturę pomadki i balsamu do ust.

Zapach:
Kosmetyczny, bardzo delikatny, przyjemny.

Aplikacja i działanie:
Jak już wspomniałam, brak konieczności temperowania kredki znacznie ułatwia jej użytkowanie. Mam możliwość nałożyć produkt na usta niemalże z marszu. Nawilżająca formuła sprawia, że kredka Color Boost działa niemalże jak pielęgnujący balsam. Przynosi ulgę spierzchniętym wargom, co osobiście bardzo doceniam! Nie podkreśla suchych skórek, przeciwnie, wygładza powierzchnię ust, nadając im ładny połysk. Usta wyglądają soczyście, stają się wizualnie pełniejsze i bardziej apetyczne.
Czy kolor wytrzymuje obiecanych 10h? Bynajmniej, jednak wcale się tego nie spodziewałam.

Posiadane kolory:
     Pierwszym kolorem, po jaki sięgnęłam był #01 Red Sunrise – do tej pory mój ulubieniec z całej serii. Później dokupiłam jeszcze odcień #02 Fuschia Libre i #03 Orange Punch. Reszta kolorów nie wzbudziła we mnie entuzjazmu. Jak się potem okazało, z Fuschia Libre też nie było mi po drodze na dłuższą metę, więc się jej pozbyłam. Te dwa kolory, które posiadam, bardzo lubię i wracam do nich co jakiś czas.




     Red Sunrise to koralowa czerwień z minimalnie malinowym podbiciem. Na ustach wygląda bardzo dziewczęco! To taka stonowana wersja czerwieni dla tych z nas, które mają ochotę mocniej podkreślić usta, ale z klasyczną czerwienią im nie po drodze.

     Orange Punch, jak sama nazwa wskazuje jest pomarańczowa, ale utrzymana w dość łagodnej, brzoskwiniowej tonacji. Nie musicie obawiać się „oczo-jaskrawej”, neonowej pomarańczy, która postrąca z krzeseł Wasze otoczenie. Na ustach wygląda równie (jeśli nie bardziej) subtelnie jak Red Sunrise. Zapewnia muśnięcie koloru, dużo soczystego, owocowego połysku – jakbyście właśnie zjadły mandarynkę.




Czy kupię ponownie:
Raczej tak. Wypróbowałam większość odcieni tej serii, ostatecznie przekonując się do dwóch z nich i będę do nich wracać. Owszem, opakowanie mogłoby być odrobinę bardziej dopracowane, ale przecież najbardziej liczy się to co w środku, a środek jest więcej niż udany! Gama kolorystyczna, choć dość uboga, oferuje klasyczne odcienie, spośród których każda dziewczyna znajdzie dla siebie coś odpowiedniego.
Serdecznie polecam!
 

Pozdrawiam,
Kat :*

niedziela, 29 grudnia 2013

Makijaż Sylwestrowy

Hej Misiaki!

     Z racji zbliżającego się Sylwestra postanowiłam przerwać makijażową ciszę na moim blogu. Może akurat znajdzie się wśród Was ktoś, kto postanowi zaszaleć nieco bardziej niż zwykle ;)





1. Zaczynam jak zwykle od wykonania szkicu. Czarną miękką kredką rysuję wstępny kształt na powiece, następnie przy pomocy małego pędzelka rozcieram kredkę łagodząc krawędzi tam, gdzie to konieczne.




2. Efekt wzmacniam używając kredki w kolorze przewodnim makijażu - w tym przypadku turkusowym. Granatowym cieniem pokrywam kredkę roztartą w zewnętrznym kąciku  górnej powieki.



3. Nanoszę go również na linii załamania powieki.  Perłowym morskim cieniem rozcieram granat dodany w załamaniu. Kolor wyciągam ku górze. Wracam do granatu i przy pomocy ukośnie ściętego pędzelka wyostrzam granicę "skrzydełka" w zewnętrznym kąciku dolnej powieki.



4. Morskim cieniem podkreślam niemal całą dolną powiekę od zewnętrznego "skrzydełka" do środka. Wewnętrzną 1/3 powieki pozostawiam pustą. Matowym cieniem w kolorze kości słoniowej rozjaśniam łuk brwiowy. Matowym jasnym brązem cieniuję górną granicę turkusu powyżej załamania powieki dla płynniejszego przejścia.



5. Białym perłowym cieniem pokrywam resztę ruchomej powieki oraz "falkę" w zewnętrznym kąciku oka. Seledynowym matem rozcieram sam środek ruchomej powieki. Perłową bielą rozjaśniam trójkąt w zewnętrznym kąciku oka. Granatem podkreślam krawędź ciemnych cieni na ruchomej powiece, wyostrzając kontrast. W wewnętrznym kąciku dolnej powieki dodaję jaskrawy turkusowy akcent.



6. Na zakończenie tuszuję rzęsy i dla lepszego efektu przyklejam sztuczne. Oczy gotowe. Usta pokrywam fioletową szminką, a dla połysku dodaję błyszczyk w podobnym kolorze. 







Użyte produkty:
Twarz
- Make Up Store Cover All Mix
- Sephora Compact Powder Foundation #D20
- Brwi: Catrice Eye Brow Stylist #010 Blond But Brow’d
Oczy
- Artdeco Eyeshadow Base
- PUPA Multiplay #22
- PUPA Multiplay #09
- Make Up Store Crazy Lazy metallic eye pencil
- cienie: palety Sleek „Monaco” i „Me, Myself & Eye”
- Grashka eyeliner
- Lovely Curling Pump Up Mascara
- Rzęsy: KkcenterHK ES A500 + klej DUO
Usta
- MAC Pro Longwear Lipcreme #Goes and Goes
- MAC Lipglass #Magnetique


Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*


sobota, 28 grudnia 2013

Moje Dobre Wróżki ♥

Hej Misiaki!

    Święta już za nami, co osobiście bardzo mnie cieszy - tęskniłam za normalnością, więc koniec około-świątecznego szału witam z radością. Wczoraj po dłuższej przerwie spotkałyśmy się na mieście ze Słomką :* Miała być też Marokańska ale nas wystawiła (tak, tak - WRZUCAM CI!)

     Miałyśmy okazję pogadać, posączyć kawę, pokręcić się po jednej ze świątyń konsumpcjonizmu (oblężonej przez poświątecznych amatorów zakupów). Chyba nie muszę mówić, że było przesympatycznie, a czas jak zwykle w takich sytuacjach płynął ultra-szybko.

     Słomka sprawiła mi przy okazji wielką niespodziankę, w której swój udział miała także Simply :* Zobaczcie jaki wspaniały prezent od nich dostałam:




     Dostałam dwa lakiery z serii Colour Alike o przeuroczych nazwach: czerwień to #493 Petronelka, a fiolet to #494 Glubka. Trzeci lakier to złoto-bordowy, absolutnie obłędny piasek z BarryM #333 Countess. Wszystkie trzy lakiery bardzo mi się podobają i już mam w głowie masę pomysłów na to jak je wykorzystać ^__^




     Znalazłam też nowość z Bourjois - u nas w Polsce niestety jeszcze niedostępną - kremowe cienie, które na powiece zamieniają się w puder, odpowiedź Bourjois na Color Tattoo od Maybelline. Dostałam kolor #05 Prune nocturne, czyli cudowne winne bordo. Jestem zachwycona, bo wiecie doskonale, że to mój ukochany kolor.
     Jakby tego było mało, w paczuszce znalazłam również łakocie:




     Część z nich jest już zjedzona ;) MNIAM!
A najwięcej frajdy mam z Big Red! Lata temu, jeszcze gdy byłam na studiach, obkupowałam się w te gumy do żucia w hurtowych ilościach. Można powiedzieć, że był to jeden z moich znaków rozpoznawczych. Możecie sobie zatem wyobrazić moją radość - taka trochę sentymentalna podróż wspomnień ;)


Dziewczyny kochane, jeszcze raz serdeczne dzięki Wam obu!!! Sprawiłyście mi przeogromną radość!



czwartek, 26 grudnia 2013

Recenzja w pigułce

Hej Misiaki!


     Rzadko robię wpisy typu denko. Zdarzyło mi się parokrotnie w przeszłości, jednak nie jest to stały "element programowy" mojego bloga. Jeśli już popełnię taki wpis, zazwyczaj ma on na celu opisanie w kilku słowach produktów, które zużyłam. Podobnie będzie i tym razem. 

     Kosmetyki, które Wam dziś pokażę zostały przeze mnie zużyte w ostatnim czasie, jednak nie widzę sensu w poświęcaniu każdemu z nich indywidualnego wpisu, stąd też narodził się pomysł zbiorczej recenzji w pigułce. Dosłownie dwa-trzy zdania na temat każdej z wymienionych rzeczy ot tak, by nie pozostawiać ich zupełnie bez słowa.



Przejdźmy zatem do rzeczy!


1. Balsam Lirene z serii Charm.

     Zużyłam wersję rubinową, jestem w trakcie używania złotej. Jest jeszcze trzeci, srebrny wariant, jednak raczej po niego nie sięgnę. Na załączonym zdjęciu możecie zobaczyć tubkę wersji złotej, ponieważ zapomniałam sfotografować właściwe opakowanie... (skleroza nie boli). 
Wszystkie wersje balsamów Charm są perfumowane.
Każda z wersji zawiera rozświetlające drobinki - ich kolor odpowiada kolorowi opakowania.
Każdy z balsamów w pewnym stopniu barwi skórę, co może się podobać lub nie. Mnie osobiście podoba się to w przypadku Golden Charm, jednak już nie tak bardzo w odniesieniu do pozostałych dwóch wersji.
Efekt migoczących drobinek na skórze jest zauważalny ale subtelny.
Stopień nawilżenia jaki zapewniają balsamy jest przyzwoity - o ile nie macie bardzo wymagającej skóry, wystarczy.
Będę wracała do złotej wersji balsamu, bo ona bardzo przypadła mi do gustu. Pozostałe dwie są dla mnie zbyt chłodne i nie dają takiego efektu, o jaki mi chodzi.





     Golden Charm ładnie ozłaca i ociepla skórę. Będzie fantastycznie wyglądać na wiosnę i latem. Oby tylko Lirene nie wycofała do tego czasu balsamów ze sprzedaży ;)


2. Balsam do ciała z grejpfrutem Body Naturia od Joanny.

     Krótka piłka. Jak dla mnie to balsamowy przeciętniak - ani zły, ani wybitny. Sprawdziłam, zużyłam, nie będę do niego więcej wracała.
Słaby skład.
Poziom nawilżenia skóry przeciętny - wystarczający dla osób, których skóra nie jest bardzo wymagająca.
Stosunkowo niska cena.




3. Mini produkty od Abacosun

Żel pod prysznic o zapachu Melona
❅ Buteleczka wystarczyła mi na dwa użycia.
❅ Bardzo przyjemny, orzeźwiający zapach.
❅ Dobrze myje.

Antycellulitowy balsam do ciała Ocean SPA
❅ Buteleczka wystarczyła na 3-4 zastosowania.
❅ Lekka formuła.
❅ Lekki, nienachalny zapach.
❅ Długo się wchłania.
❅ Przyzwoity poziom nawilżenia skóry.

Oba produkty były przyjemne w użytkowaniu, jednak najprawdopodobniej nie wrócę do żadnego z nich. Konkurencja na rynku jest bardzo duża, poza tym mam już swoich ulubieńców w obu kategoriach.




4. Mydło pielęgnacyjne Barwa

     Po tradycyjne mydła w kostce sięgam rzadko, zazwyczaj przedkładając nad nie żele pod prysznic, lub oliwki.
Ładny, delikatny, odrobinę męski zapach.
Dobrze myje.
Piana ma postać kremowej emulsji.
Po kąpieli pozostawia w wannie osad, czego osobiście bardzo nie lubię.

Nie mam większych zastrzeżeń do tego mydła, jednak jak wspomniałam, wolę oliwki i żele, poza tym nie przepadam za produktami pozostawiającymi osad w wannie, więc najprawdopodobniej nie będę wracała do Barwy.




5. Waniliowa mgiełka do ciała The Body Shop.

     Produkt, który był w moich zbiorach od... 1,5 roku? Mnóstwo czasu!
Bardzo wydajna.
Pięknie pachnie.
Odświeża ciało.
Świetna sprawa dla wielbicielek słodkich zapachów - zwłaszcza latem.
Nieprzegadane, ładne, skromne opakowanie.

Mgiełka ta bardzo przypadła mi do gustu, więc całkiem możliwe że będę do niej wracała w przyszłości.




     To by było na tyle jeśli chodzi o moje recenzje w pigułce. Mieliście do czynienia z którymkolwiek z opisywanych przeze mnie dziś kosmetyków? 

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*