piątek, 31 stycznia 2014

Moja radosna potwórczość...

Hej Misiaki!

     Nadchodzący weekend witam z ogromnym utęsknieniem, ponieważ ostatni tydzień to było istne szaleństwo! Weekend zawalony pracą, a potem cały tydzień tym samym rytmem: pobudka, jazda do pracy, praca, jazda do domu, obiad, praca w domu do północy, sen, pobudka... Dawno nie zaliczyłam takiego maratonu, ale czasami to konieczne. Nie miałam czasu na normalne życie, a co dopiero na bloga...

     Ale nie o tym chciałam pisać. Pod wpisem dotyczącym publikacji Victorii Frances pojawiło się wiele głosów, żebym pokazała jakieś swoje obrazki... Opierałam się, bo to co robiłam przeznaczone było raczej do szuflady, niż na widok publiczny, jednak ostatecznie przełamałam opory i... proszę.

Oto próbka tego, co kiedyś potworzyłam:





Pozdrawiam ciepło
Katalina


niedziela, 26 stycznia 2014

Pierwsze wrażenia: Płatki kolagenowe pod oczy z czerwonym winem

Hej Misiaki!

     Od jakiegoś czasu byłam w posiadaniu płatków kolagenowych pod oczy marki BeautyFace, jednak ich testy wciąż odkładałam na później. A to było mało czasu, a to znów używałam zbyt wielu nowości naraz i nie chciałam rozmieniać się na drobne. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię testować jednym rzutem zbyt wielu produktów, bo nie jestem wtedy w stanie skupić się na żadnym z nich w wystarczający sposób. 

     W każdym razie w ten weekend nadarzyła się idealna okazja na testy - wzmożony wysiłek organizmu spowodowany najpierw problemami zdrowotnymi, później nadgodzinami w pracy spowodował, że zdecydowałam się sprawdzić, czy regenerująco nawilżające płatki kolagenowe pod oczy z czerwonym winem przyniosą ulgę mojej wymęczonej skórze.

     Oczywiście nie będzie to recenzja z klasycznym tego słowa rozumieniu. Przekażę Wam raczej moje pierwsze wrażenia, bo i trudno o coś bardziej konkretnego po jednym zabiegu.




Na początek kilka słów na temat samego produktu:

     Hydrożelowe płatki pod oczy na bazie naturalnego kolagenu morskiego, z dodatkiem czerwonego wina oraz ekstraktu z pestek winogron o silnym działaniu nawadniającym, regenerującym oraz eliminującym zmęczenie. 

     Producent obiecuje, że substancje aktywne zawarte w masce wnikają nawet w głębokie warstwy skóry. W opakowaniu znajdują się dwa hydrożelowe płatki, zatopione w aktywnym serum, zawierającym kolagen najbardziej zbliżony do struktury białka ludzkiej skóry. Płatki mają spełniać rolę filtra, który w połączeniu z ciepłem ciała będzie stopniowo uwalniać aktywne składniki i pomagać wnikać im w głębokie warstwy skóry. 

     Dzięki dużej zawartości flawonoidów - naturalnych związków czynnych, należących do najaktywniejszych przeciwutleniaczy, maska ma działać antyoksydacyjnie, likwidować wolne rodniki i chronić skórę przed starzeniem. Zawiera sole mineralne, Witaminę B i C oraz beta-karoten, dzięki czemu ma regenerować skórę oraz przeciwdziałać jej wiotczeniu. Naturalny kolagen morski ma wypełniać ubytki białka oraz stymulować odbudowę kolagenu i elastyny. Wino ma wpływać na poprawę krążenia i metabolizm komórek, wzmacniać błony komórek, działać przeciwzapalnie, ponadto intensywnie uelastyczniać i napinać skórę.

     Producent zapewnia, że pierwsze efekty, w postaci nawodnionej i zregenerowanej skóry, zobaczymy już po pierwszym użyciu. Oczywiście dla trwałych efektów poleca używać płatki regularnie 1-2 razy w tygodniu.

Grupą docelową tego produktu są: posiadacze skóry odwodnionej, szorstkiej, szarej i matowej; pozbawionej elastyczności, napięcia, blasku i kolorytu, z efektami ściągania, potrzebującej natychmiastowej regeneracji i silnego i dogłębnego nawilżenia. Także palacze.

Kluczowe obietnice:
❁ silna i dogłębna regeneacja zmęczonej skóry
❁ nawilżenie, odżywienie, rozświetlenie skóry
❁ poprawia metabolizmu i stymulacja komórek do odbudowy
❁ przywrócenie miękkości, delikatności, jędrności i elastyczności skórze
❁ przeciwdziałanie wiotczeniu, widoczne odmłodzenie
❁ zatrzymanie procesu starzenia – spłycenie zmarszczek i zapobieganie powstawaniu nowych




Dostępność: 
Strona internetowa KLIK

Cena:
12zł

Pojemność:
Opakowanie jednorazowego użytku - zawiera dwa płatki.

Trwałość:
Data na opakowaniu.

Opakowanie:
Saszetka z możliwością wygodnego oderwania górnej części opakowania bez konieczności szarpania się z nim, lub korzystania dodatkowo z nożyczek - doceniam!
Przez "okienko" widać znajdujące się wewnątrz płatki. Są one umieszczone na wyprofilowanej tacce, nasączone odżywczym serum.




Konsystencja:
Płatki wykonane są z hydrożelowej substancji. Są galaretkowate, dość cienkie i giętkie. W miarę jak wysychają stają się coraz cieńsze i delikatniejsze.

Zapach:
Lekki, bardzo kojarzący się z innymi produktami tego typu.

Aplikacja i działanie:
Płatki nakładamy pod oczy, tak jak pokazuje to grafika na opakowaniu. Nie ma z tym żadnych problemów, ponieważ płatek momentalnie przylega do skóry. Jest na tyle cienki by trzymać się skóry bez większych problemów, zatem nie trzeba martwić się np. tym, że płatek odpadnie nam gdy się schylimy. 




Jak działa? Ciężko jest mi odnieść się do większości obietnic z zakresu odmładzania, czy pobudzania metabolizmu komórek - nie oczekujmy cudów po jednokrotnym użyciu. Po nałożeniu płatki lekko chłodzą - jak każda hydrożelowa maska, której używałam. Czuć też, że "coś robią" - ciężko zdefiniować to uczucie, ale to coś na podobieństwo bardzo delikatnych, bynajmniej nie nieprzyjemnych "igiełek". 

Producent nie podał jak długo należy trzymać płatki na twarzy, więc chodziłam w nich dopóki nie zaczęły wysychać ;) Po ich zdjęciu skóra pod oczami była zrelaksowana, nawilżona, bardziej miękka i przyjemnie odświeżona. Jak wspomniałam, trudno jest mi odnieść się do dalekosiężnych obietnic producenta, jednak po jednorazowym użyciu z doskoku mogę powiedzieć, że jest to całkiem przyjemny i niekłopotliwy zabieg, którym spokojnie można wzbogacić swoją regularną pielęgnację.



Składniki aktywne: 
Naturalny kolagen morski, skondensowany wyciąg z czerwonego wina, ekstrakt z lukrecji, witamina C, alantoina, olejek różany, gliceryna.

Czy kupię ponownie:
Nie wiem, bo 12zł to sporo jak na jednorazowy zabieg. Produkt jest całkiem przyjemny i wywiązuje się z tej części obietnic, które byłam w stanie zweryfikować "z marszu". Miałam już wcześniej styczność z maskami BeautyFace (KLIK) i jak dotąd nie czuje się rozczarowana, jednak produktów tego typu nie używam zbyt często i traktuję je raczej jako ciekawostki, którymi od czasu do czasu urozmaicam swoją pielęgnację.


Znacie markę BeautyFace? Używałyście kiedyś masek lub płatków hydrożelowych, czy może wolicie zabiegi innego rodzaju?

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*


niedziela, 19 stycznia 2014

Z cyklu "Nie samą chemią człowiek żyje": Victoria Frances

Hej Misiaki!

    Niektórzy z Was wiedzą, inni nie, jednak zanim zaczęłam jak to określam "bawić się w makijaż", w rozumieniu blogowania i wszystkich związanych z tym aspektów, zajmowałam się kilkoma innymi kreatywnymi dziedzinami. Wspomnę choćby o wyszywaniu, robieniu biżuterii, makramach... Jednak zanim zadziało się to wszystko - rysowałam.

     Rysowałam odkąd pamiętam i trwało to aż do momentu gdy zaczęłam blogować. Wtedy moje rysowanie skończyło się jakoś tak "samo z siebie". Żałuję tego i to bardzo. I co jakiś czas obiecuję sobie, że wrócę do rysunku, jednak znając życie dojdzie do tego dopiero wtedy gdy przestanę blogować. Ok, ale po co o tym właściwie piszę?

     Mimo że sama przestałam rysować, wciąż jestem zafascynowana rysunkiem jako takim i mam swoich ulubionych autorów, których poczynania śledzę. Większość z nich w mniejszym lub większym stopniu dotyka tematyki fantasy, choć stosują przy tym najróżniejsze techniki, mają kompletnie odmienne style, tak że gotowe produkty, jakie oferują odbiorcom niekiedy różnią się od siebie jak dzień i noc.


Autoportret VF umieszczony na futerale albumu Integral Favole


     Jedną z autorek, które bardzo lubię jest Victoria Frances, którą jak sądzę zna wiele osób. Jej styl jest charakterystyczny, rozpoznawalny, jednak widać w nim kilka wpływów zewnętrznych. Mam na przykład wrażenie, że mocno inspiruje się Luisem Royo (którego prace są genialne - polecam serdecznie!). Prace Victorii Frances są o tyle specyficzne, że w zdecydowanej większości są to jej autoportrety. Jednym może się to podobać, innych będzie drażnić, jednak jeśli przyjrzycie się jej pracom, bez trudu zauważycie te same twarze. Te rysunki, które nie są autoportretami, prezentują najczęściej jej znajomych, albo znanych aktorów i celebrytów, że wymienię tylko Angelinę Jolie, Ryana Phillippe'a, czy Collina Farrella.




     Victoria Frances ma na swoim koncie kilka albumów tematycznych, jednak najbardziej znanym jest zdecydowanie trzyczęściowy Favole. Mroczny, gotycki, wampirzy, czyli zdecydowanie bardzo kasiowy! ^__^ Co by się zanadto nie rozwodzić nad detalami napiszę, że od dłuższego czasu bardzo chciałam nabyć ten album - wszystkie jego części - niestety jest to kosztowna przyjemność, stąd też wciąż odkładałam ją w czasie. I wtedy przyszła zima, a z nią mój plan jej oswajania przez rozpieszczanie. Znalazłam w sieci tzw. "Integral Favole", czyli wydanie specjalne łączące wszystkie zgromadzone w trzech tomach prace, plus różne pomniejsze rysunkowe bonusiki. Kupiłam.




     Wielu osobom może się to wydawać bezsensownym "marnowaniem pieniędzy", skoro i tak 90% rysunków Victorii Frances można znaleźć w sieci, jednak jestem osobą, która lubi mieć daną rzecz fizycznie przy sobie. Z resztą mogę się tu posłużyć prostą, blogerską analogią: ilu z Was zdarzyło się paść ofiarą jakiejś mendy, która ukradła Wam zdjęcia z bloga? No właśnie.
     Jako że sama tworzyłam różne rzeczy latami, potrafię docenić wysiłek i nakład pracy włożony w te ilustracje. A i sama książka wygląda po prostu obłędnie! 

     Poniżej możecie zobaczyć przednią stronę futerału, w którym znajduje się książka. Tylną część zdobi obrazek z pierwszego skanu zamieszczonego w tym wpisie.


Przednia część futerału książki


     Sama książka oprawiona jest w czarne, skóropodobne tworzywo, jest klimatyczne ozdobiona. Mamy też fragment grafiki z futerału.




     Wydana jest po niemiecku. Niestety nie ma polskiej wersji, jednak szczerze mówiąc nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, bo kupiłam ją dla ilustracji, a jeśli zapragnę wgryźć się w treść - przetłumaczę ją sobie. Póki co sycę wzrok pięknymi grafikami. Oto jedna z moich ulubionych:




     Szalenie mi się podoba ten obrazek, mimo że jest bardzo prosty w porównaniu z większością innych zaprezentowanych w książce. Generalnie, rysunki Victorii Frances aż ociekają detalami! Cienie na skórze, faktura ubrań, włosy niesione ruchem postaci. I tła - niesamowite tła!!!




     To tylko kilka obrazków, które zeskanowałam z albumu. Starałam się wybrać te, które nie są aż tak popularne w sieci.

     Miłym dodatkiem do Integral Favole był dołączony na końcu książki rozdział poświęcony krótkiej serii Angel Wings. Równie piękna kreska, gotyckie stroje, zbliżony klimat.

     A ponieważ jestem sobą... Jedną z licznych moich irytujących cech jest coś, co określane jest jako "rosnący w miarę jedzenia apetyt". Ledwie otrzymałam Favole, zapragnęłam kolejnej książki Victorii Frances. Kompletnie innej w klimacie, jednak o równie ciekawej kresce (i niestety znów wydanej po niemiecku... no trudno się mówi :P ). Mowa o pozycji, której tytuł w wolnym tłumaczeniu oznacza "Lament Oceanu".
     



     Tutaj proporcje tekstu i ilustracji są już inne. O ile Favole jest albumem popartym tekstem, tak tutaj mamy do czynienia z ilustrowaną opowieścią. Same ilustracje są ukierunkowane na postać, a tło jest mocno uproszczone w porównaniu z Favole. Wielu rysunkom bliżej do szkicu niż ukończonych plansz, nie mniej jednak również tę pozycję uważam za udaną.





          Tak jak Wam kiedyś pisałam: nie samą chemią człowiek żyje. Makijaż w blogowym ujęciu w moim życiu pojawił się późno, natomiast sztuka jako taka była obecna od zawsze i prawdopodobnie tak już pozostanie. Stąd też możecie zrozumieć dlaczego aż tak się cieszę z tego konkretnego zakupu, mimo że był to spory wydatek.





     Na zakończenie wyznam Wam, że noszę się z zamiarem kupna kolejnych albumów już innego autorstwa i wykonanych inną techniką - kto wie czy nie lepszych, piękniejszych, bardziej klimatycznych... Jednak póki to nie nastąpi, cieszę się jak dzieciak z tych dwóch książek. Jeśli interesujecie się podobnymi klimatami - serdecznie polecam.


Pozdrawiam,
Kat :*



Załączone w niniejszym wpisie zdjęcia i skany są mojego autorstwa, jednak prezentują prace Victorii Frances - link do strony autorki KLIK.

niedziela, 12 stycznia 2014

C'mon pump it up!

Hej Misiaki!

     Nie jestem w stanie zliczyć ile razy pisałam o tym, jak ważny jest dla mnie w makijażu eyeliner. Kiedyś nie wyobrażałam sobie nie zrobić kreski na oku, a żelowych linerów miałam na pęczki we wszystkich kolorach tęczy. Obecnie częściej sięgam po żelowe kredki, które zastygają na powiece, jednak dobry liner zawsze będzie u mnie w cenie - niezależnie od postaci.
     
     Trzy miesiące temu polowałam na eyeliner w kałamarzu. W zasadzie chodziło mi albo o kałamarz, albo o pisak. W każdym razie udałam się do drogerii z zamiarem zakupu... czegoś... bez konkretnego planu. Poszłam, obejrzałam zawartość wszystkich szaf i ostatecznie zdecydowałam się na niepozorny produkt od Miss Sporty. 
     Pomyślałam sobie wówczas, że nie chcę przepłacać za liner i że skoro już raz zostałam pozytywnie zaskoczona jakością produktu taniego jak barszcz, to dlaczego podobna niespodzianka nie mogłaby się powtórzyć? Tak oto weszłam w posiadanie wodoodpornej wersji linera Pump Up Booster 24h.




Dostępność:
Drogerie Rossmann oraz wszędzie tam, gdzie znajdziecie szafy Miss Sporty.

Cena: 
9,99zł

Pojemność:
3,5ml / 0,11fl.oz

Trwałość:
12 miesięcy




Opakowanie:
Smukły, plastikowy kałamarz w kolorze indygo z miedzianymi, metalicznymi napisami. Opakowanie proste, ale pomysłowe i estetyczne. Aplikator ma postać smukłego, długiego rysika. Jest giętki i bardzo precyzyjny! Umożliwia namalowanie nawet bardzo cienkiej kreski, za co producentowi należy się ogromny plus!

Konsystencja:
Bardzo płynna, w końcu to tusz ;)

Zapach:
Pachnie jak  typowy tusz - podobnie do maskary.




Aplikacja i działanie:
     Można powiedzieć, że polubiliśmy się od pierwszego użycia. Jak wspomniałam chwilę wcześniej, aplikator tego linera jest bardzo precyzyjny i umożliwia wykonanie nawet bardzo cienkiej kreski, co przydaje się przy wykonywaniu klasycznego "kociego oka", ewentualnie gdy chcemy jedynie zagęścić nieco optycznie nasze rzęsy. Oczywiście nie wyklucza to możliwości wykonania grubszej kreski, przeciwnie! Wszystko zależy od ilości produktu na aplikatorze i siły nacisku.
     Producent obiecuje wodoodporną formułę. Tutaj mamy malutki zgrzyt, ponieważ jako posiadaczka łzawiących oczu, jestem klientką czepialską i wymagającą ㋡ No i niestety liner Miss Sporty nie jest wodoodporny i zmywa się w pewnym stopniu gdy załzawią mi oczy... JEDNAKŻE zmywa się w sposób bardzo czysty, nie robi mi kleksów dookoła oczu a i samo zmywanie się nie jest jakieś masakryczne.
      Generalnie mogę powiedzieć, że trzyma się na powiekach całkiem przyzwoicie kilka godzin z rzędu. Jego czerń jest ładna i głęboka. Nie przeciera się ani nie płatkuje. To naprawdę bardzo dobry, godny uwagi eyeliner! Wracając do zdania ze wstępu - kolejny tani jak barszcz produkt okazał się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem.






Czy kupię ponownie:
     Możliwe, bo autentycznie lubię ten produkt. Nie jest idealny - w żadnym razie - jednak jest jednym z lepszych linerów w płynie, jakich używałam. Na plus liczę mu także dostępność i niską cenę. Uważam, że śmiało mógłby konkurować z droższymi produktami tego typu.

Polecam i pozdrawiam
Katalina


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Szept koloru...

Hej Misiaki!

     Kolejny dzień, kolejny wpis o produktach do ust. Nie znudziło się Wam jeszcze? ;) Tym razem, w przeciwieństwie do bohatera poprzedniego wpisu, będzie bardziej nawilżająco i mniej kolorowo, czyli tak jak lubię najbardziej.

     Jakiś czas temu firma Maybelline wypuściła nową linię pomadek o nazwie Color Whisper, które mówiąc skrótowo miały łączyć lekką, nawilżającą, żelową formułę z odrobiną koloru. Coś w rodzaju kolorowych balsamów do ust. Jako że jestem zwolenniczką naturalnie wyglądających ust, bardzo odpowiadają mi produkty, które przedkładają komfort noszenia nad zawartość pigmentu. O tej konkretnej linii dowiedziałam się z jednego filmików na zagranicznym YT. Zainteresowała mnie do tego stopnia, że gdy wypatrzyłam wspomniane pomadki u nas, kupiłam od razu dwie. Wybrałam kolory: 220 Lust For Blush czyli bardzo naturalny, delikatny, chłodny róż i 720 Mocha Muse czyli ciepły beż.




     Sięgnęłam po jedne z najbardziej neutralnych kolorów w liczącej 12 odcieni linii, jednak również amatorki intensywniejszych barw znajdą tam coś dla siebie.

Dostępność: 
Drogerie stacjonarne i internetowe - produkt jest ogólnodostępny.

Cena:
Różnie w zależności od miejsca 25-28zł. Ja zapłaciłam za nie w promocji około 17zł za sztukę.

Trwałość:
24 miesiące od otwarcia.
Na ustach zaś wytrzymuje stosunkowo krótki czas, jednak w przypadku tego typu produktów to normalne.




Opakowanie:
Połączenie metalu i plastiku. Całkiem przyjemne dla oka, dość wytrzymałe - nie odnotowałam żadnych problemów typu pękanie skuwki, czy samoistne otwieranie się opakowania w torebce.

Konsystencja:
Żelowa, jakby maślana. Sunie gładko po ustach, dając przyjemne uczucie nawilżenia. Zapewnia lekki, nienachalny połysk, jak po zastosowaniu pomadki ochronnej.





Zapach:
Bardzo delikatny, niemal niewyczuwalny.

Aplikacja i działanie:
Jak dla mnie są to produkty bezproblemowe i szalenie wygodne. Idealne do noszenia w torebce i nanoszenia - nawet bez lusterka - w ciągu dnia. Stosuję je jako lekko kolorową alternatywę dla klasycznych balsamów do ust. Fajnie nawilżają, może nie są jakoś szczególnie odżywcze, ale doraźnie sprawdzają się bardzo dobrze. Nie podkreślają suchych skórek, nie uczulają, sprawiają, że usta wyglądają zdrowo. Pod wpływem ciepła ust topnieją na nich jak masełko. Znikają równomiernie.





Czy kupię ponownie:
Bardzo możliwe. Jak wspomniałam, używam ich w charakterze koloryzujących balsamów do ust. Uważam, że dobrze się sprawdzają w tej roli, a przy tym są bardzo wygodne. Nie mam do nich zastrzeżeń, może za wyjątkiem ceny, która jest dość wysoka jak na "balsam koloryzujący".

A oto jak wyglądają wspomniane pomadki na ustach:





   Polecam, ponieważ uważam, że warto przyjrzeć się im bliżej :)
 
Pozdrawiam,
Kat :*



niedziela, 5 stycznia 2014

Recenzja: Catrice Liquid Lip-Tint

Hej Misiaki!

     Jak zapewne zauważyliście, ostatnio piszę więcej na temat produktów do ust. Sama jestem tym lekko zaskoczona, bo dotąd w starciu oczy-usta zawsze wygrywały u mnie oczy. Jednak faktem jest, że od pewnego czasu proporcje w moich kosmetycznych zbiorach ulegają sporej zmianie, jest ich także mniej niż kiedyś.

     Baczni obserwatorzy społeczności blogerów kosmetycznych zapewne widzą jak przez blogi przetaczają się kolejne fascynacje - czy to rodzajem produktu, czy wręcz konkretnym przedstawicielem gatunku. I tak jak obecnie na fali popularności znajdują się jumbo-kredki do ust, tak przed kilkoma miesiącami mogliśmy zaobserwować szturm rozmaitych "tintów". Były one wszędzie! Sama miałam okazję wypróbować kilka różnych (Maybelline, Bell i Catrice).

     Z tintami było trochę jak z kremami BB. Wypuszczała je co druga firma, jednak mało który z nich zasługiwał na to miano. Wspomniane wyżej produkty z Maybelline i Bell okazały się najzwyklejszymi w świecie płynnymi pomadkami. Niczym nie zachwycały, nie oferowały niczego odkrywczego, czy nowatorskiego, miały kilka odcieni na krzyż, w dodatku średnio-twarzowych. Nie polubiłam żadnego z nich.




     Inaczej sprawy się miały z produktem Catrice - to bodaj pierwszy lip-tint, który okazał się tym, za co się podawał. I polubiłam go, mimo że ma kilka wad, z powodu których wiele osób kręci na nie nosem.

     Z tego co wiem, dostępne są trzy kolory - wszystkie z gatunku intensywnych. Zdecydowałam się na odcień 030 Are You Red-y?, czyli ciemną, chłodną czerwień złamaną wiśniowymi tonami.

Dostępność: 
Drogerie Natura.

Cena:
Zapłaciłam 16,99zł

Pojemność: 
5ml/0,16fl. oz

Trwałość:
24 miesiące od otwarcia




Opakowanie:
      Bardzo mi się podoba! W zasadzie jest banalne w swej prostocie, jednak jest niesamowicie wytrzymałe i trwałe. Napisy nie starły się, mimo że produkt ten posiadam już od ładnych kilku miesięcy. Plastik jest świetnej jakości - nie ma mowy o rysach czy pękaniu. Wygląda po prostu solidnie i schludnie.
     Aplikator typowy dla większości błyszczyków - "kopytko". Dobrze się sprawdza w połączeniu z taką a nie inną konsystencją kosmetyku.




Konsystencja:
Pierwszy punkt zapalny dla wielu użytkowników. Spotkałam się z paroma opiniami, że lip-tint Catrice jest zbyt płynny, że wycieka poza usta, że nie da się nim pracować. BZDURA! Nie chcę wyjść na nadętego bufona, ale moim zdaniem wszelkie podobne opinie biorą się z niewiedzy i braku wprawy w obsługiwaniu się tego typu kosmetykami. Znakomita większość tintów ma płynną, lub półpłynną, rzadką konsystencję, która nie ma na celu budowania na skórze "kremowej kołderki", tylko nadanie jej koloru. Z resztą nawet na opakowaniu jest napisane jak byk "błyszczyk do ust w płynie", więc nie wiem czego spodziewały się niezadowolone z płynnej konsystencji osoby.

W przypadku Catrice, konsystencja jest rzadka, płynno-żelowa i jak dla mnie jest idealna.





Zapach:
Kolejny powód mieszanych opinii - zapach jest bardzo słodki i bardzo owocowy, co wielu osobom przeszkadza. Ciekawostka: w smaku jest identyczna, przez co trudno jest powstrzymać się przed oblizywaniem ust ;) Jest smacznie.




Aplikacja i działanie:
     Trzeci punkt sporny. Czytałam u kogoś, że "aplikacja boli". Sama niczego podobnego nie zaobserwowałam, chociaż muszę wspomnieć o tym, że bywały momenty, gdy czułam pewien dyskomfort i nieprzyjemne mrowienie nakładając produkt na dolną wargę. Nie było to może miłe, jednak nie nazwałabym tego uczucia bólem.
     Pewne osoby narzekały również na słabą pigmentację i konieczność dokładania kolejnych warstw w celu zbudowania koloru. Znów muszę ich odesłać do opisu z opakowania: "nakładaj wielokrotnie do uzyskania pożądanego koloru". Tym razem będę intencjonalnie wredna: jeśli komuś nie chce się wysilić na tyle by przeczytać dwa zdania przed zakupem kosmetyku, niech potem nie narzeka, tylko cierpi za własną głupotę.

     Muszę natomiast wspomnieć w kontekście dokładania warstw o tym, że dobrze jest działać szybko i lepiej jest nie nakładać zbyt wielu warstw. Produkt ten ma tendencję do smużenia, co z resztą będziecie mogli zobaczyć na załączonych zdjęciach. Ciężko jest rozprowadzić go zupełnie równą warstwą - im więcej warstw dołożymy, tym trudniej zapanować nad smużeniem, dlatego osobiście zazwyczaj nakładam dwie-trzy bardzo cienkie warstwy, jedną po drugiej, a na wierzch dodaję np pomadkę ochronną, aby wyrównać smugi i odżywić usta, bo tint sam w sobie nie ma żadnych właściwości nawilżających, czy odżywczych. Ma na celu jedynie nadanie ustom czy policzkom koloru.

Poniżej możecie zobaczyć jak wyglądają usta podczas aplikacji warstwa po warstwie:




     Nie jest to również produkt o wybitnej trwałości. Pigment nie "wgryza się" w skórę, choć w pewnym stopniu ją barwi - zwłaszcza na policzkach. W przypadku ust może się zdarzyć tak, że pomalujecie się, po czym kilka chwil później "zjecie" kolor w całości ;). Miałam tak nie raz.

Czy kupię ponownie:
Być może, choć akurat w przypadku produktów do ust rzadko wracam do jakiegoś kosmetyku po jego zużyciu. Wyjątkiem są produkty, które naprawdę czymś mnie zachwycą, ale to zdarza się niezmiernie rzadko.
Czy polecam? I tak i nie. Polecam tylko tym osobom, które mają jako-takie pojęcie o posługiwaniu się tintami. Brak umiejętności zabije bowiem całą przyjemność użytkowania.


A jak jest w Waszym przypadku? Lubicie taką formułę produktów do ust, czy może wolicie co innego?

Pozdrawiam,
Katalina :*

 

środa, 1 stycznia 2014

Podaruj mi trochę słońca: MAC Bronzing Powder

Witam serdecznie!

     Bronzer to jeden z tych kosmetyków, które znajdziemy w niemal każdej kosmetyczce - nie ma znaczenia, czy zajrzymy przez ramię osobie bladej jak śnieg, czy śniadej - na 99% będzie miała puder brązujący. Sama mam dwa i dzisiaj chciałabym napisać o jednym z nich. 

     Puder brązujący MAC mam w swoich zbiorach od bardzo dawna i choć początkowo jego kolor mnie przeraził, okazało się, że moje obawy były bezpodstawne.





Dostępność: 
Sklepy MAC, oficjalna strona MAC, internet

Cena: 
104zł

Pojemność: 
10g / 0,35oz

Trwałość:
Zapewne tradycyjnie 12-18 miesięcy, przy czym w przypadku kosmetyków w formie pudrowej nie bywam tak ortodoksyjna.





Opakowanie:
Okrągłe, wykonane z matowego czarnego plastiku. Napisy nie ścierają się nawet po długotrwałym użytkowaniu. Wewnątrz opakowania znajdziemy wygodne lusterko. Puzderko otwieramy przyciskiem, umieszczonym z przodu. Zamknięcie jest na tyle bezpieczne, że nie grozi samoistnym otwarciem np. w torebce. Ogólnie oceniam je pozytywnie, choć nie ukrywam, że jak na produkt w takiej cenie, MAC nie postarał się jakoś wybitnie ;)

Konsystencja:
Prasowany puder. Dość delikatny, choć nie tak jedwabisty, jak przykładowo Inglot, czy Bourjois. Formuła matowa, ale z mnóstwem subtelnych rozświetlających drobinek. Na szczęście drobinki nie są widoczne na twarzy, dzięki czemu po aplikacji uzyskujemy ładny, naturalny mat.




Zapach:
Produkt bezzapachowy.

Aplikacja i działanie:
Bronzer nanoszę na twarz przy pomocy ukośnie ściętego pędzla. Rozprowadza się równo, nie tworzy plam, nie podkreśla suchych skórek, jest przy tym bardzo wydajny. Jak wspomniałam wcześniej, obawiałam się nieco jego koloru. Mam bodaj najciemniejszy odcień z czterech dostępnych, czyli Bronze - nie miałam wpływu na jego wybór, taki trafił mi się w konkursie. Na szczęście, postępując z nim ostrożnie, można go stosować także mając jasną karnację, czego jestem żywym przykładem ;) Nie nabiera na twarzy pomarańczowych tonów, za co również duży plus! W ogólnej ocenie wypada bardzo dobrze. Zgrywa się z innymi kosmetykami, których używam w codziennym makijażu (niezależnie od tego, czy sięgam po formuły pudrowe, czy kremowe), nie utlenia się w trakcie noszenia.




Czy kupię ponownie:
Zważywszy na to, że tej sztuki nie kupiłam... heheh. Ale na serio, całkiem możliwe, że kiedy zużyję oba posiadane przeze mnie bronzery (co patrząc realnie może potrwać kilka najbliższych lat - nie, nie żartuję) rozważę zakup kolejnej sztuki. Prawdopodobnie sięgnę wtedy po jaśniejszy odcień, jednak patrząc obiektywnie, myślę że każdy z czterech kolorów przy odpowiedniej technice zdałby u mnie egzamin.


Pozdrawiam ciepło,
Kat :*